Co by tu powiedzieć na początek… chyba, powinnam
zacząć do przeprosin. Nie powinnam znikać bez wyjaśnień, ale w sumie żadnych
nie mam. Życie mnie nie rozpieszcza, ale nie będę się rozpisywać. Skupię się na
tym co związane z blogiem. Dopadła mnie niemoc twórcza. Ogólne zniechęcenie,
leserstwo oraz nuda.
Zniechęcenie, bo fandom Naruto umiera. To jest fakt
i da się to zaobserwować po padających blogach. Ba, padają nawet katalogi
blogów, więc jest źle.
Leserstwo, bo wolę odpocząć po pracy, pogadać z
ludźmi, sprzątnąć w pokoju(!) niż siąść do laptopa.
Nuda, bo zastanawiam się czy to jeszcze ma sens, czy
bohaterowie są warci wysiłku, czy historia jest na tyle interesująca aby to
ciągnąć. No, tak to wygląda.
Co do wpisu… cóż, został wyszarpany ze mnie. Tak
dumałam, dumałam i w końcu na nią padło przy pisaniu. Czy jestem zadowolona?
Jakościowo uważam, że jest nieźle. Nie straciłam chyba wprawy, jaka by nie
była. Przy długości też nie odstawiłam fuszerki. Zasłużyliście na długi wpis i
motywując się, taki urodziłam. W bólu, ale jest.
Co do fajerwerków w rozdziale… chyba nie umiem ich
napisać. Wszystko wydaje mi się albo zbyt suche, albo znowu sztuczne i
przesadzone. Nie potrafię znaleźć równowagi… Może to tylko takie autorskie
spostrzeżenia, a może tak jest. A może tak objawia się właśnie kryzys. Faktem
jest, że potrzebuję inspiracji oraz weny. Tylko gdzie ją znaleźć? Bo na razie
mimo poszukiwań — zaznaczam, że intensywnych — jest pustka totalna.
Nie przedłużając zapraszam na rozdział. Tradycyjnie
niebetowane, ale to już norma. Kochani, nie ukrywam, że czekam na komentarze.
Może one rozwieją te czarne chmury nad blogiem ZR. Ach i dziękuję Ciastku
i Kita-pon oraz Judah za dobijanie się na czacie. To odrobinę
mnie zmotywowało do napisania tego posta.
Liv z
konsternacją wyciągnęła ze szkolnej torby, ciemny worek i postawiła na płytkach
w łazience. Wciąż nie wierzyła, że Itachiego fanklub zdobył się na taką odwagę.
Która z tych zakochanych idiotek była aż tak bezczelna aby włamać się do
szatni? Odrobinę zrobiły na niej wrażenie, to przyznawała z czystym sumieniem.
Jak do tej pory miała je za bandę tchórzy, a tu? Taka niespodzianka. Co prawda
finał dywersji ostro utrudnił Senju życie — przynajmniej do momentu aż nie
zakupi nowego telefonu — ale chyba, mogła głośno powiedzieć, że te lalunie pokazały
charakterek.
Przeczesała
palcami włosy, kopiąc lekko worek. Zaraz powinna zabrać Moro na spacer, a po
powrocie zajmie się tym nieszczęsnym tobołkiem. Niby oględnie wypłukała z ubrań
chlor, ale skoro wróciła już do domu to mogła zrobić to porządnie. Przynajmniej
to podpowiadał rozsądek.
Liv oparła się o
poręcz barierki, spoglądając w nocne niebo. Naprawdę nie wiedziała co sadzić o
zachowaniu Itachiego. Owszem, jeszcze niedawno posądzała go o prowadzenie gry.
Swoją drogą bardzo okrutnej, ale całkiem normalnej jak dla bawidamka. Jednak,
odrobinę za długo to trwało. Zamiast słabnąć to te wszystkie sytuacje zaczynały
się nasilać.
Westchnęła
cicho, pocierając przymknięte powieki. To wszystko coraz mocniej się
komplikowało. Czysty układ obopólnych korzyści przestawał obowiązywać, a
pierwotne cele się zacierały. Kurde, bo czy uczestniczenie w tych zawodach nie
było po to aby unikać profesora Kato? Tak zakładał pierwszy plan, a im więcej
czasu upływało tym bardziej o tym zapominała. A Uchiha? Oficjalna wersja do
jakiej się przyznawał to niby zakład z kuzynem, ale ona wiedziała swoje. Tym co
kierowało Itachim była ambicja. W końcu to klanowa tradycja, że ktoś z ich rodu
reprezentował uczelnie. Kolejny powód dla rodziny Uchiha aby chwalić się na
salonach. I teraz, przez zmianę
przepisów Itachi i Shisui musieli rywalizować o stołek reprezentanta zamiast
działać w duecie. Taka przewrotność — albo jak kto woli — chichot losu.
Senju aż
zadrżała mocno gdy zawiał mocniejszy wiatr. Doprawdy, nie błyskała geniuszem
wychodząc na zewnątrz bez żadnego swetra zwłaszcza, że ostatnim o czym marzyła
to przeziębienie. Już i tak kiepsko się czuła po szkole. Co jak co, ale strój
do Kyudo nie należał do najcieplejszych, a wyłącznie to mogła włożyć pod lekką
kurtkę. Mamrotając pod nosem przekleństwa pewnie wkroczyła do mieszkania,
szybko zamykając drzwi.
Rozcierając
wychłodzone dłonie, omiotła spojrzeniem rozwalonego na podłodze psa. Cóż, Moro
w żaden widoczny sposób nie zareagował na ziąb jaki ze sobą wniosła do środka.
Najwyraźniej podczas snu nie zwracał uwagi na nic. Nie, no było coś co w
momencie stawiało pupila na nogi. Na dźwięk otwieranej lodówki zrywał się jak
rakieta. Uśmiechając się pod nosem, poczochrała futrzaka po łbie mimowolnie
powracając myślami do partnera turniejowego.
Czuła się źle z
faktem, że Itachi zaczyna na nią oddziaływać. Owszem, tylko naiwniak by sądził,
że przebywając w towarzystwie najgorętszego faceta w szkole nic jej nie ruszy.
Była zdrową nastolatką, a więc nic dziwnego, że wszelkie interakcje jakie
serwował Uchiha powoli przynosiły efekty w postaci szybciej bijącego serca czy
pulsu. Przystojny, charyzmatyczny, popularny uczeń mącił w głowie każdej i Liv
nie należała do wyjątków. Jedyne co ją wyróżniało to to, że przy nim nie
dostawała małpiego rozumu. Trzymała hormony na wodzy. Ale jak długo to jeszcze
potrwa? Co tu kryć, Itachi poruszyłby nawet kamień. Na początku, gdzieś na
skraju świadomości, majaczyła Liv obawa, że Uchiha ją zauroczy. Ta aura
niegrzecznego chłopca skutecznie przyciągała, burzyła krew w żyłach. Ale jak
słusznie kiedyś bezczelnie zauważył, był jej potrzebny.
W każdym razie
ostatkiem sił kierowała się zdrowym rozsądkiem. Zastanawiało ją zachowanie, a
raczej cel jakim kierował się Uchiha. Bo okej, zabawa zabawą, ale to trwało już
całkiem sporo czasu. Wszystko się kiedyś nudzi, a ta gra już powinna umrzeć
śmiercią naturalną. Mimo to rzeczywistość prezentowała się zgoła inaczej.
Marszcząc nos Liv podniosła się do pionu, powoli ruszając do kuchni. Sięgając
po kubek, zagapiła się na jego dno analizując inną hipotezę. Tę z kategorii
marzeń każdej uczennicy Konohy. Naiwną oraz absurdalną, ale jakby nie patrzeć
nie tak nierealną, bo wypadki chodzą po ludziach. Może Itachi dał się wkręcić
własnej gierce i coś co było wyłącznie formą rozrywki stało się
rzeczywistością. Może polubił ją tak jak chłopcy lubią dziewczęta. Aż poczuła
zażenowanie dumając o tak niedorzecznym pomyśle, który nie do końca mogła
odrzucić. Sen który śniły naiwne panienki być może stał się jawą. Na samą myśl
aż zrobiło się jej gorąco.
Liv opadła na
rozścielone łóżko, bezwiednie głaszcząc przymilającego się Moro. Wciąż na nowo
analizowała sytuację z sali telewizyjnej. Naprawdę chciała po tym przejść do
porządku dziennego, ale nie mogła. Im mocniej się starała tym gorzej się to
kończyło. Może to naiwne — tylko głupiec wierzy w przyjaźń damsko męską, taką
prawdziwą — ale nie sądziła, że relacje z Uchihą mogą próbować iść w innym
kierunku niż koleżeństwo. Nawet przyjaźń brzmiała dziko. Zwyczajnie byli sobie
potrzebni. Ona pragnęła rozwiązać niezręczny problem z Kato, natomiast Itachi…
cóż, nuda, zakład, nieważne jakie motywy nim kierowały. Jedno pragnęło
wykorzystać drugie i to było w porządku.
~oOo~
Liv bez
entuzjazmu weszła na szkolne schody, powoli wlokąc się do budynku. Czuła się
jak przepuszczona przez maszynkę do mięsa. Bolało ją dosłownie wszystko.
Materiał ubrań drażnił rozpaloną skórę, a w głowie miała wrażenie, że zadomowił
się rój pszczół. Do tego ten nieprzyjemny ucisk w zatokach nosowych,
doprowadzał Senju do białej gorączki. Chyba nie było się co łudzić, jednak nie
uniknęła przeziębienia.
Mamrotając pod
nosem niepewnie wkroczyła do szatni, zagapiając się na swoją szafkę. Nie
wiedziała, czy postąpiła najmądrzej przychodząc na zajęcia. Wiadomo ćwiczenia
fizyczne nie wchodziły w grę, ale i te z teorii wydawały się poza jej
zasięgiem. Bo nawet jak się na nich stawi to nic nie zapamięta. Nie ma szans.
— Że też te
głupie pipy musiały wrzucić też telefon — wysapała nerwowo ściągając kurtkę i
wrzucając do torby. Jakoś tolerancja dla fanek partnera znacząco zmalała po
akcji sabotażowej. O ile do tej pory traktowała to wszystko z przymrużeniem oka
to teraz każdej pannie skręciłaby kark. Odetchnęła głębiej dla uspokojenia,
porzucając mordercze plany. Gdyby komórka nie została uśmiercona w basenie to
teraz leżałaby w domu pod ciepłym kocykiem, telefonicznie dając znać o
chorobie. A tak, tę opcję szlag trafił.
Po głębszych
analizach doszła do wniosku, że zwyczajnie pójdzie do dyrektora i poinformuje o
swojej niedyspozycji, a później wróci do domu. Tam zaserwuje sobie dawkę uderzeniową
leków i jakoś to będzie. Cóż, liczyła tylko że o niczym nie dowie się profesor
Danzo. Bo jeśli zostanie wtajemniczony to jak nic zasieje ziarno czy aby na
pewno nadaje się do reprezentowania szkoły.
— Hej, a co to
za marsowa mina? — Shisui uśmiechnął się szeroko na widok towarzyszki
Itachiego, zaraz dostrzegając jej niezdrową bladość. Nie dało się nie zauważyć
fioletowych cieni pod oczami dziewczyny, zapewne z wyczerpania. — Heh… A
mówiłem wczoraj, że przywiozę jakieś cieplejsze ubrania do przebrania —
westchnął, w lot rozumiejąc jaki wyniknął problem z wczorajszej akcji
ręcznikowej. Patrząc na Liv potarł dłonią włosy na karku. Doprawdy, że też nie
był bardziej stanowczy. Zresztą kuzyn też miał swoje za uszami, bo powinien na
siłę wepchnąć dziewczynę do auta a nie pozwolić decydować. Co za geniusz wraca
w lekkim stroju łuczniczym do domu zwłaszcza, że pogoda nie należała do najpogodniejszych.
— Nie wiem czy
by to coś dało — wymamrotała po chwili milczenia, pocierając skronie.
— Może tak, a
może nie — odparł rozmyślając nad wyjściem z sytuacji. Teraz gdy Liv na trochę zniknie z placu boju znowu będzie nudno. — W zasadzie to po co przyszłaś w
takim stanie? Nie obraź się, ale do niczego się nie nadajesz.
— E no co ty nie
powiesz — prychnęła, mierząc go drwiącym spojrzeniem zza zmrużonych powiek. —
Przyszłam poinformować dyrektora o chorobie.
— Mądrze, ale
jeszcze sprytniej byłoby zatelefonować.
— Shisui,
naprawdę nie mam nastroju do słuchania pouczeń. Chcesz pomóc, to sam odwiedź
Hiruzena i powiedz o mojej sytuacji.
— A jak
dostaniesz się do domu?
— Metrem albo
taksówką, zależy od samopoczucia — powiedziała dla świętego spokoju, grzebiąc w
przerzuconej przez ramię torbie. Teraz dla odmiany trzęsła się jak w febrze,
odczuwając dotkliwe zimno.
— Mhm… — Shisui
zamyślił się głęboko, zagapiając na widok za oknem. — Jeżelibyś poczekała
chwilę to ja mogę cię podrzucić. I tak, dzięki tobie mam nieprzewidziane
okienko w planie zajęć — rzucił wyjaśniająco, widząc jak już otwiera usta w
proteście. Z pewnym rozbawieniem obserwował jak na kilka sekund zamarła,
analizując przedstawiony pomysł. Shisui nie miał złudzeń, że w głowie Senju
właśnie trwa istna burza. Argumenty za skorzystaniem z oferty intensywnie
ścierają się z tymi przeciw.
— Pewnie i tak
nie dasz się spławić…
— W zasadzie to
nie bardzo — zauważył wesoło, doskonale zdając sobie sprawę, że tym razem
wygrał tę batalię. — Byłbym spokojniejszy odwożąc cię na miejsce.
— Nic mi nie
będzie.
— Możesz
zasłabnąć w drodze, a ja czułbym wyrzuty sumienia do końca życia.
— Dramatyzujesz.
— Serio kiepsko
się prezentujesz.
— Nie chcę
litości.
— Słoneczko, ale
ja to robię dla siebie. Gdyby coś ci się stało to dyrekcja powiesiłaby mnie na
suchej gałęzi, że pozwoliłem ci w takim stanie wyjść ze szkoły bez asysty. Że
nie wspomnę o moim kuzynie.
— Nie
przekonałeś mnie, ale serio nie mam siły na kłótnie — westchnęła z rezygnacją,
przysiadając na drewnianej ławeczce. Podciągnęła pod brodę kolano, opierając
się na nim wygodnie i przymykając powieki. — Jedna prośba, streszczaj się bo
ledwo utrzymuję pion.
— Według
życzenia, jaśnie pani.
~oOo~
Shisui
pogłaskał łeb przymilającego się psa, sprawnie odpinając smycz od obroży.
Zabawił u Liv dłużej niż zakładał, ale patrząc na sytuację to chyba każdy by w
ten sposób postąpił. Nie zostawia się bliźniego w potrzebie. Przynajmniej on
nigdy by tak nie zrobił. Dlatego nie tylko podwiózł Liv pod blok, ale i
odprowadził pod samo wejście. I trzeba przyznać, że chyba przeczucie kazało mu
iść za nią.
Do powrotu do
mieszkania, w pionie utrzymywała Senju determinacja oraz duma, ale po
zamknięciu drzwi i one musiały uznać słabość chorego organizmu. Dosłownie w
ostatniej chwili zdążył dziewczynę złapać aby później bezpiecznie odstawić na
kanapę. Co ciekawe, nie miała nawet siły protestować. Jedynie łypała na niego
tymi zielonymi ślepiami, szczelnie okręcając się kocem.
Shisui zerknął
kontrolnie na zegarek, uśmiechając się nikle. Ciekawe jak Itachi zareaguje na
najnowszą nowinę. To znaczy, nie to, że się cieszył z nieszczęścia Liv, ale
kuzyn stał się wyjątkowo zaborczy o partnerkę turniejową.
— Hej, mała —
wyszeptał, powoli wchodząc do salonu. W razie jakby zasnęła nie zamierzał jej
budzić. Sen to największy sprzymierzeniec chorego człowieka, tego nauczyła go
matka. Kierując się tą myślą, ostrożnie nachylił się nad kanapą. Tak jak
przypuszczał, Senju padła jak kawka z wyczerpania.
Cóż, najzwyczajniej
w świecie wyjdzie zamykając drzwi na klucz, a najwyżej przekaże je później
Itachiemu. Tak, po pewnym czasie ujawni przyjacielowi powód zniknięcia
dziewczyny. Nie od razu, ale później na pewno. W końcu ktoś musi zabrać Moro na
wieczorny spacer. Uśmiechnął się złośliwie ruszając do wyjścia.
~oOo~
Itachi
ze zniecierpliwieniem zerknął na zegarek, podrzucając w górę bambusowy kij. Co
jak co, ale Shisui rzadko się spóźniał, a jeśli miało mu się coś takiego
zdarzyć to najzwyczajniej dawał znać. Dzwonił albo pisał wiadomość. Zachowywał
się odpowiedzialnie. Dziś jego zachowanie było odstępstwem od normy. Anomalią,
która wybijała z rytmu. Ewenement. A co najdziwniejsze, nawet nie odbierał
telefonu.
Zdecydowanym
ruchem obrócił się w miejscu, zadając cios wyimaginowanemu przeciwnikowi.
Samotne ćwiczenia nudziły oraz wydawały się bezcelowe. W zasadzie sam się sobie
dziwił, że nie przysiadł na materacu i nie włączył odtwarzacza muzycznego.
Zrelaksowałby się przez kolejnymi zajęciami. Oddychając głębiej, nagle coś
usłyszał zza drzwi. Nie był pewien, ale brzmiało to jak szybkie kroki a to
znaczyło jedno.
—
Hej i sorry — wysapał kuzyn, uśmiechając się szeroko i raźnie podchodząc do
stojaka z kijami. — Jestem wystarczająco rozgrzany, możemy zaczynać.
—
W porządku — przytaknął beznamiętnie Itachi, od razu zasypując przyjaciela
gradem ciosów. Ani myślał zwolnić. Po pierwsze zirytował go spóźnieniem, a po
drugie… tak, zdecydowanie dał mu wczoraj drugi powód to braku litości.
—
Uła — zaśmiał się Shisui, łatwo dopasowując się do narzuconego tempa. — Jesteś
zły?
—
Nie.
—
Serio? — zakpił, blokując wyjątkowo silne uderzenie i patrząc Itachiemu w oczy.
—
Skąd ten niedorzeczny pomysł?
—
W zasadzie nie wiem — prychnął, aż mrużąc powieki gdy w ostatniej chwili wyczuł
podstęp, co przyczyniło się do uniknięcia wielkiego siniaka. Jakby wiedział, że
kuzyn tak go radośnie przywita to założyłby ochraniacze. — Tak tylko sprawdzam.
Następne
kilkanaście minut wirowali w szalonym tańcu, sprawnie unikając ciosów. Pot
zraszał ich czoła, gdy usiłowali się nawzajem zaskoczyć czy zdekoncentrować.
Pojedynek należał do wyjątkowo widowiskowych z racji, że tak dobrze się znali.
Od kilku lat trenowali wspólnie, przez co tak trudno było wyłonić
jednoznacznego zwycięzcę. Zawsze tliła się w nich nutka rywalizacji. Jeden
pragnął prześcignąć drugiego, dla własnej satysfakcji. Żeby do kolejnego
starcia cieszyć się uzyskaną przewagą, wygraną.
—
Pas — wysapał Shisui, skutecznie blokując równie zmęczonego przyjaciela. Z
trudem łapał oddech, ale czuł zadowolenie. Już dawno nie odbyli tak ciekawego
treningu. Do tej pory wszystko odbywało się tak sucho, bez emocji. A dziś?
Istna petarda. Aż się zaśmiał beztrosko, całym ciałem napierając na kij i
zmuszając Itachiego do cofnięcia. — Już i tak przedłużyliśmy naszą zabawę.
—
Fakt — przyznał równie wycieńczony przeciwnik, ocierając czoło przedramieniem.
—
Jak się pośpieszymy to zdążymy pod natryski — zauważył Teleporter, odkładając
broń i sięgając do kieszeni kurtki. Należałoby zerknąć jak stoją z czasem. Szarpnięciem
wyciągnął komórkę, zaraz marszcząc brwi na usłyszany hałas. Z marsową miną
zerknął pod nogi, dopiero teraz przypominając sobie o kluczach Liv. No cóż, nie
tak to miało wyglądać, ale czemu nie. Niech samo życie pisze tym razem
scenariusz.
— Skąd je masz?
— Co? — zapytał
uprzejmie, schylając się i podnosząc nieszczęsne klucze. Już jedną odpowiedź
uzyskał bez zapytania, kuzyn zdecydowanie rozpoznał przedmiot. A dobitnie
świadczyła o tym lekka zmarszczka pomiędzy brwiami, która zdradzała intensywną
analizę sytuacji. To tego ta nagle ciężka atmosfera… Wybornie.
— Skąd masz jej
klucze?
Shisui z
zainteresowaniem spojrzał na metalowy breloczek wilka, podzwaniając nim głośno.
— Uwierzysz jak
powiem, że znalazłem? — podroczył się przekornie, chowając pęk do kieszeni.
— Shisui…
— Zero w tobie
poczucia humoru — wytknął z rozczarowaniem, zasuwając włożoną kurtkę. —
Pożyczyła mi.
— Kiedy?
— A czy to
istotne?
— Byłbym
wdzięczy jakbyś nie mącił jej w głowie.
— Co przez to
rozumiesz? — zainteresował się Shisui, lekko zdziwiony słowami kuzyna. Co jak
co, ale nie spodziewał się że przyjaciel opuści gardę. Że zasugeruje…
— Musi się
skupić na turnieju.
— Ach… to cię
trapi — mruknął Teleporter, zerkając kątem oka na Itachiego. Czyli jednak się
nie odsłonił. Ruszył do drzwi, gestem zachęcając rozmówce do pójścia za nim. —
Spokojnie. Liv na pewno zrobi wszystko aby godnie reprezentować Konohę. Ten typ
tak ma. Chodź, jak dalej będziemy plotkować to nic z tego prysznica nie
wyjdzie. A nie ukrywam, że pewnie by nam się przydał. Śmierdzimy.
— Nadal czekam
na odpowiedź.
— Ależ ty
uparty. Masz. — Bez wahania rzucił klucze przyjacielowi, kręcąc z
niedowierzaniem głową. — Zadowolony?
— Nie.
— Cierpliwość
jest cnotą, wiesz? — przypomniał Itachiemu, puszczając go przodem do szatni. Poprawił
zsuwającą się z ramienia torbę, a następnie włożył ręce do kieszeni spodni. Z trudem
hamował uśmiech satysfakcji na dźwięk głębszego oddechu Łasica. Ktoś tu się
silił na spokój i opanowanie.
— Shisui… —
Itachi w oka mgnieniu złapał kuzyna za kurtkę, popychając na ścianę i patrząc
na niego złowrogo. — Nie lubię gdy mnie testujesz. Może w innym wypadku trochę
bym pograł w tej grze, ale dziś nie mam czasu.
— Jak to nie?
Przecież teraz masz wolną godzinę. — Teleporter nie zrobił nic aby się wyrwać z
uścisku przyjaciela, wciąż dobrze się bawiąc. Itachi już dawno aż tak nie dał
się wyprowadzić z równowagi. — Ach… no tak, zapomniałem ci powiedzieć… No więc
mówię, masz wolne teraz. Liv nie przyjdzie na zajęcia.
— Jak to nie
przyjdzie? Dlaczego?
— Bo przez twoją
głupotę się przeziębiła — prychnął Shisui odtrącając ręce kuzyna, zdjął kurtkę,
później ściągając przez głowę koszulkę. Niedbałym ruchem rzucił ją na szafkę,
krzywiąc się odrobinę. — Rano pojawiła się w szkole, ale odesłałem ją do domu.
Stąd te klucze.
— Nie mogłeś
powiedzieć od razu?
— Po co? —
Shisui usiadł na drewnianej ławce, zabierając się za rozpinanie spodni. — To
interesujące jak mało masz do mnie zaufania.
— Tu nie chodzi
o zaufanie lub jego brak — westchnął Itachi, zaciskając palce na kluczach i
patrząc spode łba na przyjaciela. — Twoja partnerka turniejowa jest pewna z kim
chce w nim brać udział. Natomiast Senju… cóż, gdyby dostała alternatywę to na
pewno by ją przemyślała.
— Tak sądzisz?
— Ja to wiem.
— Hm… skoro tak
mówisz… — Z westchnieniem odgarnął włosy do tyłu, a następnie wygrzebał z torby
ręcznik. — Idę się umyć. A ty zorganizuj się tak, aby zdążyć na wieczorny
spacer z jej psem. Lepiej żeby nie wyściubiała nosa z domu przez dwa dni.
~oOo~
Liv odetchnęła
głębiej odstawiając na niski stolik laptopa. Przez dłuższą chwile wgapiała się
w urządzenie, aż w końcu westchnęła naciągając na siebie mocniej koc.
Przymknęła powieki, zapadając się głębiej w poduszki. Już od jakiegoś czasu
nosiła się z zamiarem zmiany telefonu, ale jakoś nie potrafiła się zmotywować.
Ten już miał swoje lata, a do tego już się wysłużył. Bateria nie trzymała tak
jak kiedyś, wejście słuchawkowe momentami nie łączyło, a i głośnik charczał.
Cóż,
najwyraźniej los zadecydował za nią. W każdym razie już poczyniła pewne kroki
aby odzyskać łączność ze światem. Napisała do opiekuna o wysłanie większej
ilości gotówki. Nie, nie myślała, że będzie robił problemy. W zasadzie,
mężczyzna zgadzał się na wszystko o czym pisała w wiadomościach — oczywiście w
granicach rozsądku.
Szczerze
tęskniła za czasami, gdy ich relacje były zgoła inne. Mniej formalne. Kiedy
jeszcze żyli jej rodzice, regularnie przebywała w jego rodzinnym domu z racji
bliskiej więzi jakie łączyła ich matki. Nie tylko wspólna firma splatała ich
rody, ale również przyjaźń. Senju bywała tam tak często, że czuła się niemal
jak u siebie. Znała każdy kąt. Byli ważną częścią jej życia.
Uśmiechnęła się
do ciepłych wspomnień. Naprawdę podziwiała mężczyznę za cierpliwość, bo w
tamtych czasach łaziła za nim jak pies. Niczym cień śledziła każdy krok, niemal
uważając go za guru. Co ciekawe godził się na tę niewygodę, jedynie zerkając na
nią z pobłażaniem. Milcząco tolerował obecność Liv.
A ona? Była nim
zauroczona. Kilka lat starszy, przystojny, a do tego całkowicie
nieprzewidywalny. Do tej pory pamiętała sytuacje, gdy rodzice wymusili na nim
pójście z nią do kina. Zachwycony nie był, ale nie mogła narzekać. Odpowiadał
na pytania, poświęcał uwagę wyłącznie Liv, a do tego zabrał do kawiarni na
czekoladę przed seansem. Słuchał bzdurnego bełkotu podlotka, jedynie
uśmiechając się zza filiżanki z kawą. Ten jeden dzień wystarczył aby
młodzieńcze uczucie się mocniej zakorzeniło w sercu. A wszystko
przypieczętowała jedna sytuacja. To jak podeszła do nich jakaś jego znajoma ze
szkoły.
Do tej pory
Senju pamięta ten nienawistny wzrok jaki poczuła na sobie, przez co aż się
cofnęła. Zdumiona takim traktowaniem gwałtownie zamilkła, skupiając się na
pojemniku z popcornem. Każde słowo wyryło się w jej młodym umyśle, niczym wykute
w skale.
— Hej. To o tym
mówiłeś, że dziś nie dasz rady przyjść. — Brunetka uśmiechnęła się pocieszająco
do towarzysza Liv, odrzucając na plecy długie włosy.
— Wydaje mi się,
że ująłem to w inny sposób.
— Naprawdę ci
współczuję — rzuciła nieznajoma głucha na usłyszane słowa, nachylając się nad
Liv i pstrykając ją protekcjonalnie w czubek nosa. — Mała, nie skoczyłabyś do
tamtej księgarni? Słyszałam, że mają świetne kolorowanki.
Senju aż się
zaczerwieniła po same uszy na usłyszany tekst. Już dawno nikt tak jej nie
potraktował. Owszem, była od nich młodsza o jakieś cztery lata, ale to nie
upoważniało tej panny do takiego traktowania. Już otwierała usta aby stanowczo
wyjaśnić tej laluni, kto może sobie pójść po kredki, ale wtedy właśnie poczuła
silniejszy uścisk na ramieniu. To wystarczyło aby w sekundzie zacisnęła zęby,
siląc się na spokój. Nie chciała sprawiać kłopotów opiekunowi. Tym bardziej, że
jak zauważyła dziewczyna była naprawdę ładna i pozornie budziła sympatię.
Oczywiście ta złudna kurtyna opadła gdy tylko otworzyła usta.
— Nie wątpię, że
tobie przypadły do gustu, ale myślę że Liv dawno z nich wyrosła — rzucił,
pociągając Senju za sobą i odchodząc w stronę kina, warknął: — Nie dzwoń
więcej, bo następnym razem nie będę już tak taktowny.
Kiedy już
oddalili się wystarczająco daleko aby koleżanka towarzysza nic nie usłyszała,
postanowiła się odezwać.
— Hm… jak chcesz
to naprawdę mogę iść na ten film sama. To nie sprawiedliwe, że zostałeś w to
wrobiony. Później wrócimy razem do domu i nikt się nie dowie. — Liv uśmiechnęła
się szeroko, zerkając na nagle spiętego towarzysza. Nie rozumiała dlaczego aż
tak się zdenerwował tą dziewczyną, ale jeżeli odpuszczenie chłopakowi tego
seansu mogło poprawić mu nastrój to z ochotą się na to zgodzi.
— Nie żartuj.
Jesteś o niebo lepszym towarzystwem od tych idiotek.
To w tamtej
chwili został mianowany jej osobistym rycerzem. Trochę aroganckim, małomównym,
a jednocześnie tak interesującym. Kierujący się zasadą, że on nic nie musi,
może co najwyżej chcieć. Ideał faceta w oczach zauroczonej małolaty.
Niestety kontakt
z nim został zerwany, a raczej mocno ograniczony przez katastrofę lotniczą w
której zginęli zarówno rodzice Liv jak i jego. On po tym musiał przejąć władzę
nie tylko nad biznesem rodzinnym, ale też nad nią. Okazało się, że matka
zabezpieczając przyszłość pociechy przekazała władzę rodzicielską synowi
najlepszej przyjaciółki. Jakby coś przeczuwała.
W każdym razie
wszystko posypało się tamtego jednego dnia. Pech chciał że na tym jednym
pokładzie znaleźli się wszyscy, których kochali. Trauma na całe życie. Ona
jednak dostała wsparcie w opiekunkach, które towarzyszyły jej przez pierwsze
lata samotności, natomiast on został skazany wyłącznie na siebie. Zawalony
obowiązkami, przytłoczony odpowiedzialnością zamknął się w sobie, ograniczając
z nią kontakt do minimum. Ten fakt znacząco osłabił ich więź.
~oOo~
Liv aż
podskoczyła słysząc szczekanie Moro na korytarzu. Zdezorientowana rozejrzała
się po salonie i ziewając przetarła powieki. Najwyraźniej zasnęła, a hałas
dochodzący z mieszkania mógł świadczyć tylko o jednym. Shisui dotrzymał słowa i
rzeczywiście wrócił aby zabrać psa na spacer. No i jak cholera człowiek miał
nie uważać Teleportera za najlepszego kandydata na chłopaka? Sympatyczny,
pomocny, no i oczywiście przystojny. Nic tylko się zakochać. Aż się uśmiechnęła
pod nosem na te nierozsądne marzenia, usprawiedliwiając je otępiałym umysłem po
śnie.
—
Jak się czujesz?
—
Hm? — Liv leniwie obróciła w stronę chłopaka, dopiero teraz przytomniejąc. Bo w
progu stał Itachi, a nie Shisui. Oszołomiona zamrugała intensywnie, sprawdzając
czy aby nie ma omamów, ale nie. Uchiha jak opierał się o framugę tak dalej to
robił, a jedynie przewrócił teatralnie oczami na widok jej działań. — Co ty tu
robisz? — wykrztusiła, podnosząc się do siadu.
—
Sprawdzam czy żyjesz — odparł, krzyżując ręce na piersi.
—
Ale twój kuzyn…
—
Wolałabyś żeby to on przyszedł? — zapytał, lekko mrużąc powieki.
—
Wolałabym żeby moje klucze nie wędrowały z ręki do ręki — warknęła z
poirytowaniem, łatwo wyczuwając nieme oskarżenie. Co oni sobie do diabła
myśleli? Rywalizowali nawet w tym temacie? Burcząc pod nosem, zrzuciła na
podłogę koc wstając z kanapy.
—
Dobra, nieważne. Jak się czujesz?
Senju
całkiem zignorowała fakt, że Itachi zmniejszył dzielący ich dystans do minimum
jakby się bał, że zaraz wywinie orła. Owszem, była osłabiona, ale kryzys został
zażegnany. Za kogo on ją uważał.
—
W zasadzie… mam się chyba całkiem nieźle. — Nie, Liv nie kłamała. Naprawdę
czuła się o niebo lepiej niż rano i jeżeli nic się nie zmieni, to jutro powinna
pojawić się szkole. — Jeśli nie byłeś jeszcze z Moro na spacerze to sądzę, że
mogę z nim wyskoczyć.
—
Pies już się wybiegał. — Uchiha zmierzył Senju od góry do dołu, po czym pchnął
z powrotem na kanapę uśmiechając się drwiąco. — Leż. Powinnaś odpoczywać.
—
Ej! Nie traktuj mnie jak dziecko — syknęła mrożąc chłopaka spojrzeniem, godnym
bazyliszka.
—
Ja tylko dbam o własne interesy — przypomniał jej własne słowa, podnosząc koc.
Na dźwięk głośnego burczenia w brzuchu, bezceremonialnie upuścił na nią
materiał. — Domyślam się, że nie jadłaś.
—
Brawo, Sherlocku. A tak serio, to planowałam właśnie coś przygotować —
westchnęła, wygrzebując się spod polarowego materiału.
—
Nie trzeba, zamówiłem chińszczyznę.
—
Dlaczego? Przecież w lodówce…
—
Jest wyłącznie światło. Sprawdziłem — prychnął, przysiadając na stojącym
nieopodal fotelu i podpierając się na łokciu.
—
Na pewno coś tam było.
—
Fakt. Zapomniałem o lodzie na tylnej ścianie. Powinnaś pomyśleć o rozmrożeniu.
—
Mówił ci ktoś, że jesteś irytujący? — Z niechęcią zerknęła na Itachiego,
zastanawiając się jakim cudem uznała go za interesującego faceta. Bardziej
działał na nerwy skłaniając człowieka do skręcenia mu karku, niż do miłosnych
wzlotów. W każdym razie na ten moment bliżej była morderstwa.
—
Jesteś pierwszą dziewczyną, jeżeli to cię pocieszy.
—
Nie pociesza.
—
Trudno — odparł, opierając się wygodniej i wyciągając z kieszeni spodni
telefon. Rzucił okiem na wyświetlacz, a następnie skupił się na Liv bezwiednie
obracając urządzenie w dłoni. — Za dwa dni weekend, więc sądzę, że powinniśmy
zrezygnować z forsowania twojego organizmu. Skupimy się wyłącznie na teorii
podczas zajęć.
—
Teoria z Kendo i Kyudo. Bajecznie — Senju oparła się o kanapę zagapiając w
sufit. — Naprawdę jest coś o czym mi nie powiedziałeś na pierwszych godzinach?
Nie lepiej w ogóle zrezygnować? Przecież kiedyś możemy posiedzieć dłużej na
sali.
—
Hn.
—
Ewentualnie, żeby nie zostawać po godzinach, możemy odbębnić ten nieszczęsny
wywiad — zaproponowała, krzywiąc się jakby połknęła cytrynę. Pomysł z taką
formą przedstawienia uczniom reprezentantów szkoły uważała za poroniony, ale
nic nie mogła poradzić. Zwłaszcza, że patronat na nim utrzymał Shimura. Sprawa
przegrana już na starcie.
—
Inari wreszcie by się odczepiła…
—
Molestowała cię?
—
Jeszcze nie, ale niedługo zacznie, o ile nie rzucę jej jakiegoś terminu.
—
Ach, chociaż jedna, która jest głucha na twoje gładkie słówka — parsknęła Liv,
uśmiechając się złośliwie. Doprawdy, z dnia na dzień sympatia do tej dziewczyny
rosła.
—
Jedna? — Itachi spojrzał prosto w oczy Senju, unosząc drwiąco brew. Wyglądał
nieprzyzwoicie dobrze z tym ledwie widocznym uśmiechem pełnym arogancji. Widząc
to z trudem pohamowała ochotę, aby trafić go w twarz poduszką.
—
Siebie nie liczę, jestem poza skalą, Uchiha.
—
Dyskutowałbym.
—
Nie zabraniam ci mamić się złudzeniami — prychnęła ze złością, aż nad to
świadoma, że ten dupek miał rację. Powinna jak najszybciej zmienić temat na
bezpieczny. — Tak więc ustalone. Załatwiamy wywiad.
—
Nie sądzę żebyśmy się w jedną godzinę wyrobili, razem ze zdjęciami.
—
No bez przesady… ile może trwać pstryknięcie kilku fotek.
—
Nic nie rozumiesz… Shinko pasjonuje się również fotografią. A to znacznie
wydłuży cały proces — stwierdził, i bez uprzedzenia rzucił Liv trzymany telefon.
—
Oszalałeś? A jakby nie złapała?! — krzyknęła, dosłownie w ostatniej chwili
łapiąc aparat zanim spadł na panele. Uchiha był nienormalny. Najpierw ona
straciła komórkę, a teraz mało brakło, a on — na własne życzenie — straciłby
swój. — I po cholerę mi go rzucasz? Zaraz, masz tam jakieś prace Inari? —
zapytała z nagłym zainteresowaniem, odblokowując klawiaturę.
—
Nie.
—
No to po kiego grzyba mi on?
—
Bo twój wydał ostatnie tchnienie w basenie.
—
No i? To chyba nie twój problem — zauważyła, marszcząc brwi i przyglądając się
Itachiemu podejrzliwie. Czyżby ktoś wypaplał, że to jego fanki zniszczyły jej
mienie i teraz chłopak czuł się winny? Chciał zadośćuczynić za szkody? Tylko
kto się wygadał? Przecież nikomu nie mówiła… Chyba, że sprawę rozszyfrowała
aspirująca na dziennikarkę Shinko. Może właśnie Inari, bo wyłącznie ona po
usłyszeniu całej historii szybko domyśliłaby się prawdy. Jakby nie patrzeć była
świadkiem akcji z butami, więc krótka analiza faktów by wystarczyła aby
błyskawicznie wyklarowała faktyczny przebieg wydarzeń na pływalni. — Zresztą,
już w przyszłym tygodniu powinnam jakiś kupić.
—
Do tego czasu możesz korzystać z tego.
—
A ty?
—
Też mam. — Na dowód wyciągnął drugi z kieszeni. Identyczny jak ten co trzymała
z tą różnicą, że miał białą obudowę zamiast czarnej. — Musimy się jakoś
kontaktować.
—
Hm… — Liv zagapiła się na wielki wyświetlacz telefonu, obracając go w palcach. Ku swojemu zdumieniu nie
odnotowała żadnej ryski na ciemnym lakierze, zupełnie jakby aparat całe życie
trzymany był w foli. No kto by pomyślał, że Uchiha tak dba o swoją własność. W każdym
razie taka pożyczka była jej bardzo na rękę. Dzięki temu nie straci łączności
ze światem. — Postaram się oddać ci go jak najszybciej — zapewniła, odkładając
komórkę na stolik.
—
Nie ma potrzeby. I tak leżał nieużywany.
—
To nie ma znaczenia — odparła, odrobinę źle się czując, że kolejny raz polega
na Itachim. Coraz więcej mu zawdzięczała. Niby drobne przysługi o które wcale
nie prosiła, ale… No właśnie. Uchiha właził z butami w życie Liv i nie bardzo
wiedziała co z tym fantem począć. Nie przyzwyczaiła się do bezinteresownej
pomocy. — Hm… dzięki.
—
Jesteśmy drużyną — przypomniał, wstając z fotela i przeciągając się mocno. —
Idę przed blok, bo chyba dostawca zabłądził. Zaraz wracam.
—
Mhm… tak, tak. Ach, nie zapomnij zapytać czy przyjmują płatność kartą —
rzuciła, odrobinę wytrącona z równowagi prezentacją Uchihy — jaki z niego
gorący towar. Ciemna koszulka interesująco na sekundę opięła jego ciało,
bezwstydnie podkreślając jak dobrze był zbudowany. Nie napakowany, ale
przyjemnie umięśniony. No naprawdę, mężczyźni nie powinni tak dobrze wyglądać.
—
Po co?
—
Zabrałeś Moro na spacer, pożyczasz mi telefonu… To ja chociaż postawię ci obiad
— zerknęła na zegarek na komodzie — czy tam kolację.
—
Może innym razem.
—
Ale…
—
Daj spokój. I tak nie masz jak zapłacić bez wychodzenia z domu. A Moro nikogo
obcego nie wpuści do mieszkania.
—
Mogłabym ci dać kartę płatniczą, albo zamknąć mendę w sypialni. Zawsze istnieje
jakieś wyjście.
—
Senju, nie bądź uparta. — Itachi nie czekając na dalszy ciąg dyskusji, wyszedł
na korytarz i po chwili słychać było dźwięk zamykanych drzwi.
—
Odezwał się ten cierpliwy — wytknęła, podciągając pod brodę koc gdy poczuła
nową falę dreszczy. Zdecydowanie pośpieszyła się z opinią, że już jej przeszło.
Po kilku minutach z westchnieniem zrzuciła okrycie, dreptając do kuchni.
Powinna połknąć wieczorną dawkę lekarstw, jeżeli planowała pojawić się jeszcze
w tym tygodniu w szkole.
— Cześć zdrajco
— mruknęła, pochylając się nad śpiącym psem i poklepując go po łbie. Czworonóg
nawet nie otworzył oczu, a jedynie przekręcił się na grzbiet dla większego
komfortu spania. Całkowicie nie rozumiała jakim cudem kuzyni Uchiha tak szybko
zjednali sobie Moro. Przecież ten tyfus mało kogo akceptował w domu. Owszem, na
spacerze zachowywał się towarzysko — oczywiście w granicach rozsądku — ale w
mieszkaniu? To już inna bajka. Nikt obcy nie wszedł ani nie wyszedł bez
głośnego ujadania, a i tak później musiał pilnować nogawek ponieważ Moro tylko
czekał na odpowiedni moment aby sobie takiego delikwenta przyszczypnąć zębami.
Kręcąc
z niedowierzaniem głową, weszła do kuchni i nalała wody do szklanki. Patrząc na
widok za oknem, zgarnęła z blatu wcześniej przygotowane tabletki połykając
szybko. Żywiła szczerą nadzieję, że Uchiha zaraz wróci, bo umierała z głodu. Od
rana nic nie jadła. A i farmaceutyków nie powinno się brać na pusty żołądek.
—
Dlaczego wstałaś?
—
Rany, Uchiha! Naprawdę ci kiedyś przyłożę za to skradanie — sapnęła,
błyskawicznie okręcając się w miejscu i mierząc chłopaka nieprzyjaznym
spojrzeniem. Do cholery, jak on to robił. Przemieszczał się jak duch, a do tego
Moro całkowicie ignorował jego obecność. Mógł wchodzić i wychodzić, a pies bez
reakcji. To znaczy cieszył się, ale nawet nie szczeknął.
—
Nie gryzie się ręki, która cię karmi — zauważył, wymownie zerkając na pudełka z
jedzeniem. — Gdzie to zanieść?
—
Salon. Masz szczęście, że jestem głodna jak wilk — burknęła, odbierając swoją
porcję i przepychając się obok Itachiego. Rozsiadając się na kanapie, z trudem
zdusiła jęk zachwytu na zapachy jakie dochodziły z pudełka. Aż ślinka napływała
do ust, jeszcze przed otwarciem pokrywki. Doprawdy, za takie żarcie na tę
chwilę może odrobinę odpuścić chłopakowi. Zasłużył.
Po
skończonym posiłku, z westchnieniem zadowolenia odstawiła pojemnik na stolik. Przez
kilka sekund podziwiała logo restauracji na teksturze, obiecując sobie w
myślach, że od dziś będzie zamawiać wyłącznie u nich. Naprawdę, już dawno nie
jadła tak genialnego kurczaka z ryżem. Normalne mistrzostwo świata.
Mimowolnie
zerknęła na Itachiego. Chyba zjadła w rekordowym czasie ponieważ on jeszcze dłubał
w swoim pudełku. Przyglądając się jego profilowi, zmarszczyła w konsternacji
nos. Zaczynała rozumieć fanki Uchihy. Bo jak się nie zakochać w tym dupku?
Można bronić się rękami i nogami, ale prędzej czy później każdy da się omotać.
Chłopak oprócz fantastycznego wyglądu posiadał również ciekawe wnętrze. Taki
mix diabła i anioła. Mimo wielu irytujących cech takich między innymi jak
zbytnia pewność siebie i arogancja, szczycił się też tkwiącym w nim dobrem. Nie
takim oczywistym, ale widocznym kiedy już człowiek poznawał go lepiej.
—
Nie śpij. — Liv aż drgnęła nerwowo, czując chłodny dotyk na czole. Wyrwana z
rozmyślań, podniosła wzrok na nachylającego się Uchihę, który przyglądał się z
marsową miną. — Brałaś jakieś leki na gorączkę?
—
Przecież sam widziałeś to czego głupio pytasz — burknęła, przymykając powieki i
nie wykonując żadnego ruchu aby strącić dłoń Itachiego. Znowu czuła nieznośne
gorąco, a temperatura skóry Uchihy była tak przyjemnie niska… Nie miała siły
zasuwać do kuchni po jakiś zimny okład, więc dotyk chłopaka był jak najbardziej
wskazany. Przynajmniej na tę chwilę i w tych okolicznościach.
—
Chodź. — Nim się obejrzała, podniósł ją razem z kocem od razu kierując się do
sypialni. Zrobił to tak sprawnie i bez wysiłku, jakby ważyła tyle co nic.
—
Głupi, przecież sama bym doszła…
—
Tak, tak — potaknął dla świętego spokoju, kładąc dziewczynę na łóżku. Przez
chwilę stał nad nią niezdecydowany, po czym westchnął ciężko przeczesując
palcami grzywkę. — Śpij. Jutro wpadnę to wezmę Moro na spacer przed zajęciami.
—
Mhm.
—
Biorę kluczę.
—
Zaczekaj… — Liv z trudem otworzyła powieki, intensywnie walcząc z sennością.
Propozycja z jaką zamierzała wyjść w innych okolicznościach wydawała się nie do
pomyślenia, ale no cóż. Choroba znacząco zmieniała jej priorytety. — Już późno.
Jak chcesz to możesz zostać.
—
Słucham?
—
Nie udawaj, że nie słyszałeś — warknęła, z trudem podnosząc się do siadu.
Odgarnęła wpadające do oczu włosy, po czym unikając wzroku Itachiego wyjaśniła.
— Bez sensu żebyś kursował w te i z powrotem. Zostaniesz, wyjdziesz z psem i
pojedziesz do szkoły czy tam najpierw do domu.
—
Nie wiem czy to dobry pomysł…
—
Ja też nie, ale z chorym się nie dyskutuje Uchiha — mruknęła, opadając na
poduszki i zamykając powieki. Gdy przez dłuższy czas nie usłyszała żadnej
odpowiedzi już zamierzała coś dodać, gdy niespodziewanie poczuła jak materac
się obok ugina pod ciężarem chłopaka, a chłodny dotyk ponownie musnął czoło. Z tym,
że ten był lekko wilgotny, a do tego jakby… nie, niemożliwe. Jej mamiony gorączką
umysł wymyślał jakieś niestworzone brednie, pomyślała z konsternacją. Mruknęła cicho,
przekręcając się na bok i macając materac wreszcie zlokalizowała dłoń
Itachiego, mocno zaciskając na niej palce. Okej, skoro słowa nie wystarczają
aby go w pełni przekonać, może to to zrobi. A ona, nad konsekwencjami i
ewentualnymi motywami swojego zachowania pomyśli później.
—
W porządku, zostanę.
Tak się cieszę że wróciłaś. Świetny rozdział liczę że następny pojawi się w niedługim czasie. Życzę weny
OdpowiedzUsuń~ K.
Jestem i najgorsze jest to, że przyszło mi do łba kilka pracochłonnych projektów, a moja doba się jakoś nie chce wydłużyć, a wręcz mam wrażenie, że się kurczy.
UsuńDzięki za miłe słowa i pozdrawiam :)
Dobra, zacznę do odniesienia się do wstępu - wiesz, jeśli mam być szczera to fandom "Naruto" już dawno gryzie piach... ^^'' a przynajmniej w moim odczuciu. Wiele blogów zostało porzuconych, nie powstają nowe, ludzie, którzy kiedyś oglądali tę serię anime "wyrośli" i przytłoczeni obowiązkami życia codziennego skupili się na czymś innym. Na angielskich stronach często mówi się o dzieciakach pokolenia "Boruto", którzy nigdy nie zrozumieją tak do końca, kim byli rodzice ich głównych bohaterów, nie zrozumieją, jakim bohaterem był Naruto, Itachi czy Madara, gdyż dla nich to swego rodzaju mglista opowiastka taka, jak i dla samych latorośli bohaterów, do których my przywykłyśmy. Poza tym pozostaje jeszcze kwestia tego, że nawet jak ktoś próbuje stworzyć coś nowego, to nie spotyka się zazwyczaj ze zbyt wielkim odzewem, żeby nie powiedzieć, że nie doczekuje się go wcale, co demotywuje ludzi do kontynuowania pracy. Wiem to z własnego doświadczenia, bo sama piszę własne opowiadanie, które zwykłam nazywać własnym dzieckiem albo dziełem życia, gdyż jestem tak zadowolona i dumna z wymyślonej fabuły, jednak w zamian za przesiadywanie godzinami przed laptopem nie dostaję nic w zamian. Próbowałam też ciebie zachęcić do czytania, ale nie wyszło. No tak to po prostu jest. Wszystko z czasem przemija i trzeba jakoś to zaakceptować, jakoś z tym żyć. Niemniej, dodam, że ja dla przykładu, mimo iż nie mam nawet jednej osoby, która zostawiłaby mi jakiś komentarz pod moimi wypocinami, wciąż piszę i zamierzam skończyć zaczęte opowiadanie dla siebie. Bo sama czerpię przyjemność z czytania tego, co piszę i "wyzwalania" tego, co skołtuniło się w mojej mózgownicy. Oprócz bloga, na którym publikuję historię z Itachim, posiadam także drugiego, znacznie bardziej popularnego bloga, na którym podstawałam pod niektórymi wpisami blisko trzydzieści komentarzy, więc wiem, jak miło jest, kiedy dostajesz jakiś odzew wzamian za to, co publikujesz, jak to motywuje, ale przy tym jak łatwo jest też wpaść w obsesję pisania "pod publiczkę" i tylko po to, żeby zobaczyć czyjeś wpisy poniżej. Wszyscy mamy różne gusta, więc nie zawsze można liczyć na super-duper wysokie, niegasnace zainteresowanie, a poza tym dochodzi do tego także ludzkie lenistwo i brak czasu na zainteresowania i tworzenie (a nie oszukujmy się, proces twórczy jest czasochłonny), więc... pff, co ci mogę powiedzieć? Masz rację. Masz cholerną rację, ale nic na to nie poradzimy - ani ty, ani ja. Tak to już jest. W ogóle mam wrażenie, że sfera blogowa dobiega swojego końca, bo ludziom zwyczajnie nie chce się czytać. Wiem przez co przechodzisz, bo sama miałam podobny kryzys i z trudem przyszło mi nauczyć sie przestać oczekiwać tych blisko trzydziestu komentarzy i zadowolić się trzema. No ale co zrobisz? Nie zmusisz ludzi, żeby czytali, żeby komentowali, żeby im się podobało. Możesz to tylko albo rzucić, albo przeboleć, licząc na najlepsze. Wiem, że to mało pocieszające i zapewne z wielką chęcią usłyszałabyś jakieś bardziej wspierające słowa, ale nie ma, co tu się oszukiwać i czekać na gruszki na wierzbie. Ciesz się przynajmniej, że twoich prac nikt nie porównuje do zasuszonych, starych marchewek z warzywniaka na przeciwko, tak jak to mnie się zdarzyło ^^'' Ostatecznie pamiętaj, że jakby co to mnie masz na dobre i na złe, nieważne, co byś wrzuciła lub jak długiej przerwy byś nie zrobiła, ja zawsze przeczytam, a później rzucę jeszcze jakiś soczysty, przesadnie długi komentarz, w którym dam upust swojemu słowotokowi C'':
OdpowiedzUsuń~Kita-pon
Dobra, teraz czas na treść właścwią odnoszącą się do samego opowiadania:
UsuńHa, moja pamięć nie jest jednak taka krótka, bo pamiętałam, co działo się w poprzednim rozdziale - lub zwyczajnie kreujesz tak dobre i zapadajace w pamięć scenariusze, że nie miałam problemu z odkopaniem go w swojej pamięci! C:
Shisui jest uroczy ♥ Kocham gościa i mam ochotę go wyściskać xDD Chodź tu stary, dawaj pyska x''DDD
Podobała mi się ta wtrącona wzmianka o jej "opiekunie", bo na początku było to właśnie dla mnie trochę niejasne, kto się nią opiekuje i dlaczego Liv mieszka sama. Teraz jednak już wszystko jasne - ALE TY SOBIE NIE MYŚL, ŻE JA OD RAZU SIĘ NIE SKAPNĘŁAM, ŻE TO CHODZI O KAZAMĘ! YUP, DALEJ JESTEM W TEAMIE CHIKAGE I WYNIUCHAM GO LEPIEJ NIŻ MORO Z ODLEGŁOŚCI KILKU KOLOMETRÓW! XDDD Podobała mi się opisana historia z kina ♥ To pokazuje, że Kazama jest taki... charyzmatyczny? poukładany? Nie za bardzo umiem ubrać w słowa, o co mi chodzi, ale jego zachowanie było miłe ♥ Właściwie to po katastrofie samolotowej mogliby się z Liv trochę do siebie zbliźyć, no bo oboje w żałobie, jedno o drugie mogłoby trochę zadbać... ale rozumiem, że życie pisze czasem różne scenariusze i nie zawsze jest różowo, i moje nastawienie pt. "Don't yell at me, I'm soft. Cuddle me." nie zawsze jest na miejscu i nie zawsze znajduje zastosowanie ^^'' Niemniej, miło by było, gdyby nagle Chikage tak sobie wpadł na pomysł, żeby odwiedzić Senju i sprawdzić jak ta sobie radzi i przy okazji może zauważyć, że ta wyrosła na całkiem ładną i mądrą dziewczynę :D - dziewczynę, do której podbija jakiś Cassanova i któremu najwidoczniej trzeba utrzeć nosa! xDDD Fajnie by też było, gdyby Kazama miał takie dylematy typu, że niby jest opiekunem prawnym Liv, więc próbuje jej trochę "ojcować", ale z drugiej strony przecież nie jest od niej znowu aż tak dużo starszy, a poza tym czuł się samotny po stracie bliskich i chciałby mieć przy sobie kogoś, kto mógłby zrozumieć jego ból... No, chyba poniosło mnie trochę na tym morzu fantazji ^^'' Gomen xp
Itachi, kiedy pojawił się w mieszkaniu Liv, trochę mnie irytował swoją oschłością, ale ostatnią sceną się trochę wybronił C: Mam nadzieję, że nie będzie już taki zarozumiały i trochę spuści maskę buca w następnych rozdziałach, pokazując, co tak naprawdę czuje do Senju (oczywiście we właściwym miejscu i czasie, to znaczy, kiedy będą sami... dopóki nagle przyczajony tygrys, ukryty smok Shisui nie wyleci zza rogu z okrzykiem: "Surprise!" xDDD)
czekam z niecierpliwością na następny rozdział tego opowiadania lub ZR i mam nadzieję, że nie wystawisz nas znowuna tak długi okres posuchy C:
Weny i motywacji! ♥
~Kita-pon
Ładnie ujęłaś wszystkie zgryzoty autora internetowego. Niby człowiek nie pisze pod publikę, ale zawsze ale to ZAWSZE się czeka na odzew czytelnika. Heh, ale cóż zrobić. Nic, głowy się nie urwie.
UsuńA teraz przejdźmy do komentarza treści...
Heh... Mogłam się domyślić, że kto jak kto, ale Ty od razu wyniuchasz Kazamę. Ja nie wiem... Rozumiem, że Madarę wyśledzisz z końca internetów, ale Chikage też? Jesteś lepsza niż pies tropiący XD.
A co do pojawienia się tego pana w tym konkretnym opku... Cóż, nie wiem czy podołałabym AŻ takim komplikacjom XD. Ale, któż to wie, może będzie miał swoje wejście smoka, ale zaznaczam, że WYŁĄCZNIE na chwilę. Przynajmniej jeżeli pomysł z kontynuacją opka nie ewoluuje. Bo to co cały czas czai mi się pod czerepem w żaden sposób nie utrzymuje konwencji słodkiej i puchatej. Ale jak życie da czas, to Sami zobaczyta co wymyślił mój spaczony umysł :"D.
I Kita! Jesteś nastawiona na anty do Itachiego. A jakby nie patrzeć w tym opku nie jest dupkiem. No dobra, trochę jest, ale w granicach rozsądku. Jego ego i arogancja pasuje do mistera placówki, o!
Dzięki za to że trwasz przy mnie i moim blogu. Wspierasz mnie swoją wirtualną obecnością :"D. Buziaki
kyaaa:)
OdpowiedzUsuńco jakiś czas sprawdzałam czy coś jest wstawione i się doczekałam...
ale to prawda era naruto się kończy, czuję się jak wymierający gatunek :(
No, nie? Jesteśmy dinozaurami anime. Boru, boru... jak to w ogóle brzmi :/
UsuńCo z tego że era Naruto się kończy. Ten fandom nadal ma fanów. Jedni aktywni, inni mniej.
OdpowiedzUsuńCo do tego bloga trafiłam tu niedawno i po części przypadkowo, jednak nie żałuję. Wszystkie wpisy już przeczytałam i przyznaję się, ciągle mi mało. Postać Itacgiego jest mi bliska z wielu powodów ale również zdążyłam się dość mocno związać z Liv.
W komentowaniu nie jestem zbyt aktywna ale chcę zawiadomić że zostaję tu do końca tych opowiadań,a nawet dłużej.
To co mogę tu przeczytać jest niebanalne.
Dziękuję za to że prowadzisz tego bloga.
Z niecierpliwością czekam na kolejne rodziały.
Pozdrawiam i życzę weny.
~Agata
Ach, witaj.
UsuńBardzo się cieszę, że zmotywowałaś się do wyskrobania paru słów. Dla Ciebie to kilka minut, a dla mojej weny pokarm na następne godziny siedzenia nad wpisem.
Miło mi, że blog oraz bohaterowie wciągnęli Cię w świat opowiadań. Mam nadzieję, że zostaniesz tu ze mną na dłużej. Każdy czytelnik jest na wagę złota, zwłaszcza dla zmotywowania się do pisania <3.
Dzięki za wenę i również pozdrawiam ciepło. :*
Ok, trzeci raz usunęło mi komentarz, ale jeszcze machnę taki długaśny, obiecuję!
OdpowiedzUsuńYuzuki
Czekam, kurna :"D.
UsuńWróciłaś!!! ;)
UsuńJak widać XD
UsuńPodejrzewam dzikie szekszy *charakterystyczna fala brawami*
OdpowiedzUsuńCzy opiekunem Liv jest Kakashi?
Powiem szczerze, będąc dzisiaj na spacerze, przypomniałam sobie o twoim blogu. A nie było mnie tu, bodajże, kilka lat. Możesz nie pamiętać, bo wiadomo, anonim. Bardzo lubiłam twój styl pisania, więc kiedy przypomniałam sobie o tej stronie, rozpoczęłam poszukiwania. I tak oto tu jestem~
Pozdrawiam
Życzę weny
Czekam na kolejny rozdział.
O boshe... NIE! Seksy za szybko, to są nastolatki i do tego nieukierunkowane uczuciowo. Wstrzymaj szalejącą wyobraźnię XD.
UsuńMiło, że ponownie do mnie zajrzałaś po kilku latach. To miłe jak czytelnicy wracają na stare śmieci i odkrywają, że ja nadal siedzę na tej kupce gruzu zamiast skupić się na normalnym życiu XD.
Dzięki za wenę i ja również pozdrawiam <3
Jestem pod wielkim wrażeniem Twojej osoby.
OdpowiedzUsuńProwadzisz ten blog od 2013 roku... Mimo, że niekiedy można było zaobserwować "gorsze dni" to Twój styl pisania i wykreowane przez Ciebie postacie wynagradzają wszystko z nawiązką.
Z zasady nie jestem osobą komentującą, zazwyczaj czytam nie zostawiając po sobie "śladów", jednak czytając Twojego bloga i notkę nad tym rozdziałem nie mogę zostać bez głosu.
Życzę Ci dużo weny, pomysłów na nowe przygody bohaterów i wiedz, że fandom Naruto żyje, mimo iż może wydawać się na odwrót. Jest wiele dziewczyn oglądających "Naruto", ale bojących się mówienia o tym głośno. A jeśli zaś chodzi o chłopaków to rzadko kiedy spotykam sie z jakąś aktywnością z ich strony (Ale nie przeczę, że takich, którzy komentują nie ma).
Ach, bardzo mi miło. Nawet nie zwróciłam uwagi, że juz minęło tyle lat odkąd narodził się ten blog. Pięciolatek... kurde, gdyby to było dziecko to już niedługo szłoby do szkoły^^.
UsuńCieszę się z pozostawionego przez Ciebie śladu. Wiele on dla mnie znaczy zwłaszcza, że dopadł mnie kryzys. Są lepsze i gorsze dni, ale wiedz, że się nie poddaję, więc czasem zerkaj tu do mnie. Prędzej czy później jakiś rozdział wypłynie na powierzchnie, ponieważ lubię pisać. Jeszcze się nie znudziłam, chociaż życie męczy bardziej niż kilka lat temu.
Dziękuję Ci za komentarz, bo to one karmią wenę. Pozdrawiam ciepło <3
Czekałam na rozdział Puchatej Historii od kwietnia, a przegapiłam publikacje. Wstyd. :(
OdpowiedzUsuńNiestety też zauważyłam, że fani "Naruto" przestają tworzyć. Myśle, że jest to spowodowane głównie rozwiązaniem wszystkich wątków oraz pokazaniem kto z kim w końcu został parą, bo gdy cała historia była w pewnych momentach owiana tajemnicą, to aż sama pobudzała wyobraźnie, ludzie tworzyli shippy na podstawie najdrobniejszych gestów postaci, a co nam pozostało teraz? Wiemy, że Naruto wybrał Hinate i został Hokage, znamy jego dzieci, Sasuke w jakimś sensie został "udomowiony", więc za wiele nie zostało do dodania. Jeżeli cokolwiek zostało. Smutne, ale prawdziwe. Osobiście twierdze, że dla moich dzieci " Naruto" to będzie lektura obowiązkowa, więc może ci co jeszcze nie oglądali/czytali o losach Naruto jeszcze przeczytają i sami coś stworzą ;)
Shisui jest cudowny! Kocham go normalnie i szkoda, że nie droczył się z Itachim trochę dłużej ;p I wciąż licze na to, że między nim i Liv coś zaiskrzy, żeby Itachi mógł się poczuć trochę zagrożony ;D
Mam nadzieję, że następny rozdział Puchatej Historii nie będzie po blisko roku, bo to moje ulubione opowiadanie na Twoim blogu ;D
Zdrowia dla Liv, weny dla Ciebie i pozdrawiam ;*
O kurcze, zapomniałam odpowiedzieć na komentarz... Przepraszam <3
UsuńA teraz przejdźmy do meritum... Myślę że możesz mieć rację. To jak zakończyła się historia, takim drastycznym happy endem, zabiło erę fanfików. Serio, autor mógł sobie darować to budowanie rodzin. Powiedziałabym, że się zagalopował o jeden odcinek za dużo. To było takie... cukierkowe...
Co do opowiadania, cieszę się, że mój Shisui budzi taką sympatię. Nawet nie myślałam, że tak go polubicie i że w sumie będzie takim motorem napędowym opowiadań. Bohater skarb, ot co.
Dziękuję za wszystkie miłe słowa, wenę przygarniam i również pozdrawiam. Wesołego Alleluja <3