25.10.2017

ROZDZIAŁ 7. UWAŻAJ, NIE WIESZ, KTÓRA SZANSA JEST OSTATNIĄ

Witajcie!

Ten rozdział ukazał się sporo szybciej i nie łudzę się, że kilka osób będzie rozczarowanych. Nie, na pewno nie tym, że jest już wpis XD. Ale tym co się pojawiło^^. Ta, mam jakieś przebłyski jasnowidzenia. Zapewne wszyscy nastawiali się teraz na inną historię, ale co zrobić jak wena wybrała akurat to? No nic. Zamiast marudzić zaczęłam pisać i wsio. W końcu lepiej cokolwiek, niż nic, nie?
Ogółem wstęp będzie bardzo krótki, nie chcę przeciągać. Tradycyjnie nie sprawdzane, dlatego proszę wszystkich o ostrożność :”D. Nie chce aby stała się Wam krzywda. Zapraszam do czytania <3.




Izumi aż się wyprostowała dostrzegając w oddali kuzynów Uchiha. Patrząc jak cicho o czymś rozmawiają, zacisnęła mocniej usta wciąż nie ujawniając swojej obecności. Ostatnio chłopaków otaczała aura tajemnicy i nawet kilkakrotnie zastanawiała się co knują. Dlaczego przemykają ukradkiem przez dzielnice jak złodzieje? Chociaż może dramatyzowała? W końcu Iachi nigdy nie był duszą towarzystwa, a Shisui przez nawał roboty zwyczajnie miał gorsze dni? Przecież istniało takie prawdopodobieństwo.
Jednak teraz powinna skupić się na sobie. Czuła się zdeterminowana. O ile wcześniej żywiła spore wątpliwości co do pomysłu Hany, to po przespaniu się z tym problemem doszła do wniosku, że tak naprawdę nic nie szkodzi spróbować. A nuż się uda? Może Itachi wreszcie ją zauważy? Kiedy wreszcie przetrawiła podjętą decyzję uknuła niecny plan, jak namówić ofiary — czytaj Itachiego i Shisuiego — na imprezę. Startowanie z propozycją do syna Fugaku już na wstępie nie miało sensu, ponieważ on unikał jakichkolwiek wypadów w celach rozrywkowych. No chyba, że z kuzynem na sake, ale to też rzadko. Ale na szczęście inaczej sprawa się przedstawiała z Teleporterem. On uwielbiał ludzi i integracje. Dlatego szybko zrozumiała, że jeżeli cokolwiek zamierza ugrać to trzeba w to zaangażować Shisuiego.
            — Hej! — Izumi pomachała energicznie do chłopaków, uśmiechając się szeroko. Uśmiechem maskowała tlące się tuż pod skórą zdenerwowanie, ale już nie było odwrotu. Intrygę czas zacząć.
            — O… Izumi! Ale niespodzianka. — Teleporter rozpromienił się jak słoneczko na widok koleżanki i przez głowę dziewczyny przemknęła myśl, jak ktoś tak ciepły oraz pełny pozytywnej energii mógł uchodzić w obcych krajach za egzekutora Liścia. Wystarczyło, że stanął na drodze wrogich oddziałów, a te salwowały się natychmiastową ucieczką.
            — Mogę popatrzeć na trening? Obiecuję, że nie będę zawadzać.
            — A nie wolałabyś wziąć udziału?
            — Nie… dziś skupię się na obserwacji — wyjaśniła, siadając wygodnie na ziemi i podkurczając kolana pod brodę. Itachi już zdążył się ustawić po drugiej stronie polany, czekając na przyjaciela.
            — Jak uważasz… ale jakbyś zmieniła zdanie, to powiedz tylko słowo — rzucił Shisui mrugając do niej łobuzersko, w między czasie aktywując Sharingana. Przez ostatnie wydarzenia prawie całkowicie zaniedbali wspólne treningi, co odbijało się na ich humorach. Pojawienie się w ich życiu Liv wypaczyło rytm tygodnia, zmuszając do wprowadzenia zmian w dotychczasowych ustaleniach. Zamiast trzech spotkań w tygodniu ledwo znajdywali chwilę na jedno, ponieważ lwią część wolnego czasu przeznaczali na monitorowanie nastrojów w dzielnicy klanu. On prawie nie wychodził z siedziby żandarmerii, a Itachi lawirował między ANBU a ojcem. — A więc, zatańczmy.
            Izumi aż się spięła na te słowa, wyostrzając wszystkie zmysły. Pojedynki kuzynów Uchiha zawsze były na najwyższym poziomie i dziś nie mogło być inaczej. Tak jak przypuszczała, rozpoczęli stracie od walki genjutsu. Żaden nawet nie drgnął, ale nikt nie byłby w stanie dorównać im umiejętnościami w dziedzinie iluzji. Ona sama, gdyby walczyła z którymś z nich na poważnie, zapewne nie wytrzymałaby nawet kilku minut. Dopiero kiedy w ich dłoniach pojawiły się bronie, wypuściła długo wstrzymywane powietrze.
            Patrząc na prędkość kuzynów oraz prezentowany arsenał technik aż westchnęła z zachwytu. Doprawdy, obserwując same ich treningi nikt by się nie dziwił tezie, że ci dwaj są najpotężniejszymi ninja ich klanu. Zero brawury, żadnych nieprzemyślanych ruchów. Czysta precyzja.
Itachi preferował walkę w dystansie, natomiast Shisui w bezpośrednim starciu. Teleporter słynął z prędkości, a Łasic często posługiwał się kruczymi klonami oraz rzucał kunai usiłując utrzymać przyjaciela na dystans. Uniki, ataki, zero błędów. Szczęk zwierających się metali aż przyprawiał Izumi o dreszcz ekscytacji. Westchnęła przeciągle zachwycona spektaklem, mimowolnie więcej uwagi skupiając na wybranku serca. Czy cokolwiek by w nim zmieniła? Oczywiście, że nie. Owszem, był trudnym człowiekiem, ale nawet tę małomówność oraz powściągliwość w nim uwielbiała… Żaden ze znanych shinobi nie dorastał pierworodnemu synowi Fugaku do pięt.
— Izumi! — Shisui złapał brunetkę za ramiona, potrząsając lekko. Wraz z Itachim wgapiali się w towarzyszkę z napięciem, jakby spodziewając się, że zaraz zemdleje.
— Co? — Dziewczyna zamrugała gwałtownie, wyrwana z letargu i skupiła wzrok na kuzynach. Cholera, tak się pogrążyła w myślach, że nawet nie zauważyła skończonej walki. I czemu się tak na nią patrzyli? Czyżby się śliniła marząc o Itachim? Jeśli tak to zwyczajnie spali się ze wstydu.
— Kobieto, już myślałem, że rykoszetem dostałaś iluzją po oczach — odetchnął Teleporter z ulgą, pocierając czoło.
— Bujałaś w obłokach — wytknął beznamiętnie Itachi, krzyżując ręce na piersi i spoglądając na Izumi z dezaprobatą.
— Nie prawda!
— Jasne.
— Oj daj spokój, Łasic — zaśmiał się Shisui, trącając łokciem przyjaciela. — Jak będziesz ją drażnił, to nie da nam nic z tamtego pudełka.
— Onigiri?
— Owszem — przytaknęła Izumi, doskonale sobie zdając sprawę, że ta potrawa jest słabością Itachiego. I właśnie po to dziś ją przygotowała. Dzięki niej skuteczniej będzie skruszyć jego ewentualny opór co do imprezy. Taka łapówka. Okej, to nie należało do najczystszych zagrań, ale powoli dopadała ją desperacja.
Sięgnęła po pojemnik i uchylając wieko, z satysfakcją zauważyła jak obaj się nad nim nachylają wdychając smakowity zapach. Ku jej uciesze wpadli w pułapkę.
— Proszę, częstujcie się.

~oOo~

Izumi zakołysała mocno szklanką z napojem, rozglądając się po lokalu. Ich grupa liczyła ponad dwadzieścia osób i obsługa nieźle się musiała nagimnastykować aby upchnąć w zarezerwowanym miejscu drugi stół, ale i tak siedzieli ściśnięci jak sardynki. Z początku wzbudzali ciekawość wśród reszty gości, ale z czasem przestali zwracać na nich uwagę. Ogółem frekwencja spotkania przeszła najśmielsze oczekiwania zarówno jej jak i Hany. Zjawili się prawie wszyscy zaproszeni.
Główne miejsce przy grillu zajął chłopak z klanu Akamichi stwierdzając, że nikt lepiej od niego nie zadba o jedzenie. Z racji panującej duchoty żaden z uczestnik spotkania nie oponował, a jedynie pilnowali aby tymczasowy kucharz nie zjadł wszystkiego. Dziewczyny jakby w geście solidarności zajęły jedną stronę, a chłopcy drugą, co odrobinę było nie na rękę Izumi. Pierwotny plan zakładał, że usiądzie u boku Itachiego i będzie czerpać pełnymi garściami z możliwości opierania się o jego bok. Niestety — ku swojej frustracji — musiała się dostosować do reszty koleżanek.
Izumi zerknęła na uśmiechniętą Hanę, z trudem zwalczając zazdrość. Dziewczyna niemal promieniała podczas rozmowy z Shisuim i wyłącznie ślepiec by nie zauważył, że subtelnie podrywa chłopaka. Jej ciemne oczy błyszczały z ekscytacji, a usta prawie się nie zamykały gdy zabawiała słuchacza ciekawymi anegdotkami dotyczącymi podopiecznych. Oczywiście, większość ze zgromadzonych osób przy blacie przysłuchiwała się opowieściom Inuzuki, ale ona skupiła się wyłącznie na Shisuim.
Nie było tajemnicą, że Hana pracuje klinice dla zwierząt i w przyszłości planuje otworzyć własną. Dlatego teraz angażowała się głównie na praktyce i poszerzaniu wiedzy z zakresu zoologii oraz medycyny zwierzęcej, a to sprawiało, że spotykało ją wiele ciekawych sytuacji. Teraz właśnie opowiadała o jakimś osowiałym chomiku, który przy bliższym przyjrzeniu zwyczajnie przyczepił się do szczebelek klatki. Stworzenie trzymało w pyszczku magnes i tylko utknęło, nie bardzo wiedząc jak się uwolnić z opresji.
Izumi zaśmiała się razem z resztą towarzystwa, spoglądając na siedzącego po przeciwnej stronie Itachiego. Cóż, już jedno fiasko poniosła na samym starcie imprezy. Biorąc sobie do serca radę koleżanki, włożyła naprawdę wiele wysiłku przy przygotowaniach do wielkiego wyjścia. Po pierwsze wybrała się na zakupy, ponieważ w szafie nie znalazła nic co powaliłoby faceta na kolana. Na całe szczęście, po długich poszukiwaniach, udało jej się zakupić w dobrej cenie śliczną sukienkę. Co prawda odrobinę nadwyrężyła budżet, ale raz na jakiś czas przecież każdy zasługuje na odrobinę luksusu. W końcu po to chodziła na misje aby później mieć na swoje wydatki. I cholera, to była dobra inwestycja. Przeglądając się w lustrze ubrana w nowy nabytek, pierwszy raz z czystym sumieniem stwierdziła, że jest atrakcyjna. Kreacja podkreślała każdą krzywiznę ciała, a jednocześnie nie była wulgarna. Idealna.
Niestety jak się później okazało, nowy nabytek nie wywarł żadnego wrażenia na Itachim. Nie zaszczycił jej nawet dłuższym niż zazwyczaj spojrzeniem, a tylko przywitał się i wcisnął za stół. Później było już tylko gorzej. Podczas gdy wybranek jej serca w milczeniu konsumował grillowane warzywa, ją podrywał chłopak z Hyuuga. Z trudem utrzymywała na twarzy uprzejme zainteresowanie, podczas gdy w myślach pragnęła wybiec w noc oraz płakać do utraty tchu. Łykając łzy uśmiechnęła się na kolejny komplement, mimowolnie zerkając w stronę Hany i właśnie wtedy dostrzegła, że przyjaciółka daje jakieś znaki. Potrzebowała kilku sekund żeby zrozumieć, że właśnie dostaje ochrzan. Tych gniewnych min nie dało się inaczej zinterpretować i Izumi nie miała wątpliwości, że jeszcze chwila mazgajenia, a Inuzuka przejdzie do rękoczynów.
— Może zmienilibyśmy lokal? — zapytała usłużnie Hana, szybko rozumiejąc, że wybór baru z mięsem nie był najlepszym pomysłem. Może ona nie miała problemu z dotarciem do Shisuiego, ale Izumi stanęła przed ścianą. Itachi schował się za talerzem i wydawał się całkiem oderwany od rzeczywistości. Błądził gdzieś myślami, w ogóle nie zwracając uwagi na towarzyszy. — Proponuję knajpkę Neko!
— Od wczoraj działa tam karaoke, może być zabawnie — zauważyła jedna z dziewcząt, spoglądając na kuzynów Uchiha z nadzieją.
Cóż, widząc zainteresowanie gównie klanem Sharingana Hana nie była zdziwiona. W końcu prawie wszystkie kunoichi marzyły o zawarciu z nimi bliższej znajomości. Ale to dobrze, tłum napalonych fanek z pewnością zmęczy Itachiego i aby zachować zdrowie psychiczne sam poszuka towarzystwa Izumi, jedynej normalnej.
— A parkiet jest? Wypadałoby spalić to jedzenie…
— A mi tu dobrze, wam też, nie, chłopaki? — Akamichi utkwił tęskny wzrok w pieczonych żeberkach nawet nie ukrywając niechęci do opuszczenia lokalu.
— Czarką sake bym nie pogardził.
— Kilka kolejek jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a rozluźni atmosferę.
— Tak!
— W zasadzie, już zdrętwiałem w tej ciasnocie — stwierdził Shisui podłapując temat i podnosząc się z miejsca. Jemu i Itachiemu dobrze zrobi integracja z ludźmi, a do tego będzie mógł się dowiedzieć co uknuła Hana z Izumi. Bo tego, że coś kombinują nie dało się nie zauważyć. Miał już pewne przypuszczenia, ale wolał upewnić się na własne oczy. Naprawdę ten wypad ze znajomymi zapowiadał się coraz ciekawiej. — Niech będzie Neko, tam jest wszystko.
— Ja wracam do domu.
— Nic z tego, Łasic — zaśmiał się Teleporter nie zdziwiony postawą przyjaciela. W końcu tylko ktoś kto go nie znał pomyślałby że na wieść o przeniesieniu imprezy zacznie skakać z radości. Itachi był typem domatora i nawet grom z jasnego nieba tego nie zmieni. Uśmiechając się przekornie, mimo jawnego oporu towarzysza pociągnął go za sobą do wyjścia. Od popołudnia przyjaciel zachowywał się dziwnie i być może po kilku głębszych uda się co nieco z niego wydusić. Bo tego, że sprawa dotyczyła Liv był niemal pewny.

~oOo~

Itachi ze znikomym zainteresowaniem obserwował wygłupiającego się przyjaciela na podium. Teleporter wraz z Hayate śpiewali jakąś rzewną balladę robiąc przy tym miny jakby zaraz miał się rozpłakać. Tak się wczuł w rolę, że patrzące na to dziewczyny nie bardzo wiedziały co robić. Stały niepewne, a co poniektóre nawet naszykowały chusteczki aby w razie co poratować uczuciowego śpiewaka. Aż prychnął ze zdegustowaniem przenosząc wzrok na parkiet. Część grupy wybrała inny typ rozrywki, wirując w parach przy akompaniamencie muzyki. Przyglądając się im Itachi doszedł do wniosku, że to ciekawe jak wiele twarzy ma człowiek. Na przykład teraz, patrząc na bawiącą się Izumi w życiu nie powiedziałby, że jest kunoichi. Prezentowana przez nią gracja, subtelność oraz delikatność niemal dyskwalifikowała ją z roli zabójcy czy szpiega. Wydawała się wyjątkowo krucha w ramionach partnera, a wręcz eteryczna. Jak ktoś taki mógł się mierzyć z żądnym krwi wrogiem? Zamyślając się nad tą kwestią, zerknął w prawie opróżnioną czarkę.
Gdy tak wgapiał się znajdujący na dnie alkohol, mimowolnie do jego umysłu wróciło wspomnienie dzisiejszego spotkania, na co aż zacisnął zęby. Czuł się źle z niewiedzą. Po pierwsze, eksperyment nijak nie wypalił. Zmusił Liv do sięgnięcia po Chowańca i… zdecydowanie nie pojawiła się ropucha. Zamiast niej o mało nie przegryzł go na pół wieki basior, gdy zdziwiony za długo zwlekał z unikiem. Dlaczego więc Shisui mówił o płazach? Może coś źle zinterpretował.
A co do pochodzenia… tu miał pewne teorie. Jednak aby się co do jakiejś upewnić potrzeba wygenerować o wiele niebezpieczniejsze sytuacje. A niestety dziś na to brakło czasu. Chociaż, tak szczerze to odrobinę się wahał przed wprowadzeniem ich w życie. Bo co jeśli są całkowicie chybione? Zanim zdecyduje się na podjęcie drastycznych kroków musi wykorzystać wszystkie inne możliwości. Kierując się tym postanowieniem, właśnie przymierzał się do walki na poważnie gdy Liv nagle zesztywniała, całkiem tracąc zainteresowanie pojedynkiem a później bez słowa rozpłynęła się w powietrzu. To wytrąciło go z równowagi zupełnie. Sfrustrowany aż usiadł na trawie, nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Dziewczyna wymykała się wszelkim schematom i coraz mocniej to Itachiego drażniło. Zirytowany przekładał miedzy palcami trzymany kunai, wbijając wzrok w miejsce gdzie jeszcze nie tak dawno stała.
Itachi zamrugał gwałtownie, brutalnie wyrwany ze wspomnień. To Shisui bezceremonialnie uwiesił mu się na ramieniu, wychylając resztę jego alkoholu.
— Wylazłbyś z tego kąta — zaproponował Teleporter, opadając na miejsce obok. Chwilami nie miał siły do przyjaciela. Naprawdę musiał być aż tak aspołeczny?
— Po co?
— Bo wyglądasz jak nie Uchiha. Nasz klan nie chowa się po dziurach.
— Niezła próba, Shisui. Ale z łaski swojej… nie bierz mnie pod włos.
— Heh… gdybyś przyjął więcej procentów to złapałbyś przynętę — wytknął rozczarowany, że się nie udało. Mimochodem podpatrywał kuzyna i wydawało się, że jest lekko wstawiony. Niestety się przeliczył.
— Gdybym.
Shisui z trudem pohamował ochotę aby walnąć Itachiego przez łeb. Doprawdy przyjaźń z nim wymagała niemałej determinacji oraz samozaparcia. Siląc się na opanowanie, kiwnął barmanowi aby uzupełnił alkohol w naczyniu oraz obrócił się w stronę parkietu. Z tego miejsca miał doskonały widok na tańczących i z ulgą odnotował, że  Izumi wreszcie odpuściła. Tak jak przypuszczał, dziś zagrała va bank i niestety poniosła srogą porażkę. A w zasadzie została potraktowana tak jak zwykle, po koleżeńsku. Na nic się zdała zmiana wizerunku — tak dostrzegł nową, swoją drogą bardzo ładną sukienkę oraz subtelne podkreślenie urody — bo Itachi nie patrzył na nią tak jak ona na niego. Koniec tematu.
— Zaraz przyjdę.
— Tylko wróć — burknął Shisui, podpierając się na łokciu i spod rzęs obserwując śmiejącą się wraz z Haną Izumi. Na szczęście zachowanie Itachiego nie zrujnowało dziewczynom wieczoru, bo tego najbardziej się obawiał. Nie chciał oglądać morza łez. Obie bawiły się z Hyuugą oraz Adachim i dopisywał im dobry humor. Chociaż tyle.
Itachi wyszedł przed lokal, zaciągając się mocno zimnym, orzeźwiającym powietrzem. Musiał ochłonąć. Spojrzał na ciemne niebo, zagapiając się na gwiazdy. Ruch na ulicach o tej porze prawie ustał i wyłącznie ostatni maruderzy chwiejnym krokiem zmierzali do domu na spoczynek. Rozpoczynał się kolejny pracowity tydzień i co poniektórzy za niedługo będą wstawać rano do pracy. Poniedziałek, był to jeden najcięższy z dni w każdym fachu.
Westchnął ciężko, przeczesując palcami grzywkę. Czuł się zmęczony całym tym cyrkiem. Ale owszem, z czystym sumieniem musiał przyznać, że spotkanie ze znajomymi odrobinę oderwało jego umysł od ciągłego analizowania sytuacji klanu Uchiha.

~oOo~

Itachi w milczeniu składał podawane przez matkę prześcieradła i odkładał je na perfekcyjną kupkę na krześle. Stosik z chwili na chwilę robił się coraz wyższy, ale dzięki przemyślanemu ułożeniu nawet nie drgnął. Cóż, nawet na ciężkim kacu syn Fugaku Uchiha nie odstawiał fuszerki. Z zaciśniętymi ustami metodycznymi ruchami kontynuował pracę, co trochę mrużąc powieki od rażącego słońca, jednak nawet nie mruknął. Zresztą, co miał powiedzieć? Znalazł się w tym stanie na własne życzenie. Machinalnie wygładził na prześcieradle niewidoczne fałdki starannie udając, że nie dostrzega rozbawienia matki. Tak, nie był ślepy. Doskonale widział jak rodzicielka co chwile zerka na niego ciekawie podczas energicznego strzepywania materiału, ale z determinacją godną lepszej sprawy unikał jej wzroku. Nie bardzo miał ochotę na wywiad.
Dzień należał do wyjątkowo słonecznych, ciepłych z czego skrzętnie skorzystała Mikoto biorąc się za pranie, a on aby uspokoić sumienie postanowił jej trochę pomóc. Teraz wiedział, że to nie był najlepszy pomysł. Czuł się dosyć niepewnie po wczorajszym wypadzie do baru. Dokuczał mu lekki ból głowy, a do tego męczyło go pragnienie, ale dzielnie starał się przetrwać bez żadnych wspomagaczy. Tak, wizja aspiryny wyjątkowo kusiła, ale jako prawdziwy shinobi postanowił wytrzymać. Taka nauczka sprawi, że przy następnym głupim pomyśle kuzyna zwyczajnie nie da się w nic wrobić.
— Dobrze się bawiliście na zjeździe? — Matka uśmiechnęła się do niego łagodnie, sięgając po koszule do powieszenia na zwolnionych sznurkach. Lekki, ciepły wiatr błyskawicznie suszył mokre rzeczy i nie mogła wybrać lepszego poranka na uporanie się z brudnymi ubraniami. A uzbierało się tego całkiem sporo.
— Było w porządku — mruknął Itachi, sięgając po kosz aby matka nie musiała się schylać.
— Cała wioska aż szumi od plotek, więc nie bądź aż tak powściągliwy — roześmiała się głośno, dotykając policzka pierworodnego. Poklepała go lekko, a następnie sięgnęła po kolejną bluzę. — Izumi też była?
— Stawili się wszyscy absolwenci.
— Nie wiem dlaczego moje dzieci odziedziczyły otwartość akurat po ojcu — westchnęła Mikoto, łypiąc na syna z dezaprobatą. Zaraz odetchnęła głęboko, jakby na uspokojenie i kontynuowała wątek. — Tak ślicznie wczoraj wyglądała że już myślałam, że wybiera się na randkę, a nie na spotkanie klasowe. Naprawdę, dziewczyna wyrosła… pewnie adoratorzy nie dawali jej spokoju.
— Każdy wydawał się dobrze bawić.
— Prócz ciebie.
— Do czegoś zmierzasz, mamo?
— A powinnam? — Na widok uniesionej brwi pociechy, Mikoto wzruszyła ramionami w końcu podejmując interesujący ją temat. — No dobrze… po prostu dotarły do mnie pewne plotki…
— Tak, spotykam się z kimś. — Itachi wszedł matce w słowo, dochodząc do wniosku, że to będzie lepsze niż wysłuchiwanie jak krąży wokół tematu. Nie czuł się na siłach aby to znosić.
— Czyli to prawda. Zawsze sądziłam, że coś iskrzy pomiędzy tobą a Izumi, a tu? Taka niespodzianka.
— Mamo, ta rozmowa jest żenująca — wymamrotał, aż nazbyt świadomy niezdrowego zainteresowania Mikoto. Dobitnie o tym świadczyły lekkie rumieńce ekscytacji na policzkach oraz niepokojący błysk w oku. — Możemy na tym poprzestać?
— To normalne, że jestem ciekawa dziewczyny syna — wytknęła z wyrzutem, energicznie zapinając spinacze na materiale. — Zwłaszcza takiej, która rozprasza na tyle, że zamiast dać się porwać zabawie to on rozmyśla o niej.
— Nadinterpretujesz mamo i to dosyć mocno. Gdyby tak było to teraz nie męczył by mnie kac. Poza tym, nie jestem typem imprezowicza.
— To nie jest argument — prychnęła Mikoto, zerkając na pociechę z politowaniem. — Myślisz, że ja nie byłam młoda? Przecież każdy zauważył, że ostatnio jesteś jakiś nieswój. Wiecznie zamyślony, milczący, snujący się z dala od wszystkich, a do tego znikający gdzieś co trochę. W domu jesteś gościem. Obstawiałam, że służenie w skrytobójcach tak absorbuje, a tu? Pierwsza miłość. Kto by się spodziewał, mój mały synek… zakochany.
— Mamo… proszę.
— Itachi, Itachi… czy to źle, że cieszę się twoim szczęściem? Każda matka chce aby jej dziecko było szczęśliwe.
— Na razie będę najszczęśliwszy na świecie jak zamkniemy ten temat.
— W porządku, ale pozwól, że cię lojalnie uprzedzę, że jeszcze do niego wrócimy. — Zaraz jednak uśmiechnęła się przekornie, pstrykając pociechę w nos. — Aha, zapomniałabym… Pilnuj tej dziewczyny, bo znajomość z tobą już przysporzyła jej masę wrogów wśród płci pięknej Konohy.
— Mamo!
Mikoto w odpowiedzi roześmiała się perliście, czochrając nienaganną fryzurę najstarszej latorośli i ruszyła w stronę domu.

~oOo~

            Izumi zagapiła się na jedzone dango, z trudem zwalczając ochotę aby wrzucić je do kosza. Naprawdę miała dość. Pomysł Hany ze zjazdem absolwentów okazał się całkowitą klapą. Owszem, po porzuceniu planu zwrócenia na siebie uwagi Itachiego, dobrze się bawiła, ale cóż z tego? Przecież nie taki był zamysł tego przedsięwzięcia. Nie tego pragnęła.
            Wzdychając ciężko, odłożyła pusty patyczek i spojrzała za okno. Dlaczego przegapiła szansę? Przecież była najbliżej Itachiego, znali się prawie od zawsze, a jednak Liv — która pojawiła się znikąd — zajęła należne jej miejsce. Weszła z butami na nie swoje terytorium od razu zgarniając główną wygraną. Kim była, że tak łatwo zdobyła to o czym inne dziewczęta z Konohy mogły jedynie pomarzyć?
Oczywiście zaraz po niespodziewanym spotkaniu na polanie, Izumi usiłowała co nieco się dowiedzieć o wybrance Uchihy. Jakby nie patrzeć dobrze jest poznać swojego przeciwnika. Ale, niestety nic nie wyszperała. Dziewczyna nie widniała w żadnej z dostępnych kartotek ninja, ani w rejestrze medycznym. A gdy w desperacji zagadnęła Shisuiego ten natychmiast nabrał wody w usta, szybko zmieniając temat. Doprawdy, znikąd pomocy.
            — Izumi, idę do sklepu. Chcesz coś?
            — Nie, mamo. — Siląc się na uśmiech pomachała rodzicielce, a gdy ta zniknęła za drzwiami z jękiem oparła czoło o blat stołu. Jak tak dalej pójdzie to w końcu zrobi coś głupiego.

~oOo~

Liv zeskoczyła z gałęzi, lądując w niskim przysiadzie na głazie. Czujnym wzrokiem omiotła całą przestrzeń wokół zbiornika i dopiero gdy nie dostrzegła żadnego zagrożenia, powoli się wyprostowała.
Odbierając instrukcje od Trzeciego Hokage, zdecydowanie się przeliczyła sądząc, że wykona zadanie w jeden dzień. Owszem, z racji korzystania z techniki Latającego Boga Piorunów była najmobilniejszym ninja Konohy i podróż między krainami zajmowała jej tyle co spacer między dzielnicami wioski, ale to nie dotarcie do punktu docelowego stanowiło problem. Kłopot pojawił się wtedy, kiedy ktoś uprzedził obiekt że Konoha wydała na niego wyrok. O ile wcześniej robił wokół siebie masę szumu terroryzując mieszkańców — niemal informując cały świat o swoim istnieniu — to jak tylko postawiła stopę w wiosce Lodu nagle zapadł się pod ziemię. Dosłownie wyparował.
Potrzebowała całych czterdziestu ośmiu godzin aby mendę wytropić, a drugie tyle aby wywabić z kryjówki i zmusić do walki. Oj, facet napsuł jej krwi i to zdrowo. Ale, skłamałaby mówiąc, że nie było warto. Owszem, czuła się nieźle poobijana, trochę poharatana — mimowolnie zerknęła na gojące się na przedramieniu przecięcie — wyczerpana, a jednak tego waśnie potrzebowała. Stanie w miejscu i obserwowanie zachodzących zmian w klanie Uchiha męczyło bardziej niż nawet najcięższe misje.
W każdym razie, jednego nie udało się uzyskać. Otóż Hokage naciskał aby pomiot Orochimaru — tak, mężczyzna był jednym z nieudanych eksperymentów byłego ucznia Hiruzena, które po wszystkim porzucał na pastwę losu — został przyprowadzony do wioski żywy. Dzięki temu mogliby uaktualnić wiedzę na temat poszukiwanego sannina. Niestety facet wolał śmierć od pojmania. Zanim ogarnęła sytuacje, aktywował nieznaną barierę i utopił się w żrącym kwasie. Technika tak przerażająca, że po jej zobaczeniu Liv poważnie rozważała czy aby nie poprosić któregoś z Uchiha o czyszczenie pamięci. Widok trawionego żywcem ciała, oddzielania tkanek wciąż majaczył dziewczynie przed oczami i nie miała wątpliwości, że od teraz to ten facet zdobędzie główną rolę w sennych koszmarach.
Otrząsając się z nieprzyjemnych wspomnień, przeskoczyła na głowę figury Pierwszego Hokage i wsłuchała się przyjemny szum wodospadu. W pierwotnym planie zamierzała teleportować się z raportem bezpośrednio do tajnego gabinetu Trzeciego, ale parząc w jakim jest opłakanym stanie stwierdziła, że nie zaszkodzi się odrobinę odświeżyć. Jakby nie patrzeć to nic pilnego nie miała do przekazania przełożonemu. No prócz tego, że obiekt popełnił samobójstwo. Już wyobrażała sobie tę głęboką zmarszczkę na twarzy staruszka, która pojawiała się zawsze po przekazaniu złej wieści. Ale, do plusów należało zaliczyć to, że już żaden Kage nie będzie mógł im zarzucić niefrasobliwości czy powściągliwości co do swoich podwładnych. Załatwili problem? Załatwili.
W każdym razie Dolina Końca idealne nadawała się do szybkiego obmycia, zwłaszcza, że mało osób zapuszczało się w te okolice. Liv nie wiedziała czy to za sprawą pomników czy może zła sława miejsca odstraszała spacerowiczów, ale teraz było to jej na rękę. Nie potrzebowała niczyjego towarzystwa czy ewentualnych gapiów.
— Ciągle wchodzisz mi w drogę.
Liv drgnęła słysząc znajomy głos, podczas gdy jej dłoń momentalnie powędrowała do kabury z kunai. Czyli jednak mignięcie Sharingana w oczach przeciwnika nie było przewidzeniem. A tak się łudziła, że to wyłącznie efekt nietypowego padania światła albo zmęczenia. Niestety. Z konsternacją przeniosła spojrzenie na przeciwległą stronę wodospadu, teraz już jawnie wyciągając broń.
— Wrogowie Konohy są moimi wrogami — stwierdziła oschle, czym zasłużyła na głośny wybuch śmiechu mężczyzny.
— Dziecko, ja jestem wyłącznie przeciwnikiem systemu.
— Skoro tak twierdzisz — mruknęła beznamiętnie, czujnie obserwując każdy krok Madary. Nie zamierzała dać się zaskoczyć, bo równało się to natychmiastowej śmierci.
Odrobinę ją zastanawiało do czego potrzebował marionetki aż w Wiosce Lodu. Jakby nie patrzeć to wyjątkowo daleko od Kraju Ognia, a z tego co zrozumiała po ostatniej wymianie zdań, to skupiał on się na zemście na Liściu. Chyba, że rozwinął ten pomysł na skalę globalną. Być może w ten sposób podjudzał pozostałe wielkie kraje do silniejszej reakcji. Żeby wywarli nacisk na obecnym Hokage — wiadomo, Hiruzen szukałby bezkrwawych rozwiązań — a to ukazałoby Uchihom jak słabą — w Madary mniemaniu — posiadają władzę. A to, mało że by mocniej podburzyło oporny klan, to jeszcze wywołałoby wojnę z innymi nacjami. Wszystko w imię zasady, dziel i rządź.
— Nie lubię jak ktoś kwestionuje moje słowa.
Aż się wzdrygnęła kiedy w oka mgnieniu pojawił się przed nią. Tak blisko, że czuła emanujące od niego ciepło, które paradoksalnie wywołało u Liv gęsią skórkę. Aż odetchnęła głębiej, uspakajająco, aby jakoś przetrawić niemiły wniosek. Madara był nie w humorze, a to nie wróżyło zbyt dobrze.
— Dyskusja oraz mediacja są formami dochodzenia do kompromisów, w rozstrzyganiu sporów. Wynalazek moich czasów — wytknęła, zanim zdążyła ugryźć się w język i już wiedziała, że przegięła. Doprawdy, co ją podkusiło aby mocniej go drażnić. To tak jakby wkładała smoku palec w oko dla zabawy i myślała, że ujdzie to płazem. Zdecydowanie w tym momencie prezentowała skłonności samobójcze.
— Kompromis jest oznaką słabości — skwitował, w sekundzie chwytając dziewczynę za gardło i unosząc w powietrze. Beznamiętnie patrzył jak walczy o każdy oddech, wbijając paznokcie oraz ostrze w jego przedramię. Nie czuł bólu od zadanej rany. Całkowicie przyćmiewało go przyjemne podniecenie niespodziewanym odkryciem, które aż poprawiło mu samopoczucie. — Płynie w tobie więcej krwi Hashiramy niż sądziłem.
— Domyślam się, że to nie komplement — wydusiła z trudem, aż mrużąc powieki na widok pieczęci jaką uformował protoplasta Uchihów.
— Wręcz przeciwnie, Liv. Stajesz się coraz bardziej warta zabicia — wyszeptał, nachylając się kunoichi do ucha i aktywując technikę.