14.01.2018

9. PUCHATA HISTORIA

Co by tu powiedzieć na początek… chyba, powinnam zacząć do przeprosin. Nie powinnam znikać bez wyjaśnień, ale w sumie żadnych nie mam. Życie mnie nie rozpieszcza, ale nie będę się rozpisywać. Skupię się na tym co związane z blogiem. Dopadła mnie niemoc twórcza. Ogólne zniechęcenie, leserstwo oraz nuda.
Zniechęcenie, bo fandom Naruto umiera. To jest fakt i da się to zaobserwować po padających blogach. Ba, padają nawet katalogi blogów, więc jest źle.
Leserstwo, bo wolę odpocząć po pracy, pogadać z ludźmi, sprzątnąć w pokoju(!) niż siąść do laptopa.
Nuda, bo zastanawiam się czy to jeszcze ma sens, czy bohaterowie są warci wysiłku, czy historia jest na tyle interesująca aby to ciągnąć. No, tak to wygląda.
Co do wpisu… cóż, został wyszarpany ze mnie. Tak dumałam, dumałam i w końcu na nią padło przy pisaniu. Czy jestem zadowolona? Jakościowo uważam, że jest nieźle. Nie straciłam chyba wprawy, jaka by nie była. Przy długości też nie odstawiłam fuszerki. Zasłużyliście na długi wpis i motywując się, taki urodziłam. W bólu, ale jest.
Co do fajerwerków w rozdziale… chyba nie umiem ich napisać. Wszystko wydaje mi się albo zbyt suche, albo znowu sztuczne i przesadzone. Nie potrafię znaleźć równowagi… Może to tylko takie autorskie spostrzeżenia, a może tak jest. A może tak objawia się właśnie kryzys. Faktem jest, że potrzebuję inspiracji oraz weny. Tylko gdzie ją znaleźć? Bo na razie mimo poszukiwań — zaznaczam, że intensywnych — jest pustka totalna.
Nie przedłużając zapraszam na rozdział. Tradycyjnie niebetowane, ale to już norma. Kochani, nie ukrywam, że czekam na komentarze. Może one rozwieją te czarne chmury nad blogiem ZR. Ach i dziękuję Ciastku i Kita-pon oraz Judah za dobijanie się na czacie. To odrobinę mnie zmotywowało do napisania tego posta.




Liv z konsternacją wyciągnęła ze szkolnej torby, ciemny worek i postawiła na płytkach w łazience. Wciąż nie wierzyła, że Itachiego fanklub zdobył się na taką odwagę. Która z tych zakochanych idiotek była aż tak bezczelna aby włamać się do szatni? Odrobinę zrobiły na niej wrażenie, to przyznawała z czystym sumieniem. Jak do tej pory miała je za bandę tchórzy, a tu? Taka niespodzianka. Co prawda finał dywersji ostro utrudnił Senju życie — przynajmniej do momentu aż nie zakupi nowego telefonu — ale chyba, mogła głośno powiedzieć, że te lalunie pokazały charakterek.
Przeczesała palcami włosy, kopiąc lekko worek. Zaraz powinna zabrać Moro na spacer, a po powrocie zajmie się tym nieszczęsnym tobołkiem. Niby oględnie wypłukała z ubrań chlor, ale skoro wróciła już do domu to mogła zrobić to porządnie. Przynajmniej to podpowiadał rozsądek.
Liv oparła się o poręcz barierki, spoglądając w nocne niebo. Naprawdę nie wiedziała co sadzić o zachowaniu Itachiego. Owszem, jeszcze niedawno posądzała go o prowadzenie gry. Swoją drogą bardzo okrutnej, ale całkiem normalnej jak dla bawidamka. Jednak, odrobinę za długo to trwało. Zamiast słabnąć to te wszystkie sytuacje zaczynały się nasilać.
Westchnęła cicho, pocierając przymknięte powieki. To wszystko coraz mocniej się komplikowało. Czysty układ obopólnych korzyści przestawał obowiązywać, a pierwotne cele się zacierały. Kurde, bo czy uczestniczenie w tych zawodach nie było po to aby unikać profesora Kato? Tak zakładał pierwszy plan, a im więcej czasu upływało tym bardziej o tym zapominała. A Uchiha? Oficjalna wersja do jakiej się przyznawał to niby zakład z kuzynem, ale ona wiedziała swoje. Tym co kierowało Itachim była ambicja. W końcu to klanowa tradycja, że ktoś z ich rodu reprezentował uczelnie. Kolejny powód dla rodziny Uchiha aby chwalić się na salonach.  I teraz, przez zmianę przepisów Itachi i Shisui musieli rywalizować o stołek reprezentanta zamiast działać w duecie. Taka przewrotność — albo jak kto woli — chichot losu.
Senju aż zadrżała mocno gdy zawiał mocniejszy wiatr. Doprawdy, nie błyskała geniuszem wychodząc na zewnątrz bez żadnego swetra zwłaszcza, że ostatnim o czym marzyła to przeziębienie. Już i tak kiepsko się czuła po szkole. Co jak co, ale strój do Kyudo nie należał do najcieplejszych, a wyłącznie to mogła włożyć pod lekką kurtkę. Mamrotając pod nosem przekleństwa pewnie wkroczyła do mieszkania, szybko zamykając drzwi.
Rozcierając wychłodzone dłonie, omiotła spojrzeniem rozwalonego na podłodze psa. Cóż, Moro w żaden widoczny sposób nie zareagował na ziąb jaki ze sobą wniosła do środka. Najwyraźniej podczas snu nie zwracał uwagi na nic. Nie, no było coś co w momencie stawiało pupila na nogi. Na dźwięk otwieranej lodówki zrywał się jak rakieta. Uśmiechając się pod nosem, poczochrała futrzaka po łbie mimowolnie powracając myślami do partnera turniejowego.
Czuła się źle z faktem, że Itachi zaczyna na nią oddziaływać. Owszem, tylko naiwniak by sądził, że przebywając w towarzystwie najgorętszego faceta w szkole nic jej nie ruszy. Była zdrową nastolatką, a więc nic dziwnego, że wszelkie interakcje jakie serwował Uchiha powoli przynosiły efekty w postaci szybciej bijącego serca czy pulsu. Przystojny, charyzmatyczny, popularny uczeń mącił w głowie każdej i Liv nie należała do wyjątków. Jedyne co ją wyróżniało to to, że przy nim nie dostawała małpiego rozumu. Trzymała hormony na wodzy. Ale jak długo to jeszcze potrwa? Co tu kryć, Itachi poruszyłby nawet kamień. Na początku, gdzieś na skraju świadomości, majaczyła Liv obawa, że Uchiha ją zauroczy. Ta aura niegrzecznego chłopca skutecznie przyciągała, burzyła krew w żyłach. Ale jak słusznie kiedyś bezczelnie zauważył, był jej potrzebny.
W każdym razie ostatkiem sił kierowała się zdrowym rozsądkiem. Zastanawiało ją zachowanie, a raczej cel jakim kierował się Uchiha. Bo okej, zabawa zabawą, ale to trwało już całkiem sporo czasu. Wszystko się kiedyś nudzi, a ta gra już powinna umrzeć śmiercią naturalną. Mimo to rzeczywistość prezentowała się zgoła inaczej. Marszcząc nos Liv podniosła się do pionu, powoli ruszając do kuchni. Sięgając po kubek, zagapiła się na jego dno analizując inną hipotezę. Tę z kategorii marzeń każdej uczennicy Konohy. Naiwną oraz absurdalną, ale jakby nie patrzeć nie tak nierealną, bo wypadki chodzą po ludziach. Może Itachi dał się wkręcić własnej gierce i coś co było wyłącznie formą rozrywki stało się rzeczywistością. Może polubił ją tak jak chłopcy lubią dziewczęta. Aż poczuła zażenowanie dumając o tak niedorzecznym pomyśle, który nie do końca mogła odrzucić. Sen który śniły naiwne panienki być może stał się jawą. Na samą myśl aż zrobiło się jej gorąco.
Liv opadła na rozścielone łóżko, bezwiednie głaszcząc przymilającego się Moro. Wciąż na nowo analizowała sytuację z sali telewizyjnej. Naprawdę chciała po tym przejść do porządku dziennego, ale nie mogła. Im mocniej się starała tym gorzej się to kończyło. Może to naiwne — tylko głupiec wierzy w przyjaźń damsko męską, taką prawdziwą — ale nie sądziła, że relacje z Uchihą mogą próbować iść w innym kierunku niż koleżeństwo. Nawet przyjaźń brzmiała dziko. Zwyczajnie byli sobie potrzebni. Ona pragnęła rozwiązać niezręczny problem z Kato, natomiast Itachi… cóż, nuda, zakład, nieważne jakie motywy nim kierowały. Jedno pragnęło wykorzystać drugie i to było w porządku.

~oOo~

Liv bez entuzjazmu weszła na szkolne schody, powoli wlokąc się do budynku. Czuła się jak przepuszczona przez maszynkę do mięsa. Bolało ją dosłownie wszystko. Materiał ubrań drażnił rozpaloną skórę, a w głowie miała wrażenie, że zadomowił się rój pszczół. Do tego ten nieprzyjemny ucisk w zatokach nosowych, doprowadzał Senju do białej gorączki. Chyba nie było się co łudzić, jednak nie uniknęła przeziębienia.
Mamrotając pod nosem niepewnie wkroczyła do szatni, zagapiając się na swoją szafkę. Nie wiedziała, czy postąpiła najmądrzej przychodząc na zajęcia. Wiadomo ćwiczenia fizyczne nie wchodziły w grę, ale i te z teorii wydawały się poza jej zasięgiem. Bo nawet jak się na nich stawi to nic nie zapamięta. Nie ma szans.
— Że też te głupie pipy musiały wrzucić też telefon — wysapała nerwowo ściągając kurtkę i wrzucając do torby. Jakoś tolerancja dla fanek partnera znacząco zmalała po akcji sabotażowej. O ile do tej pory traktowała to wszystko z przymrużeniem oka to teraz każdej pannie skręciłaby kark. Odetchnęła głębiej dla uspokojenia, porzucając mordercze plany. Gdyby komórka nie została uśmiercona w basenie to teraz leżałaby w domu pod ciepłym kocykiem, telefonicznie dając znać o chorobie. A tak, tę opcję szlag trafił.
Po głębszych analizach doszła do wniosku, że zwyczajnie pójdzie do dyrektora i poinformuje o swojej niedyspozycji, a później wróci do domu. Tam zaserwuje sobie dawkę uderzeniową leków i jakoś to będzie. Cóż, liczyła tylko że o niczym nie dowie się profesor Danzo. Bo jeśli zostanie wtajemniczony to jak nic zasieje ziarno czy aby na pewno nadaje się do reprezentowania szkoły.
— Hej, a co to za marsowa mina? — Shisui uśmiechnął się szeroko na widok towarzyszki Itachiego, zaraz dostrzegając jej niezdrową bladość. Nie dało się nie zauważyć fioletowych cieni pod oczami dziewczyny, zapewne z wyczerpania. — Heh… A mówiłem wczoraj, że przywiozę jakieś cieplejsze ubrania do przebrania — westchnął, w lot rozumiejąc jaki wyniknął problem z wczorajszej akcji ręcznikowej. Patrząc na Liv potarł dłonią włosy na karku. Doprawdy, że też nie był bardziej stanowczy. Zresztą kuzyn też miał swoje za uszami, bo powinien na siłę wepchnąć dziewczynę do auta a nie pozwolić decydować. Co za geniusz wraca w lekkim stroju łuczniczym do domu zwłaszcza, że pogoda nie należała do najpogodniejszych.
— Nie wiem czy by to coś dało — wymamrotała po chwili milczenia, pocierając skronie.
— Może tak, a może nie — odparł rozmyślając nad wyjściem z sytuacji. Teraz gdy Liv na trochę zniknie z placu boju znowu będzie nudno. — W zasadzie to po co przyszłaś w takim stanie? Nie obraź się, ale do niczego się nie nadajesz.
— E no co ty nie powiesz — prychnęła, mierząc go drwiącym spojrzeniem zza zmrużonych powiek. — Przyszłam poinformować dyrektora o chorobie.
— Mądrze, ale jeszcze sprytniej byłoby zatelefonować.
— Shisui, naprawdę nie mam nastroju do słuchania pouczeń. Chcesz pomóc, to sam odwiedź Hiruzena i powiedz o mojej sytuacji.
— A jak dostaniesz się do domu?
— Metrem albo taksówką, zależy od samopoczucia — powiedziała dla świętego spokoju, grzebiąc w przerzuconej przez ramię torbie. Teraz dla odmiany trzęsła się jak w febrze, odczuwając dotkliwe zimno.
— Mhm… — Shisui zamyślił się głęboko, zagapiając na widok za oknem. — Jeżelibyś poczekała chwilę to ja mogę cię podrzucić. I tak, dzięki tobie mam nieprzewidziane okienko w planie zajęć — rzucił wyjaśniająco, widząc jak już otwiera usta w proteście. Z pewnym rozbawieniem obserwował jak na kilka sekund zamarła, analizując przedstawiony pomysł. Shisui nie miał złudzeń, że w głowie Senju właśnie trwa istna burza. Argumenty za skorzystaniem z oferty intensywnie ścierają się z tymi przeciw.
— Pewnie i tak nie dasz się spławić…
— W zasadzie to nie bardzo — zauważył wesoło, doskonale zdając sobie sprawę, że tym razem wygrał tę batalię. — Byłbym spokojniejszy odwożąc cię na miejsce.
— Nic mi nie będzie.
— Możesz zasłabnąć w drodze, a ja czułbym wyrzuty sumienia do końca życia.
— Dramatyzujesz.
— Serio kiepsko się prezentujesz.
— Nie chcę litości.
— Słoneczko, ale ja to robię dla siebie. Gdyby coś ci się stało to dyrekcja powiesiłaby mnie na suchej gałęzi, że pozwoliłem ci w takim stanie wyjść ze szkoły bez asysty. Że nie wspomnę o moim kuzynie.
— Nie przekonałeś mnie, ale serio nie mam siły na kłótnie — westchnęła z rezygnacją, przysiadając na drewnianej ławeczce. Podciągnęła pod brodę kolano, opierając się na nim wygodnie i przymykając powieki. — Jedna prośba, streszczaj się bo ledwo utrzymuję pion.
— Według życzenia, jaśnie pani.

~oOo~

            Shisui pogłaskał łeb przymilającego się psa, sprawnie odpinając smycz od obroży. Zabawił u Liv dłużej niż zakładał, ale patrząc na sytuację to chyba każdy by w ten sposób postąpił. Nie zostawia się bliźniego w potrzebie. Przynajmniej on nigdy by tak nie zrobił. Dlatego nie tylko podwiózł Liv pod blok, ale i odprowadził pod samo wejście. I trzeba przyznać, że chyba przeczucie kazało mu iść za nią.
Do powrotu do mieszkania, w pionie utrzymywała Senju determinacja oraz duma, ale po zamknięciu drzwi i one musiały uznać słabość chorego organizmu. Dosłownie w ostatniej chwili zdążył dziewczynę złapać aby później bezpiecznie odstawić na kanapę. Co ciekawe, nie miała nawet siły protestować. Jedynie łypała na niego tymi zielonymi ślepiami, szczelnie okręcając się kocem.
Shisui zerknął kontrolnie na zegarek, uśmiechając się nikle. Ciekawe jak Itachi zareaguje na najnowszą nowinę. To znaczy, nie to, że się cieszył z nieszczęścia Liv, ale kuzyn stał się wyjątkowo zaborczy o partnerkę turniejową.
— Hej, mała — wyszeptał, powoli wchodząc do salonu. W razie jakby zasnęła nie zamierzał jej budzić. Sen to największy sprzymierzeniec chorego człowieka, tego nauczyła go matka. Kierując się tą myślą, ostrożnie nachylił się nad kanapą. Tak jak przypuszczał, Senju padła jak kawka z wyczerpania.
Cóż, najzwyczajniej w świecie wyjdzie zamykając drzwi na klucz, a najwyżej przekaże je później Itachiemu. Tak, po pewnym czasie ujawni przyjacielowi powód zniknięcia dziewczyny. Nie od razu, ale później na pewno. W końcu ktoś musi zabrać Moro na wieczorny spacer. Uśmiechnął się złośliwie ruszając do wyjścia.

~oOo~

            Itachi ze zniecierpliwieniem zerknął na zegarek, podrzucając w górę bambusowy kij. Co jak co, ale Shisui rzadko się spóźniał, a jeśli miało mu się coś takiego zdarzyć to najzwyczajniej dawał znać. Dzwonił albo pisał wiadomość. Zachowywał się odpowiedzialnie. Dziś jego zachowanie było odstępstwem od normy. Anomalią, która wybijała z rytmu. Ewenement. A co najdziwniejsze, nawet nie odbierał telefonu.
            Zdecydowanym ruchem obrócił się w miejscu, zadając cios wyimaginowanemu przeciwnikowi. Samotne ćwiczenia nudziły oraz wydawały się bezcelowe. W zasadzie sam się sobie dziwił, że nie przysiadł na materacu i nie włączył odtwarzacza muzycznego. Zrelaksowałby się przez kolejnymi zajęciami. Oddychając głębiej, nagle coś usłyszał zza drzwi. Nie był pewien, ale brzmiało to jak szybkie kroki a to znaczyło jedno.
            — Hej i sorry — wysapał kuzyn, uśmiechając się szeroko i raźnie podchodząc do stojaka z kijami. — Jestem wystarczająco rozgrzany, możemy zaczynać.
            — W porządku — przytaknął beznamiętnie Itachi, od razu zasypując przyjaciela gradem ciosów. Ani myślał zwolnić. Po pierwsze zirytował go spóźnieniem, a po drugie… tak, zdecydowanie dał mu wczoraj drugi powód to braku litości.
            — Uła — zaśmiał się Shisui, łatwo dopasowując się do narzuconego tempa. — Jesteś zły?
            — Nie.
            — Serio? — zakpił, blokując wyjątkowo silne uderzenie i patrząc Itachiemu w oczy.
            — Skąd ten niedorzeczny pomysł?
            — W zasadzie nie wiem — prychnął, aż mrużąc powieki gdy w ostatniej chwili wyczuł podstęp, co przyczyniło się do uniknięcia wielkiego siniaka. Jakby wiedział, że kuzyn tak go radośnie przywita to założyłby ochraniacze. — Tak tylko sprawdzam.
            Następne kilkanaście minut wirowali w szalonym tańcu, sprawnie unikając ciosów. Pot zraszał ich czoła, gdy usiłowali się nawzajem zaskoczyć czy zdekoncentrować. Pojedynek należał do wyjątkowo widowiskowych z racji, że tak dobrze się znali. Od kilku lat trenowali wspólnie, przez co tak trudno było wyłonić jednoznacznego zwycięzcę. Zawsze tliła się w nich nutka rywalizacji. Jeden pragnął prześcignąć drugiego, dla własnej satysfakcji. Żeby do kolejnego starcia cieszyć się uzyskaną przewagą, wygraną.
            — Pas — wysapał Shisui, skutecznie blokując równie zmęczonego przyjaciela. Z trudem łapał oddech, ale czuł zadowolenie. Już dawno nie odbyli tak ciekawego treningu. Do tej pory wszystko odbywało się tak sucho, bez emocji. A dziś? Istna petarda. Aż się zaśmiał beztrosko, całym ciałem napierając na kij i zmuszając Itachiego do cofnięcia. — Już i tak przedłużyliśmy naszą zabawę.
            — Fakt — przyznał równie wycieńczony przeciwnik, ocierając czoło przedramieniem.
            — Jak się pośpieszymy to zdążymy pod natryski — zauważył Teleporter, odkładając broń i sięgając do kieszeni kurtki. Należałoby zerknąć jak stoją z czasem. Szarpnięciem wyciągnął komórkę, zaraz marszcząc brwi na usłyszany hałas. Z marsową miną zerknął pod nogi, dopiero teraz przypominając sobie o kluczach Liv. No cóż, nie tak to miało wyglądać, ale czemu nie. Niech samo życie pisze tym razem scenariusz.
— Skąd je masz?
— Co? — zapytał uprzejmie, schylając się i podnosząc nieszczęsne klucze. Już jedną odpowiedź uzyskał bez zapytania, kuzyn zdecydowanie rozpoznał przedmiot. A dobitnie świadczyła o tym lekka zmarszczka pomiędzy brwiami, która zdradzała intensywną analizę sytuacji. To tego ta nagle ciężka atmosfera… Wybornie.
— Skąd masz jej klucze?
Shisui z zainteresowaniem spojrzał na metalowy breloczek wilka, podzwaniając nim głośno.
— Uwierzysz jak powiem, że znalazłem? — podroczył się przekornie, chowając pęk do kieszeni.
— Shisui…
— Zero w tobie poczucia humoru — wytknął z rozczarowaniem, zasuwając włożoną kurtkę. — Pożyczyła mi.
— Kiedy?
— A czy to istotne?
— Byłbym wdzięczy jakbyś nie mącił jej w głowie.
— Co przez to rozumiesz? — zainteresował się Shisui, lekko zdziwiony słowami kuzyna. Co jak co, ale nie spodziewał się że przyjaciel opuści gardę. Że zasugeruje…
— Musi się skupić na turnieju.
— Ach… to cię trapi — mruknął Teleporter, zerkając kątem oka na Itachiego. Czyli jednak się nie odsłonił. Ruszył do drzwi, gestem zachęcając rozmówce do pójścia za nim. — Spokojnie. Liv na pewno zrobi wszystko aby godnie reprezentować Konohę. Ten typ tak ma. Chodź, jak dalej będziemy plotkować to nic z tego prysznica nie wyjdzie. A nie ukrywam, że pewnie by nam się przydał. Śmierdzimy.
— Nadal czekam na odpowiedź.
— Ależ ty uparty. Masz. — Bez wahania rzucił klucze przyjacielowi, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Zadowolony?
— Nie.
— Cierpliwość jest cnotą, wiesz? — przypomniał Itachiemu, puszczając go przodem do szatni. Poprawił zsuwającą się z ramienia torbę, a następnie włożył ręce do kieszeni spodni. Z trudem hamował uśmiech satysfakcji na dźwięk głębszego oddechu Łasica. Ktoś tu się silił na spokój i opanowanie.
— Shisui… — Itachi w oka mgnieniu złapał kuzyna za kurtkę, popychając na ścianę i patrząc na niego złowrogo. — Nie lubię gdy mnie testujesz. Może w innym wypadku trochę bym pograł w tej grze, ale dziś nie mam czasu.
— Jak to nie? Przecież teraz masz wolną godzinę. — Teleporter nie zrobił nic aby się wyrwać z uścisku przyjaciela, wciąż dobrze się bawiąc. Itachi już dawno aż tak nie dał się wyprowadzić z równowagi. — Ach… no tak, zapomniałem ci powiedzieć… No więc mówię, masz wolne teraz. Liv nie przyjdzie na zajęcia.
— Jak to nie przyjdzie? Dlaczego?
— Bo przez twoją głupotę się przeziębiła — prychnął Shisui odtrącając ręce kuzyna, zdjął kurtkę, później ściągając przez głowę koszulkę. Niedbałym ruchem rzucił ją na szafkę, krzywiąc się odrobinę. — Rano pojawiła się w szkole, ale odesłałem ją do domu. Stąd te klucze.
— Nie mogłeś powiedzieć od razu?
— Po co? — Shisui usiadł na drewnianej ławce, zabierając się za rozpinanie spodni. — To interesujące jak mało masz do mnie zaufania.
— Tu nie chodzi o zaufanie lub jego brak — westchnął Itachi, zaciskając palce na kluczach i patrząc spode łba na przyjaciela. — Twoja partnerka turniejowa jest pewna z kim chce w nim brać udział. Natomiast Senju… cóż, gdyby dostała alternatywę to na pewno by ją przemyślała.
— Tak sądzisz?
— Ja to wiem.
— Hm… skoro tak mówisz… — Z westchnieniem odgarnął włosy do tyłu, a następnie wygrzebał z torby ręcznik. — Idę się umyć. A ty zorganizuj się tak, aby zdążyć na wieczorny spacer z jej psem. Lepiej żeby nie wyściubiała nosa z domu przez dwa dni.

~oOo~

Liv odetchnęła głębiej odstawiając na niski stolik laptopa. Przez dłuższą chwile wgapiała się w urządzenie, aż w końcu westchnęła naciągając na siebie mocniej koc. Przymknęła powieki, zapadając się głębiej w poduszki. Już od jakiegoś czasu nosiła się z zamiarem zmiany telefonu, ale jakoś nie potrafiła się zmotywować. Ten już miał swoje lata, a do tego już się wysłużył. Bateria nie trzymała tak jak kiedyś, wejście słuchawkowe momentami nie łączyło, a i głośnik charczał.
Cóż, najwyraźniej los zadecydował za nią. W każdym razie już poczyniła pewne kroki aby odzyskać łączność ze światem. Napisała do opiekuna o wysłanie większej ilości gotówki. Nie, nie myślała, że będzie robił problemy. W zasadzie, mężczyzna zgadzał się na wszystko o czym pisała w wiadomościach — oczywiście w granicach rozsądku.
Szczerze tęskniła za czasami, gdy ich relacje były zgoła inne. Mniej formalne. Kiedy jeszcze żyli jej rodzice, regularnie przebywała w jego rodzinnym domu z racji bliskiej więzi jakie łączyła ich matki. Nie tylko wspólna firma splatała ich rody, ale również przyjaźń. Senju bywała tam tak często, że czuła się niemal jak u siebie. Znała każdy kąt. Byli ważną częścią jej życia.
Uśmiechnęła się do ciepłych wspomnień. Naprawdę podziwiała mężczyznę za cierpliwość, bo w tamtych czasach łaziła za nim jak pies. Niczym cień śledziła każdy krok, niemal uważając go za guru. Co ciekawe godził się na tę niewygodę, jedynie zerkając na nią z pobłażaniem. Milcząco tolerował obecność Liv.
A ona? Była nim zauroczona. Kilka lat starszy, przystojny, a do tego całkowicie nieprzewidywalny. Do tej pory pamiętała sytuacje, gdy rodzice wymusili na nim pójście z nią do kina. Zachwycony nie był, ale nie mogła narzekać. Odpowiadał na pytania, poświęcał uwagę wyłącznie Liv, a do tego zabrał do kawiarni na czekoladę przed seansem. Słuchał bzdurnego bełkotu podlotka, jedynie uśmiechając się zza filiżanki z kawą. Ten jeden dzień wystarczył aby młodzieńcze uczucie się mocniej zakorzeniło w sercu. A wszystko przypieczętowała jedna sytuacja. To jak podeszła do nich jakaś jego znajoma ze szkoły.
Do tej pory Senju pamięta ten nienawistny wzrok jaki poczuła na sobie, przez co aż się cofnęła. Zdumiona takim traktowaniem gwałtownie zamilkła, skupiając się na pojemniku z popcornem. Każde słowo wyryło się w jej młodym umyśle, niczym wykute w skale.
— Hej. To o tym mówiłeś, że dziś nie dasz rady przyjść. — Brunetka uśmiechnęła się pocieszająco do towarzysza Liv, odrzucając na plecy długie włosy.
— Wydaje mi się, że ująłem to w inny sposób.
— Naprawdę ci współczuję — rzuciła nieznajoma głucha na usłyszane słowa, nachylając się nad Liv i pstrykając ją protekcjonalnie w czubek nosa. — Mała, nie skoczyłabyś do tamtej księgarni? Słyszałam, że mają świetne kolorowanki.
Senju aż się zaczerwieniła po same uszy na usłyszany tekst. Już dawno nikt tak jej nie potraktował. Owszem, była od nich młodsza o jakieś cztery lata, ale to nie upoważniało tej panny do takiego traktowania. Już otwierała usta aby stanowczo wyjaśnić tej laluni, kto może sobie pójść po kredki, ale wtedy właśnie poczuła silniejszy uścisk na ramieniu. To wystarczyło aby w sekundzie zacisnęła zęby, siląc się na spokój. Nie chciała sprawiać kłopotów opiekunowi. Tym bardziej, że jak zauważyła dziewczyna była naprawdę ładna i pozornie budziła sympatię. Oczywiście ta złudna kurtyna opadła gdy tylko otworzyła usta.
— Nie wątpię, że tobie przypadły do gustu, ale myślę że Liv dawno z nich wyrosła — rzucił, pociągając Senju za sobą i odchodząc w stronę kina, warknął: — Nie dzwoń więcej, bo następnym razem nie będę już tak taktowny.
Kiedy już oddalili się wystarczająco daleko aby koleżanka towarzysza nic nie usłyszała, postanowiła się odezwać.
— Hm… jak chcesz to naprawdę mogę iść na ten film sama. To nie sprawiedliwe, że zostałeś w to wrobiony. Później wrócimy razem do domu i nikt się nie dowie. — Liv uśmiechnęła się szeroko, zerkając na nagle spiętego towarzysza. Nie rozumiała dlaczego aż tak się zdenerwował tą dziewczyną, ale jeżeli odpuszczenie chłopakowi tego seansu mogło poprawić mu nastrój to z ochotą się na to zgodzi.
— Nie żartuj. Jesteś o niebo lepszym towarzystwem od tych idiotek.
To w tamtej chwili został mianowany jej osobistym rycerzem. Trochę aroganckim, małomównym, a jednocześnie tak interesującym. Kierujący się zasadą, że on nic nie musi, może co najwyżej chcieć. Ideał faceta w oczach zauroczonej małolaty.
Niestety kontakt z nim został zerwany, a raczej mocno ograniczony przez katastrofę lotniczą w której zginęli zarówno rodzice Liv jak i jego. On po tym musiał przejąć władzę nie tylko nad biznesem rodzinnym, ale też nad nią. Okazało się, że matka zabezpieczając przyszłość pociechy przekazała władzę rodzicielską synowi najlepszej przyjaciółki. Jakby coś przeczuwała.
W każdym razie wszystko posypało się tamtego jednego dnia. Pech chciał że na tym jednym pokładzie znaleźli się wszyscy, których kochali. Trauma na całe życie. Ona jednak dostała wsparcie w opiekunkach, które towarzyszyły jej przez pierwsze lata samotności, natomiast on został skazany wyłącznie na siebie. Zawalony obowiązkami, przytłoczony odpowiedzialnością zamknął się w sobie, ograniczając z nią kontakt do minimum. Ten fakt znacząco osłabił ich więź.

~oOo~

Liv aż podskoczyła słysząc szczekanie Moro na korytarzu. Zdezorientowana rozejrzała się po salonie i ziewając przetarła powieki. Najwyraźniej zasnęła, a hałas dochodzący z mieszkania mógł świadczyć tylko o jednym. Shisui dotrzymał słowa i rzeczywiście wrócił aby zabrać psa na spacer. No i jak cholera człowiek miał nie uważać Teleportera za najlepszego kandydata na chłopaka? Sympatyczny, pomocny, no i oczywiście przystojny. Nic tylko się zakochać. Aż się uśmiechnęła pod nosem na te nierozsądne marzenia, usprawiedliwiając je otępiałym umysłem po śnie.
            — Jak się czujesz?
            — Hm? — Liv leniwie obróciła w stronę chłopaka, dopiero teraz przytomniejąc. Bo w progu stał Itachi, a nie Shisui. Oszołomiona zamrugała intensywnie, sprawdzając czy aby nie ma omamów, ale nie. Uchiha jak opierał się o framugę tak dalej to robił, a jedynie przewrócił teatralnie oczami na widok jej działań. — Co ty tu robisz? — wykrztusiła, podnosząc się do siadu.
            — Sprawdzam czy żyjesz — odparł, krzyżując ręce na piersi.
            — Ale twój kuzyn…
            — Wolałabyś żeby to on przyszedł? — zapytał, lekko mrużąc powieki.
            — Wolałabym żeby moje klucze nie wędrowały z ręki do ręki — warknęła z poirytowaniem, łatwo wyczuwając nieme oskarżenie. Co oni sobie do diabła myśleli? Rywalizowali nawet w tym temacie? Burcząc pod nosem, zrzuciła na podłogę koc wstając z kanapy.
            — Dobra, nieważne. Jak się czujesz?
            Senju całkiem zignorowała fakt, że Itachi zmniejszył dzielący ich dystans do minimum jakby się bał, że zaraz wywinie orła. Owszem, była osłabiona, ale kryzys został zażegnany. Za kogo on ją uważał.
            — W zasadzie… mam się chyba całkiem nieźle. — Nie, Liv nie kłamała. Naprawdę czuła się o niebo lepiej niż rano i jeżeli nic się nie zmieni, to jutro powinna pojawić się szkole. — Jeśli nie byłeś jeszcze z Moro na spacerze to sądzę, że mogę z nim wyskoczyć.
            — Pies już się wybiegał. — Uchiha zmierzył Senju od góry do dołu, po czym pchnął z powrotem na kanapę uśmiechając się drwiąco. — Leż. Powinnaś odpoczywać.
            — Ej! Nie traktuj mnie jak dziecko — syknęła mrożąc chłopaka spojrzeniem, godnym bazyliszka.
            — Ja tylko dbam o własne interesy — przypomniał jej własne słowa, podnosząc koc. Na dźwięk głośnego burczenia w brzuchu, bezceremonialnie upuścił na nią materiał. — Domyślam się, że nie jadłaś.
            — Brawo, Sherlocku. A tak serio, to planowałam właśnie coś przygotować — westchnęła, wygrzebując się spod polarowego materiału.
            — Nie trzeba, zamówiłem chińszczyznę.
            — Dlaczego? Przecież w lodówce…
            — Jest wyłącznie światło. Sprawdziłem — prychnął, przysiadając na stojącym nieopodal fotelu i podpierając się na łokciu.
            — Na pewno coś tam było.
            — Fakt. Zapomniałem o lodzie na tylnej ścianie. Powinnaś pomyśleć o rozmrożeniu.
            — Mówił ci ktoś, że jesteś irytujący? — Z niechęcią zerknęła na Itachiego, zastanawiając się jakim cudem uznała go za interesującego faceta. Bardziej działał na nerwy skłaniając człowieka do skręcenia mu karku, niż do miłosnych wzlotów. W każdym razie na ten moment bliżej była morderstwa.
            — Jesteś pierwszą dziewczyną, jeżeli to cię pocieszy.
            — Nie pociesza.
            — Trudno — odparł, opierając się wygodniej i wyciągając z kieszeni spodni telefon. Rzucił okiem na wyświetlacz, a następnie skupił się na Liv bezwiednie obracając urządzenie w dłoni. — Za dwa dni weekend, więc sądzę, że powinniśmy zrezygnować z forsowania twojego organizmu. Skupimy się wyłącznie na teorii podczas zajęć.
            — Teoria z Kendo i Kyudo. Bajecznie — Senju oparła się o kanapę zagapiając w sufit. — Naprawdę jest coś o czym mi nie powiedziałeś na pierwszych godzinach? Nie lepiej w ogóle zrezygnować? Przecież kiedyś możemy posiedzieć dłużej na sali.
            — Hn.
            — Ewentualnie, żeby nie zostawać po godzinach, możemy odbębnić ten nieszczęsny wywiad — zaproponowała, krzywiąc się jakby połknęła cytrynę. Pomysł z taką formą przedstawienia uczniom reprezentantów szkoły uważała za poroniony, ale nic nie mogła poradzić. Zwłaszcza, że patronat na nim utrzymał Shimura. Sprawa przegrana już na starcie.
            — Inari wreszcie by się odczepiła…
            — Molestowała cię?
            — Jeszcze nie, ale niedługo zacznie, o ile nie rzucę jej jakiegoś terminu.
            — Ach, chociaż jedna, która jest głucha na twoje gładkie słówka — parsknęła Liv, uśmiechając się złośliwie. Doprawdy, z dnia na dzień sympatia do tej dziewczyny rosła.
            — Jedna? — Itachi spojrzał prosto w oczy Senju, unosząc drwiąco brew. Wyglądał nieprzyzwoicie dobrze z tym ledwie widocznym uśmiechem pełnym arogancji. Widząc to z trudem pohamowała ochotę, aby trafić go w twarz poduszką.
            — Siebie nie liczę, jestem poza skalą, Uchiha.
            — Dyskutowałbym.
            — Nie zabraniam ci mamić się złudzeniami — prychnęła ze złością, aż nad to świadoma, że ten dupek miał rację. Powinna jak najszybciej zmienić temat na bezpieczny. — Tak więc ustalone. Załatwiamy wywiad.
            — Nie sądzę żebyśmy się w jedną godzinę wyrobili, razem ze zdjęciami.
            — No bez przesady… ile może trwać pstryknięcie kilku fotek.
            — Nic nie rozumiesz… Shinko pasjonuje się również fotografią. A to znacznie wydłuży cały proces — stwierdził, i bez uprzedzenia rzucił Liv trzymany telefon.
            — Oszalałeś? A jakby nie złapała?! — krzyknęła, dosłownie w ostatniej chwili łapiąc aparat zanim spadł na panele. Uchiha był nienormalny. Najpierw ona straciła komórkę, a teraz mało brakło, a on — na własne życzenie — straciłby swój. — I po cholerę mi go rzucasz? Zaraz, masz tam jakieś prace Inari? — zapytała z nagłym zainteresowaniem, odblokowując klawiaturę.
            —  Nie.
            — No to po kiego grzyba mi on?
            — Bo twój wydał ostatnie tchnienie w basenie.
            — No i? To chyba nie twój problem — zauważyła, marszcząc brwi i przyglądając się Itachiemu podejrzliwie. Czyżby ktoś wypaplał, że to jego fanki zniszczyły jej mienie i teraz chłopak czuł się winny? Chciał zadośćuczynić za szkody? Tylko kto się wygadał? Przecież nikomu nie mówiła… Chyba, że sprawę rozszyfrowała aspirująca na dziennikarkę Shinko. Może właśnie Inari, bo wyłącznie ona po usłyszeniu całej historii szybko domyśliłaby się prawdy. Jakby nie patrzeć była świadkiem akcji z butami, więc krótka analiza faktów by wystarczyła aby błyskawicznie wyklarowała faktyczny przebieg wydarzeń na pływalni. — Zresztą, już w przyszłym tygodniu powinnam jakiś kupić.
            — Do tego czasu możesz korzystać z tego.
            — A ty?
            — Też mam. — Na dowód wyciągnął drugi z kieszeni. Identyczny jak ten co trzymała z tą różnicą, że miał białą obudowę zamiast czarnej. — Musimy się jakoś kontaktować.
            — Hm… — Liv zagapiła się na wielki wyświetlacz telefonu, obracając go  w palcach. Ku swojemu zdumieniu nie odnotowała żadnej ryski na ciemnym lakierze, zupełnie jakby aparat całe życie trzymany był w foli. No kto by pomyślał, że Uchiha tak dba o swoją własność. W każdym razie taka pożyczka była jej bardzo na rękę. Dzięki temu nie straci łączności ze światem. — Postaram się oddać ci go jak najszybciej — zapewniła, odkładając komórkę na stolik.
            — Nie ma potrzeby. I tak leżał nieużywany.
            — To nie ma znaczenia — odparła, odrobinę źle się czując, że kolejny raz polega na Itachim. Coraz więcej mu zawdzięczała. Niby drobne przysługi o które wcale nie prosiła, ale… No właśnie. Uchiha właził z butami w życie Liv i nie bardzo wiedziała co z tym fantem począć. Nie przyzwyczaiła się do bezinteresownej pomocy. — Hm… dzięki.
            — Jesteśmy drużyną — przypomniał, wstając z fotela i przeciągając się mocno. — Idę przed blok, bo chyba dostawca zabłądził. Zaraz wracam.
            — Mhm… tak, tak. Ach, nie zapomnij zapytać czy przyjmują płatność kartą — rzuciła, odrobinę wytrącona z równowagi prezentacją Uchihy — jaki z niego gorący towar. Ciemna koszulka interesująco na sekundę opięła jego ciało, bezwstydnie podkreślając jak dobrze był zbudowany. Nie napakowany, ale przyjemnie umięśniony. No naprawdę, mężczyźni nie powinni tak dobrze wyglądać.
            — Po co?
            — Zabrałeś Moro na spacer, pożyczasz mi telefonu… To ja chociaż postawię ci obiad — zerknęła na zegarek na komodzie — czy tam kolację.
            — Może innym razem.
            — Ale…
            — Daj spokój. I tak nie masz jak zapłacić bez wychodzenia z domu. A Moro nikogo obcego nie wpuści do mieszkania.
            — Mogłabym ci dać kartę płatniczą, albo zamknąć mendę w sypialni. Zawsze istnieje jakieś wyjście.
            — Senju, nie bądź uparta. — Itachi nie czekając na dalszy ciąg dyskusji, wyszedł na korytarz i po chwili słychać było dźwięk zamykanych drzwi.
            — Odezwał się ten cierpliwy — wytknęła, podciągając pod brodę koc gdy poczuła nową falę dreszczy. Zdecydowanie pośpieszyła się z opinią, że już jej przeszło. Po kilku minutach z westchnieniem zrzuciła okrycie, dreptając do kuchni. Powinna połknąć wieczorną dawkę lekarstw, jeżeli planowała pojawić się jeszcze w tym tygodniu w szkole.
— Cześć zdrajco — mruknęła, pochylając się nad śpiącym psem i poklepując go po łbie. Czworonóg nawet nie otworzył oczu, a jedynie przekręcił się na grzbiet dla większego komfortu spania. Całkowicie nie rozumiała jakim cudem kuzyni Uchiha tak szybko zjednali sobie Moro. Przecież ten tyfus mało kogo akceptował w domu. Owszem, na spacerze zachowywał się towarzysko — oczywiście w granicach rozsądku — ale w mieszkaniu? To już inna bajka. Nikt obcy nie wszedł ani nie wyszedł bez głośnego ujadania, a i tak później musiał pilnować nogawek ponieważ Moro tylko czekał na odpowiedni moment aby sobie takiego delikwenta przyszczypnąć zębami.
            Kręcąc z niedowierzaniem głową, weszła do kuchni i nalała wody do szklanki. Patrząc na widok za oknem, zgarnęła z blatu wcześniej przygotowane tabletki połykając szybko. Żywiła szczerą nadzieję, że Uchiha zaraz wróci, bo umierała z głodu. Od rana nic nie jadła. A i farmaceutyków nie powinno się brać na pusty żołądek.
            — Dlaczego wstałaś?
            — Rany, Uchiha! Naprawdę ci kiedyś przyłożę za to skradanie — sapnęła, błyskawicznie okręcając się w miejscu i mierząc chłopaka nieprzyjaznym spojrzeniem. Do cholery, jak on to robił. Przemieszczał się jak duch, a do tego Moro całkowicie ignorował jego obecność. Mógł wchodzić i wychodzić, a pies bez reakcji. To znaczy cieszył się, ale nawet nie szczeknął.
            — Nie gryzie się ręki, która cię karmi — zauważył, wymownie zerkając na pudełka z jedzeniem. — Gdzie to zanieść?
            — Salon. Masz szczęście, że jestem głodna jak wilk — burknęła, odbierając swoją porcję i przepychając się obok Itachiego. Rozsiadając się na kanapie, z trudem zdusiła jęk zachwytu na zapachy jakie dochodziły z pudełka. Aż ślinka napływała do ust, jeszcze przed otwarciem pokrywki. Doprawdy, za takie żarcie na tę chwilę może odrobinę odpuścić chłopakowi. Zasłużył.
            Po skończonym posiłku, z westchnieniem zadowolenia odstawiła pojemnik na stolik. Przez kilka sekund podziwiała logo restauracji na teksturze, obiecując sobie w myślach, że od dziś będzie zamawiać wyłącznie u nich. Naprawdę, już dawno nie jadła tak genialnego kurczaka z ryżem. Normalne mistrzostwo świata.
            Mimowolnie zerknęła na Itachiego. Chyba zjadła w rekordowym czasie ponieważ on jeszcze dłubał w swoim pudełku. Przyglądając się jego profilowi, zmarszczyła w konsternacji nos. Zaczynała rozumieć fanki Uchihy. Bo jak się nie zakochać w tym dupku? Można bronić się rękami i nogami, ale prędzej czy później każdy da się omotać. Chłopak oprócz fantastycznego wyglądu posiadał również ciekawe wnętrze. Taki mix diabła i anioła. Mimo wielu irytujących cech takich między innymi jak zbytnia pewność siebie i arogancja, szczycił się też tkwiącym w nim dobrem. Nie takim oczywistym, ale widocznym kiedy już człowiek poznawał go lepiej.
            — Nie śpij. — Liv aż drgnęła nerwowo, czując chłodny dotyk na czole. Wyrwana z rozmyślań, podniosła wzrok na nachylającego się Uchihę, który przyglądał się z marsową miną. — Brałaś jakieś leki na gorączkę?
            — Przecież sam widziałeś to czego głupio pytasz — burknęła, przymykając powieki i nie wykonując żadnego ruchu aby strącić dłoń Itachiego. Znowu czuła nieznośne gorąco, a temperatura skóry Uchihy była tak przyjemnie niska… Nie miała siły zasuwać do kuchni po jakiś zimny okład, więc dotyk chłopaka był jak najbardziej wskazany. Przynajmniej na tę chwilę i w tych okolicznościach.
            — Chodź. — Nim się obejrzała, podniósł ją razem z kocem od razu kierując się do sypialni. Zrobił to tak sprawnie i bez wysiłku, jakby ważyła tyle co nic.
            — Głupi, przecież sama bym doszła…
            — Tak, tak — potaknął dla świętego spokoju, kładąc dziewczynę na łóżku. Przez chwilę stał nad nią niezdecydowany, po czym westchnął ciężko przeczesując palcami grzywkę. — Śpij. Jutro wpadnę to wezmę Moro na spacer przed zajęciami.
            — Mhm.
            — Biorę kluczę.
            — Zaczekaj… — Liv z trudem otworzyła powieki, intensywnie walcząc z sennością. Propozycja z jaką zamierzała wyjść w innych okolicznościach wydawała się nie do pomyślenia, ale no cóż. Choroba znacząco zmieniała jej priorytety. — Już późno. Jak chcesz to możesz zostać.
            — Słucham?
            — Nie udawaj, że nie słyszałeś — warknęła, z trudem podnosząc się do siadu. Odgarnęła wpadające do oczu włosy, po czym unikając wzroku Itachiego wyjaśniła. — Bez sensu żebyś kursował w te i z powrotem. Zostaniesz, wyjdziesz z psem i pojedziesz do szkoły czy tam najpierw do domu.
            — Nie wiem czy to dobry pomysł…
            — Ja też nie, ale z chorym się nie dyskutuje Uchiha — mruknęła, opadając na poduszki i zamykając powieki. Gdy przez dłuższy czas nie usłyszała żadnej odpowiedzi już zamierzała coś dodać, gdy niespodziewanie poczuła jak materac się obok ugina pod ciężarem chłopaka, a chłodny dotyk ponownie musnął czoło. Z tym, że ten był lekko wilgotny, a do tego jakby… nie, niemożliwe. Jej mamiony gorączką umysł wymyślał jakieś niestworzone brednie, pomyślała z konsternacją. Mruknęła cicho, przekręcając się na bok i macając materac wreszcie zlokalizowała dłoń Itachiego, mocno zaciskając na niej palce. Okej, skoro słowa nie wystarczają aby go w pełni przekonać, może to to zrobi. A ona, nad konsekwencjami i ewentualnymi motywami swojego zachowania pomyśli później.
            — W porządku, zostanę.