16.04.2018

LVIII REKONESANS


Hej!
Przybyłam z nowym wpisem ZR. Już wyobrażam sobie ten szok i niedowierzanie na Waszych twarzach… Przyznaję, że przyszła najwyższa pora aby coś napisać w związku z tym opowiadaniem. W końcu to twór wiodący na blogu. Tak więc, jest. Mam nadzieję, że w miarę sycący i znośny. Plan wyglądał następująco: akcję trochę popchnąć do przodu, żeby zbliżyć się do właściwego finału. Znaczy, nie takiego końca, ale przynajmniej znacząco zmniejszyć dystans do finiszu. Najwyższa pora, nie uważacie? Jeszcze kilka rzeczy trzeba wyjaśnić, ale spokojna Wasza rozczochrana. Nie porzucę nadgryzionych wątków. To byłoby niesprawiedliwe i głupie. Skoro powiedziałam A to wypada powiedzieć też B.
Co by tu dodać… chyba nic. Pogaduszkę zakończyłam :).
W takim razie pozostaje mi jedno, mianowicie zaprosić do czytania. Uważajcie na kwiatki w tekście, wiadomo, niebetowane. Cóż, ja w zasadzie z tym się już pogodziłam. Wy też niestety musicie <3.
Pozdrawiam i dziękuje za wytrwałość w czekaniu na wpis. Dla Was tu jeszcze wracam.







Liv wzdychając ciężko opadła na posłanie, przykrywając ramieniem oczy. Czuła się zagubiona. To wszystko było jak zły sen, cholerny koszmar na jawie. I nie łudziła się, że ktoś patrzący z boku uznałby ją za osobę wyjątkowo wyrachowaną oraz egoistyczną. Przeżywała coś co inne kobiety uznałyby za spełnienie wszelkich marzeń. Przepis na wieczne szczęście, bo oba wybory to gwarantowały… przynajmniej w pewnym stopniu.
Dostała na tacy dwóch niesamowitych mężczyzn, a wciąż nie potrafiła podjąć decyzji. Co gorsza nie chciała żadnej podjąć, bo każdej się bała. Może właśnie na tym polegał właściwy problem? Skoro strach ją hamował to może żadnego z nich tak naprawdę nie kochała. Może to był główny problem? Skoro tak mocno pielęgnowała urazy… Kunoichi gotowa na śmierć, nie potrafiła postawić wszystkiego na jedną kartę w życiu uczuciowym… Śmieszne… Senju parsknęła drwiąco pod nosem, palcami masując skroń.
Dwa wybory… tak różne… tak trudne… Nic nie ułatwiające… Cholera…  Kazama… Aż poczuła ogarniające ją gorąco, na wspomnienie sytuacji na tarsie. Demon ją onieśmielał swoim uczuciem. Niemal przytłaczał. Tyle poświecił — wolność, życie… Zawsze gotowy do pomocy, wierny jak nikt inny, a do tego tak niesłychanie cierpliwy. Tyle lat czekania, bez nacisku, czy słowa skargi. Czasem — zawsze — patrząc na mężczyznę, utwierdzała się w przekonaniu, że na niego nie zasługuje. Że Chikage ulokował uczucie w złym obiekcie, który go unieszczęśliwi. Ale… ta próżna część duszy, wiedziała, że życie u boku Kazamy byłoby łatwiejsze oraz słodsze. Poczucie bezpieczeństwa, stabilizację, ciepło dostałaby w pakiecie. Traktowana jak najcenniejszy skarb… jednocześnie, wszystko w granicach rozsądku, bo nikt o takiej  dumie i charyzmie nie dałby się zmienić w salonowego pieska. Przesunęła palcami po opuchniętych od pocałunku ustach.
A co do zaoferowania miał Uchiha? Uczuciowy rollercoaster. Gniew, ambicja, zazdrość, frustracja, pożądanie i inne podobne emocje gotowały się w niej podczas interakcji z Itachim, wybuchając gwałtowniej niż najpotężniejsze techniki detonujące. Każdy dzień przynosiłby nowe wyzwania…
Westchnęła ciężko, przekręcając się na brzuch. Dlaczego nic już nie jest takie proste jak przed misją z córką Władcy Kraju Ognia… Kazama siedział wśród swoich, a Itachi wykonywał zadania nie wchodząc jej w drogę. Każdy miał swój świat i było dobrze. Prosto, bezpiecznie…
— Senju… Nie udawaj że nie słyszysz…
— Hm? — Liv leniwie podniosła ciężkie powieki, ze zdumieniem odnotowując pochylonego nad sobą Uchihę. Ziewając szeroko aż zmrużyła oczy, kiedy bezceremonialnym ruchem rozsunął zasłony wpuszczając do środka rażące światło dnia.
— Wstawaj, zaraz wyruszamy.
— Zaspałam? — wymamrotała niepewnie, nerwowym ruchem przyklepując potargane włosy i już przytomniej patrząc na partnera. Ubrany i gotowy do drogi, niecierpliwie krążył po komnacie wrzucając jej rzeczy do plecaka. — Sama umiem się spakować.
— Trzeba było pomyśleć o tym wczoraj, a nie gzić się z Chikage na tarasie.
— O… — Widział… Pięknie, cudownie, fantastycznie, pomyślała z jękiem, szybko wciągając skarpetkę. Doprawdy, czy oni — Kazama i Itachi — mieli jakieś czujki, które ściągały ich przy najbardziej niesprzyjających okolicznościach?
— Szlag! — Itachi zacisnął mocniej szczękę, pocierając nasadę nosa jakby dla uspokojenia. Gdy w miarę się opanował, przerzucił tobołek Liv przez ramię i stojąc już w drzwiach, warknął: — Zapomnij. Nie było tematu. Czekam przy głównych wrotach.

~oOo~

Kazma rozsiadł się wygodniej w zajmowanym fotelu, uważnie przyglądając się pobratymcom. Minęło dwa dni odkąd wrócił i coś zdecydowanie nie grało w zachowaniu towarzyszy. Szepty, unikanie kontaktu wzrokowego, a także jawne lekceważenie wzbudzały w Chikage irytację, ale nie zamierzał interweniować, bo to od jakiegoś czasu było normą. Nigdy nie zwracał uwagi na ich humorki i nie planował czegoś w tym temacie zmieniać. Nie zniży się do ich poziomu. Chyba że staną się bezczelni, ale na to się nie zanosiło, przynajmniej na razie. Jednak odnosił wrażenie, że zaczynali się jednoczyć przeciwko niemu. Kiedyś samotne wilki, czyhające na stołek lidera, a teraz chyba powoli docierało do nich, że wyłącznie w grupie mają z nim jakiekolwiek szanse.
Przeniósł spojrzenie na bogato zdobiony sufit, lekko pocierając palcami podbródek w zamyśleniu. Instynktownie wyczuwał, że podczas jego nieobecności nie próżnowali, knując oraz spiskując. I o ile doskonale zdawał sobie sprawę, że większość z obecnych w pomieszczeniu demonów pragnęłoby przejęcia władzy to nikt z nich nie jest na tyle odważny aby się wychylić i dążyć do bezpośredniego starcia. Jak tchórze czekają na odpowiednią chwilę, a raczej osłabienie przeciwnika. Aż parsknął z politowaniem na tę myśl.
— Powinniśmy wszcząć śledztwo, a nie siedzieć z założonymi rękami. Ktoś morduje naszych!
Kazama oderwał wzrok od niezbyt udanej płaskorzeźby, skupiając się na stojącym przed nim demonie. Od pewnego czasu temu konkretnemu osobnikowi poświęcał więcej uwagi, przypatrując się jego poczynaniom. Młody chłopak, inteligentny, ale wyjątkowo buńczuczny oraz skory do bójki, a przy tym niezwykle arogancki. Uważał, że cały świat powinien się kłaniać ich rasie. Dyplomacja nie istniała, a sprawy należało stawiać na ostrzu noża. Chwilami aż się zastanawiał jak ktoś tak inteligentny może być jednocześnie tak głupi.
— Widziałeś jakiegoś trupa?
— Nie, ale…
— Czy dostrzegłeś jakieś zwirowania na czarnym rynku?
— To znaczy?
— Skoro nawet nie wiesz o czym mówię, to znak, że ta sprawa nie jest na twoim poziomie — westchnął z politowaniem, machnięciem dając znać, że to koniec dyskusji. Doprawdy, jak z dziećmi. Każdy chce rządzić, ale nikt nie ma ku temu żadnych predyspozycji…
Kiedy tak patrzył na purpurowego ze złości chłopaka, dotarł do niego ledwie słyszalny szept z którego łatwo wywnioskował, że większość obecnych uważała, że nie należycie skupił się na szukaniu sprawcy. Że zapomina o obowiązkach władcy, kiedy tylko ona jest w pobliżu. Ta, nikt nie musiał uściślać kogo obwiniali za brak postępów w śledztwie. Córka Aiki była wszystkiemu winna, zawsze. Aż zmrużył groźnie powieki na ten zarzut, ale z racji pilniejszych spraw postanowił nie wdawać się w jałową dyskusję. Trudno, niech czyny mówią same za siebie. On nie miał sobie nic do zarzucenia.
— To na czyim skoro nic nie robi…my — wysyczał przez zęby młody demon, w ostatniej chwili się reflektując.
— A jak sądzisz, co robiłem podczas tej miesięcznej wędrówki? — Kazama podparł się na łokciu, patrząc młodemu prosto w oczy. Brawura smarkacza powoli uszczuplała zasoby cierpliwości Chikage i jeżeli nie zacznie zważać na słowa to wytłumaczy mu gdzie jest jego miejsce w szeregu. Uśmiechnął się drwiąco, kiedy tamten w lot zrozumiał nieme ostrzeżenie i momentalnie spuścił wzrok na buty, odrobinę się cofając.
— I jeżeli to cię uspokoi to już kogoś wysłałem w tamte okolice. A teraz, precz z oczu. Czy ktoś jeszcze ma jakieś obiekcje co do moich działań? — Gdy odpowiedziała mu pełna napięcia cisza, prychnął drwiąco wstając z fotela, omiótł spojrzeniem wszystkich obecnych, zaraz opuszczając pomieszczenie.
Potrzebował chwili odpoczynku od tej chorej atmosfery. Zewsząd czaiła się zdrada, a on niestety musiał się kisić w tym kotle i jeszcze udawać, że jest w porządku. Kiedyś wszystko było inaczej. Tworzyli wspólnotę i kierowały nimi te same cele. Wspólne tradycje oraz zasady, które wyznawali od wieków, wykluczały jakikolwiek bunt przeciw liderowi. To on stanowił prawo i każdy to akceptował. A teraz nie wiadomo skąd wykiełkowała rządza władzy. Przywództwo wydarte siłą. Równocześnie z tą myślą, mimowolnie zacisnął palce na wiszącej przy pasie katanie. Najprostszym rozwiązaniem byłoby pozbycie się podżegaczy, ale ich rasa musiała trzymać się razem. Ich liczebność drastycznie spadała. Zwyczajnie wymierali.
Zresztą, może oni też mieli odrobinę racji, co jednak nie usprawiedliwia metod. W każdym razie, i tak niezbyt dobrze to rozegrał. Znika na ponad miesiąc, a później jedyne co im przynosi to wieść, że od teraz nikt nie wyrusza samotnie. Suchy fakt, bez rozwinięcia. Tak, nie popisał się.
Słaby przepływ informacji prowadzi do nieufności, a w konsekwencji do jawnego buntu, a jakoś niespecjalnie palił się do kolejnej akcji pokazowej. Zwłaszcza z takiego błahego powodu. Uświadamiając sobie błąd, schował dłonie w rękawy yukaty, zagapiając się na dębowe drzwi od prywatnych komnat. Cóż, trzeba wprowadzić w życie planowane dyrektywy i może nadeszła najwyższa pora aby grono doradców zasiliła świeża krew. Najlepiej taka z młodego pokolenia.
— Panie…
— Chcę aby zaczęto sporządzać raporty. Kto, gdzie, z kim podróżuje, planowana trasa oraz przewidywany czas powrotu. Wszystko skrzętnie notować — odezwał się, odwracając do czekającego na dalsze instrukcje starca. Demon trwał w lekkim ukłonie, reprezentując starą datę wychowania — w szacunku dla władcy, co tylko utwierdziło Kazamę w przekonaniu, że dzisiejsze pokolenie jest gorszą namiastką ich gatunku.
— Zrozumiały i świetny zamysł, jednak…
— Mów.
— Niektórzy uznają to za zamach na swoją niezależność. Poczują się inwigilowani.
— Ci co są przeciwko i tak będą, cokolwiek bym nie zrobił — westchnął ze znużeniem, poklepując rozmówcę po ramieniu. Cenił go za wyjątkową lojalność, bystry umysł, doświadczenie zgormadzone wraz z wiekiem, a także szczerość, gdyż nigdy nie ukrywał swoich poglądów. — No dobrze, a gdzie główny podjudzacz tłumów?
— Kaoru?
— Tylko ona widzi problem w córce Aiki. Reszta ma ją w nosie, do czasu aż nie upomni się o dziedzictwo po matce.
— Słuszna uwaga — zaśmiał się starzec, podpierając się mocniej na drewnianej lasce. — Dziewczyna wciąż jest na terenie Kraju Ognia. Pewnie sądziła, że tam najprędzej cię panie spotka.
— Kaoru też należałoby zapoznać z nowymi wytycznymi. Jutro niech ktoś ją ściągnie.
— Wedle rozkazu.

~oOo~

Liv wzdychając ciężko, zrzuciła z siebie kamizelkę padając na fotel jak kłoda. Beznamiętnie wgapiała się w palenisko kominka, dumając co dalej. Czuła się wyżęta nie tyle fizycznie co psychicznie. Na dłuższą metę tak nie dało się żyć. W takim zawieszeniu. Wypadało wytyczyć jakieś granice, inaczej zwariuje. Ciągłe wahania… Tylko jak to zrobić, skoro praca siłą rzeczy pchała ją w okolice Uchihy. Jak odseparować życie zawodowe od uczuciowego… Na razie nie zawalała misji, ale co będzie jak w końcu zacznie? Aż skrzywiła się mimowolnie na tę ewentualność.
Atmosfera jaka ciążyła pomiędzy nią a Itachim należała do tak ciężkich i nieprzyjemnych, że z radością pożegnała użytkownika Sharingana. Po przekazaniu niezbędnych dokumentów Piątej, bezzwłocznie udała się do rezydencji aby odetchnąć. Zwłaszcza, że ku swojej rozpaczy, musi tam wrócić tuż przed zmierzchem aby zaktualizować wiedzę na temat szajki zamieszanej w śmierć klechy. I tak, Uchiha też ma się stawić.
Mobilizując wszystkie siły, niechętnie wstała z siedzenia ruszając do kuchni. Chyba nie powinna tych kilku godzin spędzić bezproduktywnie. Jakby nie na patrzeć to spory czas jej nie było więc, trzeba się ogarnąć. Po pierwsze, jakoś nie wierzyła aby znalazła cokolwiek zjadliwego w lodówce zwłaszcza, że nie dała znać staruszkowi opiekującemu się domem o planowanym powrocie. Po drugie, wypadało się odświeżyć. Po trzecie, zorganizować jakąś prasę, aby znów być na bieżąco o sytuacji w Konoha oraz w świecie. Oddychając głębiej, pociągnęła za drzwi chłodziarki. Tak, zdecydowanie pusta. Po upewnieniu się w postawionej tezie, niechętnie wyszła z rezydencji.
Ledwie zrobiła krok za furtkę, gdy usłyszała głośny pisk a następnie ktoś z całej siły przylgnął do jej pleców, obejmując tak mocno że z trudem łapała oddech. Nawet nie musiała się odwracać żeby wiedzieć, któż tak za nią tęsknił… Zamiast tego, wymownie spojrzała w niebo.
— Też się cieszę, że cię widzę, Amai…
— Rany, Liv! Normalnie wróciłaś w samą porę! — Azuma błyskawicznie ją okrążyła, aż promieniejąc z ekscytacji. — Nawet nie wiesz co mam ci do przekazania! Chodź! Znajdziemy jakąś przyjemną…
— Czekaj… — Senju w oka mgnieniu złapała towarzyszkę za przedramię, zatrzymując w pół kroku. Jeżeli pragnęła cokolwiek wskórać to musiała tego potwora powstrzymać zawczasu. — Dopiero wróciłam. Jestem zmęczona, głodna i zirytowana. Lodówka świeci pustką, wieczorem zamiast cieszyć się odpoczynkiem od zadań czeka mnie zgrupowanie taktyczne, tak więc jeżeli chcesz cokolwiek przekazać to niestety, ale musisz się dostosować do mojego grafiku. A teraz mam w planach coś zjeść, a później uzupełnić zapasy. Zrozumiała?
— Boże, Liv… nie rób ze mnie nieczułej zołzy. Oczywiście, że dam ci chwilę na odsapnięcie.
— Och, dzięki za empatię.
— Nie marudź.

~oOo~

Liv w milczeniu jadła zamówiony obiad, słuchając podnieconej paplaniny Azumy. Dziewczyna żyła przygotowaniami do ślubu, który miał się odbyć za niecałe trzy miesiące. Podobno wtedy w wiosce Ukrytej w Skale było najpiękniej. Cokolwiek by to nie znaczyło, skoro cały krajobraz tamtego regionu składał się z kamieni.
Z tego co zrozumiała to uroczystość zaplanowali w rodzinnej wiosce Amai z racji, że pan młody nie posiadał zbyt licznej rodziny. Z logicznego punktu widzenia łatwiej przetransportować oraz zapewnić nocleg dla tuzina osób, niż prawie setce ze strony panny młodej. Tak przynajmniej podpowiadał rozsądek.
Liv aż się uśmiechnęła pod nosem, przyglądając się rozemocjonowanej brunetce. Rozmówczyni aż promieniała opowiadając o kwiatach, jadłospisie i innych atrakcjach jakie zaplanowała na ten szczególny dzień. Każdy szczegół wydawał się dopracowany niemal do perfekcji z czego organizatorka nie kryła jawnego zadowolenia. Kiedy przerwała aby zwilżyć gardło wodą po półgodzinnym gadaniu, kunoichi zerknęła kontrolnie na jej płaski brzuch. Odrobinę Senju zaciekawiło skąd tak szybki termin i przychodziły do głowy dwa wyjaśnienia. Albo nieplanowana ciąża albo… chęć zajścia w tą planowaną, aby stworzyć rodzinę z prawdziwego zdarzenia. Wiadomo, niektóre kobiety zwyczajnie marzyły o małżeństwie, dzieciach oraz prowadzeniu domu. I według Liv, Amai była tym typem.
— Tak, naprawdę to zostało nam tylko wybranie kwiatów i strojów — westchnęła Azuma, podpierając brodę na ręce. — Rośliny do ozdobienia sali sprowadzimy z Konohy, z kwiaciarni Yamanaka. Podobno ja mam tylko wybrać kompozycję, a oni zatroszczą się o resztę. — Oczy Amai rozbłysły jak gwiazdy, gdy ona przeciągnęła się leniwie. — Rany, Liv… jestem taka szczęśliwa. Czuję się lekka jak piórko od czasu jak poznałam Sanosuke. To takie niesamowite jak kochasz i wiesz, że jesteś kochana… I pomyśleć, że mało brakowało a utknęłabym w związku z rozsądku.
— Co mogę powiedzieć… cieszę się. Serio — zapewniła Liv, widząc lekko drwiące spojrzenie rozmówczyni. — Po prostu nie chciałam abyś postępowała pochopnie.
— Tak, tak… ale jak widzisz, nic się nie stało. Skała i Liść nie rzuciły się sobie do gardeł.
— No i po co ta złośliwość? Jestem kunoichi i myślę jak ninja. Nic nie poradzę.
— Mhm… dobra, nieważne. Było minęło. — Amai, odprowadziła wzrokiem odchodząca z brudnymi naczyniami kelnerkę, zaraz ponownie skupiając się na Senju. — Oczywiście, żeby było jasne… oczekuję, że zjawisz się na ślubie.
— Dobrze wiesz, że nie mogę nic obiecać. Zleceń się nie wybiera.
— Wiem, ale zrób tak żeby jednak przyjść. To naprawdę dla mnie ważne.
— Postaram się.
— Postaraj się bardziej. Już i tak doceń fakt, że porzuciłam pomysł zrobienia z ciebie świadka.
— No, proszę… przebłysk rozsądku? — parsknęła Liv, oddając talerz dziewczynie z obsługi. Doprawdy, ona i rola druhny…
— Nie. Interwencja przyszłego męża — burknęła, energicznie mieszając słomką w pustej szklance. — Dobra, zmieńmy temat… opowiadaj, gdzie byłaś, co robiłaś, co widziałaś?
— Gdzie?
— Liv, proszę cię… misje wessały wszystkich shinobi w wiosce. Praktycznie zostali wyłącznie cywile. Nawet geninów wymiotło.
— Dziwisz się?
— No pewnie, że nie… Taka tragedia… Śmierć tylu ludzkich istnień… — Azuma, spojrzała na towarzyszkę ze smutkiem. — Nawet zgłosiłam się jako wolontariuszka aby jakoś pomóc przy odbudowie terenów dotkniętych katastrofą, ale nie mogłam opuścić kliniki. Medyczne placówki w jednej chwili zostały okrojone z połowy personelu i każda para rąk była na wagę złota. — Odetchnęła głębiej, pocierając zmarszczone czoło. — Dobrze, że już powoli wszystko wraca do normy… Normalnie szło zwariować.
— To pomyśl, że to samo spotkało mnie i niektórych shinobi. Pojedyncze jednostki tak zasypane zleceniami, że brakowało czasu na sen. Czułaś się jak w cholernie kiepskim filmie. Najpierw szukałaś zaginionego kota, później zabawiałaś gromadkę dzieci, a parę godzin później polowałaś na zbiegów…
— Też nic dodać.
— Ano właśnie.
— To co, idziemy na te zakupy?
— Amai nie mam ochoty na…
— Wiem, wiem, same konkrety. — Azuma przewróciła teatralnie oczami, pokazując Liv język. — Pomogę ci, a później wproszę się na kawę.
— Niech stracę.

~oOo~

Senju ustawiając czajnik na palniku, zerknęła kontrolnie na zegar wiszący na ścianie. Cóż, Azuma dotrzymała słowa. Na zakupach spędziły raptem godzinę, a teraz ta mała pleciuga siedziała na drewnianym mostku i czekała na obiecaną kawę. To znaczy, Liv jej nic nie obiecywała, ale już nie miała siły się dochodzić. Zresztą, chociaż nigdy by się do tego nie przyznała głośno, to zaczynała potrzebować więzi ludzkich. Czegoś co sprawi, że powroty po misjach nie będą przykre, a miłe, bo ktoś czeka i myśli o niej. Chce się podzielić troskami oraz radościami. Towarzystwo do odreagowania życia kunoichi.
— Starzeje się — mruknęła, wyłączając kuchenkę i zalewając kawy. Dawniej nie potrzebowała nikogo. No dobrze, miała Samona, ale to był wyjątek potwierdzający regułę. Ot taka wpadka przy pracy w formacji ANBU.
Kiedy się to zmieniło, że zaczynała potrzebować drugiego człowieka? Chyba niedługo po objęciu opieki nad drużyną geninów. To oni ją tak zepsuli, a reszta wydarzeń dopełniła dzieła zniszczenia.
— Liv! Co z tą kawą?! Co ty ją dopiero sadzisz?!
— Właśnie palę ziarna! — Senju pokręciła niedowierzająco głową nad tymi zmianami, biorąc dwie filiżanki i ruszając do przyjaciółki. Dziwne słowo, nieznane w jej dotychczasowym słowniku, ale chyba kimś takim stała się Azuma. Przyjaciółką.
— Ej, przez ciebie nie będę mogła spać w nocy — poskarżyła się Amai, odbierając naczynie i stawiając obok, na deskach mostku.
— To ty chciałaś kawy.
— Wiem, i nadal chcę. — Uśmiechnęła się do Liv, machając wesoło nogami nad stawem.
— Wariatka — podsumowała gospodyni, wąchając napój i upajając się jego aromatem. Uwielbiała zapach świeżo zaparzonej kawy. Oczywiście faworytem był ten świeżo skoszonej trawy, ale aktualnie wdychany zajmował zaszczytne drugie miejsce. Westchnęła błogo, przymykając powieki.
Przez dłuższą chwilę trwały w zgodnym milczeniu, celebrując odpoczynek. Chłonęły cisze i spokój tego miejsca, patrząc na ogród. Lekki wietrzyk poruszał gałęziami niskich drzewek oraz krzewów, podczas gdy ozdobne karpie Koi leniwie pływały tuż pod ich stopami. Aktualna pora roku wydobywała z roślin pełnie piękna, a ich barwy nabierały mocy.
Liv odetchnęła głęboko. Nadeszła najwyższa pora aby całkowicie zrezygnować z kawalerki w mieście. Potrzebowała miejsca gdzie można się w pełni zrelaksować i rezydencja klanu Senju spełniała te wymogi. Położona w cichej, spokojnej okolicy gwarantowała właściwą regenerację po misjach. Poza tym posiadała własny kawałek natury — ogród — co w centrum było niemożliwe. Tam do luksusów należał balkon, który nijak nie wyciszał, bo przebywając na nim docierał do człowieka zgiełk zatłoczonych ulic.
Upiła większy łyk już chłodnej kawy, przenosząc wzrok na wodę. Już zapomniała, że rodzinny dom dawniej ją przytłaczał wielkością oraz wspomnieniami. Że źle się czuła sama w tych pustych murach. Ale jak widać, do wszystkiego idzie dorosnąć. Wystarczy odrobinę poczekać.
— Martwię się o ciebie, Liv.
— Hm? Dlaczego?
— Bo się zagubiłaś.
Na to wyjaśnienie Senju o mało się nie udławiła, zaraz wlepiając w Azumę niedowierzające spojrzenie. Czyżby ta plotkara tak szybko ją rozgryzła? Jakim cudem? Dopiero wróciła do Konohy, nie rozmawiały za wiele. Skupiły się w pełni na Amai… Do tego, raczej nie dotarła do niej informacja z kim wykonywała ostatnie zadanie. A przed przyjęciem zlecenia nic się nie wydarzyło… Przecież Kazamę widziała tylko raz i w sumie nie była świadkiem niczego co dałoby powody do takiego myślenia. To skąd taki wniosek?
— Nie bardzo rozumiem…
— Och, przestań. Przecież widzę jak się motasz. Jak wszystko utrudniasz… — Brunetka odwzajemniła spojrzenie, uśmiechając się cierpko. — Nie umiesz, nie chcesz być zwyczajnie szczęśliwa. Ciągle szukasz wymówki, aby ten stan rzeczy trwał. Jakby zmiana miała cię osłabić.
— A skąd wiesz, że tak się nie stanie? — odpowiedziała po chwili milczenia, gdy przetrawiła usłyszane słowa. Naprawdę, dla Amai wszystko było takie proste. — Ninja…
— Gówno prawda — warknęła wściekle, wchodząc Liv w zdanie. — Bycie shinobi nie sprawia, że przez życie trzeba iść samotnie. Ba, nawet nie wolno! To ktoś czekający w domu motywuje do działania i ochrony wioski. To ta osoba sprawia, że choćby nie wiadomo co się stało, jest cel aby przeżyć. Bo ma się dla kogo żyć. — Z nerwami odstawiła trzymaną filiżankę, zaciskając mocno pięści. — I nie myśl, że nie wiem co ci chodzi po głowie. Że miłość oraz wizja ślubu wyprała mi mózg. Otóż nie, Liv. Czyżbyś ty, kunoichi z rodu założycieli, zapomniała czym jest słynna Wola Ognia? Ja, cywil, muszę ci przypominać?
— Potłukłaś filiżankę.
— Chrzanić ten fajans!
— Ten zestaw należał do Hashiramy Senju — odparła spokojnie, wyciszając buzujące emocje. Tyrada trafiła w cel. Poruszyła struny, których istnienie z taką namiętnością ignorowała. Samotność nie była czymś co sprzyjało w byciu żołnierzem.
Dawno, dawno temu jej zwierzchnik dał pewną rade nowo przyjętym ANBU. Pamiętała każde słowo z tego przemówienia. Nawet to jak patrzył na nich, oparty o parapet.
„Nasze życie jest jedną wielką, cichą wojną, ale wszystko kiedyś obraca się w rutynę. Zwycięstwa przestają przynosić satysfakcje, a wciąż pojawiające się nowe ogniska konfliktu poddają pod wątpliwości naszą pracę. Wciąż kieruje nami dobro Konohy, ale… Cóż… Zawsze, trafi się taka misja, po której łatwiej jest odpuścić, złożyć broń, umrzeć. W końcu wykonaliśmy powierzone zadanie. Cel osiągnięty… — Czujne, czarne oczy omiotły świeży narybek ANBU. — Przed tym właśnie przestrzegam. Zbyt wiele takich śmierci widziałem… Musicie znaleźć powód do powrotów, gdy płomień zacznie się wypalać lub słabnąć. A nie ma od tego nic lepszego od domu. Życie wyłącznie dla siebie nie można nazwać życiem. Wbrew pozorom, posiadanie rodziny sprawi, że będziecie silniejsi. Niezniszczalni. Uczyni z was prawdziwych wojowników Liścia.”
Westchnęła ciężko skonsternowana wspomnieniami, zagapiając się na fusy.
— Co?! — Azuma zbita z pantałyku, ze strachem spojrzała na naczynie. Dostrzegając obłupany uchwyt, jęknęła. — O, nieee… Zniszczyłam antyk! Dziedzictwo narodowe, kulturowe i tak dalej. Do cholery, Liv! Kto daje w ogóle w tym pić!
— Czyli teraz to moja wina?
— Oczywiście, że tak! Gdybyś nie była tak uparta to by do tego nie doszło!
— Od tego krzyku dostanę migreny. — Senju zebrała naczynia, zaraz ruszając do rezydencji. Będzie musiała się zastanowić nad słowami Amai. Ale to dopiero za jakiś czas. Jak zadania dadzą jej chwilę oddechu.

~oOo~

Liv zagryzła usta, patrząc na okazały budynek kasyna. Zewsząd atakowały wzrok jaskrawe neony, szybko uświadamiając, że trafili do największego miasta oferującego wszelaką rozrywkę. Od klubów ze striptizem, barów z ustawianymi walkami, do zwykłych kafejek z automatami do gry. Jeżeli szukałeś zabawy to dobrze trafiłeś. Jednak każdy kto choć raz odwiedził to miejsce, wiedział, że prawdziwe życie zaczynało się nocą.
Zmrużyła powieki, przenosząc spojrzenie na spory ruch pośród uliczek. Wszystko tu było przerysowane. Kobiety w ciężkim makijażu i kusych strojach, wabiły kolejnych klientów,  najlepiej nowobogackich biznesmenów obwieszonych złotem, którzy obnosili się swoimi grubymi portfelami.
Damy z rasowymi pieskami prowadzonymi na złotych smyczach, poszukujące hojnych sponsorów. Rozstrzał wiekowy był ogromny. Od ledwie pełnoletnich do ludzi w sędziwym wieku, ale łączyło ich jedno. Chęć szybkiego wzbogacenia się, lub pomnożenia już istniejącego majątku.
Zerknęła kontrolnie na towarzyszącego jej Samona. To on wprowadził ją w tematykę grupy i milcząco trwał u boku, spod rzęs patrząc na — jak on to nazwał — miasto grzechu oraz wszelakiej obłudy. I z samej obserwacji, ciężko było się z jego zdaniem nie zgodzić.
— Od informatora wiemy, że w najbliższym czasie planowane jest spotkanie. Zapewne ostatnie, po którym wejdą z współkę z właścicielem tej sieci.
  Aż ciężko uwierzyć, że ewoluowali od zwykłych bandziorów do biznesmenów — prychnęła Liv, przeczesując palcami włosy.
— Marzy im się stabilizacja. Obracanie pozyskanym kapitałem.
— Niech się cieszą póki mogą, ich czas dobiega końca — zawyrokowała, kładąc dłoń na przedramieniu kompana. — Dość widziałam. Wracajmy.

~oOo~

            Itachi w zamyśleniu zwinął otrzymany zwój, po czym oddał go czekającemu ANBU. Cóż, nie spodziewał się aż takich komplikacji po tym zleceniu. Po pierwsze, gang, który dostali za zadanie złapać się rozdzielił. Część wyruszyła do Wioski Ukrytej we Mgle, podczas gdy reszta biwakowała w okolicach Tanzaku. Mało tego, docierały do niego informacje o niezdrowym zainteresowaniu jakie żywił grupą uczeń Senju. Podobno chłopak już kilkakrotnie został przyłapany jak krążył wokół archiwum z tajnymi aktami, a także zawsze znajdował się w pobliżu, gdzie akurat mieli przebywać bandyci. Dziwne, niepokojące zbiegi okoliczności.
            — Nara opracowuje plan?
            — Tak, razem z Kakashim.
            — W porządku. — Pomasował nasadę nosa, gdy do jego uszu dotarło ciche pykniecie świadczące o zniknięciu Skrytobójcy. Czas ich zdecydowanie gonił, a pojawiające się ciągle nowe fakty o bandytach niczego nie ułatwiały. Nie wiedział ile jest prawdy w raportach, ale szajka zamierzała przerzucić przez granicę kilka wozów z niewolnicami do pracy w domach publicznych. Oczywiście wszystkie zastraszone, sprowadzone siłą, narkotyzowane. Wzdychając ciężko, zerknął za okno na powoli wstające słońce. Nastawał nowy dzień, a oni wciąż nie wiedzieli jak się do tego zabrać. Jak uciąć hydrze łeb, tak żeby nie odrosły w zamian trzy.

~oOo~

Kazama odrzucił trzymany długopis, przeciągając się mocno. Cały zdrętwiał od tego siedzenia. Marszcząc nos potarł palcami powieki, opierając się łokciem na rozciągniętych na blacie mapach. Od rana pracował nad nanoszeniem tras, którymi według świadków wędrowały poszukiwane demony do czasu aż ślad po nich zaginął. Było to żmudne i pracochłonne zadanie, ale ktoś musiał się tym zająć. Owszem, gdyby chciał to mógłby oddelegować któregoś z doradców, ale cierpiał na nudę oraz dręczył go dziwny niepokój. Chodził napięty niczym struna, jakby świat nagle miał mu się zawalić na głowę. Zmysły wyostrzyły się do granic możliwości, tak że nie umknął mu żaden szmer, czy oddech. Cholera, słyszał nawet bicie serca demona przebywającego w pomieszczeniu obok. Z jawną wrogością spojrzał na wkraczającego do biura doradcę, ale powstrzymał się od przekleństw widząc, że nie przyszedł z pustymi rękami. Zupełnie jakby wyczuł, że potrzebował czegoś na rozluźnienie.
— Pomyślałem, że to odrobinę pomoże. Na zszargane nerwy — rzucił uprzejmie, stawiając na stoliku przy oknie kryształową karafkę z najlepszym alkoholem w tych regionach. I zresztą ulubionym Kazamy. Nigdy nie przepadał za sake. Wolał whisky, albo wino. — Mam przynieść lód?
— Nie. Dziś wypiję nierozcieńczoną. Możesz odejść. — Kiedy starzec był już przy drzwiach, dodał. — Dziękuję.
Mężczyzna jedynie skinął głową, cicho zamykając gabinet i pozostawiając Chikage samego.

~oOo~

Senju zerknęła na zegarek, niecierpliwie potupując. Naprawdę, to było niedorzeczne że się zgodziła wpaść do kwiaciarni Yamanaka aby potwierdzić wybór Amai. Skąd w ogóle ten pomysł. Skoro przyszła panna młoda już zdecydowała, to po jaką cholerę ona miała to oceniać. To tej wariatki ślub, a nie jej. Przeklęła cicho pod nosem, smętnie wgapiając się w wiszącą na drzwiach kartkę. Świetnie, napis zaraz wracam zbyt wiele nie mówił. Zaraz — to pojęcie względne.
Chcąc nie chcąc oparła się o ścianę budynku, przenosząc wzrok na przechodniów. Uliczkami spacerowały głownie osoby starsze, najczęściej w towarzystwie dzieci. To nasuwało jeden wniosek, rodzice szkrabów w pracy, natomiast dziadkowie najęci do pilnowania młodszego pokolenia. Proste, ekonomiczne i bezpieczne.
Westchnęła ciężko, mimowolnie rozglądając się za dziewczyną zazwyczaj pracującą w kwiaciarni. Ale niestety, córka Inoichiego gdzieś przepadła bez śladu. Tak, znała nastolatkę z widzenia. Młoda poszła w ślady ojca i skończyła akademię ninja, ale przy braku zleceń pomagała prowadzić rodzinny biznes. W końcu dobrze mieć alternatywę w czasie pokoju.
Liv wcisnęła ręce w kieszenie spodni, odchylając głowę i patrząc na ciężkie chmury na niebie. Naprawdę nie rozumiała dlaczego wciąż tu tkwiła. Przecież najprostszym wyjściem byłoby kłamstwo. Oglądała katalog i w pełni się zgadza z wyborem Amai.
Kiedy na poważnie zaczęła rozważać to wyjście, nagle kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę. Dawno nie widzianego intruza, który napsuł jej krwi aż miło.
Mężczyzna wyraźnie poruszony, z okropnie zadowolonym uśmiechem pędził w stronę tarasu widokowego na kamiennych głowach byłych Hokage. Co ciekawe, podczas tego pośpiechu nie zapomniał się rozglądać czy aby nikt za bardzo nie zwraca na niego uwagi. Wyraźnie nie chciał mieć ogona. I właśnie ten fakt zmusił Senju do ruszenia się z miejsca. Niczym cień ruszyła jego śladem.

~oOo~

Kazama nalewał właśnie sobie trzecią porcję, gdy poczuł niepokojący dreszcz. Jakby ktoś potraktował go ładunkiem elektrycznym. Z lekkim zdziwieniem spojrzał na dłoń, która zaczęła drżeć tak mocno, że z trudem trzymał karafkę. Bardziej zaskoczony niż zaniepokojony odstawił butelkę. I właśnie wtedy to zobaczył. Pojawiła się wizja na jawie o jakiej wielokrotnie czytał, a którą dopiero pierwszy raz mógł odczuć na własnej skórze.
Pokój zniknął, a on znalazł się na polanie z początku mogąc dostrzec wyłącznie rozmyte kontury. Czuł każde smagnięcie wiatru, ciepło promieni słonecznych, słyszał szum drzew. Potrzebował chwili aby odnaleźć się w nowej sytuacji, zaaklimatyzować. Gdy już chciała przejąć nad nim władzę natura badacza, usłyszał niepasujący odgłos. Dźwięk który nie pasował do otoczenia. Skonsternowany, odwrócił się i wtedy wszystko stało się wyraźne, ostre.