22.07.2017

LVI CZŁOWIEK KONTRA DEMON

Hej! Jak spędzacie wakacje? Ja już niestety po wczasach, a co zabawniejsze teraz — naiwnie myślałam, że sezon wakacyjny będzie jakiś taki spokojny w pracy, mało ludzi w mieście bo może gdzieś wyjechali odpocząć… mhm, jasne — zapierniczam za dwie. Tak, tak… nie ma sielanki.
Podoba Wam się nowa szata bloga? Mnie bardzo <3. Już dawno się czaiłam na zmiany, ale jakoś tak zeszło. Zawsze kapitulowałam. A to, że za dużo tłumaczenia komuś co chcę… że „moja” Szabloniarka już nie robi zamówień, że ten stary nie jest taki zły, że boję się zmian, bo później może być gorzej… tak, jestem geniuszem wymyślania wymówek i mogę z tego prowadzić wykłady XD.
Teraz pewnie kminicie jak, z taką ilością wątpliwości w końcu się na to zdecydowałam. Otóż, tamten szablon co trochę się psuł i siłą rzeczy musiałam coś zrobić. Tak, Dita została postawiona pod ścianą i tak oto jest nowy szablon. Można powiedzieć, że blog podjął decyzję za mnie XD. Tym sposobem, dzięki łaskawości Vanes mam tę piękność.
No dobra, jak już sobie pogadałam to teraz trzeba nakreślić parę słów o rozdziale. I tu zaczynają się schody… Czy zbliżamy się do końca? Nie mam pojęcia. Znaczy wiem co chcę, ale zawsze w trakcie o czymś jeszcze sobie przypominam i tak się jakoś przedłuża. No cóż, musicie być cierpliwi w stosunku do moich bohaterów. Nie ma wyjścia :”D.
Tradycyjnie nie sprawdzane, tak więc szukać czerwonej płachty i jak matador, robić uniki przed bykami. Miłej zabawy :”3. Buziaki.





            Kazama z uwagą śledził poczynania królewskich alchemików, puszczając mimo uszu gadanie Rumi. Jak tylko wkroczyli do środka stracił zainteresowanie dziewczyną, skupiając się na naukowcach. Patrząc się na ich krzątaninę jedno słowo przychodziło mu do głowy, mianowicie: precyzja. Każdy ruch wydawał się wyjątkowo przemyślany, nic nie działo się przypadkowo. Cierpliwie przelewali badane substancje z jednych pojemników do drugich, poddając je różnym eksperymentom. Podgrzewali, chłodzili, odparowywali, a każdy zaobserwowany wynik skrzętnie notowali w wielkiej księdze przy parapecie.
Mężczyźni zbyt skupieni na pracy nawet nie zwrócili na nich uwagi, co w sumie było demonowi na rękę. Dzięki temu zachowywali się swobodnie, a przede wszystkim nic nie ukrywali. Ewentualne przeszukiwanie pomieszczenia nie napawało Kazamy entuzjazmem, ale jeżeli wyłącznie w ten sposób będzie mógł się dowiedzieć co za eliksir zdobyli to się poświęci. Cel uświęcał środki,
Cóż, teraz kiedy już znalazł się w wieży mógł przestać udawać zainteresowanie królewną. Zrobiła to czego od niej oczekiwał i tu ich zacieśnianie znajomości się kończyło. Zresztą czuł się odrobinę zmęczony całym tym cyrkiem. Rumi chyba sporo sobie naobiecywała podczas tego spotkania ponieważ robiła się coraz śmielsza, co tylko irytowało Chikage.
— Och, witaj królewno. — Najstarszy z obecnych mężczyzn wreszcie ich zauważył, posyłając dziewczynie życzliwe spojrzenie zza okularów. Pobieżnie omiótł Kazamę wzrokiem, a następnie klepnął w ramię towarzysza, aby i ten przywitał się z gośćmi.
— Witaj, Osamu — przywitała się pogodnie dziedziczka tronu, podchodząc do księgi. — Przyciągnął nas dym. Jak idą badania?
— Bez zmian — odparł chudy jak patyk okularnik, drapiąc się po brodzie. — Byłoby łatwiej gdybyśmy wiedzieli skąd i co w zasadzie testujemy.
— Ojcu wyjątkowo zależy na tym projekcie.
— Daje nam to do zrozumienia przy każdej wizycie.
Kazama w milczeniu słuchał tej wymiany zdań, cierpliwie czekając na efekty. Żywił nadzieję, że Rumi sama wpadnie na pomysł aby pokazać mu fiolkę z życiodajną substancją. Jakby nie patrzeć to gwarantowałoby, że znowu zwróciłby na nią uwagę. Przynajmniej na chwilę.
— Królewna Rumi? — Zza regałów książek wyszedł potargany, niski staruszek o wyjątkowo bystrym spojrzeniu. Podpierając się na drewnianej lasce, powoli kuśtykał w stronę gości głośno szurając nogami. Pod pachą dzierżył opasłe tomiszcze, które zdawało się wyjątkowo mu ciążyć, ale co dziwne reszta współpracowników nawet nie drgnęła aby mu pomóc.
Patrząc na mężczyznę, Kazama już wiedział, że ten człowiek zrobi wszystko aby utrudnić mu zdobycie informacji. Podejrzliwość aż zionęła z bladoniebieskich oczu.
— Znasz zasady. Nie wolno tu wprowadzać obcych.
— Wiem. My tylko na chwileczkę.
— To nic nie zmienia. Wynocha moja panno.
— Ale… to ninja Konohy. Ubliżasz panującej Hokage podejrzewając, że skradną nasze patenty — wytknęła dziewczyna, nadymając z niezadowolenia usta.
Kazama na tę wzmiankę aż zakasłał gwałtownie, tłumiąc śmiech. On shinobi? Dobre sobie. Za nic w świecie nie przyjąłby fuchy najemnika, ale skoro dzięki temu kłamstwu ten stary dziad ich nie wyrzuci, to niech będzie. Chociaż ciekawiło go czy ktokolwiek z tu obecnych zwrócił uwagę, że nie ma żadnych symboli na ubraniu, które utożsamiałyby go wioską.
— Tego nie powiedziałem — prychnął staruch, odkładając tom na blat dębowego stołu. — Jednak będziecie nam przeszkadzać w pracy.
— Tylko pięć minut — jęknęła błagalnie Rumi, wlepiając spojrzenie w mężczyznę. — Nic nie będziemy ruszać. Popatrzymy z daleka i zaraz pójdziemy. — Obiecała gorliwie, szukając wzrokiem wsparcia u Chikage.
Demon nawet nie drgnął, całkiem ignorując towarzyszkę. Co jak co, ale nie zamierzał się prosić ani tym bardziej nic obiecywać. Kiedy tylko zlokalizuje naczynie z tajemniczą substancją z pewnością nie omieszka się jej dokładnie przyjrzeć.
— Pięć minut i ani sekundy dłużej — skapitulował alchemik, kręcąc z westchnieniem głową.

~oOo~

Kazama przeczesał palcami grzywkę dumając co dalej w milczeniu idąc po schodach. Zatracił się w rozmyślaniach, całkowicie lekceważąc Rumi co i tak pewnie by robił w normalnych warunkach. Był dla niej miły wyłącznie z jednego powodu i już go osiągnął.
Tak, jak przypuszczał, tajemnicza substancja okazała się krwią demona. Każdy przedstawiciel ich rasy potrafił to stwierdzić już na pierwszy rzut oka. I kiedy tylko się co do tego upewnił aż dostał szczękościsku, z trudem opanowując odruch stłuczenia pojemnika. Zdecydowanie nie podobał mu się fakt, że ludzie przy niej majstrowali.
Z drugiej strony może wtedy skończyłyby się polowania na nich? Skoro udałoby się stworzyć syntetyk to Łowcy straciliby cenne źródło dochodów. Jednak, Chikage nie należał do naiwniaków. Nawet jeżeli udałoby się rozpracować ich krew to wytworzenie sztucznej zapewne zajmowałoby masę czasu, jak i pochłaniało od groma pieniędzy. A złapanie żywego przedstawiciela demonów byłoby szybsze oraz tańsze.
Wtedy jak nic, informacja o cudownych właściwościach demonicznej krwi przysporzyłaby im masę wrogów. Staliby się cenną zwierzyną dla osób chcących się szybko wzbogacić, a także wzmocnić swoją pozycję na arenie światowej. Teraz natomiast ich istnienie było tajemnicą. Byli istotami z legend i podań. Mało kto wierzył, że nie są wytworem wyobraźni. A i samym Łowcą zależało na utrzymaniu wszystkiego w sekrecie. Bo po cóż im konkurencja? Tak to tylko klany polujące na demony znały prawdę.
— Kazama? — Rumi w desperackiej próbie zwrócenia na siebie uwagi, złapała towarzysza za przedramię. Coś poszło nie tak. Spotkanie w ogrodach przebiegało w przyjemnej atmosferze, a teraz Chikage ponownie się na nią zamknął. Czyżby zrobiła coś źle w wieży? — Nie zgłodniałeś? Zaraz powinni podać obiad.
— Nie. — Siląc się na cierpliwość strząsnął dłoń dziewczyny. Chyba nadeszła najwyższa pora aby co nieco jej wyjaśnił. Chociaż może, jeśli jest mądra, to sama się wycofa i da mu spokój. Oszczędziłaby jemu fatygi, a sobie przykrości albo wstydu.
— To może chcesz jeszcze coś zobaczyć? Mamy wspaniałą kolekcję dzieł sztuki.
— Nie jestem zainteresowany.
— To… — Rumi nerwowo przeczesywała odmęty pamięci w poszukiwaniu czegoś co zainteresowałoby Kazamę. Przecież pałac i okolice słynęły z zabytkowych budowli, a także ciekawych wytworów natury. Ludzie z całego świata przybywali do nich aby się nimi zachwycać. Może powinna zaprosić go na przejażdżkę po karłowatym lesie, albo do doliny wodospadów. Tak, to jest myśl! — Widziałeś już…
— Nadużywasz mojej cierpliwości. — Chikage bezceremonialnie wszedł w słowo dziewczynie, mrużąc gniewnie oczy. — W zasadzie, usiłowałaś zrobić ze mnie głupca.
— Nie rozumiem… w życiu bym tak nie postąpiła — sapnęła autentycznie spanikowana. Niemal zabrakło jej tchu, słysząc te oskarżenia.
— Tak? To co masz do powiedzenia na temat wina z wkładką?
— Słucham? — Rumi aż zamarła w szoku, wpatrując się w Kazamę. Nigdy nie przypuszczała, że jej niewielka intryga się wyda. Jak to się mogło stać? — Ja…
— Och, nie udawaj — prychnął demon, patrząc z góry na zaczerwienioną ze wstydu królewnę. — Naprawdę łudziłaś się, że nie zauważę?
— To nie tak.
— A jak? Zresztą, nie chcę wiedzieć. Żegnam.
— To miało tylko wprawić cię w dobry humor! Nic więcej — krzyknęła ze łzami w oczach, za odchodzącym towarzyszem. Naprawdę była naiwna. Przecież takiego człowieka jak on nie da się przechytrzyć. Co ona sobie najlepszego myślała?
— Doprawdy? Zabawne. Mieszkańcy Lawy mają wyjątkowo specyficzne metody umilania czasu gościom — rzucił przez ramię, wychodząc do ogrodów. Tak, zdecydowanie załatwił to w miarę subtelnie. Nikt nie zarzuci mu, że obraził królewskie dziecię. Jakby nie patrzeć sama ukręciła na siebie bat.
Teraz potrzebował chwili samotności aby dokładnie przemyśleć co zrobić z krwią w rękach alchemików. Zniszczyć próbkę czy pozwolić eksperymentować? Trudny wybór.

~oOo~

Liv rozparła się wygodnie przymykając z lubością powieki i delektując się ciepłem. Wreszcie i ona postanowiła zawitać w tych słynnych na cały świat termach dochodząc do wniosku, że szkoda by było nie skorzystać z okazji. Jakoś nie przypuszczała aby w przyszłości ponownie zawitała na te tereny. Życie żołnierza bywało bezlitosne i żadne planowania nie miały sensu. Wyruszasz tam gdzie pośle cię wioska. Tak to wygląda w praktyce. Chociaż, jakby dostała jakiś dłuższy urlop to może odwiedziłaby te rejony. Okolice Lawy naprawdę należały do malowniczych.
            W każdym razie teraz, upajając się chwilą dla siebie nie próżnowała. Potrzebowała pomyśleć a podziemia pałacu idealnie się nadawały do tego celu. Nic nie rozpraszało Senju, nikt jej nie nachodził ani nie zaczepiał — tak, zdecydowanie myślała tu o Rumii, która dziwnie zapałała do niej nagłą sympatią. Cóż, możliwe, że z powodu Uchihy. Królewna przyłapała ich kilkakrotnie razem — nieważne, że omawiali ewentualne możliwości przebywania wroga, czyli nudna praca shinobii — i wysnuła własny wniosek. Liv przestała być przeszkodą na drodze do serca Kazamy, bo umawiała się z innym! Tak, tę hipotezę Rumi miała niemal wypisaną na twarzy. Mała nawet sugerowała, że mogłaby porozmawiać z ojcem aby przydzielono im wspólną komnatę. Ten pomysł był tak niedorzeczny, że Senju zamiast się oburzyć zwyczajnie zaczęła się śmiać.
            W każdym razie, teraz dumała nad czymś innym. Chciałaby wykazać się profesjonalizmem i powiedzieć, że analizuje kolejne kroki w celu pochwycenia działającej na terenie kraju Ognia szajki, ale byłoby to perfidne kłamstwo. Otóż, umysł Liv zaprzątała ostatnia poważna rozmowa z Uchihą. Słowa Itachiego poruszyły jej serce, ale cóż z tego skoro rozsądek nakazywał aby je olać i trzymać się pierwotnego planu. Skupić się na służeniu wiosce, bo jakby nie patrzeć znalazła wiele priorytetów do wykonania. Obserwacja kariery uczniów to wyłącznie jedna pozycja na dość obszernej liście, ale najbliższa sercu. Powinna też zastanowić się nad tym zdrajcą Danzo — zdecydowanie nie zapomniała piekła jakie zgotowali jej Łowcy po dostanym błogosławieństwie od szefa Korzenia — oraz nad zaproszeniem do Krainy Śniegu. Chociaż może już ktoś coś wiedział o Shimurze, a ona z racji przebywania w terenie nie została poinformowana. Tak też mogło być, zwłaszcza że stworzono i przydzielono osobną formację do wytropienia tego starego dziada. I dział w niej tak łebski facet jak Shisui. Co jak co, ale on wygrzebie tego szaleńca nawet spod ziemi.
A co do spotkania z panem X na jego terenie, to akurat zależało wyłącznie od Piątej. Bez jej polecenia, Liv nie miała prawa nawet ruszyć palcem w bucie. Ech, czasem wykonywanie, a raczej czekanie na rozkazy było frustrujące. Senju należała do ludzi czynu.

~oOo~

Demon rozejrzał się po starym, nieużywanym gmachu. Łuszcząca farba odpadała płatami od ścian, a kamienna posadzka przypominała ser z dziurami, ale to w żaden sposób nie odstręczało Kazamy. Owszem, lata świetności budynek miał już za sobą, ale biorąc pod uwagę co zamierzał w nim robić idealnie się do tego nadawał. Raz, że znajdował się na peryferiach królewskiego grodu — czyli nikt niepowołany nie wparuje do środka — a dwa został zabezpieczony odpowiednimi technikami ninja aby nic co wydarzy się pod tym dachem nie wydostało się na zewnątrz i nie zagroziło okolicznym terenom. Taka pancerna, zdezelowana puszka, która cechowała się wyjątkową odpornością na zniszczenia. Owszem, Chikage lubował się w tym co piękne, ale dziś postawił na praktyczność.
Mrużąc powieki, utkwił spojrzenie w sklepieniu, które kiedyś musiało być interesującym freskiem. Cóż, patrząc na ten obraz nędzy i rozpaczy, ponownie zastanowił się czy dach wytrzyma takie przeciążenia oraz nie spadnie mu na głowę. W końcu niezbyt zadowolony byłby z faktu jakby został tu pogrzebany żywcem. I chociaż groźba zawalenia wydawała się całkiem realna to jednak nie zamierzał się wycofać. Co jak co, ale i tak już zbyt długo czekał na tę chwilę.
Zaalarmowany cichym skrzypieniem wrót, powoli odwrócił się do przybysza. Bez emocji obserwował jak idzie przez pomieszczenie, nie spuszczając z niego wzroku. Tak, poświęcał mu pełną uwagę, ale nie dziwne. W końcu każdy by tak postąpił gdyby został zaproszony do tej rudery. Intuicja jak oraz racjonalizm podpowiadał, że spotkania w takich miejscach nie polegały na pogaduszkach przy kawie i ciasteczkach. A czego by nie mówić o użytkowniku Sharingana, nie należał on do głupców. Przynajmniej w pewnym sensie.
Itachi Uchiha bezpowrotnie wpisał się na listę ludzi, których powinno się wyeliminować. I Kazama doskonale zdawał sobie sprawę, że zabić Uchihy nie może. No dobrze, niby mógłby ale to skomplikowałoby relacje zarówno z Senju jak i z Konohą. A tego nie chciał — przynajmniej na tym etapie. Mimo wszystko, nie zamierzał pozwolić aby ten człowiek nie dostał żadnej nauczki. Nikt nie miał prawa bawić się uczuciami Liv. Nie gdy on miał coś do powiedzenia w tej materii.
Już na starcie nie było szans na zostanie przyjaciółmi — w końcu Chikage gardził ludźmi — ale to co zrobił Uchiha później, bezpowrotnie przekreśliło jakąkolwiek formę relacji, inną niż tę o natężeniu negatywnym. Zniknął minimalny szacunek — w porządku, ciekawość — wobec potęgi Suzanoo oraz Sharingana. Teraz potomek Madary przeobraził się w karalucha, którego wypadałoby zgnieść. Wymazać istnienie z kart historii.
— A więc jestem — odezwał się Itachi, zatrzymując kilka kroków od demona. Nie potrafił nic wyczytać z twarzy Chikage, ale od jakiegoś czasu czuł, że ich drogi się skrzyżują na innym, bardziej grząskim gruncie. — Skąd to zaproszenie?
— Przypuszczam, że jesteś na tyle inteligentny, że wiesz — odparł Kazama, zerkając na zamknięte drzwi. Ostatnim o czym marzył to niezapowiedziani goście.
— Domyślam się. Jednak jestem ciekawy jak to rozegrasz, a raczej utrzymasz w tajemnicy. Senju jest sensorem — przypomniał od niechcenia, krzyżując ręce na piersi. Cóż, dla niego to nie problem, że Liv się dowie o tym starciu. Zbyt długo iskrzyło i trudno się spodziewać żeby napięcie panujące między nimi wreszcie nie znalazło ujścia.
— Nie masz do czynienia z głupcem, Uchiha. — Chikage spojrzał z wyższością na przeciwnika. — A Liv się nie przejmuj, ma ciekawsze zajęcie.
— Skoro tak twierdzisz…
— Ale teraz, pozwól, że skupimy się na tobie. Nie wypada lekceważyć mocy klanu Uchiha i dlatego pozwól, że zdejmę z ciebie brzemię.
Zanim Itachi zdążył się zastanowić nad słowami demona, poczuł bolesne ugryzienie w okolicy barku. Zbyt zdumiony, wpatrywał się w tkwiącego naprzeciwko Chikage dopiero po chwili rozumiejąc co się stało. Ślady krwi na zębach oraz kpiący uśmiech powiedziały mu wszystko.
— Pozbyłeś się strażnika… — Uchiha zerknął pobieżnie na nadgarstek. Cóż, złoty tatuaż nie zniknął, ale wyglądał dziwnie blado. Jakby wtopił się pod skórę. Pieczęć nałożona przez Senju symbolizowała dla niego nie tylko ochronę, ale również pamiętną noc. Stanowiła realny, namacalny dowód, że dał dojść do głosu sercu i rzeczywiście trzymał Liv w ramionach.
— Mhm… — Kazama splunął pod nogi, marszcząc z niezadowolenia nos. — Tylko by nam przeszkadzał w zabawie.
— Cóż, chyba powinienem ci podziękować. Stanowiła pewną uciążliwość.
— Nie ciesz się przedwcześnie. Nawet król demonów nie ma takiej mocy aby ją usunąć.  — Chikage sięgnął po wiszący u pasa miecz. — A teraz, koniec rozmów.
— Jak sobie życzysz.

~oOo~

Liv spod zmrużonych powiek patrzyła na układane na posadzce zwłoki. No cóż, tego się zdecydowanie nie spodziewała. Kiedy dostała wiadomość, że natychmiast powinna przyjść do lochów pomyślała, że klecha znowu rozrabia. Że jakimś cudem wyrwał się spod działania Sharingana uprzykrzając życie strażników. Sprawa niepojętna, ale może Uchiha zwyczajnie nie docenił pieczętującego oraz założył zbyt słabe blokady w umyśle księdza. Dziwne, niesłychane, ale pomyłki zdarzają się najlepszym. Może partnera zgubiła rutyna. Niestety na miejscu okazało się, że żadna z wysnutych hipotez nie pokrywała się z prawdą. Stawiając się w celi, Liv znalazła się oko w oko ze śmiercią.
Zacisnęła gniewnie usta. Całkowicie nie rozumiała dlaczego klecha tak postąpił. Co zyskał dzięki takiemu zagraniu. Rozmawiała z nim i nie wyglądał na osobę zdolną do targnięcia się na własne życie. Wydawał się rozsądnym człowiekiem, nie impulsywnym. Zresztą, z tego co się orientowała to bardzo wiele religii piętnowało samobójców.
Dwóch żołnierzy wpatrywało się tępo w trupa, który — wnioskując po minie — wreszcie odnalazł upragniony spokój. Ten który wcześniej odcinał wiszącego na powiązanym prześcieradle mężczyznę, przykucnął i domknął księdzu powieki.
Jak to się mogło do diaska stać? Przecież przebywał w celi, a pod kratami całą dobę przebywali wartownicy. Powinni usłyszeć coś niepokojącego. Jakby nie patrzeć człowiek w konwulsjach robi sporo hałasu. Chyba, że klecha nawet się nie szarpał, co byłoby dziwne. Z drugiej strony nie przeszła pełnego szkolenia z zakresu medycyny, więc wszystko to na czym się opierała to czysta logika oraz przypuszczenia. Dumając nad tą kwestią, podeszła bliżej. Całe zajście wyglądało na samobójstwo, ale co jeśli nim nie było? Może bandyci już się dowiedzieli, że Konoha przyjęła na nich zlecenie i zaczęli zacierać ślady? Jeśli tak, to jakim cudem niezauważeni wtargnęli do pałacu?
— Skoro Liść oficjalnie zajmuje się sprawą, przejmujemy ciało — poinformowała właśnie wchodzącego króla. Najwyraźniej już zdążono go powiadomić ponieważ nie wydawał się zaskoczony zastanym widokiem.
— Jeżeli istnieje taka konieczność to nie widzę przeciwskazań. — Władca zmierzył wzrokiem żołnierzy, a następnie nakazał im gestem aby opuścili pomieszczenie. Gdy upewnił się, że odeszli wystarczająco daleko wyszeptał. — Ktoś jest za to odpowiedzialny?
— Nie chcę zgadywać — mruknęła Liv, przykucając i rozkładając specjalny zwój. Uformowała pieczęć i już po sekundzie, z płótna wystrzeliły pasy bandaża szczelnie okrywając zwłoki. — Specjalna grupa medyków zrobi szczegółową sekcję. Kiedy przyślą wyniki zyskamy pewność.
— Przekaż aby potraktowano tę sprawę priorytetowo — zażądał władca, zaplatając dłonie za plecami i patrząc na kunoichi z góry. Czuł się wytrącony z równowagi. Jeżeli księdza zamordowano w pałacu tuż pod nosem strażników to znak, że ktoś z jego ludzi został przekupiony albo mają szpiega w szeregach. Sam nie wiedział co gorsze. — Trzeba…
— Mój partner zajmie się przesłuchaniem żołnierzy — weszła mu w słowo Liv, doskonale rozumiejąc obawy króla. Całe to zajście stawiało pod wielkim znakiem zapytania bezpieczeństwo rodziny królewskiej oraz poddanych. — Teraz najważniejsza jest dyskrecja. Jeżeli to możliwe to chciałabym porozmawiać z kimś kogo darzysz panie największym zaufaniem. Jego pomoc oraz spostrzeżenia mogą okazać się bezcenne.
— Natychmiast go tu przyślę.

~oOo~

            Tsunade opierała się wygodnie na fotelu, obserwując panoramę zza okna. Bezchmurne niebo w pełnej krasie ujawniało swój ciemny granat, gęsto usiany gwiazdami. Niczym drogocenne diamenty błyszczały na nieboskłonie przyciągając wzrok. Co ciekawe, dzisiejsza noc była bezksiężycowa. Wyjątkowo rzadkie zjawisko w tych oklicach Kraju Ognia, można powiedzieć, że anomalia.
Grupka naukowców od paru dni nie mówiła o niczym innymi aż w końcu Piąta wydała pozwolenie na pracę w terenie. I nie zrobiła tego dla nich, ale dla siebie. Zwyczajnie miała dość patrzenia na ich błagalne miny i słuchania aluzji. Czym się tu do diaska podniecać? Zjawisko jak wiele innych, które niezbyt wiele wnoszą do codziennego życia. No może tyle, że nic nie oświetla w nocy drogi poza miastem. Naprawdę miała ważniejsze rzeczy na głowie niż jednorazowy brak księżyca.
Niebawem została poinformowana o zorganizowanym na wzgórzach spotkaniu astronomów, którzy w fascynacji przyglądali się temu fenomenowi. Oczywiście została na nie zaproszona, ale prędko odmówiła. Z ciepłego gabinetu również dobrze się patrzyło na gwiazdy. Uśmiechając się pod nosem, skrzyżowała ręce na piersi. Konoha powoli zasypiała snem sprawiedliwego i tylko nieliczni przechodnie pojawiali się na ulicach. Przemykali cichaczem spiesząc się do domu na zasłużony odpoczynek. Tak, ona też powinna pójść już do łóżka.
— Czcigodna…
— Mów — poleciła bez zaskoczenia, nawet się nie odwracając do przybyłego shinobi. Nie spóźnił się nawet o minutę, jak zawsze zresztą. Podziwiała tę jego punktualność dzięki której można było spokojnie regulować zegarki.
— Raport już leży na biurku, tam uwzględniłem szczegóły wraz z wymienionymi znaleziskami.
— Zapoznam się z nim jutro. Dziś chciałaby usłyszeć ogólną ocenę sytuacji. — Z ociąganiem odwróciła się do czekającego podwładnego, mrużąc powieki. — Co dla mnie masz, Shisui?
— Potencjalna kryjówka w górach okazała się zwykłym nieporozumieniem. Ślady wskazują, że od dobrych kilkunastu lat nikt tam nie zaglądał. Kiedyś może służyła Korzeniowi, ale oczyszczono ją do gołych ścian. Baa… przyroda ponownie ją zaadoptowała i teraz to siedziba niedźwiedzi. — Teleporter zdjął z twarzy maskę, ocierając z niej brud przedramieniem. — Natomiast podziemne labirynty na granicy z Krajem Herbaty to już inna bajka. Z całą stanowczością możemy stwierdzić, że po ucieczce z Konoha Danzo tam zajrzał. I z jakiegoś powodu wyjątkowo szybko ją opuścił. Śmiem twierdzić, że to był tylko przystanek na jego drodze do celu.
— Wiemy gdzie zmierza?
— Możemy wyłącznie przypuszczać. Ja, sądząc po zgromadzonych materiałach, obstawiałbym Kraj Bagien.
— Umotywuj.
— Ostatnimi czasy dochodziły do moich uszu pogłoski o zacieśnianiu więzi pomiędzy Shimurą, a jednym z przedstawicieli tamtejszej monarchii. Dziwne, zwłaszcza, że z racji łączących nas relacji handlowych to im bardziej powinno zależeć na nas, a nie odwrotnie. A jednak to Danzo wychodził z inicjatywą.
— Rozumiem. Możesz odejść.
— Mam informować ludzi o nowym celu podróży?
— Nie. Na razie macie kilka dni odpoczynku — mruknęła Tsunade, masując skroń i zerkając tęsknie na szafkę za plecami Uchihy. Tam ukryła butelkę sake, która teraz jak nigdy by się przydała na rozluźnienie. Oczyszczenie umysłu. — Muszę skonsultować się z Narą w sprawie Kraju Bagien.
— Przyjąłem. — Shisui skinął głową, doskonale rozumiejąc dylemat Hokage. W tamtych okolicach niezbyt akceptowano intruzów, a już niezbyt tolerowano węszących shinobi z innych wiosek. Panujące tam władze we wszystkim widziały spisek mający na celu odsunięcie ich od władzy oraz przejęcie terytorium. Zdobycie pozwolenia na wejście na ich tereny graniczyło z cudem, co dotychczas nie stanowiło problemu. Konoha jakoś specjalnie nie zabiegała o wizyty w tym dziwnym oraz specyficznym kraju. Liść nie miał w tym żadnego interesu aż do teraz.

~oOo~

Liv spod groźnie zmrużonych brwi, patrzyła na idącego korytarzem Uchihę. Jakby nigdy nic przywitał się z obecnymi żołnierzami oraz zamienił z nimi kilka słów. Na ten widok z trudem powstrzymała się przed złapaniem partnera za kołnierz i zbesztaniem ile wlezie. Bo jak to tak? Sytuacja kryzysowa, a on nieuchwytny! Normalnie zapadł się na kilka godzin pod ziemię i dopiero Chowańcom udało się go wytropić. Zdecydowanie nadużywał jej cierpliwości, a powinien wiedzieć, że u niej to towar deficytowy. Nie wiedziała gdzie ten dupek się szlajał, ale wybrał na to najgorszy czas.
— Uchiha… — Sztyletując mężczyznę spojrzeniem, zacisnęła dłonie w pieści. — Mam nadzieję, że masz dobrą wymówkę.
— Nie mam.
— Słucham?! — wysyczała, mrużąc gniewnie powieki. Bezczelność aż biła Liv po oczach, na co zazgrzytała nerwowo zębami. Pozbawiono ich świadka koronnego, a ten arogant nie wykazywał najmniejszej skruchy za zniknięcie bez słowa. Co prawda zapewne to nie uratowałoby klechy, ale przynajmniej śledztwo już by trwało. A tak? Stała w miejscu, bo niestety do przesłuchania świadków najlepszy był Sharingan. Już przymierzała się do zmieszania Itachiego z błotem, kiedy coś zauważyła.
— Gdzie żeś ty się szlajał, Uchiha. — W oka mgnieniu złapała go za brodę, oglądając obrażenia. Zasinienie koło ust, dopiero co zasklepione zacięcie na policzku, obandażowana ręka. Tak, zdecydowanie brał udział w walce. Do tego to utykanie.
— Nie ważne. — Odwrócił się do Senju plecami, mocniej obciągając rękaw. — Która sala została przeznaczona do przesłuchań?
— Lochy. Dobrze, że jesteś chociaż w temacie — mruknęła z ociąganiem, analizując sytuację. Itachi w walce posługiwał się głównie genjutsu i bardzo rzadko sięgał po taijutsu. Uwięzienie przeciwnika w iluzji zwykle przesądzało cały pojedynek, chyba że miał do czynienia z kimś… Och, jak mogła nie pomyśleć o tym od razu. — Gdzie Kazama?
— Będziesz mi towarzyszyć podczas rozmowy z żołnierzami? — Itachi puścił pytanie mimo uszu, ruszając do podziemi. Oszczędzając poturbowaną nogę, ostrożnie schodził po schodach rozmyślając o pojedynku. Niestety przez nagłe pojawienie się wilka Senju, walka nie została rozstrzygnięta. W zasadzie, dobrze się stało. Żaden z nich nie zbliżył się nawet o krok do unieruchomienia na tyle drugiego, aby uznać to za zwycięstwo. I pewnie nawet kolejne godziny by nie przyniosły rozwiązania, więc byłoby to zwykłe marnowanie czasu.
— Tak. Jakby cię to interesowało to ciało już jest w Konoha — poinformowała Uchihę, idąc za nim. Ciekawiło ją jakim cudem nie wyczuła ich pojedynku. Przecież czakra powinna aż buchać w przestrzeń, że już nie wspomni o mocy demona. Gdzie ci dwaj durnie się zaszyli żeby w spokoju trzaskać się po pyskach. Logika podpowiadała, że daleko raczej nie odeszli, a więc w grę wchodziła jakaś nałożona bariera. To znaczy żywiła nadzieję, że się zabezpieczyli i nie zrujnowali krajobrazu. I no cóż, nie łudziła się. Zapewne prowodyrem tej uroczej akcji był Chikage.
— To jak, powiesz mi gdzie Kazama?
— Nie wiem i mało mnie to obchodzi — stwierdził, otwierając wrota. Zaraz jednak zerknął na Liv przez ramię. — Nie zatrzymuję cię, możesz iść go poszukać.
— Niezła próba — prychnęła z irytacją, mrużąc gniewnie powieki. Czy Uchiha naprawdę sądził, że przedłoży opatrywanie ran Chikage nad obowiązki wobec wioski? Jak się dał poturbować to niech teraz cierpi. Przynajmniej przez jakiś czas. — Listę zmieniających się wartowników masz na biurku. Niedługo powinien się pojawić pierwszy.
— W porządku.
— Dasz radę używać Sharingana?
— Czy mi się wydaję, czy właśnie mnie obrażasz?
— Po prostu się martwię, że…
— Teraz dla odmiany łechtasz moje ego. O coś ci chodzi, Liv? — Uchiha przysiadł na brzegu blatu, krzyżując ręce  na piersi.
— Gdybyś dał mi dojść do głosu to byś wiedział o co, ty arogancki bucu — wysyczała gniewnie, łapiąc Itachiego za przedramię i odsłaniając nadgarstek z odnawiającym się znakiem. — Dla dobra śledztwa oferuję ci pomoc. Nie potrzebna nam tu fuszerka.
— Znowu ten ton… — parsknął z niedowierzaniem, ale nie cofnął dłoni z uścisku partnerki. — Dziękuję za ofertę, ale nie skorzystam.
— Och przestań, przecież widzę i czuję, że jesteś wyczerpany — wytknęła beznamiętnie, na sekundę dłużej przymykając w powieki. Tak, mieli wystarczająco dużo czasu zanim ktoś tu przyjdzie.
— Jednak nie na tyle, żeby dobrowolnie się zgadzać abyś zadawała sobie ból — stwierdził stanowczo, blokując rękę Liv zanim zdążyła kunai rozciąć skórę. Patrząc Senju prosto w oczy, wolno wyartykułował. — Dam sobie radę.

~oOo~

            Kazama zmrużył powieki, wyłapując prześwit pomiędzy gęsto rosnącym bluszczem. Po wejściu głębiej w las, natknął się na tę dziwną zaporę i z braku innej alternatywy szedł wzdłuż, dumając czy w ogóle kiedyś się kończy. Po kilkunastu kilometrach, skrzywił się z niezadowolenia. Żywił szczerą nadzieję, że nie będzie musiał sprawdzać jak daleko się ciągnie i na szczęście się nie pomylił. Uśmiechnął się pod nosem. Swoją drogą ciekawy mur wymyśliły sobie wilki.
Bez wahania odsunął na bok pędy, przechodząc przez szczelinę. Kiedy znalazł się po drugiej stronie, błyskawicznie poprawił rękawy yuukaty prostując się dumnie. Dobrze, że wreszcie je odnalazł. bo już powoli zaczynał się niecierpliwić. Planując tę wędrówkę zdecydowanie zaniżył czas potrzebny na wytropienie watahy. Cóż, podszedł do tego zbyt entuzjastycznie.
Omiótł spojrzeniem wszystkie obecne wilki na rozległej polanie. Młode bawiły się między sobą nieświadome obecności Kazamy, ale te starsze od razu go dostrzegły. Jednak nawet nie drgnęły ze swoich legowisk, ograniczając się do łypania zza niedomkniętych powiek. Zwykłego śmiertelnika przytłaczałaby zatrważająca liczebność drapieżników, ale nie demona. On nie lękał się nikogo i niczego. Pojęcie strachu było mu całkowicie obce.
Wyławiając wzrokiem najpotężniejszego basiora, bez wahania ruszył w jego kierunku. Błyszczące brązowe ślepia stwora, uważnie śledziły każdy ruch przybysza podczas podnoszenia się do siadu.
— Witaj o potężny, Kami. — Kazama skłonił w szacunku głowę.
— Szybko przybyłeś, demonie.
— Bóstwom nie wypada kazać czekać, nieprawdaż? — odparł kurtuazyjnie, w żaden sposób nie reagując na nowego osobnika, który przysiadł się do jego rozmówcy. Śnieżnobiała sierść aż raziła w oczy i wydawała się nie na miejscu w otoczeniu takiej ilości zieleni. Drapieżnik tej maści bardziej pasował do surowego klimatu mroźnych krain. — Przemyślałeś moją propozycję?
— Owszem i ją odrzuciłem.
Kazamie nawet nie drgnęła powieka na tę odpowiedź. Poniekąd takiej właśnie się spodziewał i był przygotowany. W negocjacjach trzeba być zawsze o krok przed przeciwnikiem.
— Jednak… — Samiec alfa zerknął na białego towarzysza, uśmiechając się z pobłażaniem. — Ktoś przekonał mnie do zmiany zdania. Sojusz z demonami, a także z najpotężniejszą z wiosek ninja to nie byle co. Nazwisko ewentualnego użytkownika kontraktu również znacząco wpłynęło na to, że ponownie rozważyłem postawioną propozycję.
— Rozumiem.
— Zwój już czeka gotowy i tylko od ciebie demonie zależy czy przyjmiesz nasze warunki.
— Jestem więcej niż pewien, że dojdziemy do porozumienia — stwierdził stanowczo Chikage, ponownie się kłaniając.