07.10.2017

ROZDZIAŁ 6. UWAŻAJ, NIE WIESZ, KTÓRA SZANSA JEST OSTATNIĄ

Hej! Cześć i czołem!

Tym entuzjastycznym okrzykiem, chcę Was przywitać na początku tej wymęczonej notki XD. Tak, moi Drodzy. Ten rozdział powstawał w bólu, pocie oraz ogólnej niechęci. Słowa nie płynęły, chociaż niby ogólny zarys był. Mimo że chciałam napisać tak wiele, urodziłam wyłącznie to. Nerwy mam, ale co zrobić. Napięty grafik w pracy najwyraźniej nie sprzyja pisaniu. Ale, ale… prawie cztery tysiące słów, powinno Wam wynagrodzić tak długie czekanie.
W każdym razie mam nadzieje, że Wam się spodoba. Co prawda, niby nic się nie dzieje, ale pojawia się sporo informacji oraz klaruje sytuacja. Przynajmniej tak się łudzę, patrząc na wpis :”D.
Dziękuję za liczne komentarze i liczę, że i tym razem mnie nie zawiedziecie pisząc spostrzeżenia oraz wyrazicie opinie. Tak, pewnie będę jak głupek co trochę wpadać na bloga łasa Waszych wpisów XD. Wy czekacie na rozdziały, ja na komentarze. I tak się koło zamyka^^. Prawie jak obieg wody w przyrodzie — nie wiem czemu tak jakoś przyszło mi to do głowy :/.
Tradycyjnie nie korygowane przez nikogo. Tak więc, tarcza w dłoń i jazda do czytania. Pozdrawiam Kochani.



            Itachi z westchnieniem zamknął szafkę, po czym sięgnął po leżący na stoliku zwój. Właśnie wrócił z zebrania taktycznego ANBU i usiłował się zająć czymś pożytecznym. Powoli zaczynał się denerwować milczeniem Trzeciego, ale nie mógł nic poradzić. Przecież nie wparuje do siedziby Hokage i nie zacznie go ponaglać. Zresztą, pośpiech należał do najgorszych doradców, a w negocjacjach z klanem Uchiha trzeba być zawsze o krok przed przeciwnikiem. Owszem, zdawał sobie sprawę, że propozycje jakie przedstawili razem z kuzynem Sarutobiemu były dobre, ale wiadomo nie doskonałe. Trzeba wszystko skonsultować, żeby w razie co wtrącić z ręki wszelkie argumenty przeciw. Takie sprawy trwają.
            Marszcząc nos, rozwinął papier wygładzając go dłonią. Już sam nie wiedział czy „marchewka” dla klanu Uchiha zadziała. Wiadomo, zasiadanie w radzie Jouninów z pewnością zaspokoi ego Fugaku, a także powinno uspokoić resztę rodziny, że coś się dzieje za ich plecami. Co prawda takie zebrania są zwoływane w sytuacjach kryzysowych, a więc niezwykle rzadko, ale i tak fakt członkostwa na pewno zainteresuje klan.
Co do utworzenia sekcji wywiadu z członkami rodu Uchiha i Hyuuga żywił mieszane uczucia. Oczywiście nie przeczył, że współpraca mogłaby być bardzo owocna, ale istniało niebezpieczeństwo, że żadna z rodzin nie zgodzi się na partnerstwo. Hyuuga nie angażuje się w życie Konohy bardziej niż to konieczne — skupiając się na ćwiczeniach oraz treningach wśród swoich — jednak paradoksalnie wciąż będąc wyjątkowo lojalni wobec wioski. Natomiast na Uchiha pada cień Madary, żądnego władzy oraz zadośćuczynienia za wykluczenie, a przez to mogą chcieć wszystko robić sami. Samotne wilki niezrozumiane przez świat dążące do odzyskania tego co im zabrano. Chociaż może za dużo analizował — tak jak wytknął mu Shisui — i sprawa pójdzie gładko?
Znużony prowadzonymi w myślach dysputami, potarł powieki. Cholera, a co jeśli ojciec dojdzie do wniosku, że Starszyzna wraz z Hokage chce go przekupić? W sensie zatkać usta, dając ochłapy aby siedział cicho i trzymał za karki resztę Uchihów? Żeby tego uniknąć potrzeba było cholernego sprytu i subtelnej przebiegłości. Wywrzeć wrażenie na większą skalę. Przedstawić realne zmiany dla klanu oraz ofiarować coś ludziom żeby oni wywarli nacisk na Fugaku. Trzeba się pochylić nad problemami zwykłych obywateli. Zaraz, zaraz o czym to ostatnio rozmawiali ludzie na straganach… Że są odcięci od klienteli przez te mury. Wniosek? Musi on zniknąć. Wypadałoby też ożywić te tereny, zmusić klan do otwarcia się na wioskę. Może jakieś imprezy okolicznościowe? Coś na przykład dla dzieci. To one są fundamentem pod przyszłość oraz najprościej zawierają przyjaźnie. Nie patrzą stereotypowo. I to mogłoby się udać. Poza tym, dzięki napływowi nowej, świeżej krwi może przestałyby dręczyć ich klan choroby. Małżeństwa pomiędzy kuzynami wyjaławiały geny. Wiadomo, z takich związków, potomstwo straciłoby stuprocentową szansę na Sharingana, ale czy to takie ważne? On, gdyby mógł cofnąć czas to nie chciały obudzić swojego, a w zamian za to wskrzesiłby kompana z drużyny. Na pewno są ludzie, którzy myśleli podobnie.
— Bracie, ty w domu?
— Sasuke? Nie masz zajęć w akademii? — Itachi podniósł wzrok na stojącego w drzwiach chłopca.
— Byliśmy w Dolinie Końca. Nauczyciel uparł się abyśmy właśnie w tamtym miejscu usłyszeli o powstaniu Konohy. — Nadął policzki z oburzenia, ale Itachi i tak wiedział, że młodemu ten wypad się podobał. Świadczyły o tym błyszczące radośnie oczy oraz uroczo zaróżowiona twarz. — Nuda.
— Przeszłość jest równie ważna jak teraźniejszość i przyszłość. Każdy shinobi musi znać swoje korzenie.
— Tak, tak… — Sasuke uśmiechnął się radośnie, wpatrując ufnie w brata. Uważał go za najmądrzejszego dorosłego. Walczył jak nikt inny i do tego dysponował ogromną wiedzą ze świata ninja. Jak dorośnie, zrobi wszystko aby zostać taki jak on. Już postanowił. Itachi był super! — Skoro jesteś w domu… to może pójdziemy potrenować? Też chcę tak władać kunai!
— Sasuke… — Itachi przywołał gestem brata, a świadomość tego co kolejny raz zamierzał zrobić, rozrywała serce. Jednak, czasem trzeba poświecenia dla dobra sprawy. Tu chodziło o bezpieczeństwo najbliższej mu istoty. Zmrużył powieki na widok pełnego nadziei spojrzenia, po czym palcami puknął Sasuke w czoło. — Innym razem.
— Zawsze tak mówisz… i nigdy jakoś nie nadchodzi ten inny raz.
— Cierpliwość jest cnotą dobrego shinobi. Pamiętaj.

~oOo~

            Liv odgarnęła z twarzy wilgotne włosy, wzdychając ciężko. Wciąż nie dowierzała, że na głos poparła pomysł Shisuiego o udawaniu pary, a w zasadzie randek. Dopiero po powrocie do domu dotarł do niej absurd tej sytuacji, ale już wycofać się nie mogła.
            Całe szczęście, że nie musiała przynajmniej oszukiwać nikogo bliskiego. To dopiero byłby kabaret. Ona wkraczająca do domu i rzucająca mimochodem ojcu, że spotyka się z Itachim Uchihą. Takie info na ciekawszy dzień, a co. Kamirama zapewne by zaniemówił, aby za chwilę wszcząć wywiad, że ale jak, od kiedy i dlaczego. No i czemu akurat Uchiha. Nie to, że rodziciel miał jakieś szczególne animozje do nich, ale… W każdym razie, dobrze, że nikogo nie trzeba wtajemniczać.
            Mieszkanie za osadą również wszystko ułatwiało. Jako postać anonimowa w spokoju mogła kreować fałszywą tożsamość oraz osobowość bez strachu, ze ktoś coś zacznie podejrzewać. No dobrze, Trzeci Hokage nie da się tak łatwo omamić, ale cóż z tego? Nie po mianował ją tajnym agentem, a do tego ukrył całą dokumentację na jej temat, aby teraz informować świat kim jest, bo spotyka się z Itachim. Zapewne uzna ten związek za egzotyczny, ale to wszystko. Może nawet się ucieszy, bo nieraz przebąkiwał, że dziczeje w tej głuszy sama.
            I teraz dochodzili do samej problematyki udawania. Otóż, Liv się trochę obawiała. Itachi już teraz interesował ją bardziej niż powinien, a co będzie jak zbliżą się mocniej? Przy nim czuła się dziwnie spięta. Miała paranoje, że ją obserwuje gdy nie widzi oraz analizuje. Do tego dochodziła bliskość — która jest nieodłączną częścią w związkach — którą dla dobra sprawy będzie musiała zaakceptować. Oczywiście fakt,  że Uchiha nie należał do ludzi zbyt otwartych oraz wylewnych sporo ułatwiało, ale rozczarowanie jakie czasami się w niej tliło irytowało.
            Nie powinna w to zadanie mieszać jakichkolwiek uczuć i jako kunoichi znała tę zasadę najlepiej. Ale co zrobić, gdy nikt się jej o zdanie nie pytał i zwyczajnie zanim się zorientowała już wdepnęła w to bagno. Przecież nie wyszła z założenia, że fajnie poflirtować z najgorętszym shinobi Konohy skoro nadarzyła się ku temu okazja.
            — Że też ten przeklęty ropuch nieopatrznie ściągnął akurat mnie — wymamrotała, masując boleśnie pulsujące skronie.

~oOo~

            Izumi odetchnęła głęboko, bawiąc się nowym kunai. Powoli muskała opuszkiem ostrze, zagapiając się na wygrawerowany symbol klanu Uchiha. Z każdej strony dochodził do niej radosny śmiech dzieci, które korzystając z ładnej pogody ganiały się wśród drzew pod czujnym okiem matek. Kobiety natomiast, stały w ciasnej grupce wymieniając między sobą najnowsze nowinki czy krążące po Konoha plotki.
Dziewczyna skrzywiła się mimowolnie, kiedy dotarł do niej fragment wypowiedzi, jednej z młodszych matek. Właśnie na wokandę trafiła najgorętsza plotka o pierworodnym synu Fugaku Uchihy. Pośród głośnych westchnień, jęków zawodu, tylko głuchy by nie usłyszał wiadomości o tym, że wreszcie jakaś panna go usidliła.
Wzdychając ciężko, Izumi wzniosła oczy do nieba. Siedziała na ławce w parku i dumała nad wydarzeniami ostatnich dni. Znalazła się w przysłowiowej kropce. Nie bardzo wiedziała jak teraz powinna się zachować w stosunku do Itachiego zwłaszcza, że tajemnicza partnerka Uchihy, przestała być osobą anonimową. Ciężej próbować odbić chłopaka komuś kogo się zna. Poza tym… jak ma niby to zrobić? Rady Hany nie były zbyt precyzyjne, ale wdrożenie ich w życie nic nie dało. Mimo że zadbała o to aby wyglądać lepiej niż zwykle to on nic nie zauważył, a przynajmniej w pozytywnym sensie. Za to skomentował, że to przez sukienkę jest tak powolna na treningu. Doprawdy musiała coś wymyśleć, bo Itachi wymykał się jej z rąk.
— Hej.
— Hana? — Izumi zdumiona zerknęła na koleżankę, o której właśnie rozmyślała. Co za zbieg okoliczności. — Chyba przywołałam cię myślami.
— Może… — zaśmiała się w odpowiedzi Inuzuka, oglądając się przez ramię na węszącego przy drzewie psa. — Masz ochotę na dłuższy spacer? Bo widzę, że potrzebujesz pogadać.
— Jak to jest, że ty zawsze tak łatwo mnie rozszyfrowujesz…
— Zmysł obserwacji mam zapisany w genach. Klanowy sekret.
— No, niech będzie że tak. Chodźmy.
Hana zagwizdała przeciągle na psa, a kiedy ten zwrócił na nią uwagę wskazała gestem aby ruszył za nimi. Spokojnym krokiem skierowały się  na obrzeża wioski licząc, że tam odnajdą odrobinę spokoju. To tam kręciło się mniej mieszkańców, dzięki czemu pies Hany mógł bez obaw się wybiegać, a żadna z nadopiekuńczych matek nie zarzuci im, że lata bez smyczy. Owszem, klan Inuzuki posiadał dar panowania nad psowatymi, ale zawsze lepiej dmuchać na zimne. Nigdy nie wiadomo co takiemu rodzicowi odbije. Zresztą dzieci też bywały nieprzewidywalne.
Przez dłuższy czas szły w zgodnym milczeniu wydeptaną ścieżką, jedynie zerkając na zadowolonego zwierzaka. Żadna z kunoichi nie zwróciła uwagi na wyjątkowo bujną zieleń jak na tę porę roku, ani na sporą ilość motyli przycupniętych na obumarłym drzewie. Roślina wyglądała tak jakby odzyskała liście i ponownie rozkwitła. Każdy kto teraz by na nią spojrzał musiałby aż przystanąć na widok takiego niesamowitego piękna. Różnokolorowe skrzydła owadów poruszały się leniwie, sprawiając, że każdy konar mienił się tęczową paletą barw. Migotały w blasku słońca i dzięki swojej obecności, stare spróchniałe drzewo na moment zamieniło się w roślinę rodem z baśni.
Jednak została ona niedostrzeżona przez dwie kunoichi zbyt pogrążone w myślach.  Jedna stała się ślepa na urodę przyrody za sprawą nieodwzajemnionej miłości, a druga ze zmartwienia stanem przyjaciółki. Ale cisza wkrótce została przerwana. To Izumi zmęczona trapiącymi ją wątpliwościami, westchnęła ciężko pocierając palcami powieki.
— Hana, poznałam ją.
— Słucham? — Dziewczyna zerknęła pytająco na towarzyszkę, zamierając z patykiem w ręce. Właśnie przymierzała się do rzucenia go psu, ale… słowa, które padły z ust Izumi aż ją zmroziły. Chyba niezbyt załapała o czym mowa. — Co powiedziałaś?
— Poznałam ją, dziewczynę Itachiego.
— Och. — Czyli jednak się nie przesłyszała.
— Wiesz, do ostatniej chwili się łudziłam, że została wymyślona. Głupi żart Shisuiego albo jakiś zakład. — Izumi wyrzucała to wszystko z siebie z taką prędkością, że Inuzuka dopiero po sekundzie zrozumiała sens tej wypowiedzi. — Takie zwyczajne nieporozumienie. A tu? Plotki są prawdziwe.
— Shisui i Itachi nie należą do kawalarzy…
— Wiem! Ja to wszystko wiem! Ale… to tak boli i jednocześnie drażni… — Uchiha usiadła na trawie, wgapiając się bezmyślnie w horyzont. — To nie tak miało być.
— Kochana, życie zazwyczaj zaskakuje scenariuszem — stwierdziła łagodnie Hana, kładąc przyjaciółce na ramieniu dłoń i ściskając pocieszająco. — Ale, spójrz na to praktycznie. Twój klan to urodzeni wojownicy, a ty wreszcie poznałaś wroga. Wiesz z kim walczysz.
— Łatwo ci mówić…
— Uchiha, weź się w garść — sapnęła Inuzuka zdegustowana postawą koleżanki, siadając obok. — Myśl konstruktywnie. Poznałaś ją i co? Jakie wnioski?
— Nie rozumiem…
— Aż się prosisz aby tobą potrząsnąć — burknęła. Mina Hany po chwili złagodniała gdy zauważyła jak Izumi się uspakaja, głaszcząc po łbie przymilającego się psa. No cóż, za dobre podejście do zwierząt jej wybaczy to głupie myślenie. — Ładna?
— A czy to w ogóle istotne w tej sytuacji?
— To jest ważne.
— Nie zastanawiałam się nad tym…
— Czyli szału nie ma.
— Ej, tego nie powiedziałam — wytknęła Izumi, marszcząc z irytacji nos. — Zresztą nie zapominaj, że zwróciła uwagę Itachiego, a to o czymś świadczy.
— Jakby zwalała z nóg od razu byś to powiedziała.
— Bo jest… normalna. Może się podobać.
— Ale nie zapiera tchu.
— Hana!
— A ty tak i do tego masz uroczy charakter — zauważyła Inuzuka z zadowoleniem, machając towarzyszce palcem przed twarzą. — Wszyscy to potwierdzą.
— No i co z tego?
— A to, że wciąż jesteś w grze.
— Ta, jasne. Właśnie widać — prychnęła Izumi, łypiąc na Hane jakby była niespełna rozumu. — Poza tym… Wiesz kim są te co podrywają zajętych mężczyzn? Kurde, Hana, poznałam ją. Jak była anonimowa… wydawało się to łatwiejsze.
— Twój kodeks moralny dziwnie skostniał po spotkaniu tej dziewczyny. Ale okej, co robisz w… — Hana zamyśliła się na chwilę dotykając palcami ust, po czym uśmiechnęła się z zadowoleniem. Przypominała łotrzyka, który uknuł genialny plan zdobycia najcenniejszych skarbów świata. — Niedziela będzie dobra. To co robisz w niedzielę?
— Weekend mam wolny, a czemu?
— Nie interesuj się. Twoim jedynym zmartwieniem jest namówienie kuzynów Uchiha na wypad do baru z grillowanym mięsem. Ooo… wiem! Zorganizujemy zjazd absolwentów akademii ninja naszych roczników. Jestem genialna!
— Nie podoba mi się to.
— Cicho. Twoim priorytetowym zadaniem jest ściągnięcie Itachiego i Shisuiego, oraz zrobienie się na bóstwo. Resztę zostaw mnie, reżyserce twojego szczęścia.
— Hana, nie zrobię nic…
— Oj, przestań jęczeć. Jeszcze mi podziękujesz.
— Pozwól, że wskażę ci usterkę w twoim światłym pomyśle… co jak on zaprosi, ją?
— Nie zaprosi. Nazwisko Uchiha wyklucza taką cechę jak nietakt i Itachi wie co to znaczy zjazd absolwentów. Impreza zamknięta.
— W twoich ustach wszystko brzmi tak prosto…
— Jestem człowiekiem czynu. A ty, zanotuj gdzieś, że skromność masz zostawić w domu, najlepiej w innych ciuchach. Nie twierdzę, że nagle masz stać się ladacznicą, ale… — Inuzuka wbiła w Izumi poważny wzrok, mówiąc całkiem na serio. — Zawsze patrzyłaś tylko na Itachiego i cały świat mógł dla ciebie przestać istnieć. Teraz to zmienimy. Trzeba gościa uświadomić, że może cię stracić. Uzmysłowić, że nie jesteś stałą, wieczną oazą, która będzie czekać aż on się wyszumi i zapragnie stabilizacji, spokoju. Nie, Izumi. Masz się bawić, kokietować i pozwolić się adorować.
— A jak to nie wypali?
— To w najgorszym wypadku miło spędzimy czas. Tak czy tak, bilans wyjdzie na plus.
— Ale…
— I porzuć ten sceptycyzm. Myślże pozytywnie trochę, co? Szczęściu trzeba pomóc.
— Podziwiam cię za entuzjazm.
— Psiarze tak mają.

~oOo~

Shisui siedział na prowizorycznym siedzeniu zrobionym ze zwiniętej kamizelki, przyglądając się dyskutującej dwójce. Od zawsze pasjonował się ludzkim zachowaniem i dziś nadarzyła się kolejna okazja do poszerzania wiedzy w tej dziedzinie. Owszem, zdawał sobie sprawę, że jako samouk raczej z nikim się nie podzieli swoimi spostrzeżeniami, ale w zasadzie nawet lepiej. W końcu przeprowadzał eksperymenty na własny użytek. Usatysfakcjonowany uśmiechnął się pod nosem, skupiając na obiektach.
Ona nerwowo gestykulowała, podczas gdy jej rozmówca przypominał głaz. Niczym niewzruszony, jedynie łypał na nią z umiarkowanym zainteresowaniem, z łatwością obalając każdą przedstawioną teorię. Para prawie zapomniała o obecności Teleportera, strzelając w siebie argumentami niczym ostrymi jak brzytwa kunai.
Shisui zmrużył powieki z rozbawiania, widząc jak Liv kipiąc ze wzburzenia aż poderwała się z siadu mrożąc wzrokiem nadal siedzącego Itachiego. Cóż, przyznawał, że zbytnio nie wsłuchiwał się w tę wymianę zdań, ale obserwacja ich zachowań była ciekawsza. Nie znał dziewczyny zbyt dobrze, ale widział, że urok klanu Uchiha a w zasadzie Itachiego, zaczyna na nią działać. I bynajmniej nie padała chłopakowi do stóp. Nie objawiało się to tak jak u reszty adoratorek Itachiego, co było ewenementem. Liv się irytowała, dbała o zachowanie dystansu, a także pałała wyjątkową niechęcią do patrzenia chłopakowi w twarz.
Co zabawniejsze — jak Shisui zauważył — to uciekanie wzrokiem drażniło jego stoickiego kuzyna. Dostrzegał to, a przecież Itachi słynął z ukrywania emocji. Niby obojętny, wyciszony, a jednak reagujący na zachowanie Liv. Nawet teraz jak wstała, dostrzegł lekkie drgniecie dłoni Łasica, zapewne po to aby złapać kunoichi za nadgarstek żeby przytrzymać w miejscu, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Naprawdę, patrzenie na tę dwójkę było fascynujące.
— Kiedy ponownie macie się spotkać z Trzecim Hokage? — Liv zwróciła się do Shisuiego, nerwowym gestem przeczesując grzywkę podczas spacerowania po sekretnej komnacie w świątyni Naka. Widać potrzebowała się na chwilę odciąć od Itachiego, aby ochłonąć.
— Dziś wieczór. — Telepoter zerknął na kuzyna, ciekawy dlaczego zamilkł i nie drążył dalej tematu. Zamiast tego wyłącznie patrzył na Liv, jakby nad czymś dumając. Intrygujące, bo łasic nie cierpiał dezinformacji.
— W porządku…
— O ile nic się nie zmieni — zauważył Shisui, dając do zrozumienia, że przecież nic nie jest stałe. Hokage to osoba publiczna, której grafik ewoluował z godziny na godzinę.
— Jestem więcej niż pewny, że dziś nas przyjmie.
— Też tak sądzę. Jednak jest coś co mnie trapi… Co z policją Konohy? Żaden z was nie uwzględnił jej w negocjacjach. — Liv zamyśliła się głęboko, zerkając na kuzynów Uchiha. — Punktem zapalnym jest fakt, że nadszarpnięty został wizerunek klanu wśród obywateli, po pojawieniu się Kyuubiego w Konoha. Rosną niepokoje, nieporozumienia, obie strony przez to zaczynają działać nerwowo.
— Czasu nie cofniemy, ale faktem jest, że źle zostało to rozegrane. Jednak, nie trzeba być jasnowidzem, żeby stwierdzić, że to pewnie była sprężyna Danzo.
— Tylko co zrobić z organem ścigania…
— Zastanawiałem się nad tym… — odparł Shisui, drapiąc się po szczęce. — Uważam, że ogółem, jako instytucja publiczna, żandarmeria jest potrzebna. Utrzymanie porządku jest ważne. Dzięki temu w wiosce panuje ład, przestrzegane jest prawo i nikt nie jest bezkarny. Jednak jak już Trzeci wspomniał, wraz z nowymi przywilejami trzeba wprowadzić do struktury świeżą krew. Skoro klan czuje się taki pokrzywdzony, że pełni tę funkcję, niech zobaczy ilu chętnych jest aby załapać się na pracę  w policji.
— Stała pensja, w miarę bezpieczna praca w Konoha, zamiast biegania po świecie. Marzenie senne o stabilizacji wielu shinobi — mruknął Itachi już mając w głowie listę nazwisk osób, które z ucałowaniem ręki przyjęłyby takie stanowisko.
— Nie trzeba się przebranżawiać aby zarobić na życie. Nieźle pomyślane. Poczciwy Sarutobi, zawsze miał dobre pomysły — przytaknęła Liv, opierając się o kamienne tablice. — Pytanie tylko, czy Uchiha nie zachowają się arogancko. Sami nie zjedzą i nikomu nie dadzą.
— Raczej nie. Bo do tej pory wielu z naszych po cichu wspominało, że woleliby pracę na przykład z dzieciakami w akademii, albo w drużynach na misjach bo chcieli poznawać świat. To naciski góry powodowały, że nie wyłamali się z kręgu.
— Ale przecież kilku służy w drużynach, ty jesteś w jednej.
— Tak, ale Uchihów w formacjach jest naprawdę niewielu. Wolą trzymać się w kupie.
— A co z obserwacją dzielnicy? Danzo tak łatwo nie odpuści… To on podjudzał starszyznę do tego pomysłu — westchnęła Liv, masując kark. Kiedyś miała okazję być w pokoju obserwacyjnym, które kształtem przypominało gniazdo i no cóż, przebywając tam czuła się dziwnie. Duża liczba monitorów oraz innego sprzętu szpiegowskiego przytłaczała, wywołując nieprzyjemny dreszcz na skórze. Tajne pomieszczenie stworzone specjalnie dla Uchihów, umieszczone w jednej z wież skąd przez lornetki, ANBU kontrolowało każdy krok niepokornego klanu.
— Konoha musi zacząć ufać Uchiha, a Uchiha Konoha. Tak to wygląda.
— Ale jaka jest wtedy gwarancja? Jasne, też uważam, że Shimura ma na waszym punkcie obsesję, ale…
— Gwarancją jestem ja i Shisui — uciął dyskusję Itachi, podchodząc do ściany i dotykając namalowanego na nim symbolu wachlarza. — Najważniejsze jest aby Uchiha skorzystało z szansy. Później jakoś to będzie.
— I ważne aby Korzeń nie podjął własnych działań. Shimura ma bardzo radykalne poglądy w kwestiach ochrony wioski.
— Racja.

~oOo~

            Itachi wyszedł wraz z kuzynem z tajnej siedziby Hokage, czując w piersi przyjemną lekkość. Nagle świat znowu nabrał barw, a życie stało się piękniejsze. Ponownie dostrzegał urodę przyrody i czerpał przyjemność ze słuchania ptasiego śpiewu. Miał wrażenie, że patrzy na to wszystko przez różowe okulary.
Rozmowa z Trzecim okazała się przełomowa, a to wszystko za sprawą Nary. Mężczyzna tak dopracował propozycje, że słuchając wniosków aż z Shisuim uchylili usta w szoku. Nie zapomniał o niczym. Żaden szczegół mu nie uciekł i tylko głupiec odrzuciłby przedstawioną ofertę. Fugaku na spotkaniu z Trzecim wręcz zostanie postawiony pod ścianą i aby nie wyjść na idiotę podejmie rękawice.
— W sumie, szkoda… — Teleporter założył ręce za kark, ziewając szeroko.
— Co?
— Teraz, na tym etapie… Liv mogłaby pokazać Trzeciemu to co nam.
— On nie ma Sharingana — zauważył przytomnie Itachi, spoglądając w blady księżyc.
— Racja… ale, może…
— Dlaczego to dla ciebie takie istotne? Przecież osiągnęliśmy cel.
— Nie wiesz? Dzięki temu Sarutobi skróciłby smycz Danzo, a być może jeszcze założył kaganiec. Nie przeczę, że staruchowi zależy na wiosce, ale… to zakrawa o fanatyzm.
— Urodził się w innych czasach.
— Nie wierzę, ty go tłumaczysz? — Shisui położył dłoń na ramieniu kuzyna, potrząsając nim lekko. — A poza tym, to nie jest argument. Trzeci jest jego rówieśnikiem, a ma inne podejście.
— Może rzeczywiście powinniśmy ujawnić zaangażowanie w sprawę Liv — przyznał niechętnie Itachi uznając rację kuzyna, jednocześnie strzepując z siebie rękę Teleportera.
— Może zaproponujesz jej to na następnej randce.
— Być może. — Itachi puścił mimo uszu dziwnie zaakcentowane przez przyjaciela słowo randka, skupiając się na istotniejszych kwestiach. Mieli za sobą fazę teoretyczną planu uratowania klanu Uchiha, teraz trzeba przejść do tej trudniejszej, bo praktycznej.
— Wiesz, ale to przerażające, że są istoty, które znają przyszłość — kontynuował rozmowę Shisui, nijak nie przejmując się późną porą. Jakoś niespecjalnie śpieszyło mu się do domu. Nie czuł się ani senny, ani zmęczony.
— A co ty tak nagle z tym wyskoczyłeś?
— He? — Shisui spojrzał na Itachiego w lekkim szoku. — No, takie na przykład ropuchy z kontraktu.
— Co mają do tego ropuchy…
— No przecież to dzięki nim, Liv zyskała szansę uratowania naszego klanu.
— Jak to dzięki nim… Zaraz, ona ci powiedziała kto ją przysłał?
— No, nie zupełnie. Wspomniała tylko skąd czerpie wiadomości… No dobra, wymsknęło jej się we wspomnieniach — westchnął zrezygnowany Shisui dostrzegając intensywny wzrok Łasica. — Nie moja wina, że jestem lepszy w te klocki od ciebie, no. A tak po prawdzie to przypuszczam, że nikt Liv nie musiał przysyłać. Była to autonomiczna decyzja zbawienia świata. Ten ród tak ma.
— Nie mów, że jeszcze podała ci z jakiego klanu pochodzi.
— Nie, ale tego akurat łatwo się domyśliłem. Ty nie?
— Nie.
— Cóż, może jesteś moim najlepszym przyjacielem, ale skoro sama nie chce powiedzieć nic więcej o sobie to ja nie zamierzam się wtrącać. Jakoś musisz z tym żyć.

~oOo~


Itachi po cichu odsunął drzwi od pokoju, zaraz zamierając w bezruchu. Na parapecie przy oknie siedział jego ojciec i patrzył na niego czujnie, jakby zamierzał go prześwietlić. Tkwiący w bezruchu w półmroku, przypominał marmurowy posąg oświetlany nikłym światłem satelity przedostającym się przez szybę. Prezentował się w tym świetle naprawdę upiornie.
Mimika rodzica nie zdradzała niczego, ale Itachi miał pewność, że Fugaku zaczął coś podejrzewać. W końcu ileż można wierzyć, że najstarszy syn zawsze ma misje w ANBU gdy jest zebranie klanu. Być może połączył wreszcie fakty. Stało się nieuniknione, został zdemaskowany.
— Ostatnio ciężko cię złapać, synu.
— Obaj mamy obowiązki służbowe.
— Trzeba znać priorytety, Itachi — zauważył mężczyzna, krzyżując ręce na piersi. — Znaleźć złoty środek.
— Staram się ojcze.
— Rozumem. Dlaczego więc nie byłeś na dzisiejszym spotkaniu? Mówiłem wyraźnie jak bardzo jest ono ważne.
— Zostałem wezwany przed oblicze Hokage.
— Trzeci doskonale jest poinformowany kiedy…
— Sprawa była wyjątkowo pilna — odparł Itachi, spoglądając na ojca ze spokojem. — Sam nalegałeś abym przyjął powołanie do ANBU, a to wiąże się z konsekwencjami, między innymi brakiem dyspozycyjności.
Fugaku zacisnął mocniej usta, ale najwyraźniej późna pora powstrzymywała go od ciągnięcia dyskusji.
— Mam nadzieję, że na następnym się pojawisz — odezwał się po chwili dłuższego milczenia, wstając i dumnie wyprostowany ruszył do wyjścia. Itachi postanowił nie odpowiadać, a jedynie odprowadzał ojca wzrokiem. Instynktownie czuł, że balansuje na krawędzi cierpliwości ojca. Aż wzmógł czujność, kiedy ten niepodziewanie zatrzymał się w progu, zerkając na niego przez ramię.
— Ufam ci mój synu. I wierzę, że buzujące w tym wieku hormony nie zaburzą ci logicznego myślenia. Dobranoc.
— Dobranoc, tato. — Itachi wbił wzrok w zasunięte panele, marszcząc brwi. Czyli plotka o randkowaniu dotarła do celu, właśnie dostał na to namacalny dowód. I sam już nie wiedział czy powinien się cieszyć, czy zacząć martwić. Z jednej strony po to informacja została puszczona w eter aby okrężną drogą dotrzeć do Fugaku, i zapewnić mu przykrywkę oraz ewentualne alibi. A z drugiej… cóż, matka na pewno wykaże więcej zainteresowania tematem. To będzie ciężkie starcie.