Hej, Robaczki.
Wiem, że pewnie mało emocji i interakcji w
rozdziale, ale na razie tak musi być. Wiadomo na wszystko potrzeba czasu, a na
pewno jest potrzebny do przystosowania się bohaterów do nowej sytuacji.
Czytajta, delektujta się i uważać na błędy. Bo jak zwykle niebetowane. Ciaooo
:D.
Kazama otworzył powieki, niechętnie zerkając na
drzwi. Kiedy silne i wyraźnie niecierpliwe pukanie się powtórzyło, powoli się
podniósł. Nie wiedział kim może być intruz zakłócający jego spokój, ale jeżeli
nie miał ku temu dobrego powodu, to pożałuje. Pokrzepiony tą myślą, sięgnął po
szlafrok narzucając go na ramiona. Niespiesznym krokiem dotarł do drzwi, zaraz
naciskając na klamkę. To kogo tam zobaczył sprawiło, że zamarł, tak samo jak
jego niespodziewany gość. Kiedy minął pierwszy szok, postanowił się odezwać.
— Cóż za niespodzianka. — Kazama oparł się
nonszalancko o futrynę, mierząc zaskakującego gościa zaciekawionym spojrzeniem.
To że zadała sobie trud aby go odnaleźć stanowiło swoisty ewenement. Do tej
pory to on zabiegał o spotkania, a w zasadzie stawiał się na miejscu. — Kopę
lat, Liv.
— Musimy pogadać.
— Chętnie — przytaknął Kazama, zaraz uśmiechając się
złośliwie. — Ale może rano. — Już przymierzał się do zamknięcia jej drzwi przed
nosem, ale nie zdążył. Nie to żeby bardzo się starał. Zaśmiał się cicho, gdy w
oka mgnieniu go minęła. Zaraz jednak przywołał się do porządku i westchnął z
udawanym znudzeniem. — W porządku, może być dziś. Skoro tak bardzo ci zależy.
Rozbawiony rozsiadł się w głębokim fotelu, spod rzęs
obserwując jak nerwowo miota się po pokoju nie wiedząc jak rozpocząć rozmowę. I
o ile w innym wypadku chętnie by popatrzył na to dłużej, to z racji później
pory Kazamy priorytety znacznie się zmieniały. Co jak co, ale cenił sobie
spokojny sen.
— Nie mam całej nocy.
— Nie stawiłeś się na spotkanie — wydusiła z
wyrzutem, w końcu na niego patrząc.
— Owszem. — Podpierając się na ręce, spojrzał na
horyzont za oknem. Nie mógł tego okazać, ale teraz, musiał zmienić swoje
podejście. Przynajmniej do czasu jak nie ogarnie burzy, która wisiała w
powietrzu. Bo to, że nadejdzie było oczywiste. Teraz tylko pytanie kto znajdzie
się prosto w oku cyklonu? — Zapominasz, że mam również inne zobowiązania.
— Wiem, ale mogłeś zostawić jakąś wiadomość. — Liv
spojrzała mu prosto w oczy, zaciskając mocno usta. — Wystraszyłeś mnie.
Tylko odrobinę poczuł się winny.
— Żyję, możesz wracać do wioski.
— Kazama, co się dzieje? Zapadłeś się pod ziemię na
kilka miesięcy. — Liv spojrzała z niezrozumieniem na demona. Ich relacje, nagle
uległy ochłodzeniu. Zupełnie nie rozumiała dlaczego trzymał ją na dystans. Tak,
zauważyła to już dwa spotkania wcześniej, ale zrzucała to na karb zmęczenia. Bo
obowiązki, bo dalekie podróże. Ale widziała, że coś nie gra. Nawet wzrok Kazamy
nagle się zmienił. Nie patrzył na nią tak jak dawniej. Czuła przez skórę, że
coś się wydarzyło. Owszem, ona też była zabiegana. Członkowstwo w ANBU nie było
sielanką, ale… Krótko mówiąc, oczekiwała wyjaśnień. — Nielubię niedomówień i
ścigania duchów.
— Podobno tym właśnie zajmuje się twój oddział.
— Chcesz mnie rozdrażnić? — Liv zmrużyła złowrogo
powieki.
— Nie, Liv. Na ten moment chciałbym się przespać. —
Kazama westchnął ciężko, podnosząc się z fotela, i podchodząc do lóżka.
Wyczuwając świdrujące spojrzenie na swoich plecach, uśmiechnął się pod nosem. —
Nie wiem jak ty, ale ja mam bardzo napięty grafik i cenię sobie każdą chwilę
odpoczynku.
— Nie uciekniesz przed odpowiedzią — sapnęła zła,
stając tuż przed nim i stukając go palcem w pierś. — Ani przede mną.
— Och, ależ nie zamierzam. — Kazama bez
zastanowienia zrzucił szlafrok, z satysfakcją słysząc cichy pisk. — Jeśli
zechcesz to nawet pozwolę ci spać obok.
— Mogłeś uprzedzić, że jesteś nagi!
— Po co? Przecież nie byłem, a nie spodziewałem się,
że zabawisz tak długo, Liv.
— Rano pogadamy.
— Jak sobie życzysz. Aczkolwiek chciałbym zaznaczyć,
że nie ma żadnych wolnych pokoi w okolicy.
— Jak już raczysz się okryć, to wystarczy mi fotel —
mruknęła z niechęcią Liv, zaraz na nim siadając i podpierając się na łokciu. —
Zresztą to moja gwarancja, że nie uciekniesz.
— Skoro to cię satysfakcjonuje…
Kiedy miał pewność, że zasnęła Kazama wymknął się z
pomieszczenia, przysiadając na barierce i patrząc na horyzont. Nie tak
wyobrażał sobie to spotkanie. Przede wszystkim, Liv znalazła go za szybko.
Potrzebował znacznie więcej czasu na dopracowanie zamierzonego planu, ale jak
zwykle wszystko wzięło w łeb. Chociaż?
Zamyślając się, przeczesał palcami włosy. Skoro już
do niego przyszła to może jednak przyśpieszy realizacje pierwszej jego części.
W zasadzie wszystkie potrzebne pionki są już na szachownicy, więc wystarczy
wykonać ruch. Później wszystko potoczy się samo. Niezdecydowany obejrzał się
przez ramię, zerkając na śpiącą w fotelu dziewczynę.
~oOo~
Liv obudziła się dziwnie wsypana i ze zdecydowanie
zbyt mało zdrętwiałym karkiem. Pomyślała, że to prawdopodobnie towarzystwo
Kazamy tak wpłynęło na jej organizm, co przyjęła z zadowoleniem. Wciąż z
zamkniętymi oczami westchnęła cicho, doceniając ten fenomen. Życie kunoichi
nauczyło Senju bez szemrania akceptować takie małe cuda, zamiast niepotrzebnie
analizować. Zwłaszcza jak się trafiały po trudniejszych misjach.
Mrucząc pod nosem przeciągnęła się rozkosznie, zaraz
gwałtownie otwierając oczy. Cuda cudami, ale po czymś takim powinna mieć
bliskie spotkanie z podłogą, albo przynajmniej poczuć ograniczenia fotela. Zaintrygowana
fenomenem, momentalnie poderwała się do siadu.
No tak, mogła się domyślić, że Chikage jak zwykle
postąpi po swojemu. Sam gdzieś zniknął, natomiast Liv przeniósł do lóżka.
Musiała być naprawdę zmęczona ściganiem go, bo nic nie poczuła. Nawet tego jak
pozbawiał ją obuwia.
Sfrustrowana szybko skoczyła na równe nogi. Miała
nadzieję, że Chikage wciąż kręcił się po zajeździe, bo jakoś nie uśmiechało się
Liv ponownie na niego polować. Tym bardziej, że z jakiegoś powodu skrupulatnie
zacierał za sobą ślady.
Wyczuwając Kazamę w podziemiach, szybko ruszyła jego
tropem. Musiała z nim porozmawiać. Zmusić go do wyjaśnień. Miała dość
niedomówień. Ponaglana tą myślą, błyskawicznie znalazła się przy wrotach
komnaty, zaraz zatrzymując się w pół kroku. Bo z tego co słyszała, Chikage
zdecydowanie nie był sam.
— Czcigodny, sprawa Łowców nie jest prosta. Musimy
się dobrze do niej przygotować.
Liv uchyliła bezszelestnie drzwi. Cóż, Chikage
zazdrośnie bronił jej dostępu do społeczności demonów, więc teraz miała
doskonałą okazję aby kilka poznać. To znaczy bardziej podsłuchać, ale i to
doceniała. Przez niewielką szparę dostrzegała siedzącego na bogato zdobionym
fotelu Kazamę, a koło niego kręcili się jacyś starcy. Szybko się domyśliła, że
to musieli być jego doradcy.
— Powinniśmy przeprowadzić zebranie, przeanalizować
wszystkie za i przeciw.
— Im dłużej zwlekamy, tym bardziej się panoszą —
zauważył Chikage, podpierając się na łokciu i patrząc ze znudzeniem na pobratymców.
— W ogóle ta rozmowa nie powinna mieć miejsca.
Zwłaszcza tu. — Demon o lasce, stanął przed Kazamą. — Ktoś może nas podsłuchać.
— Nie martw się. Bariera nie przepuści ludzi.
— Ale…
— Zwołałem was tu aby uniknąć wścibskich uszu. Jak
wiecie jest kilka nazwisk, którym nie po drodze to, że ja jestem u władzy.
Dlatego wróćmy do tematu.
— Bez planu to zbyt duże ryzyko, Czcigodny.
— Na wszystko potrzeba czasu i spokojnej głowy. —
Brodaty demon, przejrzał trzymane dokumenty, zaraz pukając palcem w jeden z
nich. — Musimy przede wszystkim przeliczyć broń, że już nawet nie wspomnę o
skompletowaniu zaufanej grupy, która będzie ci towarzyszyć, Czcigodny.
Strategia to podstawa, jeżeli chcemy wygrać tę wojnę. Bez zbędnych strat.
— Nadal twierdzę, że udział Czcigodnego w walkach
jest zbędny — rzekł ten o lasce, nerwowo postukując nią o kamienną posadzkę. —
Tym bardziej, że Czcigodny nie masz żadnego dziedzica. Nie mamy alternatywy.
— Zakładacie że przegram? — Kazama uśmiechnął się
krzywo, odchylając dumnie na fotelu.
— Głupotą byłoby nie branie tego pod uwagę, Czcigodny.
— Gdybyś miał dziecko…
— Tak, wiem. Za każdym razem mi o tym przypominacie,
a ja wam za każdym razem przypominam, że pracuję nad tym już od lat.
— Wiemy o twoich wizytach w Konoha, które swoją
drogą są ryzykowne — wytknął najstarszy demon, krzywiąc się malowniczo. — Po co
zabiegać o córkę Aiki, jak możesz skorzystać z Kaoru. Pochodzi z silnego rodu.
— Nie tak silnego jak Senju — zauważył Kazama, a w
jego oczach błysnęła stal. — Zdecydowałem. Chcę najpotężniejszego dziedzica. A
dziewczyna najwyraźniej już jest gotowa. Sama do mnie przyszła.
— To małolata… Z całym szacunkiem dla rodu jej matki
to jednak uważam…
— Ten temat w ogóle nie podlega dyskusji — uciął
lodowym tonem Chikage, mrożąc demona spojrzeniem.
Liv już dalej nie słuchała. Nie była w stanie. Po
cichu skierowała się do wyjścia, z trudem hamując cisnące się do oczu łzy
goryczy. Było jej przykro, czuła się zdradzona i upokorzona. Myślała, że
łącząca ich więź jest prawdziwa. Kazama, najbliższa osoba po śmierci ojca…
Przez tyle lat ukrywał prawdziwy motyw, sprawnie nią manipulując. A ona głupia,
mu ufała. Jak nikomu innemu. W głowie miała pustkę, czuła się niezdolna do
uformowania żadnej logicznej myśli. Kroczyła korytarzami jak pijana, sunąc
dłonią po ścianie aby się nie przewrócić. Miała wrażenie jakby ktoś uderzył ją
obuchem.
~oOo~
Kazama z hałasem
odstawił szklankę na najbliższy stolik, mocniej odchylając się na oparciu.
Patrząc na sufit usiłował wyciszyć emocje, które aż w nim buzowały. Wciąż się
nie otrząsnął po walce na peryferiach Wioski Liścia, z trudem tłumiąc gniew.
Niemal wrzał i tylko kwestią czasu było, kiedy wreszcie wybuchnie.
Jak tylko
pojawili się w rezydencji, przejawiał ogromną ochotę aby skręcić kark
sprawczyni całego zamieszania w Konoha. I chyba nawet Kaoru była tego świadoma,
bo gdy tylko spojrzała na jego twarz zaniechała jakichkolwiek tłumaczeń szybko
się ewakuując. Ale to dobrze, że wreszcie zadziałał jej instynkt
samozachowawczy. Bo wyłącznie to, uchroniło ją przed trwałym kalectwem.
Zirytowany
przymknął na chwilę powieki, wzdychając ciężko. Wciąż niedowierzał, że Kaoru
postąpiła tak głupio. Tyle czasu tolerowali delegata z Kumo, a ona nagle wpadła
na pomysł, że go wyeliminuje. Tak po prostu. Wstała rano i nad owsianką
zadecydowała. Aż zaśmiał się cicho z politowania. Naprawdę ta dziewczyna wystawiała
jego cierpliwość na próbę. Zwyczajnie pchała się do grobu.
Kazama potarł
dłonią szczękę, wstał i podszedł do gabloty. Patrzył na zestaw pieczęci swoich
poprzedników, zamyślając się głęboko. Wiedział, że fucha Lidera to nie tylko
prestiż, ale to co działo się ostatnimi czasy przekraczało wszelkie granice.
Problem gonił problem. Jak nie znikające demony, to wałkowanie sprawy majątku
Aiki. A jak ten temat się pobratymcom nudził, to sprawnie przechodzili do
podnoszenia mu ciśnienia czy aby na pewno ma kompetencje do piastowania swojego
stanowiska. A jak i to w miarę uciszył, to wtedy wyskakiwała jak diabeł z
pudełka, Kaoru. Doprawdy, gdyby nie to, że wszystkie demony mają naturalnie
białe włosy, to jak nic by się ich dorobił dzięki towarzyszom. Czy to była
jakaś kara? Obraził któregoś z Bogów i tak się odwdzięczają?
Skonsternowany
pomasował zdrętwiały kark, zaraz mieląc w ustach barwne przekleństwo, kiedy
dotarło do niego ciche pukanie. Jeżeli sądził, że milczeniem odstraszy intruza
to bardzo się pomylił. Doradca jakby nigdy nic wszedł do pomieszczenia,
kłaniając się z szacunkiem i niezrażony ponurym spojrzeniem Kazamy, zaczął
mówić.
— Nie można tak
tego zostawić, Czcigodny. Zamykając się tutaj, nic nie osiągniemy… — Kiedy
Chikage wciąż milczał, sędziwy doradca poprawił dłoń na lasce przyglądając się
mu uważnie. — Panie?
— Nie chcę, ale
słucham.
— Panienka
Kaoru, czeka w sali źródlanej.
— To sobie
poczeka — syknął, mrożąc starca spojrzeniem.
— Czcigodny
uważam…
— Nie mam ochoty
na nią patrzeć. — Usiadł siląc się na spokój, ale palce niczym zdrajcy
zaciskały się na podłokietnikach tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.
— W pełni
zrozumiałe, ale trzeba to wyjaśnić. Powziąć jakieś kroki.
— Niby jakie? Na
ten moment jestem bliski wpakowania jej w worek i wrzucenia do rzeki.
— To…
—
Niehumanitarne?
— Cóż…
— Naprawdę nie
wiem co można zrobić z tą upartą kobietą. — Kazama westchnął ciężko, opierając
się wygodniej. — Może coś zasugerujesz, bo mnie się skończyły pomysły.
—
Zaproponowałbym jakieś zajęcie, daleko od Czcigodnego, ale… cóż, czasem takie
przypadki lepiej trzymać blisko. Dla bezpieczeństwa.
— Czyli niewiele
pomogłeś — prychnął Chikage, sięgając po karafkę i nalewając hojnie alkoholu do
szklanki. — Na ten moment przekaż Kaoru, że nie chcę jej widzieć. Lepiej dla
niej żeby nie wchodziła mi w drogę. — Upijając łyk, delektował się smakiem i
zapatrzył się na ogień w palenisku. Przyjemna, ciepła łuna bijąca od niego
ogrzewała mu skórę, przynosząc ukojenie i obiecując miły, relaksujący wieczór,
oczywiście jeśli ugasi pożar po akcji w Konoha. Przypominając sobie o tym
fakcie, zaraz skrzywił się mocno i odwrócił do wciąż czekającego doradcy. —
Oczywiście, ma zakaz opuszczania okolicy. A teraz potrzebuję zostać sam.
~oOo~
Liv
bezszelestnie opadła na trawę, patrząc spod oka na towarzysza. Dziwnie uwierał
ją fakt, że Shisui został oddelegowany z nią do pracy. I tak, wiadomo, że
często pracowała w duecie, ale teraz było inaczej. Nie wątpiła, że miało to
związek z amnezją. Pełnił rolę niańki żeby interweniować jakby jej nagle
odbiło. To się nazywa zaufanie — pomyślała kpiąco, uśmiechając się krzywo na
widok idącego w ich stronę Itachiego. Chwilami — często — zastanawiała się cóż
takiego skrywały wspomnienia, że tak na nią chuchano i dmuchano. W końcu
zadania ANBU nie były podwieczorkiem przy herbatce, a tu po zmianie szeregów,
tak się wszystko pogmatwało. O co do diaska chodziło?
— Jesteście.
— A i owszem,
kuzynie. — Shisui kiwnął na powitanie reszcie oddziału, którzy na ich widok
momentalnie zaczęli zacierać ślady po obozowisku. — Gotowi?
— Kończymy się
organizować. — Itachi obrzucił oceniającym spojrzeniem Liv, gdy ta ścierała
śluz z ramienia po zniknięciu Katsui. Miał masę pytań, które chciałby zadać,
ale… cóż, amnezja wszystko zniweczyła.
Słysząc głośny
trzask odwrócił się w stronę powozów, zaciskając usta. Dziwne przeczucie nie
opuszczało go od samego rana, ale nie potrafił wytłumaczyć skąd się to wzięło. Wszystkie
zmysły miał postawione w stan gotowości, zupełnie jakby czekał na grom z
jasnego nieba. Było to frustrujące i męczące. Przecież dziś nareszcie miało być
z górki. Wracali do domu, gdzie czekał ich upragniony odpoczynek. Z tą myślą, potarł
nasadę nosa, wzdychając ciężko.
Instynkt
podpowiadał mu, że coś jest nie tak, tylko nie potrafił określić co. Czy
chodziło tu o jego drużynę, czy o Teleportera i Senju? Dumając nad tą kwestią zmrużył
powieki, wyczuwając towarzystwo u boku.
— Nie
próżnujesz, zdobyłeś nowy harem — parsknęła Senju, zerkając spod oka to na
Itachiego to na rozgadane kobiety. Po chwili jednak uśmiech zszedł jej z
twarzy. — Uchiha, dlaczego jak zwykle jesteś faworyzowany…
— Nie rozumiem.
— Dostałeś więcej
ludzi od Samona — burknęła wyraźnie zniesmaczona, krzyżując ręce na piersi.
— Nie bądź
śmieszna, oddziały były identyczne.
— Ta? — Liv
łypnęła na rozmówce z politowaniem. — Ciekawe, bo jakbym nie liczyła to
wychodzi mi dziesięciu ANBU.
— Senju, wiem,
że matematyka nie jest twoją mocną stroną, ale nie kompromituj się bardziej —
prychnął zirytowany, mimo wszystko patrząc na podwładnych. Kiedy upewnił się,
że Senju bredzi i powinna wrócić do akademii aby się douczyć podstaw, nagle coś
sobie uświadomił. Nigdzie nie dostrzegał kobiety, która napsuła im najwięcej
krwi podczas tego zadania. — Gdzie jest niby dziesiąty?
— Krążył przy
lesie.
— Shisui, trzeba
przeczesać okolice, po cichu — zwrócił się do kuzyna, zaraz przywołując
zastępcę. — Zlokalizuj mi, panią wieczny problem.
— Coś się stało?
— Mężczyzna zmierzył go czujnym spojrzeniem zza otworów w masce, momentalnie
ruszając za nim.
— Oby nie.
Liv powoli
przechadzała się po polanie, kątem oka obserwując unieruchomionych przy
powozach bandytów. Byli dziwnie napięci, pobudzeni wręcz, w swoich więzach,
jakby na coś czekali. Ten fakt ją zaciekawił. Czyżby ewentualny uciekinier miał
sprowadzić wsparcie? Dumając nad tym, spojrzała w kierunku Itachiego tkwiącego
przy grupie kobiet. Co dziwne, wszystkie patrzyły na niego oraz jego towarzysza
nieufnie, zupełnie jakby to oni winni byli doznanych krzywd. Ten wniosek tak
zaskoczył Liv, że mimowolnie ruszyła w ich kierunku. Bo już samo to, że nie
padały Itachiemu do stóp pod wpływem legendarnego już magnetyzmu klanu Uchiha
był dziwny, to fenomenem okazało się to co zdarzyło się później. Otóż wywołała
do przesłuchania kobieta, nie tylko nie miała ochoty rozmawiać z Itachim, ale
również usiłowała się wyrwać ze stalowego uścisku zastępcy. I nie, nie po to
aby uciec, ale żeby przyłożyć dowódcy oddziału.
Dla Liv stanowił
to taki szok, że aż uchyliła usta w niedowierzaniu. Zwyczajnie nie mogła tego
przedstawienia przegapić.
— Ostatni raz
pytam, gdzie jest blondyna?
— A ja ostatni
raz mówię, że nie wiem i guzik mnie to obchodzi — prychnęła kobieta, odwracając
demonstracyjnie głowę. Zaraz jednak zaśmiała się z pogardą. — I to są jakieś
kpiny. Ciągle bredzicie o naszym bezpieczeństwie, a zwykła baba zrobiła z was
durniów. Przechytrzyła elitarny oddział Konohy.
— Jak wolisz. —
Itachi uścisnął grzbiet nosa, wyraźnie siląc się na spokój. Kiedy jednak
ponownie spojrzał na kobietę, w jego oczach lśnił złowieszczy Sharingan.
Widząc to, Liv
aż zamarła, bo od kiedy Uchiha używał technik ocznych na cywilach? Był
nieznośny, ale też genialny i to co teraz zamierzał było skrajną głupotą,
zupełnie niepodobną do niego. Czyżby ta misja tak mocno wyprowadziła go z
równowagi? A może wydarzenia w Konoha tak nim wstrząsnęły.
— Chwila. — Nim
się zastanowiła już stała przed nieznajomą, zaciskając usta. Nie wiedziała co
jej najlepszego strzeliło do głowy aby się wtrącić, ale skoro już powiedziała A
to wypada powiedzieć B. — Nie bruźdź sobie w papierach, Uchiha.
— Senju, zejdź
mi z drogi.
— Nie.
— Słucham?
— Słyszałeś —
wysyczała, ignorując wyraźną groźbę rychłej śmierci w głosie Itachiego, jeżeli
zaraz nie przestanie się udzielać. Cóż, na usprawiedliwienia miała to, że nie
pozwalając na tę głupotę odrobinę się wybielała. Zagłuszała poczucie winy.
Gdyby nie zawaliła tamtej misji to jego brat… Może miała amnezję, ale rozumiała
czym są więzy krwi. To jest ta najbardziej prawdopodobna przyczyna tej
nerwowości Uchihy. — Po co masz sporządzać kilometrowy raport, skoro Teleporter
już wraca ze zgubą.
Jak na zawołanie
na polanie pojawił się Shisui, kładąc na ziemi przyczynę całego zamieszania.
Uśmiechnął się do nich zadowolony, sekundę później poważniejąc.
Nie było go może
z piętnaście minut, a już wyczuwał niezdrową atmosferę w szeregach. Czyżby w
tak krótkim czasie Itachi i Liv zdążyli sobie skoczyć do gardeł? Najwyraźniej
tak, bo patrząc po ich minach właśnie miało dojść do rękoczynów.
— Musiałeś
pozbawić ją przytomności? — Liv odetchnęła bezgłośnie, sprawnie wymijając
Skrytobójców i pochyliła się nad uciekinierką, odganiając na bok jasne włosy
aby sprawdzić puls.
— Właśnie nie. Co
ciekawe, taką ją znalazłem — przyznał, nerwowym gestem przeczesując grzywkę. —
Może z kimś się spotkała i ten ktoś to zrobił.
— Po co, to bez
sensu. — Itachi kucnął obok Senju, przyglądając się kobiecie. Dziwne, bo nigdy
by nie pomyślał, że to właśnie ona spróbuje uciec. Kojarzył ją wyłącznie
dlatego, że była bardzo podobna do członków klanu Yamanaka i nawet przez moment
zastanawiał się czy nie są spokrewnieni.
Jednak zaraz
porzucił tę myśl skupiając się na obowiązkach i rozdzielaniu zadań. Tak to w
żaden sposób nie wyróżniała się na tle grupy. W zasadzie, kiedy wichrzycielka
rozpoczynała nowe burze to ona wraz z innymi, wyraźnie się od niej odcinała.
Czyżby właśnie dzięki temu uśpiła ich czujność? Udając uległość?
— A co to takiego?
— Liv już sięgała do uda nieznajomej, aby odsunąć materiał sukienki, gdy
poczuła silne pchnięcie i poleciała plecami na trawę. Ze zdumieniem wgapiała
się na przygniatającego ją Itachiego i nim ogarnęła co się dzieje, usłyszała
eksplozję od której aż zadzwoniło w uszach.
Próbując się
rozeznać w sytuacji patrzyła na krzyczącego Uchihę, który najwyraźniej wydawał
instrukcje. Tak wnioskowała, bo na ten moment prawie nic nie słyszała poza
głośnym piszczeniem. Gdziekolwiek zdetonowano ładunek, musiało być naprawdę
blisko, bo miała wrażenie, że mózg zaraz wypłynie jej uszami.
Mamrotając pod
nosem ciche przekleństwa, zmrużyła powieki usiłując zepchnąć z siebie towarzysza.
— Złaź, Uchiha!
— Ogarnij się,
Senju! Nie mam czasu, cię niańczyć!
Aż się
zagotowała na takie insynuacje, ale nim zdążyła odpowiedzieć ciężar zniknął.
Furcząc pod nosem, całkowicie odruchowo zablokowała lecący kunai i wciąż
złorzecząc na Itachiego mimowolnie próbowała ogarnąć skąd dochodziły ataki.
Było to o tyle trudne, że najbliższą okolicę spowijał gęsty dym i nijak nie
szło go rozwiać.
— A żeby cię,
cholera wzięła, Uchiha.
W normalnych
warunkach walka w nim nie stanowiła dla ANBU problemu, bo można powiedzieć, że
wyrównywał szanse obu stron. Nikt nie miał przewagi. Jednak, tu dochodził nowy
problem, osób postronnych. Oni łatwo mogli oberwać rykoszetem.
Ledwie o tym
pomyślała, a już musiała zablokować atak tuż przed spanikowaną kobietą, a druga
tylko cudem nie została spalona na wiór. Nie wiedziała kto odpowiadał za tę technikę
ogniową, ale na pewno nie Uchiha. Gdyby była ich dziełem to nie zostałby po
niej nawet popiół.
Uskakując przed
kolejnymi atakami, syknęła cicho widząc cienie walczących. W oparach dymu co
jakiś czas migały jej prześwity technik co nie wróżyło zbyt szybkiego końca tej
napaści. Przeciwnik znał się na rzeczy.
Skacząc na plecy
jednego z napastników, mimowolnie pomyślała o Itachim. Naprawdę była pełna
podziwu, niechętnego, ale jednak, że Uchiha tak szybko zareagował. A na pewno
też został ogłuszony. Chociaż, może genialne geny jego klanu na to nie
pozwalały? W każdym razie, jak zwykle zareagował tak jak przystało na geniusza.
Błyskawicznie.
— Liv, nie da
się walczyć w tych warunkach. — Znikąd obok niej zmaterializował się Shisui,
rozglądając się nerwowo i wpychając katanę do kabury na plecach. — Słuchaj,
niech ANBU zajmie się walką, a my skupmy się na cywilach. Bo jak dalej pójdzie
to skończymy bez świadków.
— Nie znamy ich
liczby — zauważyła logicznie, błyskawicznie łapiąc za kostkę przebiegającą
kobietę, która tylko dzięki temu uniknęła ścięcia ostrzem czakry. — Mają
rozmach, skubańcy.
— Pewnie
najemnicy — stwierdził, zawieszając spojrzenie na wciąż nieprzytomnej
blondynce. — Dobra, zacznijmy od niej, bo i tak większość prysnęła w las.
Trzeba wyciągnąć stąd pozostałe.
— Ciężka sprawa.
— Liv skrzywiła się malowniczo na dźwięk kolejnego wybuchu. — Jak się dzielimy?
Ja wyławiam, ty ogarniasz resztę?
— Dlaczego tak?
— Wykorzystasz
klanowy urok, będzie ci łatwiej.
— Itachiemu
jakoś nie pomógł.
— Bo to dupek —
wyjaśniła przewracając teatralnie oczami. — Okej, nie żałuj czakry, będziesz
punktem orientacyjnym.
W centrum
rozgrywającej się bitwy, Liv czuła się jak ryba w wodzie. Błyski, huki oraz
ogólna dynamika zdarzeń to było coś co rozumiała, znała i do czego ją szkolono.
Owszem, nie walczyła, ale wyłapywanie niedoszłych ofiar gangu również nie
należało do zadań prostych.
Po kilku
bezowocnych próbach rozmowy i wyjaśnienia, że ona jest tą dobrą z którą będą w
jakimś stopniu bezpieczne, w końcu odpuściła. Wyłapywała je i podrzucała
Shisuiemu, prawie jak worki ziemniaków. Zanim się orientowały co się dzieje,
już stały przed Teleporterem, a ona znikała szukając nowej zdobyczy.
Kiedy ucichły
wrzaski, przykucnęła przy połamanym pniu, usiłując się skupić. Potrzebowała
tymczasowej ochrony, aby pomyśleć i na spokojnie przesiać teren. Po ciszy
przerwanej hałasem jutsu wnioskowała, że ilość cywili do wyciągnięcia spadła, a
to oznaczało, że jej zadanie miało się ku końcowi. Kiedy upewniła się, że
walczący są wystarczająco daleko, przymknęła powieki. Nie znała ich dokładnej
energii życiowej, ale postanowiła sugerować się zachowaniem. Jeżeli uciekały od
zamieszania to raczej były cywilami. Przynajmniej w teorii. Nie minęła chwila,
a już zlokalizowała dwie ostatnie kobiety.
~oOo~
Kazama otarł krew z ostrza, patrząc na morze ciał.
Jeszcze żaden z Królów Demonów nie wypowiedział jawnej wojny Łowcom, ale nie
żałował swojej decyzji. Po pierwsze ich klany rozrosły się do niemożliwych
rozmiarów, zaburzając równowagę, po drugie ich macki zaczęły sięgać za daleko.
Niebezpiecznie wkraczali na tereny w które nie powinni się zapuszczać. Nie,
kiedy Chikage miał coś do powiedzenia w tym temacie.
Wiadomo, istniało ryzyko, że przegrają i ich rasa
przestanie istnieć, ale gra była warta świeczki. Nie mogli tak żyć. Dawniej
klan Łowców był wierny starożytnym rytuałom i dlatego polowali na Demony, teraz
zaczęli ich traktować jako sposób do szybkiego wzbogacenia się. Kazama postawił
sobie za cel, aby to ukrócić. Coś takiego nie mogło mieć miejsca za jego
panowania.
Uśmiechnął się drapieżnie do swoich towarzyszy.
Skompletował ich z najbardziej zaufanych zwolenników i się nie zawiódł. Każdy gotowy
był oddać za niego życie, co niejednokrotnie udowodnili w walce. Czuł, że
jeżeli tylko by zapragnął to razem z nimi mógłby podbić świat. Tylko po co?
Chikage jakoś nigdy nie pociągała władza absolutna. Chowając broń, spojrzał na
zachodzące w oddali słońce.
— Czcigodny, wracamy?
— Tak, najwyższa pora wrócić do domu. — Kazama
ruszył przed siebie, mrużąc powieki gdy uderzył w niego silny wiatr. Ciekawiło
go co zastaną po powrocie. Nie wątpił, że co najmniej kilku pobratymcom
pomiesza szyki wracając żywy, ale… cóż, byli głupcami jeśli sądzili, że da się
zabić.
~oOo~
Liv sapnęła
głośno czując jak po palcach spłynęła jej krew. Zaciskając zęby, boleśnie
ucisnęła zraniony bok. Cóż, pretensje mogła mieć tylko do siebie. Zamiast
uważać, zachować czujność, dała się zaskoczyć jak dzieciak tuż po akademii.
Doprawdy od kiedy traciła koncentracje słysząc krzyki?
A może, to wcale
nie była jej decyzja aby opuścić ANBU. Może właśnie przez takie akcje ją wywalili?
Może stała się nieuważna i zwalała misje? Może opieka nad geninami była formą
degradacji? Aż zazgrzytała zębami z frustracji. Dziura w pamięci coraz mocniej
ją irytowała, tworząc w głowie coraz więcej pytań. Mamrotając pod nosem ciche
przekleństwa, podeszła do strumienia. Musiała ochłonąć.
Próbując uciszyć
niespokojne myśli, obmyła twarz i rozejrzała się wokoło. Niechcący trafiła do
wyjątkowo urokliwego miejsca. Zewsząd dochodziły ją dźwięki dzikiej przyrody,
momentalnie uspakajającej nerwy. Szum wody, szelest liści poruszanych wiatrem
oraz zwierzyny przemieszczającej się nieopodal wpłynął na Liv kojąco. Patrząc
na to wszystko, jedno określenie przychodziło do głowy Senju. Oaza. Trafiła do
dziewiczego lasu. Szeroki, wartki strumień mienił się migotliwie pod wpływem
padającego światła, zupełnie jakby jego dno usiane było cennymi klejnotami.
Niczym srebrna wstęga przecinał las podczas gdy grube, silne drzewa swoimi
rozłożystymi gałęziami zasłaniały całe niebo nad głową Liv. Miało się wrażenie,
że nie został skalany stopą ludzką. Aż uśmiechnęła się na to porównanie, powoli
podchodząc do brzegu i myśląc o własnym pochodzeniu.
Przemywając
ranę, niespodziewanie kątem oka dostrzegła ruch na co instynktownie wycofała
się za najbliższe zarośla. To że ktokolwiek tu się pojawił było dziwne. Liv
specjalnie wybrała tak odległe miejsce,
licząc na spokój przy opatrywaniu rany.
Z racji znacznej
odległości, dopiero po chwili w intruzie rozpoznała jedną z ANBU Uchihy, na co
odetchnęła spokojniej. Znała Mysz i jako jedną z nielicznych z formacji skrytobójców,
darzyła sympatią. Ambitna, lojalna, dyskretna, prostolinijna, a przy tym
ludzka. Niezmanierowana przez tę hermetyczną formację.
Już przymierzała
się do wyjścia z ukrycia, gdy zza drzew wyłonił się jeden z opryszków. I o ile
to można było jeszcze jakoś wyjaśnić, to to co wydarzyło się później, już nie.
Otóż Liv była świadkiem bardzo namiętnego pocałunku, który jasno dawał obraz łączących
ich relacji. Ten widok tak zaskoczył Senju, że aż zamarła w przysiadzie na
szybko analizując to co widzi. Zaraz się jednak otrząsnęła, podkradając bliżej.
Musiała zrozumieć co tu do cholery się działo.
— Dobrze się
spisałaś. — Mężczyzna ścisnął Mysz za pośladek, zaraz odbierając od niej tubę
ze zwojem. Kobieta na to prychnęła pod nosem, podpierając się pod boki i
nadepnęła leżącą na trawie maskę aż rozpadła się z trzaskiem. — Lider
odpowiednio nas wynagrodzi.
— Mam nadzieję,
bo niewiele brakowało, a wszystko by szlag trafił. Lalka zaczęła być
podejrzliwa.
— Nie marudź. I
zdejmij tę technikę, drażni mnie.
— Ach, nie
podobam ci się? — podroczyła się przekornie, przytulając do jego pleców na co
tylko łypnął na nią z pobłażaniem. To właśnie w tym momencie Liv dostrzegła
jakiś dziwny znak na łydce kunoichi. Tatuaż to nie był, ponieważ o ile ją
pamięć nie myliła w ANBU zabraniali takich ozdób. Regulowały to jakieś
przepisy, które zaraz po przeczytaniu wyrzuciła z pamięci. W każdym razie to co
miała na skórze Mysz przypominało odrobinę jakąś pieczęć, ale znawczynią nie
była.
Senju naprawdę
była w szoku. Kogo jak kogo, ale Myszy nigdy by nie podejrzewała o bratanie się
z wrogiem. Nie z jej charakterem. Trawiąc tę myśl, nagle usłyszała szelest
krzaków i z lekką konsternacją odnotowała kolejnego przybysza. Postawny młokos
z dziwną liną przy biodrze, właśnie witał się z pozostałymi, opowiadając coś
wesołym szeptem. Patrząc się na ich rozluźnione postawy, Liv doszła do wniosku,
że niechcący trafiła chyba na miejsce spotkania. Wystarczająco dalekie od
walczących, a jednocześnie na tyle bliskie aby uciekający bez problemów mogli
do niego dotrzeć.
— Gotowi do
drogi? — Nowy wsunął palce w szlufki przy spodniach, uśmiechając się nikle i
przeczesując wzrokiem otoczenie.
— A reszta?
— Straty
wliczone w koszty — parsknął, mrugając do Myszy wesoło, a wtedy do Liv dotarło
jedno. Jego nie widziała przy powozach, a to znaczyło, że to on był odpowiedzialnym
za cyrk w obozowisku. Tylko, jakim cudem umknął oddziałowi Uchihy?
— I ty się
dziwisz, że nazywają cię jak nazywają — westchnął ten pierwszy, wrzucając zwój
do wody.
— Powinieneś go
zniszczyć.
— Po co? Dajmy
szanse przeznaczeniu — zaśmiał się cicho, obejmując kobietę ramieniem i
ruszając w las.
~oOo~
— Dobra, mamy
wszystkich?
— Nie, brakuje Myszy
i jednego z więźniów.
— Może go ściga.
— Senju też
przepadła. — Shisui podrapał się po
głowie, patrząc na drzewa. Miał dziewczyny pilnować, a wystarczyła chwila i już
stracił ją z oczu. Hokage nieźle mu da popalić.
— Niewykluczone,
że są razem — zauważył Itachi, odbierając mapę od zastępcy i zwołując resztę
bliżej. Musieli się przeorganizować.
Kiedy wreszcie
im się to udało, poczuł zniecierpliwienie. Raz, że skoro Hokage przysłała
posiłki to już dawno powinni być w domu. Chciał zobaczyć brata i na własne uszy
się przekonać, że nic mu nie jest.
A dwa, że minęło
już sporo czasu, a Senju jak nie było tak nie ma. Naprawdę to zdanie powoli
wyczerpywało jego słynną cierpliwość.
— Ogarnęliście
już bałagan? — Liv aż uśmiechnęła się nikle, gdy na jej niespodziewane
pojawienie się jeden z ludzi Itachiego poskoczył z zaskoczenia. —
Przyprowadziłam zgubę.
— Po pierwsze,
Senju. Nie powinnaś oddalać się od oddziału. Po drugie, dlaczego nie wezwałaś
wsparcia? — Itachi szybkim spojrzeniem obrzucił zakrwawiony uniform Senju, zauważając,
że uciska jedno miejsce. Zirytowany zacisnął zęby, zaraz skupiając się na leżącej
na ziemi skrytobójczyni. — Na temat twojej niesubordynacji porozmawiamy
później. A teraz, co jej zrobili?
— Co ja jej
zrobiłam — automatycznie poprawiła Liv, pochylając się nad kobietą i
odsłaniając znak na skórze. Wciąż kucając, wyciągnęła zza pazuchy zwój i
rzuciła go Itachiemu. — Gdzie druga nieprzytomna?
— Medyk ją bada.
— Trzeba ją tu
ściągnąć.
— Senju, z łaski
swojej, zacznij wreszcie wyjaśniać…
— Skoro tak
ładnie prosisz... Otóż to nie Mysz, a jedna z organizatorek całego procederu.
— Niby jak,
każdy z nas zna czakre członka zespołu ma to na celu…
— To technika. —
Liv zerknęła na zastępcę Uchihy. Nie wydawał się być świeżakiem, więc jakim
cudem nie wziął pod uwagę innych możliwości? Czy może gubiła go zbytnia pewność
siebie i swoich umiejętności?
Shisui przysunął
się bliżej, zaglądając kuzynowi przez ramię na zwój. Zmarszczył brwi widząc
ciąg znaków, a jego wniosek na głos powiedział Itachi.
— Możemy nie dać
rady jej anulować. To prawdopodobnie jest jutsu poświęcenia. — Itachi podrapał
się po brodzie, gdy obok więźnia Liv położono drugą kobietę.
— To co,
zostawimy je tak?
— W Konoha
skompletują odpowiedni zespół. — Itachi szybko zwinął dokument, pocierając
nasadę nosa. Chwilę milczał wyraźnie nad czymś myśląc, po czym wzdychając
ciężko machnął na towarzyszy aby podeszli bliżej. — Zabieramy je w takim
stanie. Jeśli coś pójdzie nie tak to możemy bardziej zaszkodzić.
— Ty tu jesteś
kapitanem. — Liv już chciała się podnieść, ale właśnie wtedy jej jutsu
przestało działać. Nim się spostrzegła już służyła za żywą tarczę, podczas gdy
nieznajomej stała z kataną przy jej gardle.
— Ja się nigdzie
nie wybieram. — Kątem oka zerknęła na czającego się za plecami Skrytobójce. —
Rzuć to inaczej poleje się krew. Mnie nie zależy.
— Spokojnie. Cofnąć
się — rozkazał Itachi. Widział po czakrze, że kobieta się budzi więc nie był
specjalnie zaskoczony zwrotem akcji. Teraz tylko zastanawiał się czy… Nie
zdążył nawet dokończyć myśli jak agresorka już leżała na ziemi wijąc się w
genjutsu kuzyna. — Pośpieszyłeś się — zauważył cicho. — Mogliśmy z niej trochę
wyciągnąć.
— Nie sądzę,
zresztą tym zajmie się Inoichi — Shisui rzucił bez cienia skruchy, zawieszając
wzrok na Liv. — Jesteś cała?
— Ta… — Senju
starła krew z szyi, spod przymrużonych powiek patrząc na Itachiego. — Pewne
zwyczaje się nie zmieniają co, Uchiha?
— Sama się
wystawiłaś, więc pretensje możesz mieć wyłącznie do siebie. — Podszedł bliżej
oglądając szkody i zaraz wetknął jej w rękę bandaż. — Ogarnij to i wracamy do
domu.
~oOo~
Kazama znad szklanki patrzył na bawiący się tłum. To
już trzeci dzień jak pobratymcy hucznie świętowali ich zwycięski powrót i
Chikage wiedział, że pod osłoną radości kryła się obłuda. Nie, nie oskarżał
wszystkich, ale faktem pozostawało, że kilkoro z nich nie zdążyło ukryć rozczarowania
na jego widok. Aż prychnął na to wspomnienie, błyskawicznie wypijając alkohol.
Wierny mu oddział może i miał powód do zabawy, ale
on nie czuł się w nastroju. W najlepszym przypadku chciałby wstać i wyjść, ale…
zaśmiał się bez wesołości. Plan, który musiał wdrożyć w życie skutecznie
zniechęcał go do wszystkiego oraz wszystkich.
Obserwując jak kolejny szampan strzela w sufit,
przymknął powieki. Miał serdecznie dość tej fiesty. Nawet świadomość dlaczego
tak ważna była jego obecność nie pomagała, aby robił dobrą minę do złej gry.
Zaraz jednak się zreflektował. Zaryzykował wszystko co najcenniejsze i nie mógł
pozwolić sobie na błąd. Przywołując się do porządku, otworzył oczy. Nie po to
tyle poświęcił, żeby teraz się wycofać.
— Kazama… — Kaoru przysiadła na brzegu jego fotela,
cała zarumieniona od tańca. Oczy jej błyszczały, natomiast włosy wyglądały tak
jakby dopiero co wstała z lóżka. I to nie po drzemce.
Widział jak uwodziła go wzrokiem, każdym gestem i
ruchem, a kiedy to nie poskutkowało postanowiła przeprowadzić frontalny atak.
— Chciałam ci pogratulować — wyszeptała, nachylając
się Kazamie do ucha. Niczym niezrażona jego obojętnym spojrzeniem, odgarnęła mu
włosy z czoła. — Dzięki tobie, Demony nareszcie pokazały swoją siłę. Nareszcie
udowodniłeś, że zostałeś Liderem nie bez powodu.
— Owszem. — Kątem oka widział jak Kaoru śmielej się
do niego przysuwa, obdarowując seksownym uśmiechem.
— Powinieneś celebrować zwycięstwo.
— Jak? — Zapytał całkowicie wbrew sobie, z trudem
powstrzymując się od strącenia natrętnej dłoni z klatki piersiowej.
— Może w bardziej kameralnym gronie? Zrelaksujesz
się.
— Odpoczynkiem bym nie pogardził — przyznał,
kierując wzrok na salę. Z tego co zauważył jego ludzie skutecznie wmieszali się
w tłum, zbierając dyskretnie informacje. Czyli mógł teraz z czystym sumieniem
wyjść. Dzięki temu wszyscy jego oponenci nabiorą odwagi i zaczną mówić. W końcu
najbardziej byli rozmowni za jego plecami. A potem, poleje się krew.
Nie wierzyłam, że kiedykolwiek cierpliwość mi się opłaci a tu proszę takie miłe zaskoczenie 💜💕
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę, że żyjesz i wróciłaś przynajmniej na chwilę. Stęskniłam się za Liv, Itachim i Shisuim. Czy długa nieobecność wynika z niedoboru weny czy braku czasu? Jest jakaś szansa, że zaszczycisz nas ponownie?
OdpowiedzUsuńSuper, że pojawił się kolejny rozdział Twojej głównej historii. Mam nadzieję, że uda Ci się ją dokończyć i dostaniemy epilog. Ciekawi mnie bardzo rozwiązanie najnowszych wątków i to czy główni bohaterowie w końcu będą razem. Może nawet założą rodzinę? Chociaż najbardziej chciałabym widzieć z kimś Shisuiego. Było go tak mało w mandze i anime. Naszemu Łasicowi przydałby się ktoś, kto by go trochę "odciążył". No i w sumie był jeszcze lepszym shinobi niż on, także ten... fajnie byłoby zobaczyć go w akcji.
Martwi mnie też odrobinę los innych serii - "Szansa" jest dla mnie ciut za mroczna, ale tęsknię za uroczością (jest takie słowo w ogóle?) "Puchatej historii/Sugar story i Time for Love. No i, nie żeby coś, ale na logu wiszą dwa prologi - "Bestii" i "Rywalizacji klanów". Może jest szansa na kontynuacje?
Dobra, lecę czytać.
Obyś jeszcze mnie pamiętała.
Pozdrawiam,
Yuzuki
Wchodzę i normalnie niedowierzam 😅 nowy rozdział, myślałam że nie przeczytam już nigdy nic spod twojej ręki a tu proszę takie zaskoczenie 😄
OdpowiedzUsuńMam nadzieję że to nie jednorazowy powrót, a dokończysz tę historię bo to nie może zakończyć się w takim momencie. Musimy wiedzieć jak to wszystko się zakończy.
Pozdrawiam i życzę dużo weny i trochę czasu wolnego na zakończenie tego opowiadania 🥰
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńkochana, kochana, co jest tak długa cisza, a historia jest bardzo ciekawa... bardzo tęsknię...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Nie wiem czy jeszcze mnie pamiętasz, ale nadal tu jestem i czekam aż coś jeszcze dla nas napiszesz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Yuzuki
Hej, 2024 r. zmierza ku końcowi - czy jest jakaś szansa, że jeszcze wrócisz?
OdpowiedzUsuńCiastko
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńbardzo mi jest smutno, że nie ma kontynuacji tego świetnego opowiadania, czytam po raz kolejny i chce się po prostu więcej... powróć tutaj proszę...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Kaśka