Hej,
Kochani.
Mam dla Was nowiutki i jeszcze
cieplutki rozdział Szansy. Z racji tego, że tak rzadko publikuję chciałam
napisać naprawdę obfity post i chyba nawet mi się udało. Mam nadzieję, że Wam
się spodoba.
Ach! I chciałam Wam życzyć
wszystkiego najlepszego z okazji Świąt! Obyśmy ten trudny czas przetrwali w
zdrowiu, atmosferze spokoju oraz miłości. I żeby teraz było tylko lepiej.
Wszystkiego dobrego.
Nie przedłużając zapraszam do
czytania, Kochani. Liczę, że się odezwiecie i wyrazicie swoje opinie.
Buziaki.
~oOo~
Liv
z westchnieniem opadła na fotel chowając twarz w dłoniach. Wzięła kilka
głębszych oddechów, zaraz podnosząc wzrok na niedopity kubek z herbatą. Całe to
czekanie powoli ją wykańczało. Czuła się tak, jakby siedziała na tykającej bombie
i co najgorsze nic nie mogła zrobić. Zdegradowali ją do roli widza. Nie do niej
należała decyzja. Przypominając sobie o tej niewygodnej prawdzie, przeklęła
cicho podrywając się z siedziska i bez entuzjazmu powlekła do okna. Oparła
dłonie o parapet i przytuliła czoło do chłodnej szyby, zaciskając powieki.
Powinna znaleźć sobie zajęcie.
Dziś,
na rozległą polanę przed domem nie przyszło żadne ze zwierząt, co tylko
dodatkowo zafrasowało Liv. Mogłaby zabić czas przypatrując się wygrzewającym w
słońcu łaniom, albo innym mieszkańcom lasu. Bo pogoda była pierwszorzędna i za
żadne skarby nie potrafiła zrozumieć, dlaczego trawnik przed gankiem świecił
pustkami. Chociaż, może to jest ta właśnie słynna złośliwość losu. Im bardziej
czego chcemy lub potrzebujemy, tym bardziej prawdopodobne, że tego nie
dostaniemy.
Krzywiąc
się nieznacznie potarła skronie. Wciąż nie dotarły do niej żadne informacje na
temat prowadzonych w Konoha negocjacji. Dobrze rozumiała, że wszystko było
tajne i każdej ze stron zależało na dyskrecji, ale na litość boską. To już trzy
dni. Siedemdziesiąt dwie godziny ciągłych pertraktacji, kompromisów oraz
dogadywania ewentualnych ustępstw. Cokolwiek już powinno być wiadome.
Gdy
już myślała, że głowa jej wybuchnie, przyszło wybawienie. Cudowny sygnał, który
pieścił uszy dając nadzieję na przerwanie tego nerwowego czekania. Liv chyba nigdy
w życiu aż tak się nie cieszyła na dźwięk donośnego wycia wilka zza okna. Bo to
zwiastowało jedno, nową misję.
~oOo~
Itachi
zatrzymał się przy bramie od ich dzielnicy, zagapiając na wymalowany symbol
wachlarza. Wciąż wraz z kuzynem czekali niecierpliwie na efekty mediacji głowy
Wioski z liderem klanu Uchiha. To już była kolejna doba rozmów i dało się
wyczuć wśród mieszkańców nerwowość oraz niepokój. Nie miało znaczenia czy
myślał tu o zwykłym właścicielu piekarni czy shinobi pracującym w policji.
Absolutnie każdy mieszkaniec dzielnicy Uchiha wyczuwał, że coś się dzieje.
Aż
podskoczył nerwowo, kiedy nieopodal przebiegła grupka dzieciaków zaśmiewając
się wesoło. Reszta obywateli Konohy zdawała się być nieświadoma ważenia się
losów najstarszego z klanów, ponieważ życie toczyło się dalej. Czas nie stanął
w miejscu. Ludzie nieświadomi widma nadchodzącej katastrofy nie zmieniali
codziennej rutyny. Praca, szkoła, dom. Wytrącony z rozmyślań odprowadził
młodych wzrokiem, zaraz wzdychając ciężko.
Co ma być to
będzie, a jeżeli jego ojciec ma na uwadze los swoich ludzi to musi być tylko
dobrze. Pokrzepiony tą myślą wskoczył na mur, mimowolnie zerkając w stronę
posesji Shisuiego. Potrzebował porządnego sparingu i tylko jeden kandydat mógł
spełnić te wymagania.
~oOo~
Shisui
opadł bez sił na trawę, przymykając powieki. Tak, nie było wątpliwości. Dzięki
napięciu jakie trawiło ich ciała, odbyli z Itachim najlepszy trening w historii.
Normalnie trening życia. Gdyby mieli publiczność to jak nic opowiadaliby o ich
walce innym. Czyli jednak wynikło coś dobrego z tego nerwowego oczekiwania na
werdykt. Uśmiechając się pod nosem, zerknął na rywala. Chociaż Itachi robił co
mógł aby utrzymać pozory, to i on ledwie dychał. Zdecydowanie zaszaleli.
Dobrze, że krajobrazu nie zrujnowali. Tego raczej Hokage by nie pochwalił.
—
Skąd znasz tę technikę? — Teleporter był autentycznie ciekawy nowinki w
repertuarze przyjaciela. Czyżby, aby zabić nudę, zaczął szperać w archiwach
ANBU? I dlaczego on na to nie wpadł? Strapiony tą myślą zmarszczył brwi. Nie
lubił być o krok do tyłu za Itachim.
—
Z ostatniej misji.
—
Ciekawe jutsu wodne — przyznał Shisui, odciągając mokrą nogawkę od łydki. Gdyby
nie jego szybkość, to skończyłby o wiele gorzej. Pewnie wyglądałby tak jak po
przepłynięciu jeziora w ubraniach. Aż zaśmiał się na tę wizję, odchylając do
tyłu i przenosząc wzrok na nagle zachmurzone niebo. Tak bardzo nie miał siły
się podnieść, a tu nawet pogoda przeciwko niemu. — Chyba czas się zbierać.
—
Myślisz, że skończyli obradować?
—
Co?
—
Źle sformułowałem pytanie — westchnął zirytowany Itachi, spoglądając w górę. —
Jak sądzisz, kiedy podejmą wreszcie decyzję?
—
Muszą się spieszyć, bo gawiedź zaczyna plotkować i to nie tylko nasza
dzielnica.
—
Zauważyłem, że rośnie napięcie.
—
Jednak, dziś widziałem jak do siedziby Hokage szedł asystent twojego ojca,
Yakumi, więc może to już końcówka.
—
Oby.
—
To co, zbieramy się? — Shisui niechętnie podniósł się do siadu, przeczesując
palcami włosy. — Jeszcze chwila, a będziemy wracać wpław.
—
Cóż, w deszczu jeszcze nie trenowaliśmy…
—
I nie zamierzam tego zmieniać — prychnął Teleporter, patrząc z irytacją na
przyjaciela. Co jak co, aury podczas misji nie wybierali, ale dobrowolnie
babrać się w błocie? Nic, z tego.
—
W porządku.
~oOo~
Izumi
uśmiechnęła się pod nosem, na widok brata Itachiego znacznie przyśpieszając
kroku. Wreszcie się nadarzyła idealna okazja aby spotkać przyjaciela — miłość
swojego życia — bez uciekania się do drastycznych środków. Może przesadzała,
ale powoli czuła prawdziwą desperację i tylko resztki dumy powstrzymywały ją od
śledzenia chłopaka.
—
Hej, Sasuke. Już po zajęciach?
—
Tak.
Izumi
z trudem powstrzymała jęknięcie na ten brak wylewności. Ale nikt nie obiecywał,
że będzie łatwo. Napędzana wizją realizacji celu dotrzymała tempa chłopcu,
patrząc na niebo. Musiała to rozegrać sprytnie, żeby nie powiedzieć,
przebiegle.
— Słyszałam, że
jesteś najlepszy z rocznika.
— Chcę dorównać
bratu — stwierdził z prostotą, poprawiając zsuwającą się torbę. Zaraz
uśmiechnął się z determinacją. — Może nawet dziś namówię go na trening.
— Będę mogła
popatrzeć? — Izumi niemal zaklaskała z radości, że jej plan działał. Czuła
lekkie wyrzuty sumienia, że wysługuje się dzieckiem, ale przecież nie robiła
nic złego. — Obiecuję siedzieć cicho.
— Jestem
przyzwyczajony do publiki. — Sasuke wzruszył obojętnie ramionami, zerkając na
Izumi kątem oka. — Dziewczyny w akademii cały czas mnie obserwują.
— Bo pewnie cię
lubią.
— Powinny się
skupić na nauce i treningu. Jak tak dalej pójdzie to będą zwyczajnym balastem w
czasie misji.
— Nie
przesadzałabym — parsknęła, aż mrużąc powieki z rozbawienia.
— Stwierdzam
fakt.
— Myślisz, że
kobiety nie powinny być ninja? — Takie podejście zaintrygowało Izumi. Czyżby aż
tak koleżanki zaszły młodemu za skórę?
— Nie, dlaczego?
Przecież historia zna wiele, bardzo uzdolnionych kunoichi. Żona pierwszego
Hokage, księżniczka Tsunade z Wielkiej Trójki, czy choćby ty. Po prostu uważam,
że zamiast gapić się na mnie powinny więcej się uczyć. Mają wspierać drużynę, a
nie przeszkadzać, czy dokładać pracy.
Izumi poczuła
się miło połechtana, że wymienił ją w gronie tak utalentowanych kobiet ninja. Nigdy
nie przypuszczała, że Sasuke wiedział jakimi umiejętnościami dysponowała. W
końcu przychodził tylko na walki brata z kuzynem. Izumi zaciekawiło czy również
Itachi doceniał jej siłę. Dumając nad tą kwestią, nim się obejrzała już minęli
mury ich dzielnicy. Mimo popołudnia, ruch na uliczkach był niewielki co Izumi przywitała
z zadowoleniem. W końcu nie chciała aby ktoś zepsuł uknuty plan. Przez sekundę
pomyślała, że może te pustki mają związek z tą podejrzanie wyglądającą chmurą
na niebie, ale szybko odpędziła ponurą prognozę. Przecież na dziś nie
zapowiadano żadnych opadów, a ciemny obłok wydawał się za daleko aby mógł
zagrozić intrydze.
Uśmiechając się
pod nosem, nagle go zobaczyła. Na widok Itachiego, Izumi aż poczuła jak serce
na moment zamarło, aby za chwilę ruszyć z kopyta przyprawiając ją o lekki
zawrót głowy. Dłonie miała spocone do granic możliwości i teraz jak nigdy
dziękowała losowi, że nic nie trzymała w rękach, bo już leżałoby na ziemi.
Mrużąc powieki,
zerknęła na towarzysza. Dla uspokojenia wzięła kilka cichych, głębszych oddechów,
tak aby nie zwracać na siebie uwagi Sasuke. Chłopiec należał do wyjątkowo
uważnych obserwatorów i bardzo szybko by zrozumiał dlaczego sapie. Zwłaszcza na
widok jego starszego brata. Tylko tego brakowało aby patrzył na nią z
politowaniem, tak jak na dziewczynki z akademii. Gdy opanowała drżące kończyny,
skupiła się na Itachim.
Musiał wracać z
treningu, ponieważ bezwiednie bawił się kunai co trochę poprawiając przerzuconą
przez ramię torbę, którą zawsze zabierał na ćwiczenia z Shisuim. Fakt ten odrobinę
zafrasował Izumi. Istniało spore prawdopodobieństwo, że chłopak nie zgodzi się
na propozycje brata, wymawiając się zmęczeniem, ale postanowiła poczekać na
rozwój sytuacji. Po co się dołować zawczasu?
— Braciszku?! —
Sasuke wystrzelił do przodu, szybko stając przed Itachim i uśmiechając się
szeroko. — Wygrałeś?
— A jak myślisz?
— Oczywiście, że
tak. Nikt się nie może z tobą równać — odparł momentalnie, a Izumi aż
przewróciła oczami na dźwięk tej niezachwianej pewności w głosie.
— Sasuke… —
Itachi zawahał się przez chwilę, zaraz wzdychając i odpuszczając temat. Zamiast
tego uśmiechnął się nikle, czochrając mu włosy. — Co to, pola treningowe
pozajmowane, że wracasz do domu? I hej, Izumi.
— Chyba
koleżanki nadużyły jego cierpliwości — wyjaśniła, zaciskając kciuki za plecami.
Naprawdę liczyła, że dziś trochę dłużej poprzebywa w towarzystwie ukochanego.
— Nie prawda —
zaprzeczył szybko Sasuke, nadymając policzki i łypiąc na dziewczynę z
niezadowoleniem. Izumi widząc ten nieprzychylny wzrok postanowiła działać. Nie
chciała aby chłopiec zagarnął Itachiego tylko dla siebie i jeżeli nie naprawi
sytuacji to tak właśnie będzie. Już otwierała usta aby zaproponować wspólne
wyjście, gdy młody ją ubiegł.
— Pójdziesz ze
mną potrenować rzucanie kunai? Obiecałeś.
Itachi gestem przywołał
brata bliżej, przymrużając powieki z lekkim uśmiechem. Kiedy chłopiec to
zrobił, stuknął go palcami delikatnie w czoło na co ten zmarszczył nos.
— Może innym
razem.
— Zawsze tak
gadasz, a później i tak nie masz czasu.
— Sasuke, zaraz
będzie padać — zauważył przytomnie, wskazując na wiszącą im nad głowami ciemną
chmurę. — Jeszcze tego brakuje abyś przemókł i się przeziębił.
— Nic...
— A może
pójdziemy do tego nowego baru w północnej dzielnicy, niedaleko siedziby Hokage?
— wtrąciła się Izumi, szybko zmieniając temat i kładąc dłoń na ramieniu
Itachiego. — Ty pewnie jesteś głodny po treningu, a Sasuke po nauce. Ich
kucharz jest genialny. Objeździł pół świata i to wielki fart, że akurat naszą
wioskę wybrał na prowadzenie biznesu.
— Obiad, pewnie
mama zrobiła w domu — burknął chłopiec kopiąc najbliższy kamyk, wciąż
nieszczęśliwy z powodu odmowy brata.
— Pewnie tak,
ale słyszałam, że mają w menu dostępne świeże warzywa. Sprowadzili do Konohy
nowe odmiany pomidorów, fasoli, kiełków i jeżeli przypadną klienteli do
gustu...
— Pomidory? — Młodszemu
Uchiha aż zaświeciły się oczy na to hasło, zaraz jednak się opanował udając
obojętność. — Cóż, jak chcecie możemy sprawdzić ten lokal. Mnie to obojętne.
— Zawyrokowane,
idziemy — westchnął Itachi, zaraz dodając ciszej do towarzyszki. — To
przerażające jak go zmanipulowałaś. Nie wstyd ci?
— Dlaczego? — Izumi
uśmiechnęła się niewinnie. — Tam, naprawdę jest kilka nowych odmian, których
nie można było u nas spotkać. Warto się z nimi zapoznać.
— To prawie tak,
jakbyś zamachała dziecku cukierkami przed nosem. Nie poznaje cię. Po co to
wszystko?
Na to pytanie Izumi
zapatrzyła się w ciemne oczy Itachiego, lekko przygryzając usta. Rany, jak ona
pragnęła jego bliskości oraz ciepła. Tęskniła za ich treningami, rozmowami, a
nawet zwyczajnym milczeniem, gdzie mogła się do woli ukochanemu przyglądać. I
chociaż serce krzyczało, aby wyznała uczucia to mimo wszystko go nie
posłuchała. Raz, że nie była gotowa, a dwa, nie chciała tego robić w takich
okolicznościach. Gdzie w takich chwilach znikała cała jej odwaga? Zwyczajnie w
sprawach sercowych, zamieniała się w tchórzliwego kurczaka.
— Ciągle się
mijamy. Ty, ja, Shisui… Zależy mi na was. Mam wrażenie, że stare przyjaźnie
zaczynają się sypać — wymamrotała cicho, patrząc pod nogi. Mało brakowało a
powiedziałaby to w liczbie pojedynczej, ale na szczęście się powstrzymała.
Zresztą lepsze takie pół prawdy niż nic.
— To najgłupsza
sprawa, jaką można się zamartwiać w tych niepewnych czasach — parsknął Itachi z
politowaniem, zerkając na Izumi. Mimowolnie pomyślał o losach ich klanu, że to
jest coś o co należy naprawdę się martwić, a nie takie bzdury. Jednak nie
powinien przez ten pryzmat patrzyć na słowa przyjaciółki. Przecież ona nic nie
wiedziała o planowanym przewrocie ani o rozmowach na szczycie. Takie myślenie
było wyjątkowo niesprawiedliwe wobec niej. — Skoro tak to przeżywasz to chyba
wypada ściągnąć tu Teleportera.
~oOo~
Liv
odetchnęła głębiej, zamykając za sobą drzwi od pokoju w którym się zatrzymała i
zapatrzyła się na panoramę za oknem. Miejscowość należała do wyjątkowo
urokliwych i w innym wypadku — mianowicie gdyby nie miała zadania do wykonania
— z pewnością by ją dokładniej zwiedziła. Słyszała, że były tu naprawdę piękne
ogrody botaniczne oraz masa innych atrakcji turystycznych. Jak choćby pałac
jednego z Panów Feudalnych. Udostępniany zwiedzającym podczas jego
nieobecności, z którego rozciągał się majestatyczny widok na dolinę. Niczym
milczący strażnik górował nad miejscowością, przyciągając wzrok każdego
przybysza, gdy tylko przekroczył mury miasta.
Zaraz
jednak zmarszczyła nos, podchodząc do jedynego fotela w pomieszczeniu i
usiadła, rozwijając wyjęty zza pazuchy zwój. Spojrzała na listę nazwisk, po
czym skreśliła ostatnie. Jutro wielki finał, nareszcie spotka główny cel i
musiała to rozegrać bezbłędnie. Żadnej wpadki.
Oparła
się o zagłówek, przymykając powieki. Pamiętała to dziwne napięcie w
pomieszczeniu, gdy Trzeci Hokage przekazywał jej instrukcje dotyczące misji. Jak
nigdy, uderzyło ją zmęczenie malujące się na jego twarzy. Wtedy naprawdę wyglądał
jak wyczerpany życiem staruszek, a przecież wiedziała, że umiejętnościami
zmiażdżyłby niejednego młodzika. Nie od parady dostał przydomek Profesor. No i
przecież nosił tytuł Kage.
Być
może, a raczej na pewno, nie bez wpływu na całą sytuację miało to kogo
pośrednio dotyczyło zlecenie. Orochimaru, jeden z Wielkiej Trójki, Legendarny
Sannin, geniusz swojego pokolenia, zbuntowany uczeń Czcigodnego, który wciąż
ostrzył zęby na Konohę. Za to jak przed laty został pominięty w wyborze na
kolejnego przywódcę Wioski. Zniewaga, której nie potrafił wybaczyć, która
zaowocowała silnym pragnieniem zemsty.
A
teraz znalazł sobie przyjaciela — może niezbyt trafne określenie — tak samo
zafascynowanego eksperymentami, manipulacją genami, nie zawsze etycznymi —
nigdy — oraz pasją. Musieli to sprawdzić i zweryfikować jak mocno fascynacja
Orochimaru wpłynęła na mężczyznę.
—
Zrozumiałaś, Liv? Żadnej brawury. Gdy tylko wyczujesz, że przykrywka się sypie,
masz się bezzwłocznie wycofać.
—
Czcigodny…
—
Nie, Liv. Nie możemy tego zbagatelizować, bo jeżeli plotki mówią prawdę, to…
—
Niech się Trzeci nie martwi, nie dam się zamknąć w formalinie.
—
Oby.
~oOo~
Liv z cichym
westchnieniem zrzuciła kaptur, odsłaniając twarz. Stała w cieniu budynku,
niezauważona przez nielicznych przechodniów i analizowała różne warianty
otrzymanego zadania. W końcu lepiej się przygotować na różne scenariusze.
Spod lekko
przymrużonych powiek obserwowała wejście do baru, przygotowując się psychicznie
oraz mentalnie do misji. Już dawno nie dostawała zleceń, gdzie miała wyciągnąć
z obiektu trochę informacji, ale nie narzekała. To zadanie dosłownie spadło jej
z nieba i uratowało od fiksacji. Jak nic tak właśnie by się stało, gdyby
kolejny dzień spędziła na snuciu się po domu i czekaniu na wieści o rezultatach
negocjacji Uchiha z Konohą. Pozbywając się z twarzy wszelkich emocji, pewnie
wkroczyła do środka przez szerokie, dębowe drzwi. Na rozkaz Hokage nie nosiła
rynsztunku Skrytobójców, a zwykły, cywilny. W końcu udawała turystkę, co
momentalnie przypomniało Liv, że nie powinna aż tak wyciszać mimiki. Ciekawość,
przecież to powinno dominować u osoby zwiedzającej okolice.
Nawet jednym
drgnięciem mięśnia nie zdradziła lekkiej konsternacji zastanym widokiem. Owszem
wiedziała, że knajpa należy do wyjątkowo obleganych w mieście, ale aż takiego
tłumu się nie spodziewała. To mogło wszystko utrudnić. Niepocieszona tym
wnioskiem pierwsze kroki skierowała do baru, to z tego miejsca rozciągał się
najlepszy widok na cały lokal. Szybko zajęła hoker, rozpinając płaszcz. Lokal
nie wyróżniał się niczym szczególnym, jeśli chodzi o wnętrze i Liv przez chwilę
dumała nad fenomenem jego popularności. Czyżby ludzi przyciągała wyjątkowa
atmosfera, a może właściciel był kimś znanym? Bo wyposażenie należało do tych
standardowych, utrzymanych w odcieniach ciemnego drewna, przełamanych
czerwienią foteli. Kilka skórzanych kanap umiejscowiono niedaleko stołów
bilardowych dla osób szukających aktywnego relaksu w towarzystwie znajomych, a
dalej rozciągała się strefa z zacienionymi lożami.
Z racji
wykonywanego zadania Liv była odstawiona jak na randkę, lub ewentualny podryw.
Albo jak kto woli, polowanie. W końcu jak najlepiej zwrócić uwagę faceta?
Oczywiście, że wyglądem. Uśmiechnęła się do już czekającego barmana, podając
nazwę pierwszego, lepszego drinka ze świadomością, że i tak go pewnie nie
wypije. W końcu trzeźwy umysł to podstawa.
Mrugnęła
zalotnie do obsługującego ją mężczyzny, podając pieniądze z napiwkiem — nie za
dużym, aby nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi, ale jednocześnie na tyle
wystarczającym, aby poczuł się usatysfakcjonowany — i odwróciła się, aby
swobodnie obserwować tłum.
Na początek
powinna zlokalizować obiekt. Zanurzając usta w alkoholu, powoli przesunęła
wzrokiem po obecnych, bawiąc się kosmykiem jasnych, prawie że białych włosów.
Peruka stanowiła dopełnienie nowej tożsamości i chociaż całą sprawę mogło
załatwić jedno, proste jutsu to po konsultacjach przed misją zdecydowano o
przebraniu. Dlaczego? Ponieważ ktoś dobrze wyszkolony przejrzałby ten fortel.
Po co ryzykować skoro to tylko infiltracja?
Zmrużyła powieki
wreszcie dostrzegając obiekt. Siedział w loży, odrobinę na uboczu z daleka od
wścibskich spojrzeń. Liv od razu się domyśliła, że tamto miejsce to tak zwana
strefa VIP. I tylko ktoś ważny mógłby zdobyć ten stolik. Teraz tylko pytanie
jak miała się tam dostać?
Pewną
komplikacją był brak parkietu, bo wyłowienie, a raczej zarzucenie przynęty
byłoby dziecinną igraszką. Głośna muzyka, przygaszone światła, roztańczony tłum
byłyby wymarzonym sprzymierzeńcem Senju. Jednak los stwierdził, że musi sobie
poradzić bez aż tak sprzyjających okoliczności. Dumając nad dalszymi krokami,
przyglądała się mężczyźnie, który miał dostarczyć dla Konoha bezcennych
informacji.
Nawet z tej
odległości widziała, że to on był najważniejszym ogniwem w grupie. Lider. Wszyscy
w loży podczas rozmów, co trochę zerkali na niego, szukając aprobaty, poklasku.
Widać było, że ostatnie słowo należy do niego. Dopijał właśnie trzymane piwo, wolną
dłonią przeczesując ciemne włosy i słuchając towarzysza siedzącego obok.
Patrząc na powierzchowność mężczyzny, Liv doszła do wniosku, że gdyby nie
obserwacja otoczenia to za nic by się nie domyśliła, że akurat on jest samcem
alfa w tym stadzie. Nie wyróżniał się z tłumu. Chociaż, jego oczy zwracały
uwagę. I nie za sprawą barwy, ale tego w jaki sposób patrzył na innych. Jakby
wiedział wszystko o wszystkich.
Skonsternowana
tym wnioskiem, zawiesiła wzrok na kieliszku. Ten fakt ją zaniepokoił. Owszem,
poczyniła pewne przygotowania aby uwiarygodnić przykrywkę turystki, ale poczuła
się nieswojo. Niepokój wdarł się pod skórę, drażniąc niczym irytująca drzazga w
palcu. Cóż, i tak nie było odwrotu. Z tym nieprzyjemnym wnioskiem, Liv
wychyliła alkohol jednym haustem. Będzie co ma być. Musi podjąć wyzwanie. Idealnie
wyczuwając moment, zsunęła się z hokera. Czas na spotkanie, pomyślała obracając
się gwałtownie przez co zderzyła się ze znajomym obiektu.
~oOo~
Itachi w
milczeniu usiadł oraz zerknął na Shisuiego, porozumiewając się wzrokiem. Znajdowali
się na zebraniu dzielnicy i o ile inni wydawali się zaskoczeni jego zwołaniem,
to on wraz z kuzynem domyślali się o co mogło chodzić. Wreszcie nadszedł dzień,
gdzie klan Uchiha ukaże swoją prawdziwą twarz. Kilkanaście dni ciężkich
pertraktacji, których efekty właśnie ujrzą światło dzienne.
Poprawiając się wygodniej,
Itachi przesunął wzrokiem po obecnych. Ciche szepty niosły się po
pomieszczeniu, kiedy zaintrygowani mieszkańcy prześcigali się w domysłach celu
zwołania narady. Chociaż ci milczący zapewne się domyślali. W końcu oni byli na
bieżąco.
Itachi zacisnął
mocniej usta, dostrzegając grupkę mężczyzn, wyraźnie emanujących złością.
Szybkie skojarzenie faktów wystarczyło aby zrozumieć skąd ta emocja. No tak, z
tego co się orientował to właśnie oni najmocniej naciskali na przewrót i najwyraźniej
ich plan powoli się komplikował. Gniew oraz strach niemal z nich buchał, co aż
zdumiało Itachiego. Bo przecież, jeżeli chcieli cokolwiek ugrać powinni
zachować spokój. Merytorycznie zamydlić oczy innym. Skonsternowany, przeczesał
spojrzeniem tłum. Szybki rekonesans wystarczył aby wiedzieć, że każda z rodzin
przysłała przynajmniej jednego przedstawiciela. Było to logiczne rozwiązanie z
racji tego, że nie dysponowali tak wielką aulą aby mogli być obecni wszyscy.
Westchnął ciężko.
Miał szczerą nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z oczekiwaniami. Los dał
Uchiha niepowtarzalną szansę i Itachi wierzył, że tego nie zaprzepaszczą. Jakby
nie patrzeć alternatywą była śmierć. Wychwytując na sobie spojrzenie znajomych
ciemnych oczu, kiwnął na powitanie siedzącej pod ścianą Izumi wraz z matką.
~oOo~
Liv uśmiechnęła
się delikatnie z satysfakcji, wygodniej rozpierając w loży. Pierwsza faza planu
za nią. I nawet nie musiała bardzo się nagimnastykować przy jej realizacji. Palcami
pogładziła przyjemny w dotyku czerwony materiał wyścielający sofy, wsłuchując
się w wesołe pogawędki. Plan powoli się realizował i ku jej zdumieniu szło
wyjątkowo gładko. Od słowa do słowa tak poprowadziła rozmowę, że nieznajomy,
który wytrącił Liv drinka, w ramach przeprosin zaprosił ją do stolika.
Oczywiście tego przy którym siedział mężczyzna ze zlecenia. Teraz pozostało
tylko zarzucić sieć, bo jedno już zyskała na wstępie. Widziała, że na nią
zerkał, a ciekawość aż z niego wyzierała. Wystarczyło spokojnie czekać na jego
ruch. Bo to, że jakiś wykona, Liv była pewna.
Owszem, żeńska
część towarzystwa przyjęła pojawienie się nowej twarzy z pewną dozą
podejrzliwości, ale po krótkim czasie odpuściła. Kobiety powróciły do
swobodnego flirtu, kokietowania oraz zabawiania towarzyszy, rzucając im powłóczyste
spojrzenia, czy pozwalając sobie na mniej lub bardziej niewinny dotyk. Liv była
przez nie ignorowana, ale zapewne zmieniłoby się to gdyby tylko zaczęła się
zbytnio wychylać. Owszem, chwilami czuła na sobie oceniające spojrzenia, gdy za
głośno się zaśmiała, czy zbyt obszernie odpowiedziała na zadane pytanie, ale do
momentu jak nie absorbowała pełni uwagi grupy, było to akceptowalne.
Senju z
zaintrygowaniem przyglądała się temu spektaklowi. W końcu z racji młodego wieku
posiadała małe doświadczenie w tych sprawach, bo wśród rówieśników wyglądało to
zgoła inaczej. Nie tak, intensywnie. Tu czaiło się w powietrzu łatwo wyczuwalne
napięcie, a atmosfera wydawała się wręcz naelektryzowana. Pierwszy raz w życiu
była świadkiem czegoś takiego.
~oOo~
Liv zamarła na
dłuższą chwilę, zagapiając się na dużą oszkloną szafkę, w której kryło się
kilkadziesiąt różnokolorowych zwojów. Poukładane w równych rządkach, błyszczały
zachęcająco w nikłym świetle lamp, aż prosząc o zajrzenie do środka i
zapoznanie się z ich treścią. Na ich widok aż zaświerzbiły ją palce. Gdyby
tylko dała radę złamać zabezpieczenia i wyjąć kilka… Zawarte w nich informacje
były na wagę złota i z pewnością rzuciłyby więcej światła na działalność
szatyna oraz tego na jakim etapie znajdowały się jego prace. A tak? Błądzili na
ślepo, polegając wyłącznie na szczątkowych plotkach oraz niezbyt wiarygodnych
źródłach. Żadnych konkretów.
Jednak, rozkazy
Hokage brzmiały jasno. Zakazywały Liv jakichkolwiek pochopnych działań. Żadnej
brawury, wyłączna infiltracja. Aż zacisnęła usta, niechętnie odwracając wzrok
od czerwonej pieczęci na klamce mebla. Mimowolnie przyszło jej do głowy, że Zao
— tak na imię miał mężczyzna ze zlecenia — jest wyjątkowo pewny siebie, żeby
nie powiedzieć, bezczelny. Trzymać coś takiego na widoku… Skonsternowana tą
myślą, odwróciła się do towarzysza zaraz zamierając i z trudem opanowując
odruch aby się cofnąć. Stał tak niebezpiecznie blisko, że mogła policzyć złote
plamki na tęczówce, a oddech drażnił usta.
— Ciekawa
kolekcja — zauważyła lekko mrużąc powieki, kiedy nie wykazywał żadnej chęci aby
się odsunąć. Cóż, poniekąd nie dziwne. Przecież cały wieczór go kokietowała
żeby znaleźć się w tym miejscu. Sam na sam, bez wścibskich spojrzeń i
ciekawskich uszu. — Masz naturę intelektualisty?
— Lubię
poszerzać horyzonty.
Liv na te słowa
z trudem opanowała drwiące prychnięcie, zaraz jednak przywołując się do
porządku. Jeżeli zaraz się nie opanuje to jej przykrywkę trafi szlag. Dlatego —
całkowicie wbrew sobie — uniosła dłoń i palcami musnęła wargi Zao, zatrzymując
na nich wzrok. Kokietuj, rozkazała w myślach, karcąc się za niesubordynację.
Kiedy już
sądziła, że sytuacja opanowana, nagle pod powiekami Liv mignęło wspomnienie
twarzy Itachiego, na co aż wstrzymała oddech. Czemu pamięć w tym właśnie
momencie — zdecydowanie złym i mało komfortowym — postanowiła przywołać obraz
Uchihy? Tego gdy pochylał się nad nią podczas treningu. Tego jak patrzył tymi
ciemnymi ślepiami, będąc tak blisko, że czuła ciepło oddechu, a niepowtarzalny,
elektryzujący zapach drażnił zmysły. Tego jak zmieniała się intensywność
spojrzenia, kiedy dowiadywał się czegoś co mu się wybitnie nie podobało. Skąd,
do cholery, te myśli waśnie teraz?
— W takim razie
jesteśmy podobni — wyszeptała, otrząsając się ze wspomnień. Wyminęła Zao i
podeszła do stolika przy kanapie, usiłując się ponownie wyciszyć. Nalała hojnie
alkoholu do dwóch szklanek ze stojącej tam karafki i mu jedną podała. — To co?
Za niezwykłe spotkanie?
— Rzeczywiście,
niezwykłe — przytaknął wypijając całą zawartość, a Liv aż poczuła zimny dreszcz
przebiegający po plecach, gdy wyłapała fałszywą nutę w tej wypowiedzi.
~oOo~
Liv naprawdę nie
wiedziała co poszło nie tak. Rozmowa się kleiła, Zao głaskał ją po udzie przy
opowiadaniu o swoich odkryciach w dziedzinie genetyki, a muzyka w tle robiła
miły klimat pod pogawędki. Słowa z ust mężczyzny płynęły bez żadnej zachęty, a
ona w ramach zacieśniania więzi przeczesywała mu palcami włosy. I dała by sobie
rękę uciąć, że ten dotyk sprawiał Zao przyjemność, bo z każdym ruchem dłoni
mruczał i przymykał powieki. Jeszcze przed chwilą wszystko szło w dobrą stronę,
a teraz leżała przyciśnięta do dywanu i nie bardzo rozumiała co się właśnie
wydarzyło. Skąd ta nerwowość? Przecież po tamtych złych przeczuciach nie było
nawet śladu. Angażując się bardziej, mianowicie pozwalając sobie na większą
bliskość myślała, że uśpiła czujność rozmówcy. A tu? Nic z tych rzeczy. Źle
oceniła sytuację. Palce mężczyzny zaciskały się
na gardle Senju, skutecznie utrudniając oddychanie, podczas gdy technika
pieczętująca blokowała jakikolwiek ruch Liv. Szeroko otwartymi oczami
wpatrywała się w wyjątkowo — jak na te okoliczności — spokojną twarz Zao,
dumając gdzie popełniła błąd i jak się z tego wyplątać.
— Jak Konoha
miała jakieś pytania, mogła wysłać list.
— Pewnie by tak
zrobiła gdybyś raczył odpisać. — Zza pleców Zao rozbrzmiał cichy, niski głos,
na co Liv momentalnie zerknęła w tamtym kierunku, zaraz marszcząc brwi. W
pomieszczeniu pojawiło się trzech ANBU, którzy sądząc po umundurowaniu nie
wpadli na pogawędki. Dowódca oddziału wyglądał na w pełni zrelaksowanego sądząc
po postawie, gdyż twarz zasłaniała mu maska, stanowiąc ciekawy kontrast dla
również zamaskowanych partnerów. Oni, w pełnym rynsztunku, skupieni na
przytrzymującym ją mężczyźnie, napięci jak struny, niczym drapieżnicy gotowi do
skoku.
— Jestem
staroświecki, lubię rozmowy twarzą w twarz, bez posłańców — zaśmiał się
szaleńczo Zao, przysiadając na piętach, ale nie ściągając dłoni z szyi ofiary.
— Chociaż, jestem pod wrażeniem kreatywności Kage Konohy. Nareszcie coś nowego.
Chyba zaczyna rozumieć, że podstęp jest jedną z ważnych form walki.
— To był
pokojowy wariant, który odrzuciłeś.
— Ciekawa
taktyka. Czyżby Hokage zaczął doceniać pomysły Korzenia?
— Puść
dziewczynę i poddaj się. Konoha zapewni ci sprawiedliwy sąd.
— Interesująca
opcja, ale mam kontr propozycje. Grzecznie odejdziecie pozwalając mi zniknąć, a
wtedy ją puszczę.
— Jesteś sam
przeciwko naszej trójce. Nikt nie przyjdzie ci z pomocą, Zao. Bądź rozsądny. —
Dowódca oddziału zbliżył się o krok do mężczyzny, mimowolnie omiatając wzrokiem
wzór pieczęci przytrzymującej Liv. Musiał mieć pewność czy w razie czego dadzą
radę ją zneutralizować.
— Rozsądny… —
powtórzył zainteresowany, zaraz zaczynając się już jawnie śmiać. Kiedy już jako
tako się uspokoił, spojrzał na Skrytobójców z politowaniem. — Aby dokonać
przełomu w mojej dziedzinie, musisz zaprzyjaźnić się z szaleństwem. A teraz, do
tyłu panowie, chyba że chcecie przyprowadzić do Konohy roślinę.
— Spokojnie. —
Kapitan rzucił ostrzegawcze spojrzenie podwładnym, unosząc dłonie. —
Porozmawiajmy.
— Obawiam się,
że nie dojedziemy do konsensusu, a ja nie lubię marnować czasu. Przykro mi.
— Jak wolisz —
przytaknął główny ANBU, wykonując gwałtowny ruch nadgarstkiem na co Skrytobójca
o masce rysia momentalnie skoczył do przodu, w oka mgnieniu neutralizując
pieczęć przytrzymującą, a siła dezaktywacji aż odrzuciła Zao na ścianę. Kiedy
upewnili się, że jest pozbawiony zakładnika — karty przetargowej — wkroczył ten
drugi i rozpętało się piekło.
~oOo~
Liv z trudem
podniosła się do siadu, rozcierając piekące ramiona. Cokolwiek na niej użyto
aby utrzymać w ryzach była wdzięczna, że już to zneutralizowano. Chociaż Trzeci
nie wspominał, że również inni ANBU zostaną zaangażowani w tę akcję.
Skonsternowana, zerknęła na stojącego przed szklaną gablotą Skrytobójce, zaraz
pojawiając się u jego boku i patrząc na zawartość mebla.
— Nie wiem czy
powinniśmy to ruszać — zauważyła poważnie, wlepiając wzrok w zabezpieczenia. —
To zbyt proste.
— Znam tę
pieczęć.
— To pułapka —
stwierdziła stanowczo, kładąc dłoń na ramieniu towarzysza i ściskając mocno. —
Trzeba zabrać całość do Wioski.
— Nawet nie
drgnie bez pozbycia się blokad.
— Jednak…
— Uciekli. —
Dwóch pozostałych Skrytobójców weszło do pomieszczenia przez wyrwę w ścianie, a
ich wygląd jasno sugerował, że z ledwością umknęli śmierci. Po płaszczach nie
było nawet śladu, umundurowanie poznaczone śladami krwi, a maski skrywające
oblicza, składały się praktycznie z samych pęknięć.
— Podobno możesz
nas przerzucić bezpośrednio. — Zwrócił się do Liv kapitan, otrzepując
przedramiona z resztek tynku, a może ziemi? Senju nie miała pewności.
— Tak, ale tego
nie ruszę. — Wskazała na biblioteczkę, która mogła być skarbnicą wiedzy, albo
wyrokiem śmierci. Zależało od punktu widzenia i ich umiejętności. Nie chciała
wyrokować zawczasu.
— Cóż, chyba nie
mamy wyboru — mruknął dowódca, drapiąc się po podbródku. Ocenił wzrokiem
znalezisko, zaraz wzdychając ciężko. — Wai?
— Jestem —
mruknął ten, który jeszcze niedawno walczył i stanął niedaleko Liv.
— Zaczynamy.
Liv zdążyła
jedynie otworzyć usta w proteście, ale już było za późno. Wszystko rozegrało
się tak szybko, że nawet mrugnięcie powieką wydawało się wiecznością. Pogłos
huku wciąż dźwięczał w bębenkach, gdy w szoku wpatrywała się w gasnące oczy osuwającego
się ANBU usiłując pojąć dlaczego to zrobił. Bo jeśli był tak szybki aby skoczyć
do niej, to równie dobrze mógł się ukryć przed niszczycielską techniką, a nie
służyć za żywą tarczę. Zresztą gdyby nie ich pośpiech sama zrobiłaby unik.
— Dlaczego… —
wykrztusiła, opadając na kolana pod wpływem ciężaru shinobi któremu
zawdzięczała życie.
— Aby światło
zwyciężyło mrok.
— Co? —
Potrząsnęła przygniatającym ją ANBU, ale już nie uzyskała żadnej odpowiedzi.
Był definitywnie martwy. Zimny, milczący i martwy. Kiedy ten fakt do niej
dotarł, przycisnęła jego głowę do zgięcia szyi oddychając ciężko. Kołysając się
w przód i w tył, trzymając osuwające się ciało w ramionach, próbowała sobie
poradzić z wydarzeniami sprzed kilku minut.
~oOo~
Itachi oparł się
o filar, obserwując tłum oblegający główną siedzibę Policji Konohy. Kiedyś
takie zgromadzenie było nie do pomyślenia, ale jak widać nigdy nie jest za
późno na zmiany. Zmrużył oczy zerkając na puste miejsce na elewacji. Jeszcze
nie tak dawno wisiał tu symbol ich klanu, ale z racji wprowadzonych zmian
został usunięty. Instytucja otworzyła się na wszystkich ninja, oczywiście jeśli
pomyślnie przejdą weryfikację. Wiadomo, każdego trzeba sprawdzić czy przejawia
predyspozycje do takiej służby. Jednak, pozostawało faktem, że bardzo wielu
shinobi wyraziło chęć pracy w strukturach porządkowych Liścia. Potwierdziły się
jego słowa, że każdy jest inny. Jedni poszukują przygód, gdzie krew napędza
adrenalina, z kolei inni woleli stabilizację, na miejscu blisko domu. Sami
Uchiha dostali wybór. Jeśli chcieli mogli pozostać w formacji, jeśli nie,
Wioska dawała im wolną rękę w wyborze dalszej kariery.
Itachi wsunął
dłonie w kieszenie spodni, odprowadzając wzrokiem przedstawiciela klanu Hyuuga.
Co ciekawe i oni pozytywnie odpowiedzieli na propozycję wzięcia udziału w przebudowie
struktur policyjnych. Połączenie ich unikalnych Kekkei Genkai z pewnością
przyniesie wiele dobrego.
Na początek to
oni wraz z Uchiha będą zasiadać zarządzie placówki, ale z czasem będzie to
miejsce, gdzie będzie mógł dostać się każdy. Nie będzie miało znaczenia skąd
się wywodzi, pod warunkiem, że wykaże się doświadczeniem i umiejętnościami do
piastowania tak wysokiego stanowiska.
Itachi jedynie
zerknął na Shisuiego, który niespodziewanie zmaterializował się u jego boku,
również nie spuszczając wzroku z czających się w cieniu shinobi. Z łatwością
rozpoznali podwładnych Shimury, którzy jak nic zostali wysłani na przeszpiegi.
Węszyli niczym psy, skrupulatnie notując każdy szczegół, aby później zdać
dokładną relację dowódcy Korzenia. Pytanie jakie kroki podejmą dalej. Czy
podporządkują się decyzji Hokage, a może zaczną działać na własną rękę uznając,
że klan Uchiha nie zasługuje na żadną szansę.
— A gdzie główna
przyczyna tego zamieszania? — Czując na sobie pytające spojrzenie, westchnął
ciężko przewracając oczami. — Twoja sekretna miłość.
— Zrobiła swoje
to odeszła.
— Obaj wiemy, że
to nie ten typ. — Shisui przeczesał palcami włosy, zamyślając się na chwilę. —
Oby nie wpakowała się w kolejne kłopoty.
— Hn. — Itachi
odwrócił się na pięcie, powoli zmierzając do ich dzielnicy. — Jeśli była aż tak
głupia, to nie nasz problem.
— O rany, Łasic!
Ty się martwisz. — Teleporter dogonił kuzyna i z niedowierzaniem spojrzał na
spiętą twarz, zaraz śmiejąc się cicho.
— Wydaje ci się.
~oOo~
Trzeci Hokage
oparł brodę na splecionych dłoniach, wbijając w Liv spojrzenie ciemnych, teraz
bardzo zasmuconych oczu, na co przygryzła usta. Czuła się winna. Gdyby była
bardziej stanowcza to oddział, który do niej wysłał by nie zginął. Jednak, czy
miała kompetencję aby zabraniać czegokolwiek kapitanowi przysłanych Skrytobójców? Chyba raczej nie, ale mogła zrobić więcej. Na przykład przemówić
im do rozsądku.
— Liv, nie
odbieraj tego personalnie — westchnął Hokage, szybko odgadując w jakim kierunku
podążyły myśli dziewczyny. — Ty miałaś swoje rozkazy, oni swoje.
— Może…
— Takie
rozważania nie mają sensu. Przynoszą więcej szkody niż pożytku — wszedł jej w
słowo, zaraz prostując się na fotelu. — Lepiej powiedz czy Wai coś powiedział.
— Umierał,
Czcigodny. Pewnie miał zwidy.
— Zastanów się.
— Mamrotał coś w
agonii, ale… nie jestem pewna. Nie brzmiało to logicznie — westchnęła zaraz
krzywiąc się, gdy niechciane wspomnienie wtargnęło do umysłu.
— Liv, to bardzo
ważne. Wai, miał niezwykły dar. Widział więcej. Patrzył na wszystko szerzej.
Czasem potrafił przewidzieć pewne… sytuacje, wydarzenia. Znał ludzkie serca,
ich tajemnice.
— On… — Wzięła
długi uspakajający oddech, przymykając powieki. — Kiedy zapytałam dlaczego
zamiast się ratować, skoczył przede mnie… on… żeby światło zwyciężyło mrok. Tak
odpowiedział, cokolwiek to znaczy, Czcigodny.
— Rozumiem. —
Trzeci zamyślił się na dłuższą chwilę, po czym ponownie skupił na Liv. — Czy
domyślasz się o co mogło mu chodzić?
— Nic nie
przychodzi mi do głowy, Czcigodny.
— Możesz odejść,
ale miej oczy otwarte.
— Zawsze mam.
— Wai, wybrał
cię na powiernika ostatnich słów nie bez powodu. Nie lekceważ tego.
— To nie tak… —
Liv potarła czoło zmęczonym gestem. To co usłyszała tuż przed śmiercią ANBU
wciąż kołatało się w jej głowie i nijak nie zapowiadało się na to aby mogła je
wyrzucić z pamięci. O niczym innym nie myślała sprowadzając ciała do Wioski.
Niczym cholerne echo powtarzały się w głowie, gdy patrzyła jak specjalni
shinobi odbierają zmarłych, a później odpieczętowują. Jak owijające bandaże
opadają ze zwłok. Aż zacisnęła szczękę, zgrzytając zębami.
Najpierw
dręczyły ją pytania o los klanu Uchiha, a teraz do zmartwień doszło to. Jeszcze
trochę takich akcji, a jej psychika posypie się jak domek z kart. Tyle
odpowiedzialności, a tak mało mogła zrobić. Okrutny los zakuł ją w dyby, nie dając zbytniego pola manewru.
— Nie zapomnę
tych słów, niech Czcigodny się nie martwi.
— Może ich
znaczenie stanie się dla ciebie jasne z czasem. Odpocznij.
Liv opuściła
tajne biuro, powoli ruszając w stronę dzielnicy Uchiha. Czuła się wyczerpana
misją, potem rozmową z Trzecim, ale brak jakiejkolwiek wiedzy o sytuacji w
Wiosce, skutecznie oddalał wizję powrotu do domu. I chociaż teraz doszły
pytania o znaczenie słów poległego ANBU, to ta sprawa była priorytetem.
Musiała się
dowiedzieć co i jak, inaczej wciąż będzie się zadręczać. Od powodzenia ich
planu zależało życie masy istnień. Nagle, zamarła. A jeśli się spóźniła? Misja
była długa… Co jeśli masakra klanu Uchiha już się odbyła? Zawiedli, a dzielnica
spłynęła krwią? Na samą wizję takiej ewentualności aż poczuła zimny dreszcz,
znacznie przyśpieszając kroku. To nie mogło się tak skończyć.
Zbyt zaabsorbowana
różnymi scenariuszami rozgrywanymi w głowie, niespodziewanie na kogoś wpadła. Dostrzegając, że to starsza
kobieta aż zganiła się w duchu, zaraz mamrotając przeprosiny i szybko pomagając
kobiecinie wstać. Ku jej zdumieniu, zamiast srogiego wykładu na temat braku
szacunku do seniorów, dostała szczery uśmiech. Staruszka poklepała ją
przyjaźnie po ramieniu, coś niewyraźnie mamrotając i ruszyła w stronę
najgęstszego tłumu. Liv widząc to zastygła w niedowierzaniu. Dzielnica Uchiha
nieraz wyglądała na wymarłą, a tu, przed nią było kłębowisko ludzi. Zupełnie
jakby trwała jakaś fiesta. I co ciekawe uczestnicy nie składali się z klanu
Uchiha, ale z różnych rodzin mieszkających w Konoha, a wiedziała to bo każdy
był wystrojony w odświętne ubranie z przynależnymi symbolami. Aż zamrugała
intensywniej na ten niecodzienny widok, przez sekundę zakładając, że ktoś
potraktował ją genjutsu. Dopiero jak z trudem uskoczyła, przed rozbieganymi
dzieciakami z balonami, uwierzyła. I to głównie za sprawą bólu, gdy jeden z
nich niechcący nadepnął Liv na stopę.
~oOo~
Izumi
zagapiła się na Itachiego, przygryzając usta. Chłopak normalnie przyciągał
spojrzenia, ale w klanowym kimonie zapierał dech. Działał na płeć piękną jak
lep. Ciche szepty oraz westchnienia zachwytu atakowały uszy, a gdzie się nie
obróciła widziała wpatrzone w kuzynów maślane oczy nastolatek. A nawet — ku jej
zgorszeniu — dorosłych kobiet. Wszystkie dosłownie pożerały ich wzrokiem i z
największym trudem opanowywała odruch, aby wsunąć Itachiemu dłoń pod ramię by
przylgnąć do jego boku. Tym prostym gestem pokazałaby, że nie mają na co
liczyć, bo ten Uchiha jest zajęty.
Jednak
po takich pomysłach przychodziło otrzeźwienie. Bo czyż nie była taka sama jak
one? Gdy tylko się pojawiał, z trudem panowała nad zalewającymi ją uczuciami, a
wytykała takie zachowanie innym. Hipokrytka, wyrzuciła sobie w myślach,
poprawiając ozdobną spinkę przy misternie upiętych włosach.
Ponownie
spojrzała na towarzyszy. Czuła się skołowana. Chociaż wiedziała, że Itachi miał
dziewczynę to jego zachowanie temu przeczyło. To znaczy, może źle to ujęła. Po
prostu było nielogiczne. Pytania nasuwały się same. Gdzie w tej chwili podziewała
się Liv? Dlaczego nie trwała u boku swojego chłopaka przy tak ważnym
wydarzeniu? I czy na co dzień nie powinna widywać ich razem? Owszem, serce
zapewne by pękło na ten widok, ale tak się zachowywały pary. Dlaczego oni tego
nie robili? Cichy głos w głowie podpowiadał, że coś jest na rzeczy, dawał
nadzieję, że to jakaś gra. Ale zaraz odzywał się rozsądek. Bo czyż nie była
świadkiem tego jak patrzył na nią w martwym lesie? Albo wtedy gdy wyczuł, że
trenuje z Shisuim?
— To na co
idziemy popatrzeć? — Shisui schował dłonie w szerokie rękawy kimona,
szturchając ramieniem milczącego kuzyna. — Pokazy walk? Słyszałem o pojedynkach
z bronią białą, taijutsu, ninjutsu… i rzuty do celu kunai. Może być ciekawie,
ale z drugiej strony jest też impreza w drugiej części dzielnicy. Trochę rozrywki
by nam nie zaszkodziło.
— Jak chcecie.
— Łasic, no nie
bądź taki — zganił przyjaciela, zaraz mrugając wesoło do obserwujących ich
nastolatek. Aż zaśmiał się cicho, gdy zapiszczały z podekscytowania, a Itachi
dla kontrastu zmroził go spojrzeniem.
— Jesteś
niemożliwy.
— Cóż, skoro ty
nie chcesz współpracować… Izumi, na co masz ochotę?
— Część
rozrywkowa brzmi kusząco, bo walk mamy na misjach aż nad to.
— Wreszcie ktoś
powiedział to na głos — parsknął Shisui, obejmując przyjaciół ramionami i
prowadząc w wytypowane miejsce.
Cudowny prezent na święta <3
OdpowiedzUsuńPomimo tego, że nie było Liv i Itachiego razem, to rozdział i tak bardzo ciekawy. Fajnie, że dostaliśmy taki dokładny opis jednej z misji Liv. W momencie kiedy wkroczyło ANBU, już myślałam, że Itachi tam będzie, ale to by było zbyt przewidywalne. Teraz jak są w jednym miejscu, to już chyba na siebie wpadną prawda? Proszę niech na siebie wpadną. Izumi zrzedłaby mina, bo zaczyna się rozkręcać dziewczyna niepotrzebnie xD Plus jestem ciekawa co zrobiłby Shisui, bo na pewno by jakoś wykorzystał taką sytuację. Sasuke mocno na plus, taki jak go zapamiętałam z anime. Arogancki, zapatrzony w brata, nie lubiący Izumi i kochający pomidory. Dobra może nie lubiący to za mocno powiedziane, ale nie chciał żeby go trzymała xD. Niecierpliwie czekam na kolejny rozdział Szansy, jak i Zwaśnionych Rodów.
Wesołych i zdrowych świąt, dużo weny, odpoczynku i szczęśliwego Nowego Roku.
Zoya
Hejka!
UsuńCieszę się z Twojego komentarza jak głupia. Z tego ile przemyśleń i znaków zapytania pojawiło się w Tobie. A dlaczego? Bo wrócisz :D. Tak, wpadniesz tu znów aby dowiedzieć się co dalej. Powiem Ci, że bardzo bałam się kreacji Sasuke, ale sprawę ułatwiał fakt, że tu pojawia się jako młody chłopiec. Gdzie jeszcze jego charakter jest dość wyrazisty. A nie bezosobowy ( żadnych emocji, chyba że ma przed oczami brata, wizję zemsty lub chęć zdobycia siły) jak jest już starszy. Ciężki materiał do obróbki... Chociaż jego brat nie lepszy. Dobrze, że mamy tego Shisuiego, który jest tak pocieszną postacią :D.
Dla Ciebie również wszystkiego dobrego, Zoya. Do napisania <3
Wreszcie trochę czasu ,żeby przeczytać na spokojnie rozdział .I to świetny rozdział z mnóstwem emocji i interakcji ze wspaniałymi postaciami jakie stworzyłaś .Dzięki ,że nadal cieszysz innych swoimi opowiadaniami.
OdpowiedzUsuńDroga Dito,
OdpowiedzUsuńNie wiem czy mnie jeszcze pamiętasz albo czy w ogóle tu zaglądasz, ale czuję że muszę się usprawiedliwić.
Czytałam Twojego bloga prawie od samego początku - jak było na nim zaledwie kilka notek. Sama się zdziwiłam jak weszłam tu chyba po 1,5 - 2 latach i postanowiłam przypomnieć sobie wszystkie Twoje historie i zacząć czytać od początku, a tu się okazuje że zaczęłaś w 2013-2014 r! Matko, jak to było dawno! Nie wiem jak Ty, ale ja byłam wtedy jeszcze dzieckiem i zupełnie inną osobą niż teraz. Ile to czasu już minęło! Ze względu na Twój wysiłek z przeszłości i Twoich fanów mam nadzieję że kiedyś wrócisz i dokończysz swoją historię.
Długo mnie tu nie było, bo pochłonęły mnie poważne problemy ze zdrowiem. Po ciężkiej walce, na szczęście okazały się, nie aż tak poważne, jak miały być, bardzo ciężko to przeżyłam, a i dojście do siebie psychicznie trochę zajęło. Potem musiałam zająć się studiami i problemami z pracą magisterską. Bardzo żałuję, że nikt nie powiedział mi, żebyprzy wyborze promotora nie kierować sie sympatią, a wybrać kogoś, kto będzie chciał i mógł mnie wesprzeć. Na szczęście mam to za sobą i teraz mogę już całkowicie poświęcić się drugim studiom. Może to zabrzmi głupio, ale pochłonęła mnie proza życia - nawiązywanie relacji z ludźmi, szukanie mieszkania do wynajęcia i pracy na stałe, a j sytuację mamy na świecie taką jaką mamy, co nie za bardzo pomaga.
No i jakoś tak ostatnio wzięło mnie na wspominki. Trochę wróciło mi zainteresowanie Naruto, chociaż Boruto cały czas wychodzą odcinki i mangi, ale to już nie to. Dlatego wróciłam do stałych blogów, które czytałam. No i stąd moje załamanie - większość z nich już nie istnieje, bo autorzy porzucili je na długo przed czystką Onetu i zapomnieli o nich albo nadal obiecują powrót mimo upływu kilku lat albo są tylko pustymi szablonami i cała treść wyparowała. Łamie mi to serce, bo miałam do nich sentyment. Niestety, ludzie którzy wychowywali się z Naruto są już około 30 i w najlepszym razie mają swoich małych Boruto i Himawari. Przykro mi, bo wielu z tych ludzi miało talent.
Nie obraź się, ale dziwi mnie, że już prawie nikt tu nie zagłada. Gdzie się podziała Taylah i Kita i inne Twoje wierne czytelniczki, jak są potrzebne? Przecież nie możemy pozwolić Twojej historii zginąć. Prawie umarłam jak wpisałam adres Twojego bloga i net twierdził że coś takiego nie istnieje. Już myślałam, że usunęłaś!!! Potem wpisałam Zwaśnione rody w wyszukiwarkę i też nic. Na szczęście udało mi się znaleźć totalny oldschool - katalog blogów o tematyce Naruto i tam dopiero udało mi się znaleźć bezpośredniego linka.
Kończę moje wypociny, mam nadzieję że wrócisz, dokończysz swoją historię i kto wie, może napiszesz kolejną.
Pozdrawiam i trzymam kciuki,
YUZUKI
Wow, wróciłam tu po kilku latach i jestem w szoku. Jakiś czas temu ukończyłam pewien etap w życiu i zebrało mi się na wspomnienia - przypomniałam sobie m.in. Twojego bloga. Kiedyś go uwielbiałam i czytałam wszystko, co napisałaś. Dlatego przestraszyłam się, kiedy nie zadziałał mi adres Twojego bloga, ani nie mogłam znaleźć go w wyszukiwarce. Na szczęście znalazłam linka do tej strony na jednym z opuszczonych spisów blogów o Naruto.
OdpowiedzUsuńKiedy tu weszłam z jednej strony się ucieszyłam, że strona nadal istnieje, ale z drugiej smutno mi że już tu nie publikujesz. Przeczytałam wszystkie notki, te nowe i te stare. Wrócisz jeszcze kiedyś do pisania? Mówisz, że główna historia na Twoim blogu zmierza ku końcowi, ale co to znaczy? Ile jeszcze notek powstanie? Czy Liv i Itachi będą razem? Nadal nie wyjaśniłaś kilku tajemnic z przeszłości. No i ostatnio w Twoich notkach było jakoś mało scen między nimi. Stęskniłam się też za Shisuim.
Mimo wszystko chyba najbardziej brakuje mi historii, toczącej się w powiedzmy "naszych" czasach. Prawdziwe Naruto już się skończyło, teraz powstaje historia o następnym pokoleniu i nawet tam techniki bardzo się zmieniły. Chyba już po prostu wyrosłam że starego Naruto. Dlatego miło poczytać o historii dziejącej się w bodajże liceum. Fajnie poczytać o młodym, stosunkowo beztroskim jak na niego, Itachim, nad którym nie ciąży wielka odpowiedzialność za czyjś los i nie stał się przypadkowo sędzią czyjegoś życia.
No dobra, kończę już, bo za bardzo się rozpisałam.
Z pozdrowienia i życzeniami weny i szybkiego powrotu,
AMAYA
To jak, wrócisz tu kiedyś? Trzymam kciuki
OdpowiedzUsuńA my nadal czekamy... No, przyjamniej ja. Wrócisz kiedyś? Zaglądasz tu jeszcze?
OdpowiedzUsuń