01.08.2017

TIME FOR LOVE CZ.5

Coś na te afrykańskie upały. Takie nic, ale jednak coś. Ku uciesze tłumu :”D. Żeby nie było, że się lenie. Znaczy w sumie chyba na razie odpuszczę męczenie laptopa i wrócę do notatek ręcznych, bo kurna tylko patrzeć jak sprzęt mi się ugotuje. Skoro ja się roztapiam, to on tym bardziej.
Tradycyjnie niebetowane.

Jest to kontynuacja TIME FOR LOVE, ale nie przewiduję kolejnych części. Chyba, że skrobnę takie sytuacje z życia. Ciekawa scena, czy inne wydarzenie, które umili Wam czekanie na tasiemce główne XD. Ale nie obiecuję.

Nie przedłużając, zapraszam. Buziaki Kochani <3.



Liv wzięła głęboki uspakajający oddech, zamykając szafkę. Z zasięgu wzroku znikły wszelkie ozdoby walentynkowe, a puste ściany skutecznie przywracały ich do szarej, codziennej rzeczywistości. Laba odeszła bezpowrotnie. Ponownie najważniejszym celem placówki było wpajanie wiedzy nawet najbardziej odpornym nastolatkom, a nie wątpliwej jakości rozrywka. Szkoła powoli wracała do normalnego funkcjonowania po eksperymentach z walentynkami i należało skupić się na nauce. Minęły te dziwne dwa dni, kiedy nauczyciele musieli znosić rozgadanych oraz rozkojarzonych miłosną aukcją uczniów. Skończyło się przymykanie oczu na pewne sprawy.
Liv zmarszczyła odrobinę brwi, zaciskając mimowolnie zęby. Naprawdę się starała ignorować te wwiercające się w plecy spojrzenia innych uczniów, ale powoli traciła cierpliwość. Czuła się jak jakiś okaz w zoo, albo eksperyment naukowy. Do tego dochodziły te irytujące szepty. Normalnie szum jak w ulu. Potarła uspakajająco grzbiet nosa, drugą ręką poprawiając zsuwającą się z ramienia torbę. Doprawdy, nie wiedziała jak to przetrwa.
Domyślała się czym jest to spowodowane. Nie wiedziała jak, ale jakimś bliżej niewyjaśnionym cudem, reszta populacji dowiedziała się, że ona i Itachi stanowią parę. Może ktoś ich widział? Mało prawdopodobne, ale istniała taka szansa. Chociaż może nie wiedzieli, a jedynie strzelali? W końcu po pierwszym dniu walentynkowej akcji, już zostali mianowani najbardziej egzotycznym związkiem w szkole. Bo takie zero jak ona — tak, radośnie pomijano osiągnięcia sportowe Senju — może spotykać się z osobą o niemal boskim statusie. Plebs wmieszał się w szlachtę. Ten fakt jednocześnie dawał nadzieję reszcie szkolnej społeczności, że nic nie jest niemożliwe, a przy okazji budził żywą zazdrość. Bo dlaczego akurat ona? W każdym razie, najrozsądniejszym wyjściem było ignorowanie tego całego zamieszania
— Liv? Jak dobrze, że cię znalazłem. — Zziajany profesor Dan, stanął przed zdumioną dziewczyną podpierając się pod boki. Czas naglił, a tu większość drużyny jakby zapadła się pod ziemię. Co on z tymi dziewczynami miał.
— Coś się stało, profesorze?
— Zaraz stało — prychnął z rozbawieniem, a uwadze Liv nie umknęło jak otaksował wzrokiem przechodzącą obok nauczycielkę biologii.
Zdarzało się to już kilkakrotnie, że gdy tylko na horyzoncie pojawiała się profesor Tsunade to trener dziwnie gubił wątek, ale Senju nie wnikała. Nie należała do osób trudniących się plotkarstwem. Zresztą, lubiła opiekuna więc życzyła mu jak najlepiej. Nawet jeśli nieostrożnie ulokował swoje uczucia w groźnej blondynce. Może kręciło go życie na krawędzi?
— W każdym razie. Potrzebne mi są plany zajęć każdego członka drużyny, aby dopasować dogodne godziny treningów. Chyba nie muszę przypominać o zbliżających się rozgrywkach?
— Oczywiście, że nie — zaperzyła się Liv, aż nadymając z oburzenia. Po katastrofalnym starcie w zeszłym roku obiecała sobie, że w tym staną na podium. Choćby miała przypiekać koleżanki żywym ogniem, to zmusi je do większej mobilizacji na zajęciach. Nie brała pod uwagę innej możliwości niż zdobycie tytułu. — Zaraz napiszę dziewczynom wiadomość żeby przyniosły trenerowi wszelkie dokumenty. Mają je podrzucać do kantorku?
— Super. I tak, kantorek będzie okej. Postaramy się nie angażować w całe przedsięwzięcie dyrekcji, no chyba, że nie będzie wyjścia — stwierdził, wkładając plastikową podkładkę do notowania pod pachę. Nie było tajemnicą, że nie przepadał za zastępcą dyrektora, a to on najczęściej rozwiązywał takie sprawy. — Dziś trening bez zmian.
— Rozumiem.


Itachi całą swoją siłą woli ignorował wbity w siebie wzrok kuzyna, starając się w pełni skupić na wędrujących po niebie chmurach za oknem. W zasadzie zastanawiał się po cholerę przystał na propozycję Shisuiego. Chłopak wyciągnął go na trybuny hali sportowej twierdząc, że muszą pogadać, a teraz milczał jak zaklęty. Wzdychając ciężko, sięgnął do suwaka torby w poszukiwaniu odtwarzacza muzyki. Cóż, skoro przyjaciel zamierzał w nieskończoność podziwiać jego profil to nie będzie mu bronić. Nie będzie ani pierwszy ani ostatni, który się na niego gapi.
— Kurna, Itachi! Nic, nie powiesz? Kompletnie? — odezwał się z jękiem Shisui, kopniakiem odsuwając torbę poza zasięg bruneta. Nie, nie, nie. Nie pozwoli mu się schować za słuchawkami.
— Na temat? — Ciemne oczy łypnęły na kolegę z umiarkowanym zainteresowaniem.
— Jak to o czym? Jaja sobie ze mnie robisz?
— Nie bardzo. — Nie, Itachi nie należał do ludzi głupich ani naiwnych. Jednak, nie zamierzał poruszać interesującego kuzyna tematu. Przynajmniej z własnej woli. Jakby nie patrzeć, to jego prywatne sprawy.
— Dobra. Wolisz prosto z mostu, niech będzie — westchnął Shisui, z irytacją przeczesując grzywkę. — Wywalenie z  toru kartingowego Kakuzu i Hidana, pomogło?
— W czym?
— Wiesz, aż się prosisz abym powiedział coś nie w moim stylu.
— A ty o przestawienie nosa.
— Okej, okej. — Shisui uniósł dłonie w obronnym geście, zaraz uśmiechając się chytrze. Przeniósł wzrok na wchodzące na boisko uczennice, rozsiadając się wygodniej i zaplatając ręce za głową. — Chociaż ja i tak wiem swoje. Twój dobry humor cię zdradza, Łasic.
— To po co głupio pytasz?
— Ciekawy byłem jak mi odpowiesz, to wszystko.
— W końcu cię zgubi ta ciekawość.
— Mhm… — mruknął przymykając powieki i kładąc nogi na oparciu siedziska przed sobą. Mało się przejął ostrzeżeniem kompana. Nieraz się spierali, ale jeszcze nigdy nie doszło do rękoczynów. Poza tym, Shisui należał do ludzi, którzy lubili wiedzieć co w trawie piszczy.

~oOo~

Liv westchnęła ciężko, odgarniając z twarzy włosy nie do końca wysuszone po prysznicu. Odbyty trening należał do jednych z intensywniejszych jakie ostatnio udało im się rozegrać, ale koleżanki z drużyny zamiast skupić się w pełni na grze, wciąż snuły domysły na temat jej związku z Uchihą. Ona zwyczajnie padała na pysk, a one zachowały masę energii aby molestować ją pytaniami. I o ile — dla świętego spokoju — udzieliłaby im jakiś mniej ważnych informacji, to one oczekiwały pełnej relacji. Nie jakieś ogólne fakty, a szczegółowy wywiad. Padały również absurdalne pytania. Bo kurna, jak niby miała odpowiedzieć na pytanie, jak Itachi pachnie? Co czuje gdy dotyka jego ręki? Czy widziała go nago? Po tym ostatnim, w szoku aż prawie zgubiła ręcznik. Kiedy zrozumiała, że te harpie nie odpuszczą, zwyczajnie ewakuowała się z szatni.
— Cześć.
— Hm? — Liv uniosła pytająco brwi na widok jakiegoś nieznajomego blondyna, opartego o ścianę. Długie włosy związane w wysoką kitkę odsłaniały niebieskie oczy,  które wpatrywały się w nią czujnie. — My się znamy?
— Jeszcze nie — przyznał, leniwie ruszając w stronę Liv. — Szukam Itachiego.
— Zły adres. To jest damska szatnia — zauważyła przytomnie, marszcząc brwi. Wokół nieznajomego unosiła się nieprzyjazna aura, która tylko wzmogła czujność Senju.
— Domyśliłem się, że Konoha raczej nie stawia na koedukację w tym konkretnym przypadku — prychnął chłopak, zatrzymując się przed Liv. — Może powiesz mi gdzie go znajdę?
— Dlaczego?
— Bo o to proszę.
— A sprawdzałeś w domu? Zważywszy na godzinę jest to najbardziej prawdopodobne. — Liv zmierzyła spojrzeniem blondyna, dumając skąd tak właściwie wiedział, że zna Uchihę. No dobra, w zasadzie każda dziewczyna ucząca się w tej placówce zdawała sobie sprawę kim jest Itachi, ale ten typek specjalnie tu na kogoś czekał. Na nią? Mało prawdopodobne, ale jednak. A może już nikogo w budynku nie znalazł, a usłyszał ich grę to postanowił przyczaić się na korytarzu. Taka możliwość również istniała i miała rację bytu.
— Nie znam adresu.
— No to ci nie pomogę, bo ja też nie znam. Przykro mi — rzuciła przez ramię, wymijając nieznajomego. Cóż, nawet jeśliby chciała to nie potrafiła mu wskazać drogi. W końcu nie była u Itachiego w domu i jakiś specjalnie się nie spieszyła, aby tam trafić. Spotkanie reszty jego rodziny napawało Liv istnym przerażeniem i miała nadzieję, że w razie co uda się tę wizytę odwlekać w nieskończoność. Zresztą, tworzyli parę dopiero od kilku dni więc po co aż tak wybiegać w przyszłość? Może ich relacje zamiast się rozwijać w pozytywną stronę, zostaną zduszone w zarodku.

~oOo~

Liv z westchnieniem zamknęła drzwi od pokoju, zaraz padając na łóżko. Czuła się wyczerpana, a do tego dochodziło to zmęczenie psychiczne. Doprawdy, jeżeli każdy trening miał tak wyglądać to serdecznie podziękuje. Bo okej, wysiłek fizyczny na ćwiczeniach to sprawa normalna — trzeba szlifować kondycje — ale to ciągłe maglowanie przez dziewczyny już nie. A już najzabawniejszy był użyty argument, który niby miał zmusić Senju do spowiedzi. Jaki? A taki, że stanowią drużynę. Naprawdę, słysząc ten absurd, zmierzyła wzrokiem każdą z koleżanek zastanawiając się gdzie zgubiły mózgi przez te kilka dni. Co ma zespół do jej prywatnych spraw? No dobrze, w ramach koleżeństwa rzuciłaby im jakieś ciekawostki na otarcie łez, a raczej żeby nie pękły od spekulacji. Jednak sprawy w jakie usiłowały się zagłębiać stanowczo wkraczały w intymną część relacji Liv i Itachiego.
Aż podskoczyła słysząc przytłumiony sygnał komórki, wydobywający się z porzuconej przy drzwiach torby. Tłumiąc barwne przekleństwo przekręciła się na brzuch, wlepiając w nią spojrzenie. Bardzo, ale to bardzo nie chciało się Liv po nią wstawać i szybko analizowała czy może dzwoniącego olać. Po paru sekundach wpatrywania, niechętnie się podniosła po irytujące urządzenie. Naprawdę chciała zignorować telefonującego, ale bardzo prawdopodobnie, że dzwonił ojciec.
Zapewne po to aby poinformować, że się spóźni, albo nie wróci wcale na noc bo zatrzymały go sprawy w firmie. Jednym słowem, żadna nowość. Senju przyzwyczaiła się do nieobecności Kamiramy, które się nasiliły gdy podrosła. Teraz ojciec czuł się usprawiedliwiony ponieważ już nie była smarkulą, więc nie potrzebowała aż takiej opieki.
Wzdychając ciężko, zerknęła na wyświetlacz. Odczytując obcy numer, zmarszczyła nos, ale odebrała. W końcu może to któraś z dziewczyn z drużyny coś chciała.
— Słucham?
— Zapomnieliśmy się wymienić numerami.
— Ta? Jakoś ci to nie przeszkodziło w zadzwonieniu — parsknęła, z powrotem kładąc się na posłaniu. Dziwnie się czuła ze świadomością, że rozmawia z Uchihą. Niby sama się zgodziła na kontynuowanie tej znajomości, ale mimo wszystko odczuwała speszenie. Cholera, ten dupek  nawet przez telefon sprawiał, że traciła pewność siebie.
— Potrzeba matką wynalazku.
— Chyba szlifowania się w złodziejskim fachu — mruknęła świadoma, że albo jej numer wygrzebał z kartoteki uczniowskiej, albo zdobył od którejś z koleżanek z drużyny. W jednym i w drugim wypadku dla kogoś takiego jak Itachi to bułka z masłem.
— Jak zwał tak zwał… co robisz wieczorem?
— Już jest wieczór — stwierdziła zerkając za okno. Nawet z tej pozycji widziała blask latarni stojącej przy ulicy.
— Nie ułatwiasz.
— Naprawdę? — zakpiła, uśmiechając się szeroko. Zaraz jednak spoważniała przypominając sobie o incydencie pod szatnią. — Jakiś chłopak cię szukał w szkole. Ewidentnie uczeń innej placówki.
— Jakiś… to wiele ułatwia… jak wyglądał?
— Blondyn w kitce — uściśliła, przewracając oczami na dźwięk drwiącego prychnięcia chłopaka.
— Ah… to na pewno Deidara. Zaraz się z nim skontaktuje. No, więc?
— Co, no więc?
— Plany na wieczór?
— Spanie.
— Przed spaniem musisz coś zjeść. Pizza?
— Jestem po treningu, nie chce mi…
— Z dostawą do domu.
— Może i bym zjadła… — przytaknęła w zamyśleniu, zastanawiając się czy aby to nie za szybko aby wpuszczać Uchihę do domu. Z drugiej strony, kiedy jak nie dziś? Ojciec jeszcze nie wrócił, a więc Itachi uniknie przesłuchania… — Zaraz do ciebie oddzwonię z odpowiedzią.
— Czekam.
Błyskawicznie wybrała numer z listy kontaktów, aktywując połączenie. W oczekiwaniu niecierpliwie stukała palcami o narzutę, wgapiając się w drzwi szafy. Nie mogła postępować pochopnie, a już z pewnością prowokować losu. Konfrontację Itachiego z ojcem należało jak najbardziej odwlec w czasie. Dopiero startowali ze związkiem, więc nie chciała aby Kamirama wszystko zepsuł. Westchnęła ciężko na samą myśl o wywiadzie jaki prędzej czy później czeka chłopaka. No chyba, że wszystko się rozpadnie przed tym faktem.
— Halo? Cześć tato… — poprawiła aparat przy uchu, słysząc jakieś rozmowy w tle. Wniosek był prosty, ojciec wciąż pracuje. — Za ile wracasz?
— Nieprędko. Mówiłem przecież, że do firmy przejeżdżają nowi inwestorzy.
— No tak, ale… — Liv zmarszczyła nos z rozczarowania. Jakaś część niej pragnęła aby rodziciel już wracał i żeby mogła z czystym sumieniem spławić Uchihę. Nie, nie dlatego, że nie chciała go widzieć. Raczej właśnie dlatego, że nie miała nic przeciwko.
— Liv, naprawdę jestem zajęty. Zamów sobie jakąś kolację i nie czekaj na mnie. Zamknij wszystkie zamki, mam klucze. Pa.
— Pa… — mruknęła skonsternowana, spoglądając na komórkę. Czyli teraz wypadało zadzwonić do Itachiego. Tylko czy aby na pewno czuła się gotowa na zostanie z nim sam na sam? Niby na torze kartingowym jej nie zjadł ani nie ugryzł, ale… Na samo wspomnienie zrobiło się Liv gorąco, w reakcji na co schowała twarz w narzutę. Może lepiej żeby odmówiła. Nie powinni się śpieszyć. Ledwie o tym pomyślała, a na dole rozległ się dzwonek do drzwi.
— No co za licho — wymamrotała, zbiegając po dwa stopnie na dół ściskając komórkę w ręce. Jak tylko spławi intruza, zaraz zadzwoni do Itachiego wymigując się zmęczeniem. Tak, to brzmiało logicznie zważywszy na intensywny trening, i tylko odrobine brzmiało tchórzliwie. Kierując się tym postanowieniem, z rozmachem otworzyła wejście.
Pierwszym co się Liv rzuciło w oczy to duże, płaskie kartonowe pudło, które jak nic zawierało pizze. Zbyt zdumiona dopiero po sekundzie przeniosła wzrok na dostawcę, bez zdziwienia odnotowując, że stoi przed nią Uchiha. Czyli jak zwykle postąpił po swojemu. Wzdychając cicho, uniosła drwiąco brew.
— Zdaje się, że miałam oddzwonić.
— Zniecierpliwiłem się siedząc w samochodzie. — Brodą wskazał na stojące na podjeździe auto.
— Czyli w zasadzie nie interesowała cię moja odpowiedź.
— Zamierzałaś mnie zbyć — stwierdził z prostotą, patrząc Liv w oczy. — Pozwolisz mi wejść czy zjemy na progu?
— Pizza wchodzi, ty zostajesz? — spróbowała Senju, mimo wszystko robiąc chłopakowi przejście.
— Nic z tego. Jestem w pakiecie.
— Ta, ta… prosto do końca — westchnęła, zamykając i po chwili ruszyła za Itachim. No cóż, po prostu musi się dostosować. Jakoś to będzie.

~oOo~

Liv spod rzęs obserwowała siedzącego na pufie Itachiego. Brunet w żaden sposób nie sygnalizował chęci opuszczenia jej domu, a przecież już zjedli. No dobrze, już nie będzie taką zołzą i go nie wyrzuci. W końcu przyniósł żarcie. Tak, dziwnym trafem Uchiha zamówił pizze, która była zjadliwa, a nawet w sumie smaczna. Nie cudował ze składnikami, więc niczym nie podpadł Senju. Żadnych oliwek, kukurydzy czy ostrych papryczek. Aż odetchnęła z ulgą, kiedy żadnego z tych dodatków nie ujrzała po otworzeniu pudełka.
— Jesteś sama?
— A co, badasz teren żeby mnie zamordować?
— Tak. To taki mój znak rozpoznawczy, że najpierw karmię ofiarę — zakpił, zerkając na Liv znad smukłej szklanki z colą.
— Są różne skrzywienia. — Senju rozsiadła się wygodniej na kanapie, pilotem włączając wieżę stereo. Doszła do wniosku, że grająca w tle muzyka jakoś rozładuje napięcie gdy zapadnie pomiędzy nimi cisza. Kiedy znalazła jakąś interesującą stację odłożyła sterownik i podkurczyła nogi pod siebie.
— Wciąż nosisz tę bransoletkę.
— Hm?
Nawet nie zwróciła uwagi, że przyglądając się Itachiemu bawi się zawieszoną na nadgarstku ozdobą. Pamiętała, że przed drugim dniem walentynkowej aukcji zastanawiała się czy czasem nie powinna jej zdjąć, ale w końcu zrezygnowała. Do momentu jak Uchiha nic nie insynuował udawała, że nic się nie dzieję. Że to biżuteria jak każda inna. W końcu, tajemniczy adorator dziwnie zamilkł, więc nie było o co kopi kruszyć. Zapewne zrezygnował widząc, że w drogę wszedł mu najpopularniejszy uczeń w szkole.
— No tak… podoba mi się — powiedziała powoli, sondując reakcję rozmówcy. Gdyby Uchiha bardzo się wściekał i boczył, to dla świętego spokoju pozbędzie się bransoletki. Jednak, na pewno nie zrobi tego z własnej woli.
— Pasuje ci.
— I tylko tyle? — zapytała autentycznie zaskoczona. Wzmianka o podarunku od tajemniczego wielbiciela, według Liv prowadziła do jednego. Mianowicie do zasugerowania aby ją zdjęła, a tu? Nic. Suche stwierdzenie faktu, które zamykało temat.
— Spodziewałaś się czegoś innego? — Itachi odłożył naczynie na blat i przysiadł się do dziewczyny na kanapę. Ujął za rękę i uniósł tak, aby dokładniej obejrzeć ozdobę. Dłuższą chwilę patrzył jak czerwony kamień mieni się pod wpływem światła, po czym uśmiechnął się złośliwie. — Pewnie awantury.
— No, nie zupełnie, ale…
— Nie po to ci to dałem żebyś teraz ściągała — poinformował spokojnie, pstrykając Liv w nos.
— Słucham?
— Pomyśl logicznie.
Senju aż zmrużyła powieki, kiedy dotarła do niej prawda, której się nie spodziewała nawet najśmielszych snach. I w sumie Itachi miał rację, bo tylko takie rozwiązanie zagadki dawało wyjaśnienie dlaczego nie ma nic przeciwko, że bransoletka wciąż tkwi na jej przegubie. Do tego, nadziała się na Uchihę zaraz po rozpakowaniu pudełeczka z biżuterią. Czyżby z ukrycia obserwował reakcje?
— To dlatego tam byłeś…
— No cóż… nie zdążyłem się ewakuować z miejsca przestępstwa.
— Kwiaty to też twoja sprawka?
— Zgadnij.
— No, kto by pomyślał, że z Uchihy taki romantyk.
— W twoich ustach to brzmi jak coś złego — westchnął Itachi, spoglądając na nią spod rzęs.
— Nie, ja raczej się zastanawiam jak ten fakt jeszcze nie krąży po szkole jako najgorętsza plotka — zamyśliła się, odchylając na oparciu.
— A jesteś na bieżąco z plotkami?
— Nie, ale niektóre docierają nawet do mnie — mruknęła, zerkając na chłopaka.
— I nie oddają nic prawdy.
— Skąd wiesz?
— Proszę cię… — prychnął, nawet nie zamierzając rozwijać tematu.
Cóż, Liv się Itachiemu poniekąd nie dziwiła. To musiało być męczące, kiedy codziennie słyszy się o sobie coś nowego. Kolejne barwne historie. Co, gdzie, z kim. Wiadomo, z czasem zaczynasz to ignorować, bo ileż można się irytować. Wpuszczasz jednym uchem, wypuszczasz drugim.
A te napady w szkole… tak, tu Senju gratulowała chłopakowi cierpliwości. Ona chyba by nie wytrzymała. Nawet spokojnie przez korytarz nie można przejść, bo już jakieś rozchichotane idiotki rzucają się na szyję lub próbują namolnego podrywu.
— No dobrze, tamten temat nie jest zbyt interesujący.
— Strasznie dużo gadasz.
— A co niby mamy innego robić?
— Znalazłoby się kilka ciekawych zajęć. — Przybliżył się do Liv na co ta położyła mu dłoń na piersi, zmuszając do powrotu do poprzedniej pozycji.
— Jasne…
— Na przykład… mogłabyś mnie oprowadzić po domu i pokazać swój pokój — kontynuował niezrażony, a kącik ust zadrżał mu lekko pod wpływem hamowanego śmiechu. Nadal wytyczała granice. A już myślał, że po incydencie na torze kartingowym będzie łatwiej.
— Jeżeli tak ci na tym zależy to chodź — mruknęła, wstając i nie czekając na towarzysza, skierowała się do wyjścia. W zasadzie powinna być chłopakowi wdzięczna, bo jeszcze chwila na tej kanapie, a chyba znowu dała się ponieść emocjom. Ten dupek zwyczajnie mącił jej w głowie, świetnie się przy tym bawiąc. I chociaż za wszelką cenę starała się to ukryć, to jednak bliskość Itachiego robiła swoje.
Co do wystroju wnętrz to nie było w domu nic niezwykłego, żadnej awangardy. Nic co komukolwiek zapadłoby w pamięć. Salon połączony z kuchnią, ale oddzielony murkiem z krzesłami barowymi. Pomieszczenia utrzymane w kremowo kawowych barwach, które doradził im dekorator. Bo modnie, bo jasno. Na parterze znajdowała się jeszcze duża łazienka oraz gabinet ojca. Natomiast na piętrze, mieli garderobę, mniejszą łazienkę, a także trzy sypialnie. Jej, ojca i gościnna. Dom posiadał też garaż i piwnice, ale jakoś nie poczuwała się aby te pomieszczenia pokazywać. Ogółem standardowa rodzinna rezydencja.
— A tu jest mój pokój. — Otworzyła drzwi, gestem zapraszając Uchihę do środka. Nie czuła się stremowana, że naruszał jej terytorium. Nie było w tym pomieszczeniu nic czego powinna się wstydzić.
— Żadnych plakatów? Nic? — zapytał z rozczarowaniem, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Sypialnia Liv nie wyróżniała się niczym szczególnym, no może tym, że brakowało w nich młodzieżowych akcentów. Drewniane, funkcjonalne meble, szerokie wygodne łóżko, wieża stereo na komodzie i laptop na biurku. No, i biały włochaty dywan na drewnianych panelach. Jedynie komputer nie wyglądał normalnie, bo właścicielka najwyraźniej postanowiła zaszaleć z kolorem. Obudowa w iście krwiście czerwonym kolorze od razu przyciągała oko.
— Niby jakie plakaty miałabym mieć?
— Akatsuki.
— Tej kapeli? — Tak, Senju wiedziała o kim mowa. W końcu to najpopularniejsza grupa muzyczna ostatnich lat. Zdobywali najważniejsze wyróżnienia oraz nagrody rynku muzycznego. — Nie, klej zostawiłby plamy na ścianach — stwierdziła, opierając się ramieniem o futrynę.
— Mało która nastolatka się tym przejmuje — zauważył Itachi, siadając na brzegu łóżka.
— Te zakochane w Akatsuki bez pamięci, na pewno — parsknęła z politowaniem, podchodząc do okna i wyglądając na podwórze. Śnieg wreszcie przestał padać, a więc nie istniało niebezpieczeństwo, że Uchiha utknie. Jakoś nie chciała się zastanawiać jak wytłumaczy ojcu obcy samochód na podjeździe, bo ewentualność, że Itachi zostanie wtedy na noc wykluczała. Jakby coś się działo, to wepchnie go do taksówki.
—Ja nie jestem w nich zakochany, a plakat mam — zauważył, poklepując miejsce obok siebie aby usiadła.
— Czyj? Hidana? — zaśmiała się Liv, stając przed Itachi i patrząc na niego z góry. Nie było tajemnicą, że to do tego muzyka wzdychało najwięcej dziewcząt. Przystojny, zwariowany, a do tego dziwnie nieokrzesany. Taka mieszanka sprawiała, że kobiety lgnęły do niego jak pszczoły do miodu.
— Wolę Nagato — sprostował, łapiąc Senju za rękaw i mocno ciągnąc w swoją stronę. Tego się  zdecydowanie nie spodziewała. W zasadzie zdążyła tylko sapnąć, zanim runęła na materac.
Itachi z rozbawieniem patrzył jak Liv wisi nad nim z niezadowoloną miną, kiedy w ostatniej chwili podparła się na dłoniach żeby nie upaść na niego całym ciężarem. Nawet jakby nie zaasekurowała jakoś tego upadku, to i tak by przeżył. Chociaż gdyby posunęła kolano wyżej, to mogłoby być problematycznie.
— Uchiha… to nie było śmieszne.
— Macie podobny kolor włosów — zauważył kontynuując wątek Akatsuki i dotykając opuszkami kosmyków Liv. Nie wiedział czy potraktowała to jako komplement czy nie, ale to właśnie ta barwa zwróciła jego uwagę. Jedyna w swoim rodzaju.
— Super — wymamrotała, mrużąc groźnie oczy. — Ale, czy mógłbyś pozwolić mi już wstać?
— Niewygodnie ci?
— Nie, raczej mam na uwadze to żebyś wrócił do domu żywy.
— Dlaczego? — zainteresował się, spoglądając na dziewczynę uważniej.
— Słyszałam klucz w zamku, a to znaczy… — Aż zaśmiała się głośno na widok przerażenia w oczach Uchihy, gdy nerwowo popchnął ją obok na materac, samemu gwałtownie podnosząc się do siadu. Patrząc jak wygładza koszulkę, zakryła dłonią usta wciąż chichocząc w najlepsze. Matko, nigdy by nie pomyślała, że Itachi aż tak się poderwie na baczność.
— Rude są wredne, myślałam, że wiesz — zakpiła, podpierając się na łokciu. Zachowanie Itachiego tak ją rozbawiło oraz w pewien sposób rozczuliło, że wciąż czuła łzy pod powiekami. Naprawdę, powinna to była nagrać dla potomnych.
— Blefowałaś…
— Jak to odkryłeś, Sherlocku?
— Liv… — W oka mgnieniu podciął Senju rękę tak, że wylądowała głową na materacu i nachylił się nad zdumioną dziewczyną. — Jak będziesz tak robić to następnym razem nie zareaguję, a to się zemści.
— Mianowicie?
— A tak, że żaden ojciec nie ucieszy się na widok córki całującej się z obcym chłopakiem.
— Ale my się nie całujemy.
— Jeszcze. I wszystko przed nami.

4 komentarze:

  1. Rzadko komentuję jakiekolwiek strony, blogi czy inne. Jednak tutaj po prostu muszę skomentować. Komentuję tutaj po raz pierwszy, ponieważ bloga znalazłam jakoś tydzień temu (dziwię się, że tak późno :D). Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek natknę się na opowiadanie, które w stu procentach spełni moje oczekiwania. Dokładniej z nieznanych mi powodów uwielbiam przeciągany wątek miłosny a także bohaterów, którzy mają to "coś" (nie wiem jak to opisać, dlatego po prostu skrócę xD). Jednak po znalezieniu twojego bloga mogę stwierdzić, że to, co piszesz jest genialne oraz idealnie trafia w to, co zawsze chciałam przeczytać. Co do rozdziału - jak zawsze świetny i czekam na dalsze części ^^ Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. CUDO ♥ Zakochałam się w tym opowiadaniu jak dziewczyny z Konoha w Itachim xD
    Mój mózg w ostatnim czasie za bardzo nie funkcjonuje, więc pozwolisz, ze w skrócie tylko pozachwycam się pomysłem zrobienia z Akatsuki zespołu (az mi się mało krzesło nie odsunęło spod tyłka, jak się zaczęłam na ten wątek śmiać xp) i rozmów prowadzonych między Łasicem a Liv ♥ Absolutne mistrzostwo sarkazmu z solidną dozą humoru - poprawiłaś mi tym nastrój, a raczej dopełniłaś mój przyjemny wieczór, za co pięknie dziękuję ♥♥♥ Cisza, spokój, czekolada i taki przyjemny rozdział do poczytania - czego mozna chcieć więcej? ... Cóz, no moze nie pogardziłabym jeszcze takim Itachim w zestawie z pizzą xp Uwielbiam to, jak kreujesz jego postać w tym opowiadaniu. Liv tez jest świetna, tak bardzo przypomina mnie, ze az czasami cięzko mi w to uwierzyć x''p
    No, to na koniec zdradź mi tylko jeszcze, gdzie mozna zamówić pizzę z Uchihą z dostawą do domu? x''D Sama chętnie złozyłabym zamówienie :D
    Weny, weny, weny i jeszcze raz weny! Mam nadzieję, ze nie będziesz więcej tak zaniedbywać tego opowiadania, bo jest prawdziwie urocze, a ja jestem jego wielką fanką i z chęcią poczytałabym o dalszych przygodach naszej parki (w szczególności wyczekiwanej konfrontacji Itachiego z Kamiramą albo Liv z rodzicami Itachiego xp). Mam nadzieję zobaczyć coś od ciebie niedługo ♥

    ~Kita-pon

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubie takie luźniejsze opowiadania :D bardzo fajnie to wyszło, szkoda tylko, że nie ma dalszego ciągu :D

    OdpowiedzUsuń
  4. uuuuuuuuuuuuuuuuuuu ♥
    szkoda, że nie było żadnych buziaków ale rozumiem, że trzeba budować napięcie

    OdpowiedzUsuń