7.03.2023

LXII WCZORAJ, DZIŚ, JUTRO, ZAWSZE

 

Hej, Robaczki.

 

Wiem, że pewnie mało emocji i interakcji w rozdziale, ale na razie tak musi być. Wiadomo na wszystko potrzeba czasu, a na pewno jest potrzebny do przystosowania się bohaterów do nowej sytuacji. Czytajta, delektujta się i uważać na błędy. Bo jak zwykle niebetowane. Ciaooo :D.

 PS. taki prezencik z okazji Dnia Kobiet :D

 

 

 

Kazama otworzył powieki, niechętnie zerkając na drzwi. Kiedy silne i wyraźnie niecierpliwe pukanie się powtórzyło, powoli się podniósł. Nie wiedział kim może być intruz zakłócający jego spokój, ale jeżeli nie miał ku temu dobrego powodu, to pożałuje. Pokrzepiony tą myślą, sięgnął po szlafrok narzucając go na ramiona. Niespiesznym krokiem dotarł do drzwi, zaraz naciskając na klamkę. To kogo tam zobaczył sprawiło, że zamarł, tak samo jak jego niespodziewany gość. Kiedy minął pierwszy szok, postanowił się odezwać.

— Cóż za niespodzianka. — Kazama oparł się nonszalancko o futrynę, mierząc zaskakującego gościa zaciekawionym spojrzeniem. To że zadała sobie trud aby go odnaleźć stanowiło swoisty ewenement. Do tej pory to on zabiegał o spotkania, a w zasadzie stawiał się na miejscu. — Kopę lat, Liv.

— Musimy pogadać.

— Chętnie — przytaknął Kazama, zaraz uśmiechając się złośliwie. — Ale może rano. — Już przymierzał się do zamknięcia jej drzwi przed nosem, ale nie zdążył. Nie to żeby bardzo się starał. Zaśmiał się cicho, gdy w oka mgnieniu go minęła. Zaraz jednak przywołał się do porządku i westchnął z udawanym znudzeniem. — W porządku, może być dziś. Skoro tak bardzo ci zależy.

Rozbawiony rozsiadł się w głębokim fotelu, spod rzęs obserwując jak nerwowo miota się po pokoju nie wiedząc jak rozpocząć rozmowę. I o ile w innym wypadku chętnie by popatrzył na to dłużej, to z racji później pory Kazamy priorytety znacznie się zmieniały. Co jak co, ale cenił sobie spokojny sen.

— Nie mam całej nocy.

— Nie stawiłeś się na spotkanie — wydusiła z wyrzutem, w końcu na niego patrząc.

— Owszem. — Podpierając się na ręce, spojrzał na horyzont za oknem. Nie mógł tego okazać, ale teraz, musiał zmienić swoje podejście. Przynajmniej do czasu jak nie ogarnie burzy, która wisiała w powietrzu. Bo to, że nadejdzie było oczywiste. Teraz tylko pytanie kto znajdzie się prosto w oku cyklonu? — Zapominasz, że mam również inne zobowiązania.

— Wiem, ale mogłeś zostawić jakąś wiadomość. — Liv spojrzała mu prosto w oczy, zaciskając mocno usta. — Wystraszyłeś mnie.

Tylko odrobinę poczuł się winny.

— Żyję, możesz wracać do wioski.

— Kazama, co się dzieje? Zapadłeś się pod ziemię na kilka miesięcy. — Liv spojrzała z niezrozumieniem na demona. Ich relacje, nagle uległy ochłodzeniu. Zupełnie nie rozumiała dlaczego trzymał ją na dystans. Tak, zauważyła to już dwa spotkania wcześniej, ale zrzucała to na karb zmęczenia. Bo obowiązki, bo dalekie podróże. Ale widziała, że coś nie gra. Nawet wzrok Kazamy nagle się zmienił. Nie patrzył na nią tak jak dawniej. Czuła przez skórę, że coś się wydarzyło. Owszem, ona też była zabiegana. Członkowstwo w ANBU nie było sielanką, ale… Krótko mówiąc, oczekiwała wyjaśnień. — Nielubię niedomówień i ścigania duchów.

— Podobno tym właśnie zajmuje się twój oddział.

— Chcesz mnie rozdrażnić? — Liv zmrużyła złowrogo powieki.

— Nie, Liv. Na ten moment chciałbym się przespać. — Kazama westchnął ciężko, podnosząc się z fotela, i podchodząc do lóżka. Wyczuwając świdrujące spojrzenie na swoich plecach, uśmiechnął się pod nosem. — Nie wiem jak ty, ale ja mam bardzo napięty grafik i cenię sobie każdą chwilę odpoczynku.

— Nie uciekniesz przed odpowiedzią — sapnęła zła, stając tuż przed nim i stukając go palcem w pierś. — Ani przede mną.

— Och, ależ nie zamierzam. — Kazama bez zastanowienia zrzucił szlafrok, z satysfakcją słysząc cichy pisk. — Jeśli zechcesz to nawet pozwolę ci spać obok.

— Mogłeś uprzedzić, że jesteś nagi!

— Po co? Przecież nie byłem, a nie spodziewałem się, że zabawisz tak długo, Liv.

— Rano pogadamy.

— Jak sobie życzysz. Aczkolwiek chciałbym zaznaczyć, że nie ma żadnych wolnych pokoi w okolicy.

— Jak już raczysz się okryć, to wystarczy mi fotel — mruknęła z niechęcią Liv, zaraz na nim siadając i podpierając się na łokciu. — Zresztą to moja gwarancja, że nie uciekniesz.

— Skoro to cię satysfakcjonuje…

Kiedy miał pewność, że zasnęła Kazama wymknął się z pomieszczenia, przysiadając na barierce i patrząc na horyzont. Nie tak wyobrażał sobie to spotkanie. Przede wszystkim, Liv znalazła go za szybko. Potrzebował znacznie więcej czasu na dopracowanie zamierzonego planu, ale jak zwykle wszystko wzięło w łeb. Chociaż?

Zamyślając się, przeczesał palcami włosy. Skoro już do niego przyszła to może jednak przyśpieszy realizacje pierwszej jego części. W zasadzie wszystkie potrzebne pionki są już na szachownicy, więc wystarczy wykonać ruch. Później wszystko potoczy się samo. Niezdecydowany obejrzał się przez ramię, zerkając na śpiącą w fotelu dziewczynę.

 

~oOo~

 

Liv obudziła się dziwnie wsypana i ze zdecydowanie zbyt mało zdrętwiałym karkiem. Pomyślała, że to prawdopodobnie towarzystwo Kazamy tak wpłynęło na jej organizm, co przyjęła z zadowoleniem. Wciąż z zamkniętymi oczami westchnęła cicho, doceniając ten fenomen. Życie kunoichi nauczyło Senju bez szemrania akceptować takie małe cuda, zamiast niepotrzebnie analizować. Zwłaszcza jak się trafiały po trudniejszych misjach.

Mrucząc pod nosem przeciągnęła się rozkosznie, zaraz gwałtownie otwierając oczy. Cuda cudami, ale po czymś takim powinna mieć bliskie spotkanie z podłogą, albo przynajmniej poczuć ograniczenia fotela. Zaintrygowana fenomenem, momentalnie poderwała się do siadu.

No tak, mogła się domyślić, że Chikage jak zwykle postąpi po swojemu. Sam gdzieś zniknął, natomiast Liv przeniósł do lóżka. Musiała być naprawdę zmęczona ściganiem go, bo nic nie poczuła. Nawet tego jak pozbawiał ją obuwia.

Sfrustrowana szybko skoczyła na równe nogi. Miała nadzieję, że Chikage wciąż kręcił się po zajeździe, bo jakoś nie uśmiechało się Liv ponownie na niego polować. Tym bardziej, że z jakiegoś powodu skrupulatnie zacierał za sobą ślady.

Wyczuwając Kazamę w podziemiach, szybko ruszyła jego tropem. Musiała z nim porozmawiać. Zmusić go do wyjaśnień. Miała dość niedomówień. Ponaglana tą myślą, błyskawicznie znalazła się przy wrotach komnaty, zaraz zatrzymując się w pół kroku. Bo z tego co słyszała, Chikage zdecydowanie nie był sam.

— Czcigodny, sprawa Łowców nie jest prosta. Musimy się dobrze do niej przygotować.

Liv uchyliła bezszelestnie drzwi. Cóż, Chikage zazdrośnie bronił jej dostępu do społeczności demonów, więc teraz miała doskonałą okazję aby kilka poznać. To znaczy bardziej podsłuchać, ale i to doceniała. Przez niewielką szparę dostrzegała siedzącego na bogato zdobionym fotelu Kazamę, a koło niego kręcili się jacyś starcy. Szybko się domyśliła, że to musieli być jego doradcy.

— Powinniśmy przeprowadzić zebranie, przeanalizować wszystkie za i przeciw.

— Im dłużej zwlekamy, tym bardziej się panoszą — zauważył Chikage, podpierając się na łokciu i patrząc ze znudzeniem na pobratymców.

— W ogóle ta rozmowa nie powinna mieć miejsca. Zwłaszcza tu. — Demon o lasce, stanął przed Kazamą. — Ktoś może nas podsłuchać.

— Nie martw się. Bariera nie przepuści ludzi.

— Ale…

— Zwołałem was tu aby uniknąć wścibskich uszu. Jak wiecie jest kilka nazwisk, którym nie po drodze to, że ja jestem u władzy. Dlatego wróćmy do tematu.

— Bez planu to zbyt duże ryzyko, Czcigodny.

— Na wszystko potrzeba czasu i spokojnej głowy. — Brodaty demon, przejrzał trzymane dokumenty, zaraz pukając palcem w jeden z nich. — Musimy przede wszystkim przeliczyć broń, że już nawet nie wspomnę o skompletowaniu zaufanej grupy, która będzie ci towarzyszyć, Czcigodny. Strategia to podstawa, jeżeli chcemy wygrać tę wojnę. Bez zbędnych strat.

— Nadal twierdzę, że udział Czcigodnego w walkach jest zbędny — rzekł ten o lasce, nerwowo postukując nią o kamienną posadzkę. — Tym bardziej, że Czcigodny nie masz żadnego dziedzica. Nie mamy alternatywy.

— Zakładacie że przegram? — Kazama uśmiechnął się krzywo, odchylając dumnie na fotelu.

— Głupotą byłoby nie branie tego pod uwagę, Czcigodny.

— Gdybyś miał dziecko…

— Tak, wiem. Za każdym razem mi o tym przypominacie, a ja wam za każdym razem przypominam, że pracuję nad tym już od lat.

— Wiemy o twoich wizytach w Konoha, które swoją drogą są ryzykowne — wytknął najstarszy demon, krzywiąc się malowniczo. — Po co zabiegać o córkę Aiki, jak możesz skorzystać z Kaoru. Pochodzi z silnego rodu.

— Nie tak silnego jak Senju — zauważył Kazama, a w jego oczach błysnęła stal. — Zdecydowałem. Chcę najpotężniejszego dziedzica. A dziewczyna najwyraźniej już jest gotowa. Sama do mnie przyszła.

— To małolata… Z całym szacunkiem dla rodu jej matki to jednak uważam…

— Ten temat w ogóle nie podlega dyskusji — uciął lodowym tonem Chikage, mrożąc demona spojrzeniem.

Liv już dalej nie słuchała. Nie była w stanie. Po cichu skierowała się do wyjścia, z trudem hamując cisnące się do oczu łzy goryczy. Było jej przykro, czuła się zdradzona i upokorzona. Myślała, że łącząca ich więź jest prawdziwa. Kazama, najbliższa osoba po śmierci ojca… Przez tyle lat ukrywał prawdziwy motyw, sprawnie nią manipulując. A ona głupia, mu ufała. Jak nikomu innemu. W głowie miała pustkę, czuła się niezdolna do uformowania żadnej logicznej myśli. Kroczyła korytarzami jak pijana, sunąc dłonią po ścianie aby się nie przewrócić. Miała wrażenie jakby ktoś uderzył ją obuchem.

 

~oOo~

 

Kazama z hałasem odstawił szklankę na najbliższy stolik, mocniej odchylając się na oparciu. Patrząc na sufit usiłował wyciszyć emocje, które aż w nim buzowały. Wciąż się nie otrząsnął po walce na peryferiach Wioski Liścia, z trudem tłumiąc gniew. Niemal wrzał i tylko kwestią czasu było, kiedy wreszcie wybuchnie.

Jak tylko pojawili się w rezydencji, przejawiał ogromną ochotę aby skręcić kark sprawczyni całego zamieszania w Konoha. I chyba nawet Kaoru była tego świadoma, bo gdy tylko spojrzała na jego twarz zaniechała jakichkolwiek tłumaczeń szybko się ewakuując. Ale to dobrze, że wreszcie zadziałał jej instynkt samozachowawczy. Bo wyłącznie to, uchroniło ją przed trwałym kalectwem.

Zirytowany przymknął na chwilę powieki, wzdychając ciężko. Wciąż niedowierzał, że Kaoru postąpiła tak głupio. Tyle czasu tolerowali delegata z Kumo, a ona nagle wpadła na pomysł, że go wyeliminuje. Tak po prostu. Wstała rano i nad owsianką zadecydowała. Aż zaśmiał się cicho z politowania. Naprawdę ta dziewczyna wystawiała jego cierpliwość na próbę. Zwyczajnie pchała się do grobu.

Kazama potarł dłonią szczękę, wstał i podszedł do gabloty. Patrzył na zestaw pieczęci swoich poprzedników, zamyślając się głęboko. Wiedział, że fucha Lidera to nie tylko prestiż, ale to co działo się ostatnimi czasy przekraczało wszelkie granice. Problem gonił problem. Jak nie znikające demony, to wałkowanie sprawy majątku Aiki. A jak ten temat się pobratymcom nudził, to sprawnie przechodzili do podnoszenia mu ciśnienia czy aby na pewno ma kompetencje do piastowania swojego stanowiska. A jak i to w miarę uciszył, to wtedy wyskakiwała jak diabeł z pudełka, Kaoru. Doprawdy, gdyby nie to, że wszystkie demony mają naturalnie białe włosy, to jak nic by się ich dorobił dzięki towarzyszom. Czy to była jakaś kara? Obraził któregoś z Bogów i tak się odwdzięczają?

Skonsternowany pomasował zdrętwiały kark, zaraz mieląc w ustach barwne przekleństwo, kiedy dotarło do niego ciche pukanie. Jeżeli sądził, że milczeniem odstraszy intruza to bardzo się pomylił. Doradca jakby nigdy nic wszedł do pomieszczenia, kłaniając się z szacunkiem i niezrażony ponurym spojrzeniem Kazamy, zaczął mówić.

— Nie można tak tego zostawić, Czcigodny. Zamykając się tutaj, nic nie osiągniemy… — Kiedy Chikage wciąż milczał, sędziwy doradca poprawił dłoń na lasce przyglądając się mu uważnie. — Panie?

— Nie chcę, ale słucham.

— Panienka Kaoru, czeka w sali źródlanej.

— To sobie poczeka — syknął, mrożąc starca spojrzeniem.

— Czcigodny uważam…

— Nie mam ochoty na nią patrzeć. — Usiadł siląc się na spokój, ale palce niczym zdrajcy zaciskały się na podłokietnikach tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.

— W pełni zrozumiałe, ale trzeba to wyjaśnić. Powziąć jakieś kroki.

— Niby jakie? Na ten moment jestem bliski wpakowania jej w worek i wrzucenia do rzeki.

— To…

— Niehumanitarne?

— Cóż…

— Naprawdę nie wiem co można zrobić z tą upartą kobietą. — Kazama westchnął ciężko, opierając się wygodniej. — Może coś zasugerujesz, bo mnie się skończyły pomysły.

— Zaproponowałbym jakieś zajęcie, daleko od Czcigodnego, ale… cóż, czasem takie przypadki lepiej trzymać blisko. Dla bezpieczeństwa.

— Czyli niewiele pomogłeś — prychnął Chikage, sięgając po karafkę i nalewając hojnie alkoholu do szklanki. — Na ten moment przekaż Kaoru, że nie chcę jej widzieć. Lepiej dla niej żeby nie wchodziła mi w drogę. — Upijając łyk, delektował się smakiem i zapatrzył się na ogień w palenisku. Przyjemna, ciepła łuna bijąca od niego ogrzewała mu skórę, przynosząc ukojenie i obiecując miły, relaksujący wieczór, oczywiście jeśli ugasi pożar po akcji w Konoha. Przypominając sobie o tym fakcie, zaraz skrzywił się mocno i odwrócił do wciąż czekającego doradcy. — Oczywiście, ma zakaz opuszczania okolicy. A teraz potrzebuję zostać sam.

 

~oOo~

 

Liv bezszelestnie opadła na trawę, patrząc spod oka na towarzysza. Dziwnie uwierał ją fakt, że Shisui został oddelegowany z nią do pracy. I tak, wiadomo, że często pracowała w duecie, ale teraz było inaczej. Nie wątpiła, że miało to związek z amnezją. Pełnił rolę niańki żeby interweniować jakby jej nagle odbiło. To się nazywa zaufanie — pomyślała kpiąco, uśmiechając się krzywo na widok idącego w ich stronę Itachiego. Chwilami — często — zastanawiała się cóż takiego skrywały wspomnienia, że tak na nią chuchano i dmuchano. W końcu zadania ANBU nie były podwieczorkiem przy herbatce, a tu po zmianie szeregów, tak się wszystko pogmatwało. O co do diaska chodziło?

— Jesteście.

— A i owszem, kuzynie. — Shisui kiwnął na powitanie reszcie oddziału, którzy na ich widok momentalnie zaczęli zacierać ślady po obozowisku. — Gotowi?

— Kończymy się organizować. — Itachi obrzucił oceniającym spojrzeniem Liv, gdy ta ścierała śluz z ramienia po zniknięciu Katsui. Miał masę pytań, które chciałby zadać, ale… cóż, amnezja wszystko zniweczyła.

Słysząc głośny trzask odwrócił się w stronę powozów, zaciskając usta. Dziwne przeczucie nie opuszczało go od samego rana, ale nie potrafił wytłumaczyć skąd się to wzięło. Wszystkie zmysły miał postawione w stan gotowości, zupełnie jakby czekał na grom z jasnego nieba. Było to frustrujące i męczące. Przecież dziś nareszcie miało być z górki. Wracali do domu, gdzie czekał ich upragniony odpoczynek. Z tą myślą, potarł nasadę nosa, wzdychając ciężko.

Instynkt podpowiadał mu, że coś jest nie tak, tylko nie potrafił określić co. Czy chodziło tu o jego drużynę, czy o Teleportera i Senju? Dumając nad tą kwestią zmrużył powieki, wyczuwając towarzystwo u boku.

— Nie próżnujesz, zdobyłeś nowy harem — parsknęła Senju, zerkając spod oka to na Itachiego to na rozgadane kobiety. Po chwili jednak uśmiech zszedł jej z twarzy. — Uchiha, dlaczego jak zwykle jesteś faworyzowany…

— Nie rozumiem.

— Dostałeś więcej ludzi od Samona — burknęła wyraźnie zniesmaczona, krzyżując ręce na piersi.

— Nie bądź śmieszna, oddziały były identyczne.

— Ta? — Liv łypnęła na rozmówce z politowaniem. — Ciekawe, bo jakbym nie liczyła to wychodzi mi dziesięciu ANBU.

— Senju, wiem, że matematyka nie jest twoją mocną stroną, ale nie kompromituj się bardziej — prychnął zirytowany, mimo wszystko patrząc na podwładnych. Kiedy upewnił się, że Senju bredzi i powinna wrócić do akademii aby się douczyć podstaw, nagle coś sobie uświadomił. Nigdzie nie dostrzegał kobiety, która napsuła im najwięcej krwi podczas tego zadania. — Gdzie jest niby dziesiąty?

— Krążył przy lesie.

— Shisui, trzeba przeczesać okolice, po cichu — zwrócił się do kuzyna, zaraz przywołując zastępcę. — Zlokalizuj mi, panią wieczny problem.

— Coś się stało? — Mężczyzna zmierzył go czujnym spojrzeniem zza otworów w masce, momentalnie ruszając za nim.

— Oby nie.

Liv powoli przechadzała się po polanie, kątem oka obserwując unieruchomionych przy powozach bandytów. Byli dziwnie napięci, pobudzeni wręcz, w swoich więzach, jakby na coś czekali. Ten fakt ją zaciekawił. Czyżby ewentualny uciekinier miał sprowadzić wsparcie? Dumając nad tym, spojrzała w kierunku Itachiego tkwiącego przy grupie kobiet. Co dziwne, wszystkie patrzyły na niego oraz jego towarzysza nieufnie, zupełnie jakby to oni winni byli doznanych krzywd. Ten wniosek tak zaskoczył Liv, że mimowolnie ruszyła w ich kierunku. Bo już samo to, że nie padały Itachiemu do stóp pod wpływem legendarnego już magnetyzmu klanu Uchiha był dziwny, to fenomenem okazało się to co zdarzyło się później. Otóż wywołała do przesłuchania kobieta, nie tylko nie miała ochoty rozmawiać z Itachim, ale również usiłowała się wyrwać ze stalowego uścisku zastępcy. I nie, nie po to aby uciec, ale żeby przyłożyć dowódcy oddziału.

Dla Liv stanowił to taki szok, że aż uchyliła usta w niedowierzaniu. Zwyczajnie nie mogła tego przedstawienia przegapić.

— Ostatni raz pytam, gdzie jest blondyna?

— A ja ostatni raz mówię, że nie wiem i guzik mnie to obchodzi — prychnęła kobieta, odwracając demonstracyjnie głowę. Zaraz jednak zaśmiała się z pogardą. — I to są jakieś kpiny. Ciągle bredzicie o naszym bezpieczeństwie, a zwykła baba zrobiła z was durniów. Przechytrzyła elitarny oddział Konohy.

— Jak wolisz. — Itachi uścisnął grzbiet nosa, wyraźnie siląc się na spokój. Kiedy jednak ponownie spojrzał na kobietę, w jego oczach lśnił złowieszczy Sharingan.

Widząc to, Liv aż zamarła, bo od kiedy Uchiha używał technik ocznych na cywilach? Był nieznośny, ale też genialny i to co teraz zamierzał było skrajną głupotą, zupełnie niepodobną do niego. Czyżby ta misja tak mocno wyprowadziła go z równowagi? A może wydarzenia w Konoha tak nim wstrząsnęły.

— Chwila. — Nim się zastanowiła już stała przed nieznajomą, zaciskając usta. Nie wiedziała co jej najlepszego strzeliło do głowy aby się wtrącić, ale skoro już powiedziała A to wypada powiedzieć B. — Nie bruźdź sobie w papierach, Uchiha.

— Senju, zejdź mi z drogi.

— Nie.

— Słucham?

— Słyszałeś — wysyczała, ignorując wyraźną groźbę rychłej śmierci w głosie Itachiego, jeżeli zaraz nie przestanie się udzielać. Cóż, na usprawiedliwienia miała to, że nie pozwalając na tę głupotę odrobinę się wybielała. Zagłuszała poczucie winy. Gdyby nie zawaliła tamtej misji to jego brat… Może miała amnezję, ale rozumiała czym są więzy krwi. To jest ta najbardziej prawdopodobna przyczyna tej nerwowości Uchihy. — Po co masz sporządzać kilometrowy raport, skoro Teleporter już wraca ze zgubą.

Jak na zawołanie na polanie pojawił się Shisui, kładąc na ziemi przyczynę całego zamieszania. Uśmiechnął się do nich zadowolony, sekundę później poważniejąc.

Nie było go może z piętnaście minut, a już wyczuwał niezdrową atmosferę w szeregach. Czyżby w tak krótkim czasie Itachi i Liv zdążyli sobie skoczyć do gardeł? Najwyraźniej tak, bo patrząc po ich minach właśnie miało dojść do rękoczynów.

— Musiałeś pozbawić ją przytomności? — Liv odetchnęła bezgłośnie, sprawnie wymijając Skrytobójców i pochyliła się nad uciekinierką, odganiając na bok jasne włosy aby sprawdzić puls.

— Właśnie nie. Co ciekawe, taką ją znalazłem — przyznał, nerwowym gestem przeczesując grzywkę. — Może z kimś się spotkała i ten ktoś to zrobił.

— Po co, to bez sensu. — Itachi kucnął obok Senju, przyglądając się kobiecie. Dziwne, bo nigdy by nie pomyślał, że to właśnie ona spróbuje uciec. Kojarzył ją wyłącznie dlatego, że była bardzo podobna do członków klanu Yamanaka i nawet przez moment zastanawiał się czy nie są spokrewnieni.

Jednak zaraz porzucił tę myśl skupiając się na obowiązkach i rozdzielaniu zadań. Tak to w żaden sposób nie wyróżniała się na tle grupy. W zasadzie, kiedy wichrzycielka rozpoczynała nowe burze to ona wraz z innymi, wyraźnie się od niej odcinała. Czyżby właśnie dzięki temu uśpiła ich czujność? Udając uległość?

— A co to takiego? — Liv już sięgała do uda nieznajomej, aby odsunąć materiał sukienki, gdy poczuła silne pchnięcie i poleciała plecami na trawę. Ze zdumieniem wgapiała się na przygniatającego ją Itachiego i nim ogarnęła co się dzieje, usłyszała eksplozję od której aż zadzwoniło w uszach.

Próbując się rozeznać w sytuacji patrzyła na krzyczącego Uchihę, który najwyraźniej wydawał instrukcje. Tak wnioskowała, bo na ten moment prawie nic nie słyszała poza głośnym piszczeniem. Gdziekolwiek zdetonowano ładunek, musiało być naprawdę blisko, bo miała wrażenie, że mózg zaraz wypłynie jej uszami.

Mamrotając pod nosem ciche przekleństwa, zmrużyła powieki usiłując zepchnąć z siebie towarzysza.

— Złaź, Uchiha!

— Ogarnij się, Senju! Nie mam czasu, cię niańczyć!

Aż się zagotowała na takie insynuacje, ale nim zdążyła odpowiedzieć ciężar zniknął. Furcząc pod nosem, całkowicie odruchowo zablokowała lecący kunai i wciąż złorzecząc na Itachiego mimowolnie próbowała ogarnąć skąd dochodziły ataki. Było to o tyle trudne, że najbliższą okolicę spowijał gęsty dym i nijak nie szło go rozwiać.

— A żeby cię, cholera wzięła, Uchiha.

W normalnych warunkach walka w nim nie stanowiła dla ANBU problemu, bo można powiedzieć, że wyrównywał szanse obu stron. Nikt nie miał przewagi. Jednak, tu dochodził nowy problem, osób postronnych. Oni łatwo mogli oberwać rykoszetem.

Ledwie o tym pomyślała, a już musiała zablokować atak tuż przed spanikowaną kobietą, a druga tylko cudem nie została spalona na wiór. Nie wiedziała kto odpowiadał za tę technikę ogniową, ale na pewno nie Uchiha. Gdyby była ich dziełem to nie zostałby po niej nawet popiół.

Uskakując przed kolejnymi atakami, syknęła cicho widząc cienie walczących. W oparach dymu co jakiś czas migały jej prześwity technik co nie wróżyło zbyt szybkiego końca tej napaści. Przeciwnik znał się na rzeczy.

Skacząc na plecy jednego z napastników, mimowolnie pomyślała o Itachim. Naprawdę była pełna podziwu, niechętnego, ale jednak, że Uchiha tak szybko zareagował. A na pewno też został ogłuszony. Chociaż, może genialne geny jego klanu na to nie pozwalały? W każdym razie, jak zwykle zareagował tak jak przystało na geniusza. Błyskawicznie.

— Liv, nie da się walczyć w tych warunkach. — Znikąd obok niej zmaterializował się Shisui, rozglądając się nerwowo i wpychając katanę do kabury na plecach. — Słuchaj, niech ANBU zajmie się walką, a my skupmy się na cywilach. Bo jak dalej pójdzie to skończymy bez świadków.

— Nie znamy ich liczby — zauważyła logicznie, błyskawicznie łapiąc za kostkę przebiegającą kobietę, która tylko dzięki temu uniknęła ścięcia ostrzem czakry. — Mają rozmach, skubańcy.

— Pewnie najemnicy — stwierdził, zawieszając spojrzenie na wciąż nieprzytomnej blondynce. — Dobra, zacznijmy od niej, bo i tak większość prysnęła w las. Trzeba wyciągnąć stąd pozostałe.

— Ciężka sprawa. — Liv skrzywiła się malowniczo na dźwięk kolejnego wybuchu. — Jak się dzielimy? Ja wyławiam, ty ogarniasz resztę?

— Dlaczego tak?

— Wykorzystasz klanowy urok, będzie ci łatwiej.

— Itachiemu jakoś nie pomógł.

— Bo to dupek — wyjaśniła przewracając teatralnie oczami. — Okej, nie żałuj czakry, będziesz punktem orientacyjnym.

W centrum rozgrywającej się bitwy, Liv czuła się jak ryba w wodzie. Błyski, huki oraz ogólna dynamika zdarzeń to było coś co rozumiała, znała i do czego ją szkolono. Owszem, nie walczyła, ale wyłapywanie niedoszłych ofiar gangu również nie należało do zadań prostych.

Po kilku bezowocnych próbach rozmowy i wyjaśnienia, że ona jest tą dobrą z którą będą w jakimś stopniu bezpieczne, w końcu odpuściła. Wyłapywała je i podrzucała Shisuiemu, prawie jak worki ziemniaków. Zanim się orientowały co się dzieje, już stały przed Teleporterem, a ona znikała szukając nowej zdobyczy.

Kiedy ucichły wrzaski, przykucnęła przy połamanym pniu, usiłując się skupić. Potrzebowała tymczasowej ochrony, aby pomyśleć i na spokojnie przesiać teren. Po ciszy przerwanej hałasem jutsu wnioskowała, że ilość cywili do wyciągnięcia spadła, a to oznaczało, że jej zadanie miało się ku końcowi. Kiedy upewniła się, że walczący są wystarczająco daleko, przymknęła powieki. Nie znała ich dokładnej energii życiowej, ale postanowiła sugerować się zachowaniem. Jeżeli uciekały od zamieszania to raczej były cywilami. Przynajmniej w teorii. Nie minęła chwila, a już zlokalizowała dwie ostatnie kobiety.

 

~oOo~

 

Kazama otarł krew z ostrza, patrząc na morze ciał. Jeszcze żaden z Królów Demonów nie wypowiedział jawnej wojny Łowcom, ale nie żałował swojej decyzji. Po pierwsze ich klany rozrosły się do niemożliwych rozmiarów, zaburzając równowagę, po drugie ich macki zaczęły sięgać za daleko. Niebezpiecznie wkraczali na tereny w które nie powinni się zapuszczać. Nie, kiedy Chikage miał coś do powiedzenia w tym temacie.

Wiadomo, istniało ryzyko, że przegrają i ich rasa przestanie istnieć, ale gra była warta świeczki. Nie mogli tak żyć. Dawniej klan Łowców był wierny starożytnym rytuałom i dlatego polowali na Demony, teraz zaczęli ich traktować jako sposób do szybkiego wzbogacenia się. Kazama postawił sobie za cel, aby to ukrócić. Coś takiego nie mogło mieć miejsca za jego panowania.

Uśmiechnął się drapieżnie do swoich towarzyszy. Skompletował ich z najbardziej zaufanych zwolenników i się nie zawiódł. Każdy gotowy był oddać za niego życie, co niejednokrotnie udowodnili w walce. Czuł, że jeżeli tylko by zapragnął to razem z nimi mógłby podbić świat. Tylko po co? Chikage jakoś nigdy nie pociągała władza absolutna. Chowając broń, spojrzał na zachodzące w oddali słońce.

— Czcigodny, wracamy?

— Tak, najwyższa pora wrócić do domu. — Kazama ruszył przed siebie, mrużąc powieki gdy uderzył w niego silny wiatr. Ciekawiło go co zastaną po powrocie. Nie wątpił, że co najmniej kilku pobratymcom pomiesza szyki wracając żywy, ale… cóż, byli głupcami jeśli sądzili, że da się zabić.

 

~oOo~

 

Liv sapnęła głośno czując jak po palcach spłynęła jej krew. Zaciskając zęby, boleśnie ucisnęła zraniony bok. Cóż, pretensje mogła mieć tylko do siebie. Zamiast uważać, zachować czujność, dała się zaskoczyć jak dzieciak tuż po akademii. Doprawdy od kiedy traciła koncentracje słysząc krzyki?

A może, to wcale nie była jej decyzja aby opuścić ANBU. Może właśnie przez takie akcje ją wywalili? Może stała się nieuważna i zwalała misje? Może opieka nad geninami była formą degradacji? Aż zazgrzytała zębami z frustracji. Dziura w pamięci coraz mocniej ją irytowała, tworząc w głowie coraz więcej pytań. Mamrotając pod nosem ciche przekleństwa, podeszła do strumienia. Musiała ochłonąć.

Próbując uciszyć niespokojne myśli, obmyła twarz i rozejrzała się wokoło. Niechcący trafiła do wyjątkowo urokliwego miejsca. Zewsząd dochodziły ją dźwięki dzikiej przyrody, momentalnie uspakajającej nerwy. Szum wody, szelest liści poruszanych wiatrem oraz zwierzyny przemieszczającej się nieopodal wpłynął na Liv kojąco. Patrząc na to wszystko, jedno określenie przychodziło do głowy Senju. Oaza. Trafiła do dziewiczego lasu. Szeroki, wartki strumień mienił się migotliwie pod wpływem padającego światła, zupełnie jakby jego dno usiane było cennymi klejnotami. Niczym srebrna wstęga przecinał las podczas gdy grube, silne drzewa swoimi rozłożystymi gałęziami zasłaniały całe niebo nad głową Liv. Miało się wrażenie, że nie został skalany stopą ludzką. Aż uśmiechnęła się na to porównanie, powoli podchodząc do brzegu i myśląc o własnym pochodzeniu.

Przemywając ranę, niespodziewanie kątem oka dostrzegła ruch na co instynktownie wycofała się za najbliższe zarośla. To że ktokolwiek tu się pojawił było dziwne. Liv specjalnie wybrała tak odległe  miejsce, licząc na spokój przy opatrywaniu rany.

Z racji znacznej odległości, dopiero po chwili w intruzie rozpoznała jedną z ANBU Uchihy, na co odetchnęła spokojniej. Znała Mysz i jako jedną z nielicznych z formacji skrytobójców, darzyła sympatią. Ambitna, lojalna, dyskretna, prostolinijna, a przy tym ludzka. Niezmanierowana przez tę hermetyczną formację.

Już przymierzała się do wyjścia z ukrycia, gdy zza drzew wyłonił się jeden z opryszków. I o ile to można było jeszcze jakoś wyjaśnić, to to co wydarzyło się później, już nie. Otóż Liv była świadkiem bardzo namiętnego pocałunku, który jasno dawał obraz łączących ich relacji. Ten widok tak zaskoczył Senju, że aż zamarła w przysiadzie na szybko analizując to co widzi. Zaraz się jednak otrząsnęła, podkradając bliżej. Musiała zrozumieć co tu do cholery się działo.

— Dobrze się spisałaś. — Mężczyzna ścisnął Mysz za pośladek, zaraz odbierając od niej tubę ze zwojem. Kobieta na to prychnęła pod nosem, podpierając się pod boki i nadepnęła leżącą na trawie maskę aż rozpadła się z trzaskiem. — Lider odpowiednio nas wynagrodzi.

— Mam nadzieję, bo niewiele brakowało, a wszystko by szlag trafił. Lalka zaczęła być podejrzliwa.

— Nie marudź. I zdejmij tę technikę, drażni mnie.

— Ach, nie podobam ci się? — podroczyła się przekornie, przytulając do jego pleców na co tylko łypnął na nią z pobłażaniem. To właśnie w tym momencie Liv dostrzegła jakiś dziwny znak na łydce kunoichi. Tatuaż to nie był, ponieważ o ile ją pamięć nie myliła w ANBU zabraniali takich ozdób. Regulowały to jakieś przepisy, które zaraz po przeczytaniu wyrzuciła z pamięci. W każdym razie to co miała na skórze Mysz przypominało odrobinę jakąś pieczęć, ale znawczynią nie była.

Senju naprawdę była w szoku. Kogo jak kogo, ale Myszy nigdy by nie podejrzewała o bratanie się z wrogiem. Nie z jej charakterem. Trawiąc tę myśl, nagle usłyszała szelest krzaków i z lekką konsternacją odnotowała kolejnego przybysza. Postawny młokos z dziwną liną przy biodrze, właśnie witał się z pozostałymi, opowiadając coś wesołym szeptem. Patrząc się na ich rozluźnione postawy, Liv doszła do wniosku, że niechcący trafiła chyba na miejsce spotkania. Wystarczająco dalekie od walczących, a jednocześnie na tyle bliskie aby uciekający bez problemów mogli do niego dotrzeć.

— Gotowi do drogi? — Nowy wsunął palce w szlufki przy spodniach, uśmiechając się nikle i przeczesując wzrokiem otoczenie.

— A reszta?

— Straty wliczone w koszty — parsknął, mrugając do Myszy wesoło, a wtedy do Liv dotarło jedno. Jego nie widziała przy powozach, a to znaczyło, że to on był odpowiedzialnym za cyrk w obozowisku. Tylko, jakim cudem umknął oddziałowi Uchihy?

— I ty się dziwisz, że nazywają cię jak nazywają — westchnął ten pierwszy, wrzucając zwój do wody.

— Powinieneś go zniszczyć.

— Po co? Dajmy szanse przeznaczeniu — zaśmiał się cicho, obejmując kobietę ramieniem i ruszając w las.

 

~oOo~

 

— Dobra, mamy wszystkich?

— Nie, brakuje Myszy i jednego z więźniów.

— Może go ściga.

— Senju też przepadła. —  Shisui podrapał się po głowie, patrząc na drzewa. Miał dziewczyny pilnować, a wystarczyła chwila i już stracił ją z oczu. Hokage nieźle mu da popalić.

— Niewykluczone, że są razem — zauważył Itachi, odbierając mapę od zastępcy i zwołując resztę bliżej. Musieli się przeorganizować.

Kiedy wreszcie im się to udało, poczuł zniecierpliwienie. Raz, że skoro Hokage przysłała posiłki to już dawno powinni być w domu. Chciał zobaczyć brata i na własne uszy się przekonać, że nic mu nie jest.

A dwa, że minęło już sporo czasu, a Senju jak nie było tak nie ma. Naprawdę to zdanie powoli wyczerpywało jego słynną cierpliwość.

— Ogarnęliście już bałagan? — Liv aż uśmiechnęła się nikle, gdy na jej niespodziewane pojawienie się jeden z ludzi Itachiego poskoczył z zaskoczenia. — Przyprowadziłam zgubę.

— Po pierwsze, Senju. Nie powinnaś oddalać się od oddziału. Po drugie, dlaczego nie wezwałaś wsparcia? — Itachi szybkim spojrzeniem obrzucił zakrwawiony uniform Senju, zauważając, że uciska jedno miejsce. Zirytowany zacisnął zęby, zaraz skupiając się na leżącej na ziemi skrytobójczyni. — Na temat twojej niesubordynacji porozmawiamy później. A teraz, co jej zrobili?

— Co ja jej zrobiłam — automatycznie poprawiła Liv, pochylając się nad kobietą i odsłaniając znak na skórze. Wciąż kucając, wyciągnęła zza pazuchy zwój i rzuciła go Itachiemu. — Gdzie druga nieprzytomna?

— Medyk ją bada.

— Trzeba ją tu ściągnąć.

— Senju, z łaski swojej, zacznij wreszcie wyjaśniać

— Skoro tak ładnie prosisz... Otóż to nie Mysz, a jedna z organizatorek całego procederu.

— Niby jak, każdy z nas zna czakre członka zespołu ma to na celu…

— To technika. — Liv zerknęła na zastępcę Uchihy. Nie wydawał się być świeżakiem, więc jakim cudem nie wziął pod uwagę innych możliwości? Czy może gubiła go zbytnia pewność siebie i swoich umiejętności?

Shisui przysunął się bliżej, zaglądając kuzynowi przez ramię na zwój. Zmarszczył brwi widząc ciąg znaków, a jego wniosek na głos powiedział Itachi.

— Możemy nie dać rady jej anulować. To prawdopodobnie jest jutsu poświęcenia. — Itachi podrapał się po brodzie, gdy obok więźnia Liv położono drugą kobietę.

— To co, zostawimy je tak?

— W Konoha skompletują odpowiedni zespół. — Itachi szybko zwinął dokument, pocierając nasadę nosa. Chwilę milczał wyraźnie nad czymś myśląc, po czym wzdychając ciężko machnął na towarzyszy aby podeszli bliżej. — Zabieramy je w takim stanie. Jeśli coś pójdzie nie tak to możemy bardziej zaszkodzić.

— Ty tu jesteś kapitanem. — Liv już chciała się podnieść, ale właśnie wtedy jej jutsu przestało działać. Nim się spostrzegła już służyła za żywą tarczę, podczas gdy nieznajomej stała z kataną przy jej gardle.

— Ja się nigdzie nie wybieram. — Kątem oka zerknęła na czającego się za plecami Skrytobójce. — Rzuć to inaczej poleje się krew. Mnie nie zależy.

— Spokojnie. Cofnąć się — rozkazał Itachi. Widział po czakrze, że kobieta się budzi więc nie był specjalnie zaskoczony zwrotem akcji. Teraz tylko zastanawiał się czy… Nie zdążył nawet dokończyć myśli jak agresorka już leżała na ziemi wijąc się w genjutsu kuzyna. — Pośpieszyłeś się — zauważył cicho. — Mogliśmy z niej trochę wyciągnąć.

— Nie sądzę, zresztą tym zajmie się Inoichi — Shisui rzucił bez cienia skruchy, zawieszając wzrok na Liv. — Jesteś cała?

— Ta… — Senju starła krew z szyi, spod przymrużonych powiek patrząc na Itachiego. — Pewne zwyczaje się nie zmieniają co, Uchiha?

— Sama się wystawiłaś, więc pretensje możesz mieć wyłącznie do siebie. — Podszedł bliżej oglądając szkody i zaraz wetknął jej w rękę bandaż. — Ogarnij to i wracamy do domu.

 

~oOo~

 

   

Kazama znad szklanki patrzył na bawiący się tłum. To już trzeci dzień jak pobratymcy hucznie świętowali ich zwycięski powrót i Chikage wiedział, że pod osłoną radości kryła się obłuda. Nie, nie oskarżał wszystkich, ale faktem pozostawało, że kilkoro z nich nie zdążyło ukryć rozczarowania na jego widok. Aż prychnął na to wspomnienie, błyskawicznie wypijając alkohol.

Wierny mu oddział może i miał powód do zabawy, ale on nie czuł się w nastroju. W najlepszym przypadku chciałby wstać i wyjść, ale… zaśmiał się bez wesołości. Plan, który musiał wdrożyć w życie skutecznie zniechęcał go do wszystkiego oraz wszystkich.

Obserwując jak kolejny szampan strzela w sufit, przymknął powieki. Miał serdecznie dość tej fiesty. Nawet świadomość dlaczego tak ważna była jego obecność nie pomagała, aby robił dobrą minę do złej gry. Zaraz jednak się zreflektował. Zaryzykował wszystko co najcenniejsze i nie mógł pozwolić sobie na błąd. Przywołując się do porządku, otworzył oczy. Nie po to tyle poświęcił, żeby teraz się wycofać.

— Kazama… — Kaoru przysiadła na brzegu jego fotela, cała zarumieniona od tańca. Oczy jej błyszczały, natomiast włosy wyglądały tak jakby dopiero co wstała z lóżka. I to nie po drzemce.

Widział jak uwodziła go wzrokiem, każdym gestem i ruchem, a kiedy to nie poskutkowało postanowiła przeprowadzić frontalny atak.

— Chciałam ci pogratulować — wyszeptała, nachylając się Kazamie do ucha. Niczym niezrażona jego obojętnym spojrzeniem, odgarnęła mu włosy z czoła. — Dzięki tobie, Demony nareszcie pokazały swoją siłę. Nareszcie udowodniłeś, że zostałeś Liderem nie bez powodu.

— Owszem. — Kątem oka widział jak Kaoru śmielej się do niego przysuwa, obdarowując seksownym uśmiechem.

— Powinieneś celebrować zwycięstwo.

— Jak? — Zapytał całkowicie wbrew sobie, z trudem powstrzymując się od strącenia natrętnej dłoni z klatki piersiowej.

— Może w bardziej kameralnym gronie? Zrelaksujesz się.

— Odpoczynkiem bym nie pogardził — przyznał, kierując wzrok na salę. Z tego co zauważył jego ludzie skutecznie wmieszali się w tłum, zbierając dyskretnie informacje. Czyli mógł teraz z czystym sumieniem wyjść. Dzięki temu wszyscy jego oponenci nabiorą odwagi i zaczną mówić. W końcu najbardziej byli rozmowni za jego plecami. A potem, poleje się krew.

7 komentarzy:

  1. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek cierpliwość mi się opłaci a tu proszę takie miłe zaskoczenie 💜💕

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo się cieszę, że żyjesz i wróciłaś przynajmniej na chwilę. Stęskniłam się za Liv, Itachim i Shisuim. Czy długa nieobecność wynika z niedoboru weny czy braku czasu? Jest jakaś szansa, że zaszczycisz nas ponownie?

    Super, że pojawił się kolejny rozdział Twojej głównej historii. Mam nadzieję, że uda Ci się ją dokończyć i dostaniemy epilog. Ciekawi mnie bardzo rozwiązanie najnowszych wątków i to czy główni bohaterowie w końcu będą razem. Może nawet założą rodzinę? Chociaż najbardziej chciałabym widzieć z kimś Shisuiego. Było go tak mało w mandze i anime. Naszemu Łasicowi przydałby się ktoś, kto by go trochę "odciążył". No i w sumie był jeszcze lepszym shinobi niż on, także ten... fajnie byłoby zobaczyć go w akcji.

    Martwi mnie też odrobinę los innych serii - "Szansa" jest dla mnie ciut za mroczna, ale tęsknię za uroczością (jest takie słowo w ogóle?) "Puchatej historii/Sugar story i Time for Love. No i, nie żeby coś, ale na logu wiszą dwa prologi - "Bestii" i "Rywalizacji klanów". Może jest szansa na kontynuacje?

    Dobra, lecę czytać.
    Obyś jeszcze mnie pamiętała.

    Pozdrawiam,
    Yuzuki

    OdpowiedzUsuń
  3. Wchodzę i normalnie niedowierzam 😅 nowy rozdział, myślałam że nie przeczytam już nigdy nic spod twojej ręki a tu proszę takie zaskoczenie 😄
    Mam nadzieję że to nie jednorazowy powrót, a dokończysz tę historię bo to nie może zakończyć się w takim momencie. Musimy wiedzieć jak to wszystko się zakończy.

    Pozdrawiam i życzę dużo weny i trochę czasu wolnego na zakończenie tego opowiadania 🥰

    OdpowiedzUsuń
  4. Hejeczka,
    kochana, kochana, co jest tak długa cisza, a historia jest bardzo ciekawa... bardzo tęsknię...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem czy jeszcze mnie pamiętasz, ale nadal tu jestem i czekam aż coś jeszcze dla nas napiszesz.

    Pozdrawiam,
    Yuzuki

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej, 2024 r. zmierza ku końcowi - czy jest jakaś szansa, że jeszcze wrócisz?

    Ciastko

    OdpowiedzUsuń
  7. Hejeczka,
    bardzo mi jest smutno, że nie ma kontynuacji tego świetnego opowiadania, czytam po raz kolejny i chce się po prostu więcej... powróć tutaj proszę...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Kaśka

    OdpowiedzUsuń