04.09.2017

LVII KAŻDY PRAGNIE USZCZKNĄĆ ODROBINĘ SZCZĘŚCIA

Hej Milusińscy <3. Wiem, długo trzeba czekać na wpisy, ale co zrobić…

Powiem tak, cieszcie się, że jeszcze piszę. I nie, to nie jest groźba, ani szantaż… po prostu zwyczajne stwierdzenie faktu. Dorastam. W moim życiu dokonują się zmiany i no cóż, kiedyś nadejdzie chwila kiedy będzie trzeba wybierać. Wiadomo, trzeba się skupić na tym co ważniejsze. Chyba każdy tak ma i rozumie, że czasem trzeba porzucić zabawę i skupić się na rzeczywistości niewirtualnej. Trzeba zrozumieć swoje priorytety. Chociaż się nie łudzę, że wciąż będę pisać. Pewnie wtedy do zeszytu, bo najłatwiej i najszybciej XD, ale no.
            Okej, skoro jako tako Was poinformowałam o ewentualnej ścieżce życiowej, to jednak się nie zamartwiajcie. Jeszcze trochę tu pobędę, więc nie spisujcie mnie na straty. (Kto wie, może nawet jak zniknę to po paru latach zrobię spektakularny powrót?) No, ale co będziemy gdybać… Może życie mnie zaskoczy innym, lepszym scenariuszem^^.
Nie przedłużając zapraszam na wpis i czekam na Wasze opinie, za które zresztą serdecznie dziękuję. Czytanie Waszych komentarzy, domysłów, jest wielce satysfakcjonujące. Dziękuję. Buziaki i do napisania :”D.




Kazama spod oka patrzył na kroczącego majestatycznym krokiem wilka, uśmiechając się pod nosem. Doskonale znał powód wizyty monstrum i nie była to tęsknota za towarzystwem Chikage. W ramach kary za bójkę z Uchihą, Senju podesłała Moro na przeszpiegi żeby się upewnił, że przeżył to starcie. Już sama insynuacja, że użytkownik Sharingana mógł mu cokolwiek poważnego zrobić należała do obraźliwych, ale no cóż. Skoro tak zamierzała uspokoić sumienie to niech będzie.
            — Żyję, możesz odejść — mruknął po dłuższej chwili, kiedy kreatura nijak nie śpieszyła się do zabrania głosu. Zamiast tego mierzyła go tymi żółtymi ślepiami, jakby próbowała prześwietlić. Chikage westchnął cicho, przymykając powieki i poprawiając się wygodniej na zajmowanej skalnej półce. Na ten moment potrzebował ciszy oraz samotności, co sprzyjało koncentracji. Rana w boku już się zasklepiła przestając krwawić, ale wybity bark wciąż szwankował. Takie urazy leczyły się dłużej, nawet u króla demonów.
            — Przybyłem aby ci złożyć pozdrowienia, o wielki władco.
            — Jestem pod wrażeniem, dowcip ci się wyostrzył — zauważył Kazama, aż nadto wyczuwając kpinę. Wprawdzie może nie prezentował się kwitnąco, ale przeciwnik odniósł o wiele bardziej satysfakcjonujące obrażenia. Tak, to było coś co skutecznie poprawiało humor Chikage. — Lata u boku Liv ci służą.
            — Nie przeczę, ale ja nie o tym. Cytuję: „Doskonale wiem czyj to pomysł, i poinformuj tę łachudrę, że jak go spotkam…”, barwna i wyjątkowo imponująca wiązanka przekleństw… a tak w skrócie, to jesteś zdany na siebie. — Moro usiadł na trawie, spoglądając w kierunku pałacu. Usytuowany na wzgórzu, górował nad okolicą przyciągając wzrok.
            — Dzień w którym znajdę się na czyjejkolwiek łasce jeszcze nie nadszedł — prychnął Kazama zgorszony pomysłem, że potrzebuje pomocy. Chwilę później jednak uśmiechnął się buńczucznie. — Chyba, że oferujesz mi swoje usługi, jako swojemu władcy.
            — Nie jesteś użytkownikiem kontraktu. Zresztą, na własne życzenie.
            — I nadal uważam tę decyzję za słuszną — stwierdził poważniejąc i skupiając pełnie uwagi na Chowańcu. — Mów co masz do powiedzenia i wracaj. Moja desperacja nie sięga tak daleko żeby tolerować twoją obecność.
            — Skoro tak ładnie prosisz — parsknął wilk, przekrzywiając w zaciekawieniu wielki łeb. — Zawsze mnie zastanawiało… dlaczego w negocjacjach z moim ojcem wytargowałeś tak mało, oferując tak wiele.
            — Naprawdę nie wiesz, czy po prostu chcesz to usłyszeć.
            — Demony to dziwne stworzenia — podsumował Moro, puszczając słowa Chikage mimo uszu. — Zdobyłeś dla niej ten kontrakt, a nie zagwarantowałeś nic dla siebie ani twoich pobratymców. Ubiłeś kiepski interes.
            — Moja rasa nie potrzebuje was.
            — Logicznie rzecz biorąc, ona również jest twoją rasą…
            — Logika i praktyka nie zawsze idą w parze.
            — Owszem, ale… — Moro westchnął głośno nad demonem. Czasem się zastanawiał czy ta rasa nie jest przeklęta przez los. Prawie bogowie. Szybcy, wytrzymali, silni, sprytni… Doskonali w każdym calu, a jednocześnie tak usidłani przez własną naturę. Kiedy jakiś przedstawiciel tego gatunku obdarzał uczuciem był stracony. Namiętność trawiła ciało nieszczęśnika, stając się kajdanami, trwałymi i niezniszczalnymi, pętającymi delikwenta. Tyle w teorii. Bo jakby nie patrzeć, Chikage nie wyglądał w tym układzie na ofiarę, chociaż Moro nie łudził się, że to co demon żywił do Liv, z pewnością nie ułatwiało życia. Niewolnik miłości. Stale za maskami, które ratowały dumę.
— Po prostu uważam, że niepotrzebnie pakowałeś się w ten układ.
— Wiele rzeczy robię niepotrzebnie — powiedział cicho Chikage, przenosząc wzrok na oddalone królestwo. — To moje przekleństwo. A teraz, jeśli pozwolisz, chcę zostać sam.

~oOo~

Liv z zmęczonym ruchem przetarła twarz. Czuła się do cna wyczerpana psychicznie, a w głowie panował jej istny mętlik. Dopiero skończyli przesłuchania i najwyraźniej nikt nie pomagał kapłanowi w opuszczeniu tego świata. Pod ogniem pytań żaden z żołnierzy nie poddał pod wątpliwość przedstawianej wersji ani swojego alibi na ten konkretny wieczór. Żadnych dziur w zeznaniach, ani wahania w głosie zeznających. Co frustrujące nawet Sharingan nie odkrył żadnego świadczenia nieprawdy. Jednym słowem, najważniejszy, a dosłownie mówiąc jedyny, kluczowy świadek wykitował. I to dosłownie tuż pod ich nosem. Cudownie. Nawet nie chciała się zastanawiać w jakim to ich świetle stawiało.
— Uchiha… — Senju aż przystanęła, kiedy przyszła jej do głowy pewna myśl. — Czy to możliwe aby klecha miał w sobie zapieczętowaną technikę, ale z opóźnionym zapłonem? Albo, że jakiś czynnik musiał ją uruchomić?
— Już się nad tym zastanawiałem — przyznał Itachi, zatrzymując się przy szerokim oknie i spoglądając na nocne niebo. — Wczoraj była bezksiężycowa noc. Zwróciłaś uwagę?
— Zauważyłam, ale… — Dopiero teraz dotarło do Liv jak bardzo mizernie prezentował się towarzysz. Owszem, z racji pochodzenia nie grzeszył opalenizną, ale teraz wydawał się wręcz siny. Aż zmrużyła powieki, spoglądając na niego z uwagą. Chyba walka z Chikage dała mu w kość bardziej niż gotów był się przyznać. Jeszcze te kilka godzin przesłuchań, gdy używał Sharingana… A żeby szlag trafił tę Uchihowską dumę. Zbyt pochopnie dała się spławić po zaoferowaniu pomocy. — Myślisz, że taki mógłby być mechanizm? Katalizator?
— Czysto hipotetycznie, tak. Jednak nabierzemy pewności, kiedy przyjdą wyniki sekcji z Konohy.
— Rzeczywiście, chyba lepiej poczekać z hipotezami — mruknęła, przeczesując palcami grzywkę. — Idziesz…
— Jestem zmęczony. — Itachi bezpardonowo wszedł jej w słowo, momentalnie ruszając z miejsca. Nie odwracając się za siebie, szybkim krokiem ruszył do zajmowanych komnat zupełnie jakby po piętach deptał mu sam demon, a jakby nie patrzeć Senju nawet nie drgnęła.
Zamiast tego wyłącznie obserwowała tę ucieczkę partnera, łatwo domyślając się powodu takiego postępowania. Zapewne któraś z ran właśnie się otworzyła — to sugerował grymas malujący się na twarzy Uchihy tuż przed ewakuacją — i nie chciał aby to widziała.

~oOo~

            Dlaczego wszyscy, znani jej faceci — koniec końców — okazywali się kretynami? Czy wraz z chromosomem Y dostawali w gratisie brak rozumu? W życiu płodowym następowało jakieś zniekształcenie w mózgu, przez co ich inteligencja była jedynie śladowa? Takie pozory?
Rozmyślając nad tym, Liv uniosła do ust kryształowy puchar upijając łyk wina. I musiała to przyznać, Kraina Lawy produkowała naprawdę przednie trunki. Ładna, intensywna barwa, wyrazisty smak i przyjemny zapach. Owszem, nie należała do znawców, ale berbeluchę łatwo by rozpoznała.
Cholera, że też nie potrafiła się skupić na jedzeniu. Odstawiając naczynie na stół, westchnęła ciężko. Zagapiła się na mięso na talerzu bez apetytu. Gdyby miała lepszy humor to z pewnością bardziej doceniłaby wysiłki pałacowych kucharzy. Danie wyglądało jak małe dzieło sztuki i w innym wypadku — jakby nie była zaabsorbowana głupim Uchihą — to aż by się ośliniła na sam widok. A teraz? Mimo dokuczliwego głodu, zjadła może z pół porcji i już nic więcej nie była w stanie przełknąć. A wciąż nie czuła się syta. Taki chrzaniony paradoks. Wymamrotała pod nosem barwne przekleństwo dźgając widelcem stek.
Już postanowiła, że po kolacji odwiedzi tego przeklętego dziedzica Sharingana aby się przekonać jak dokładnie prezentuje się sytuacja. A jeżeli będzie stawiał opór to zwyczajnie go unieruchomi. Dostanie wybór, dobrowolnie pozwolić na badanie albo przy użyciu argumentu siły. Okej, pierwotne założenia były takie, że żaden z nich nie dostanie od niej pomocy, tak w ramach kary za głupotę. Ale co tu dużo mówić… Kazama należał do grupy uprzywilejowanych.  Jego ciało regenerowało się w zasadzie samo, a Uchihy to już inna bajka. Poza tym, robiła to dla dobra śledztwa. Ot co.
Senju z hałasem odstawiła sztućce, gwałtownie podrywając się z miejsca czym wystraszyła obecną w pomieszczeniu pokojówkę. Ignorując pytające spojrzenie dziewczyny, zacisnęła pięści ruszając bez słowa do drzwi. Koniec. Dała Itachiemu wystarczająco dużo czasu na ogarniecie się. Teraz czy tego chciał czy nie, ona sobie zerknie jakie szkody poczynił pojedynek z Chikage. Z tym mocnym postanowieniem, w mgnieniu oka pojawiła się pod sypialnią Uchihy i — zanim się rozmyśliła — bez pukania, pewnie wkroczyła do środka. Jednak widok, który zastała w sprawił, że aż zamarła w bezruchu.
Itachi siedział na brzegu ogromnego łoża jedynie w luźnych, ciemnych spodniach opuszczonych nisko na biodrach i wydawał się dumać nad leżącym na ziemi bandażem. Biel opatrunku ostro odznaczała się na tle czerwono złotego dywanu, wyglądając wyjątkowo nie na miejscu. Ale to nie ten widok w pełni skupił wzrok Liv. Ona wprost nie potrafiła oderwać spojrzenia od nagiej klatki piersiowej bruneta i to bynajmniej nie z powodu zachwytu. Otóż, konia z rzędem temu kto znalazłby na ciele Uchihy skrawek skóry bez siniaka lub rozcięcia. Niewiele myśląc, zacisnęła zęby zatrzaskując za sobą drzwi. Nie potrzebowali świadków.
— I ciebie opatrzono metką geniusza — mruknęła z przekąsem, zmieniając się w demona. Itachi na te słowa wyłącznie zerkną na nią spod oka z umiarkowanym zainteresowaniem, więcej uwagi poświęcając opatrunkowi. Widząc to Liv jedynie pokręciła z irytacją głową i bez ostrzeżenia zbliżyła się do partnera, popychając go na materac. Nie kłopocząc się żadnymi wyjaśnieniami przesunęła palcami po brzuchu Uchihy, w zadumie nad uszkodzeniami tkanek. Żywiła nadzieję, że jednak prócz silnych stłuczeń nie doszło do jakiś poważniejszych obrażeń. W każdym razie, patrząc na bruneta doszła do wniosku, że Chikage odrobinę poniosło.
— Niepotrzebnie się fatygowałaś.
— Oczywiście — mruknęła na odczepnego, aż krzywiąc się malowniczo dostrzegając gruby, zakrwawiony bandaż na udzie gdy podwinęła mu nogawkę. — Jak dziecko…
— Przecież powiedziałem…
— Uparty jak dziecko — sprecyzowała z jadem, sztyletując mężczyznę wzrokiem. — Słuchaj uważnie, bo nie zamierzam powtarzać. Masz do wyboru dwie opcje. Pierwsza, przyjmiesz moją krew z godnością godną klanu Uchiha, albo druga, że siłą ci ją wleję do gardła.
— Jesteś niepoprawną optymistką skoro sądzisz, że jesteś w stanie mnie zmusić do czegokolwiek.
— Doprawdy? — zakpiła uśmiechając prowokująco, z impetem siadając Itachiemu na biodrach, co wyrwało z jego ust głuchy jęk, zarówno zaskoczenia jak i bólu. W międzyczasie dłonią zasłoniła mu oczy, a drugą uformowała pieczęć. — Naprawdę uważałeś, że znak na twoim nadgarstku nie ma dla mnie ukrytej korzyści? Niespodzianka, paniczu Uchiha.
— Dobrze ci radzę…
— Tak, tak… zabijesz mnie później — westchnęła znudzonym tonem, skupiając się na bardziej frapującej ją kwestii. — Jaka decyzja?
— …
— Nie słyszę… — Och, domyślała się, że Uchiha potrzebuje chwili na przetrawienie opcji, kiedy to ciało odmawia mu posłuszeństwa. Teraz, bez jej zgody nie mógł poruszyć nawet palcem u stopy. To dopiero ból dla ego.
— Zgoda.
— I nie można było tak od razu? — rzuciła kpiąco, błyskawicznie schodząc z niego i rozglądając się po pokoju. Gdy poczuła jak złapał ją za nadgarstek, uniosła pytająco brew oglądając się przez ramię. — To jak? Masz jakiś pucharek, albo inne naczynie?
— Po co zmieniać zwyczaje?
Liv aż zmrużyła powieki, patrząc w ciemne oczy Uchihy doskonale świadoma do czego zmierzał.
— Teraz nie jesteś na skraju śmierci — odparła wymijająco, aż sapiąc z zaskoczenia gdy błyskawicznie wstał i wsunął palce w jej włosy, zaraz je na nich zaciskając. Ten gest nie wywoływał bólu, ale poczuła się dziwnie zdominowana, jakby złapana w pułapkę. Niechętnie podniosła wzrok na przyglądającego się Uchihę aż nazbyt świadoma jego bliskości. Na  skraju świadomości odnotowała, że zdecydowanie poruszał się zbyt szybko jak na skalę odniesionych obrażeń.
— Pamiętaj, że zaakceptowałem formę pomocy i należałoby abyś teraz ty poszła na kompromis. Chyba, że zapominamy o całej sprawie…
— Potrzebny mi w pełni sprawny shinobi, a nie kaleka — wymamrotała przez zaciśnięte zęby doskonale świadoma, że zapędził ją pod ścianę.
— Ja odrzuciłem ofertę, to ty do mnie przyszłaś. Miej pretensję do siebie.
— Dobrze, już dobrze. — Zmarszczyła z niezadowolenia nos, macając się po kieszeniach. — Postaraj się nie ssać nadgarstka, bo wbrew pozorom to sprawia dyskomfort.
— Hm… — Itachi zamyślił się na chwilę, łapiąc Liv za rękę gdy wreszcie wyciągnęła kunai. — Dawka jest zawsze taka sama? Niezależnie od obrażeń?
— Nie… na moje oko, wszystko załatwi kilka kropel. Ale nie łudzę się, że tak szybko mnie puścisz. Mówiłam ci, że moja krew ma właściwości narkotyczne…
— To wszystko co chciałem wiedzieć.

~oOo~

Liv czerwona jak burak wypadła za drzwi, zamykając je z hałasem i oparła się o nie całym ciałem. Sapała jak po przebytym maratonie i w żaden sposób nie potrafiła uspokoić oddechu. Naprawdę, jak mogła nie przewidzieć do czego zmierzała ta rozmowa. Była głupia czy naiwna? I cholera, nawet jak już mleko zostało już rozlane to potrzebowała aż tak długo żeby się ogarnąć?
Przyłożyła dłoń do piersi, gdzie wciąż szalało galopujące serce. Chociaż zarzekała się jak żaba błota, to wciąż Itachi miał nad nią władzę. Może nie taką jak nad tymi wszystkimi zakochanymi w nim idiotkami w wiosce, ale jednak. Nadal Uchihy dotyk rozpalał, a usta pozbawiały tchu. Pocałunek wystarczał aby jej mózg wyparował, a ona topniała jak wosk w jego ramionach. Aż zadrżała na samo wspomnienie, nerwowo przejeżdżając językiem po nagle wyschniętych wargach. I nawet fakt, że ten drań ją ugryzł — nowy kreatywny sposób korzystania z leczniczej krwi — nie potrafił w niej obudzić odpowiedniej ilości gniewu. Westchnęła ciężko, pocierając palcami przymknięte powieki. Już sama nie wiedziała kogo chciała ukarać swoim zachowaniem. Gubiła się w tym wszystkim i czuła się jak dziecko we mgle. Owszem, Itachi zrobił z niej idiotkę zatajając plany matrymonialne, a ona z racji urażonej dumy zbudowała odgradzający od niego mur. Ale jak widać, miał cholernie wielkie dziury w konstrukcji. Budowlaniec z niej żaden.
Niespodziewanie straciła oparcie i gdyby nie szybka interwencja Uchihy, jak nic wylądowałaby na podłodze. Z urażoną miną zerknęła na podtrzymującego ją partnera, aż mrużąc oczy na widok lekkiego uśmiechu malującego się na jego ustach.
— Ochłonęłaś? Przybył posłaniec z Konohy. Domyślam się, że chciałabyś być przy tym.
— Mhm — burknęła, odsuwając się i bez słowa wchodząc z powrotem do pokoju, z którego jeszcze nie dawno uciekła jakby się paliło.
— Katsuyu, mów.
— Czcigodna Tsunade nakazała wam wracać. — Bezskorupowy ślimak, wielkości bochenka chleba siedział na toaletce patrząc na nich wyłupiastymi oczami. — Z wiarygodnych źródeł wiemy, że grupa o której wspominaliście w ostatnich raportach zatrzymała się w Tanzaku. Już śledzimy każdy jej krok.
— Co z ciałem klechy? — zapytała Liv, skupiając się w pełni na Chowańcu Piątej Hokage. Nakazała sobie wyparcie z umysłu niedawnego incydentu z Uchihą, co nie przyszło z łatwością, ale fakt pojawienia się posłańca odrobinę to usprawnił.
— Wszystko jest w raporcie, który przetransportowałam — mruknął bezkręgowiec, powoli pełznąc do końca blatu. — W skrócie, nikt fizycznie nie przyczynił się do śmierci denata. Samobójstwo, bez udziału osób trzecich.
— A co z zawartą w umyśle sugestią?
— Nie chcę się wdawać w szczegóły, które są umieszczone w zwoju.
— A co z ciałem? Ludzie, dla których był przewodnikiem duchowym pewnie chcieliby go pochować — stwierdziła Liv aż nazbyt dobrze pamiętając jak bardzo wierni kapłana się z nim zżyli. Cholera, ciekawe czy ktokolwiek pamiętał aby przekazać im wiadomość o jego śmierci.
— Jutro przybędzie do Lawy już przygotowane do godnego pogrzebu — poinformował Chowaniec, zaraz oddychając głęboko na wiszące w powietrzu niezadane pytanie. — Dziś nie byłam w stanie go przenieść. Dopiero zakończyły się ostatnie działania na terenach objętych trzęsieniem ziemi i wciąż, większa część mnie pracuje w prowizorycznym szpitalu.
— Kakashi już opanował sytuację?
— Odbudowa budynków poszła sprawnie. Przynajmniej na tyle żeby zapewnić każdemu dach nad głową. Ludzie potrzebują spokoju oraz stabilizacji, a to zapewniają przeszkoleni psychologowie. Muszą uporać się z traumą jaką mają obywatele zniszczonych terenów. — Katsuyu westchnęła ciężko. — Trzeba im zapewnić zwykłą codzienność. Praca, szkoła, dom… żeby znowu wpadli w uspakajającą rutynę.
— Rozumiem — przytaknął Itachi, sięgając po zwój z raportem.
— Osobna informacja o waszym niezwłocznym opuszczeniu Lawy już dotarła do króla — rzucił na odchodne Chowaniec i już po chwili zniknął, pozostawiając po sobie jedynie mało estetyczny ślad na drewnie.
— Co wolisz, rozmowę z monarchą czy bezpośrednim zwierzchnikiem armii? — odezwała się Liv, spoglądając na towarzysza. Musieli się podzielić zadaniami żeby zdążyć do rana, co znaczyło, że czeka ich cholernie długa, nieprzespana noc.
Dopiero teraz dotarło do niej, że lecznicza moc jej krwi już zrobiła swoje. Na ciele Itachiego nie było najmniejszego śladu po walce z demonem. Wszelkie siniaki, cięcia, otarcia zasklepiły się pozostawiając gładką, bladą skórę. A skąd to wiedziała? Otóż Uchiha wciąż nie miał na sobie koszulki. Otrząsając się z rozmyślań wyciągnęła wyczekująco dłoń po zwój pozostawiony przez Katsuyu.
— Jakby nie patrzeć powinniśmy przed opuszczeniem Lawy zadbać aby uszczelnili wszelkie luki w ochronie. Uczulić na co powinni zwracać szczególną uwagę.
— Porozmawiam z żołnierzami.
— W porządku. Ja idę do króla.

~oOo~

Liv odgarnęła włosy z twarzy, zatrzymując się na skąpanym w nocnej poświacie tarasie. Oparła się o barierkę, spod rzęs patrząc na spacerujących po ogrodach strażników szepczących coś między sobą. Dopiero wyszła z komnat króla i dumała nad przeczytanym raportem. Zwłoki klechy przebadała Shizune, prawa ręka Hokage. Ta informacja potwierdzała teorię, że Konoha potraktowała sprawę poważnie. Kobieta miała długoletnie doświadczenie w pracy nad zmarłymi więc, Senju nie poddawała pod wątpliwość jej osądu. Skoro stwierdziła brak udziału osób trzecich — fizyczne zmuszenie do samobójstwa — to Liv w to wierzyła.
Natomiast ta część raportu o przejęciu śledztwa przez Inoichego już była bardziej niepokojąca. Mężczyzna pochodził z potężnego klanu Yamanaka, który techniki związane z umysłem opanował do perfekcji. Potrafił w krótkim czasie odczytać z mózgu cały życiorys denata, a nawet wykryć najdrobniejsze zmiany jakie mógł nałożyć w nim intruz. Był też biegły w omijaniu mentalnych blokad. W każdym razie, spostrzeżenia mężczyzny należały do niejasnych. Owszem, Inoichi dostrzegł, że ktoś maczał palce w głowie klechy, ale jutsu należało do tak skomplikowanych, że mimo prób nie był w stanie stwierdzić co dokładnie twórca wyznaczył na katalizator. Bo jakiś wybrano, co do tego nie miał wątpliwości. Zapis emocji, pór dnia, brzmienia wyrazów plątał się ze sobą, tworząc dla każdego niewtajemniczonego niezrozumiały bełkot. W każdym razie, końcowa konkluzja brzmiała następująco. Kapłan w założeniu miał prędzej czy później umrzeć, tego pragnął twórca techniki.
Aż podskoczyła ze strachu, czując jak coś opadła na jej ramiona, a ciepły oddech musnął w kark. Zdumiona, błyskawicznie odwróciła się do intruza przystawiając mu kunai do gardła, zaraz marszcząc brwi.
— Ciepło nocy jest zdradliwe, Liv.
— Kazama… — westchnęła z ulgą, chowając broń i poprawiając narzucone na plecy haori. Kiedy tak patrzyła w jego rubinowe oczy, momentalnie przypomniała sobie o pojedynku jaki stoczył z Uchihą, na co zacisnęła usta. Tylko czy powinna się nad nim wytrząsać skoro zamiast ukarać obu, faworyzowała Itachiego dając mu krew? Owszem, wytłumaczenie miała niezłe, bo misja i musi być w pełni sił, ale… kierując się sprawiedliwością powinna uleczyć obu.
— Przyszedłem się pożegnać. — Chikage oparł się bokiem o balustradę, spoglądając w nocne niebo.
— Coś się stało?
— Nic, po prostu obowiązki wzywają — stwierdził, przemilczając fakt, że należałoby poinformować resztę demonów o niebezpieczeństwie. Co prawda, nie zyskał namacalnych dowodów, że ktoś poluje na ich rasę — i nie myśli tu o Łowcach — ale faktem pozostawało zniknięcie kilku osobników bez śladu. Powinni wdrożyć środki bezpieczeństwa. — Słyszałem, że wy też nie zabawicie tu długo.
— Jutro wracamy do Konohy — mruknęła, łypiąc na poważnego demona. — W zasadzie… to skąd to wiesz?
— Spotkałem twojego partnera.
— Och. — To jedno zdanie wystarczyło aby z zawstydzeniem wbiła wzrok w kamienną posadzkę. I chociaż nie prawił jej morałów, to wyczuwała w nim lekkie rozczarowanie. Jakby niewypowiedziany żal za zdradę. Cholera, tak po prawdzie się łudziła, że Kazama się nie dowie o uzdrowieniu Uchihy, a tu? Ledwie wrócił do pałacu, a już wszystko wiedział. To znaczy, żywiła szczerą nadzieję, że akurat formy podania krwi nie znał.
— Przestań. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że mu pomożesz — prychnął, a Liv ze zdumieniem podniosła spojrzenie na jego twarz. Spoglądał na nią z nieskrywaną wyższością, a potem westchnął ciężko, przygarniając ją do piersi. Ujął w palce podbródek, łagodnie unosząc aby mógł swobodnie na nią patrzeć. — I nie mam żalu.
— Przestań mnie wybielać. Powinnam…
— Chcesz odpokutować?
— Tego nie powiedziałam — wymamrotała aż nazbyt świadoma, zmiany w zachowaniu Chikage.
Atmosfera zrobiła się niesamowicie elektryzująca, a  noc jakby zamilkła w szacunku, z niecierpliwością czekając na działania jakie podejmie demon. Jakby świat wstrzymał oddech w zaciekawieniu czy wreszcie ulegnie dręczącej go pokusie.
Jednak Kazama się nie śpieszył. Powoli muskał opuszkami palców linię ust Liv, doskonale świadomy jak taki dotyk na nią działa. Została złapana w pułapkę chociaż on prawie nie zrobił nic, bo wyłącznie patrzył. Patrzył i sycił się widokiem lekko rozchylonych warg, zaróżowionych policzków, szybciej unoszącej się piesi. Delektował się tym wszystkim, trzymając ja w ramionach. Przesunął dłoń na policzek Senju, nachylając się i mocniej przyciskając ją do siebie.
Z satysfakcją odnotował, że oddech Liv stał się odrobinę płytszy, a palce mocniej zacisnęły się na przodzie jego szaty, jakby dla pewności, że nie ucieknie. Zatraciła się w doznaniach, odchylając głowę kiedy nosem przejechał po jej odsłoniętej szyi. Zaciągając się zapachem kobiety, czuł jak drży oblizując spierzchnięte usta. Zamglony wzrok jaki mu posłała zza kurtyny gęstych rzęs chwilę później, sprawił, że aż zamarł. I przeklinając się w duchu od głupców, ostatnim wysiłkiem woli odsunął ją od siebie. Trzymając Liv za ramiona czekał aż się otrząśnie, uśmiechając się przy tym cierpko. I tak, z łowcy stał się ofiarą.
— Co ty…
— Wkrótce sama do mnie przyjdziesz, a ja będę czekać.
— Kazama…
Słysząc zachrypnięty głos szepczący jego imię, postanowił ukraść coś z tej chwili dla siebie. Na ponure, samotne, zimne noce w pustym łożu. Tyle lat oczekiwania chyba usprawiedliwiało, że pragnął coś uszczknąć z tego momentu. Namacalnego. Zasłużył na godne pożegnanie. Tak. Z tą pokrzepiającą myślą, wplątał dłoń we włosy Liv popychając ją na barierkę i całując tak, jak powinien wtedy u niej w domu. Zachłannie, na pograniczu brutalności, a przy tym tak odurzająco.