21.12.2020

ROZDZIAŁ 9. UWAŻAJ, NIE WIESZ, KTÓRA SZANSA JEST OSTATNIĄ

 

Hej, Kochani.

 

            Mam dla Was nowiutki i jeszcze cieplutki rozdział Szansy. Z racji tego, że tak rzadko publikuję chciałam napisać naprawdę obfity post i chyba nawet mi się udało. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.

            Ach! I chciałam Wam życzyć wszystkiego najlepszego z okazji Świąt! Obyśmy ten trudny czas przetrwali w zdrowiu, atmosferze spokoju oraz miłości. I żeby teraz było tylko lepiej. Wszystkiego dobrego.

            Nie przedłużając zapraszam do czytania, Kochani. Liczę, że się odezwiecie i wyrazicie swoje opinie.

            Buziaki.

 

~oOo~

 

            Liv z westchnieniem opadła na fotel chowając twarz w dłoniach. Wzięła kilka głębszych oddechów, zaraz podnosząc wzrok na niedopity kubek z herbatą. Całe to czekanie powoli ją wykańczało. Czuła się tak, jakby siedziała na tykającej bombie i co najgorsze nic nie mogła zrobić. Zdegradowali ją do roli widza. Nie do niej należała decyzja. Przypominając sobie o tej niewygodnej prawdzie, przeklęła cicho podrywając się z siedziska i bez entuzjazmu powlekła do okna. Oparła dłonie o parapet i przytuliła czoło do chłodnej szyby, zaciskając powieki. Powinna znaleźć sobie zajęcie.

            Dziś, na rozległą polanę przed domem nie przyszło żadne ze zwierząt, co tylko dodatkowo zafrasowało Liv. Mogłaby zabić czas przypatrując się wygrzewającym w słońcu łaniom, albo innym mieszkańcom lasu. Bo pogoda była pierwszorzędna i za żadne skarby nie potrafiła zrozumieć, dlaczego trawnik przed gankiem świecił pustkami. Chociaż, może to jest ta właśnie słynna złośliwość losu. Im bardziej czego chcemy lub potrzebujemy, tym bardziej prawdopodobne, że tego nie dostaniemy.

            Krzywiąc się nieznacznie potarła skronie. Wciąż nie dotarły do niej żadne informacje na temat prowadzonych w Konoha negocjacji. Dobrze rozumiała, że wszystko było tajne i każdej ze stron zależało na dyskrecji, ale na litość boską. To już trzy dni. Siedemdziesiąt dwie godziny ciągłych pertraktacji, kompromisów oraz dogadywania ewentualnych ustępstw. Cokolwiek już powinno być wiadome.

            Gdy już myślała, że głowa jej wybuchnie, przyszło wybawienie. Cudowny sygnał, który pieścił uszy dając nadzieję na przerwanie tego nerwowego czekania. Liv chyba nigdy w życiu aż tak się nie cieszyła na dźwięk donośnego wycia wilka zza okna. Bo to zwiastowało jedno, nową misję.

 

~oOo~

           

            Itachi zatrzymał się przy bramie od ich dzielnicy, zagapiając na wymalowany symbol wachlarza. Wciąż wraz z kuzynem czekali niecierpliwie na efekty mediacji głowy Wioski z liderem klanu Uchiha. To już była kolejna doba rozmów i dało się wyczuć wśród mieszkańców nerwowość oraz niepokój. Nie miało znaczenia czy myślał tu o zwykłym właścicielu piekarni czy shinobi pracującym w policji. Absolutnie każdy mieszkaniec dzielnicy Uchiha wyczuwał, że coś się dzieje.

            Aż podskoczył nerwowo, kiedy nieopodal przebiegła grupka dzieciaków zaśmiewając się wesoło. Reszta obywateli Konohy zdawała się być nieświadoma ważenia się losów najstarszego z klanów, ponieważ życie toczyło się dalej. Czas nie stanął w miejscu. Ludzie nieświadomi widma nadchodzącej katastrofy nie zmieniali codziennej rutyny. Praca, szkoła, dom. Wytrącony z rozmyślań odprowadził młodych wzrokiem, zaraz wzdychając ciężko.

Co ma być to będzie, a jeżeli jego ojciec ma na uwadze los swoich ludzi to musi być tylko dobrze. Pokrzepiony tą myślą wskoczył na mur, mimowolnie zerkając w stronę posesji Shisuiego. Potrzebował porządnego sparingu i tylko jeden kandydat mógł spełnić te wymagania.

 

~oOo~

 

            Shisui opadł bez sił na trawę, przymykając powieki. Tak, nie było wątpliwości. Dzięki napięciu jakie trawiło ich ciała, odbyli z Itachim najlepszy trening w historii. Normalnie trening życia. Gdyby mieli publiczność to jak nic opowiadaliby o ich walce innym. Czyli jednak wynikło coś dobrego z tego nerwowego oczekiwania na werdykt. Uśmiechając się pod nosem, zerknął na rywala. Chociaż Itachi robił co mógł aby utrzymać pozory, to i on ledwie dychał. Zdecydowanie zaszaleli. Dobrze, że krajobrazu nie zrujnowali. Tego raczej Hokage by nie pochwalił.

            — Skąd znasz tę technikę? — Teleporter był autentycznie ciekawy nowinki w repertuarze przyjaciela. Czyżby, aby zabić nudę, zaczął szperać w archiwach ANBU? I dlaczego on na to nie wpadł? Strapiony tą myślą zmarszczył brwi. Nie lubił być o krok do tyłu za Itachim.

            — Z ostatniej misji.

            — Ciekawe jutsu wodne — przyznał Shisui, odciągając mokrą nogawkę od łydki. Gdyby nie jego szybkość, to skończyłby o wiele gorzej. Pewnie wyglądałby tak jak po przepłynięciu jeziora w ubraniach. Aż zaśmiał się na tę wizję, odchylając do tyłu i przenosząc wzrok na nagle zachmurzone niebo. Tak bardzo nie miał siły się podnieść, a tu nawet pogoda przeciwko niemu. — Chyba czas się zbierać.

            — Myślisz, że skończyli obradować?

            — Co?

            — Źle sformułowałem pytanie — westchnął zirytowany Itachi, spoglądając w górę. — Jak sądzisz, kiedy podejmą wreszcie decyzję?

            — Muszą się spieszyć, bo gawiedź zaczyna plotkować i to nie tylko nasza dzielnica.

            — Zauważyłem, że rośnie napięcie.

            — Jednak, dziś widziałem jak do siedziby Hokage szedł asystent twojego ojca, Yakumi, więc może to już końcówka.

            — Oby.

            — To co, zbieramy się? — Shisui niechętnie podniósł się do siadu, przeczesując palcami włosy. — Jeszcze chwila, a będziemy wracać wpław.

            — Cóż, w deszczu jeszcze nie trenowaliśmy…

            — I nie zamierzam tego zmieniać — prychnął Teleporter, patrząc z irytacją na przyjaciela. Co jak co, aury podczas misji nie wybierali, ale dobrowolnie babrać się w błocie? Nic, z tego.

            — W porządku.

 

~oOo~

 

            Izumi uśmiechnęła się pod nosem, na widok brata Itachiego znacznie przyśpieszając kroku. Wreszcie się nadarzyła idealna okazja aby spotkać przyjaciela — miłość swojego życia — bez uciekania się do drastycznych środków. Może przesadzała, ale powoli czuła prawdziwą desperację i tylko resztki dumy powstrzymywały ją od śledzenia chłopaka.

            — Hej, Sasuke. Już po zajęciach?

            — Tak.

            Izumi z trudem powstrzymała jęknięcie na ten brak wylewności. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Napędzana wizją realizacji celu dotrzymała tempa chłopcu, patrząc na niebo. Musiała to rozegrać sprytnie, żeby nie powiedzieć, przebiegle.

— Słyszałam, że jesteś najlepszy z rocznika.

— Chcę dorównać bratu — stwierdził z prostotą, poprawiając zsuwającą się torbę. Zaraz uśmiechnął się z determinacją. — Może nawet dziś namówię go na trening.

— Będę mogła popatrzeć? — Izumi niemal zaklaskała z radości, że jej plan działał. Czuła lekkie wyrzuty sumienia, że wysługuje się dzieckiem, ale przecież nie robiła nic złego. — Obiecuję siedzieć cicho.

— Jestem przyzwyczajony do publiki. — Sasuke wzruszył obojętnie ramionami, zerkając na Izumi kątem oka. — Dziewczyny w akademii cały czas mnie obserwują.

— Bo pewnie cię lubią.

— Powinny się skupić na nauce i treningu. Jak tak dalej pójdzie to będą zwyczajnym balastem w czasie misji.

— Nie przesadzałabym — parsknęła, aż mrużąc powieki z rozbawienia.

— Stwierdzam fakt.

— Myślisz, że kobiety nie powinny być ninja? — Takie podejście zaintrygowało Izumi. Czyżby aż tak koleżanki zaszły młodemu za skórę?

— Nie, dlaczego? Przecież historia zna wiele, bardzo uzdolnionych kunoichi. Żona pierwszego Hokage, księżniczka Tsunade z Wielkiej Trójki, czy choćby ty. Po prostu uważam, że zamiast gapić się na mnie powinny więcej się uczyć. Mają wspierać drużynę, a nie przeszkadzać, czy dokładać pracy.

Izumi poczuła się miło połechtana, że wymienił ją w gronie tak utalentowanych kobiet ninja. Nigdy nie przypuszczała, że Sasuke wiedział jakimi umiejętnościami dysponowała. W końcu przychodził tylko na walki brata z kuzynem. Izumi zaciekawiło czy również Itachi doceniał jej siłę. Dumając nad tą kwestią, nim się obejrzała już minęli mury ich dzielnicy. Mimo popołudnia, ruch na uliczkach był niewielki co Izumi przywitała z zadowoleniem. W końcu nie chciała aby ktoś zepsuł uknuty plan. Przez sekundę pomyślała, że może te pustki mają związek z tą podejrzanie wyglądającą chmurą na niebie, ale szybko odpędziła ponurą prognozę. Przecież na dziś nie zapowiadano żadnych opadów, a ciemny obłok wydawał się za daleko aby mógł zagrozić intrydze.

Uśmiechając się pod nosem, nagle go zobaczyła. Na widok Itachiego, Izumi aż poczuła jak serce na moment zamarło, aby za chwilę ruszyć z kopyta przyprawiając ją o lekki zawrót głowy. Dłonie miała spocone do granic możliwości i teraz jak nigdy dziękowała losowi, że nic nie trzymała w rękach, bo już leżałoby na ziemi.

Mrużąc powieki, zerknęła na towarzysza. Dla uspokojenia wzięła kilka cichych, głębszych oddechów, tak aby nie zwracać na siebie uwagi Sasuke. Chłopiec należał do wyjątkowo uważnych obserwatorów i bardzo szybko by zrozumiał dlaczego sapie. Zwłaszcza na widok jego starszego brata. Tylko tego brakowało aby patrzył na nią z politowaniem, tak jak na dziewczynki z akademii. Gdy opanowała drżące kończyny, skupiła się na Itachim.

Musiał wracać z treningu, ponieważ bezwiednie bawił się kunai co trochę poprawiając przerzuconą przez ramię torbę, którą zawsze zabierał na ćwiczenia z Shisuim. Fakt ten odrobinę zafrasował Izumi. Istniało spore prawdopodobieństwo, że chłopak nie zgodzi się na propozycje brata, wymawiając się zmęczeniem, ale postanowiła poczekać na rozwój sytuacji. Po co się dołować zawczasu?

— Braciszku?! — Sasuke wystrzelił do przodu, szybko stając przed Itachim i uśmiechając się szeroko. — Wygrałeś?

— A jak myślisz?

— Oczywiście, że tak. Nikt się nie może z tobą równać — odparł momentalnie, a Izumi aż przewróciła oczami na dźwięk tej niezachwianej pewności w głosie.

— Sasuke… — Itachi zawahał się przez chwilę, zaraz wzdychając i odpuszczając temat. Zamiast tego uśmiechnął się nikle, czochrając mu włosy. — Co to, pola treningowe pozajmowane, że wracasz do domu? I hej, Izumi.

— Chyba koleżanki nadużyły jego cierpliwości — wyjaśniła, zaciskając kciuki za plecami. Naprawdę liczyła, że dziś trochę dłużej poprzebywa w towarzystwie ukochanego.

— Nie prawda — zaprzeczył szybko Sasuke, nadymając policzki i łypiąc na dziewczynę z niezadowoleniem. Izumi widząc ten nieprzychylny wzrok postanowiła działać. Nie chciała aby chłopiec zagarnął Itachiego tylko dla siebie i jeżeli nie naprawi sytuacji to tak właśnie będzie. Już otwierała usta aby zaproponować wspólne wyjście, gdy młody ją ubiegł.

— Pójdziesz ze mną potrenować rzucanie kunai? Obiecałeś.

Itachi gestem przywołał brata bliżej, przymrużając powieki z lekkim uśmiechem. Kiedy chłopiec to zrobił, stuknął go palcami delikatnie w czoło na co ten zmarszczył nos.

— Może innym razem.

— Zawsze tak gadasz, a później i tak nie masz czasu.

— Sasuke, zaraz będzie padać — zauważył przytomnie, wskazując na wiszącą im nad głowami ciemną chmurę. — Jeszcze tego brakuje abyś przemókł i się przeziębił.

— Nic...

— A może pójdziemy do tego nowego baru w północnej dzielnicy, niedaleko siedziby Hokage? — wtrąciła się Izumi, szybko zmieniając temat i kładąc dłoń na ramieniu Itachiego. — Ty pewnie jesteś głodny po treningu, a Sasuke po nauce. Ich kucharz jest genialny. Objeździł pół świata i to wielki fart, że akurat naszą wioskę wybrał na prowadzenie biznesu.

— Obiad, pewnie mama zrobiła w domu — burknął chłopiec kopiąc najbliższy kamyk, wciąż nieszczęśliwy z powodu odmowy brata.

— Pewnie tak, ale słyszałam, że mają w menu dostępne świeże warzywa. Sprowadzili do Konohy nowe odmiany pomidorów, fasoli, kiełków i jeżeli przypadną klienteli do gustu...

— Pomidory? — Młodszemu Uchiha aż zaświeciły się oczy na to hasło, zaraz jednak się opanował udając obojętność. — Cóż, jak chcecie możemy sprawdzić ten lokal. Mnie to obojętne.

— Zawyrokowane, idziemy — westchnął Itachi, zaraz dodając ciszej do towarzyszki. — To przerażające jak go zmanipulowałaś. Nie wstyd ci?

— Dlaczego? — Izumi uśmiechnęła się niewinnie. — Tam, naprawdę jest kilka nowych odmian, których nie można było u nas spotkać. Warto się z nimi zapoznać.

— To prawie tak, jakbyś zamachała dziecku cukierkami przed nosem. Nie poznaje cię. Po co to wszystko?

Na to pytanie Izumi zapatrzyła się w ciemne oczy Itachiego, lekko przygryzając usta. Rany, jak ona pragnęła jego bliskości oraz ciepła. Tęskniła za ich treningami, rozmowami, a nawet zwyczajnym milczeniem, gdzie mogła się do woli ukochanemu przyglądać. I chociaż serce krzyczało, aby wyznała uczucia to mimo wszystko go nie posłuchała. Raz, że nie była gotowa, a dwa, nie chciała tego robić w takich okolicznościach. Gdzie w takich chwilach znikała cała jej odwaga? Zwyczajnie w sprawach sercowych, zamieniała się w tchórzliwego kurczaka.

— Ciągle się mijamy. Ty, ja, Shisui… Zależy mi na was. Mam wrażenie, że stare przyjaźnie zaczynają się sypać — wymamrotała cicho, patrząc pod nogi. Mało brakowało a powiedziałaby to w liczbie pojedynczej, ale na szczęście się powstrzymała. Zresztą lepsze takie pół prawdy niż nic.

— To najgłupsza sprawa, jaką można się zamartwiać w tych niepewnych czasach — parsknął Itachi z politowaniem, zerkając na Izumi. Mimowolnie pomyślał o losach ich klanu, że to jest coś o co należy naprawdę się martwić, a nie takie bzdury. Jednak nie powinien przez ten pryzmat patrzyć na słowa przyjaciółki. Przecież ona nic nie wiedziała o planowanym przewrocie ani o rozmowach na szczycie. Takie myślenie było wyjątkowo niesprawiedliwe wobec niej. — Skoro tak to przeżywasz to chyba wypada ściągnąć tu Teleportera.

 

~oOo~

 

            Liv odetchnęła głębiej, zamykając za sobą drzwi od pokoju w którym się zatrzymała i zapatrzyła się na panoramę za oknem. Miejscowość należała do wyjątkowo urokliwych i w innym wypadku — mianowicie gdyby nie miała zadania do wykonania — z pewnością by ją dokładniej zwiedziła. Słyszała, że były tu naprawdę piękne ogrody botaniczne oraz masa innych atrakcji turystycznych. Jak choćby pałac jednego z Panów Feudalnych. Udostępniany zwiedzającym podczas jego nieobecności, z którego rozciągał się majestatyczny widok na dolinę. Niczym milczący strażnik górował nad miejscowością, przyciągając wzrok każdego przybysza, gdy tylko przekroczył mury miasta.

            Zaraz jednak zmarszczyła nos, podchodząc do jedynego fotela w pomieszczeniu i usiadła, rozwijając wyjęty zza pazuchy zwój. Spojrzała na listę nazwisk, po czym skreśliła ostatnie. Jutro wielki finał, nareszcie spotka główny cel i musiała to rozegrać bezbłędnie. Żadnej wpadki.

            Oparła się o zagłówek, przymykając powieki. Pamiętała to dziwne napięcie w pomieszczeniu, gdy Trzeci Hokage przekazywał jej instrukcje dotyczące misji. Jak nigdy, uderzyło ją zmęczenie malujące się na jego twarzy. Wtedy naprawdę wyglądał jak wyczerpany życiem staruszek, a przecież wiedziała, że umiejętnościami zmiażdżyłby niejednego młodzika. Nie od parady dostał przydomek Profesor. No i przecież nosił tytuł Kage.

            Być może, a raczej na pewno, nie bez wpływu na całą sytuację miało to kogo pośrednio dotyczyło zlecenie. Orochimaru, jeden z Wielkiej Trójki, Legendarny Sannin, geniusz swojego pokolenia, zbuntowany uczeń Czcigodnego, który wciąż ostrzył zęby na Konohę. Za to jak przed laty został pominięty w wyborze na kolejnego przywódcę Wioski. Zniewaga, której nie potrafił wybaczyć, która zaowocowała silnym pragnieniem zemsty.

            A teraz znalazł sobie przyjaciela — może niezbyt trafne określenie — tak samo zafascynowanego eksperymentami, manipulacją genami, nie zawsze etycznymi — nigdy — oraz pasją. Musieli to sprawdzić i zweryfikować jak mocno fascynacja Orochimaru wpłynęła na mężczyznę.

            — Zrozumiałaś, Liv? Żadnej brawury. Gdy tylko wyczujesz, że przykrywka się sypie, masz się bezzwłocznie wycofać.

            — Czcigodny…

            — Nie, Liv. Nie możemy tego zbagatelizować, bo jeżeli plotki mówią prawdę, to…

            — Niech się Trzeci nie martwi, nie dam się zamknąć w formalinie.

            — Oby.

           

~oOo~

 

Liv z cichym westchnieniem zrzuciła kaptur, odsłaniając twarz. Stała w cieniu budynku, niezauważona przez nielicznych przechodniów i analizowała różne warianty otrzymanego zadania. W końcu lepiej się przygotować na różne scenariusze.

Spod lekko przymrużonych powiek obserwowała wejście do baru, przygotowując się psychicznie oraz mentalnie do misji. Już dawno nie dostawała zleceń, gdzie miała wyciągnąć z obiektu trochę informacji, ale nie narzekała. To zadanie dosłownie spadło jej z nieba i uratowało od fiksacji. Jak nic tak właśnie by się stało, gdyby kolejny dzień spędziła na snuciu się po domu i czekaniu na wieści o rezultatach negocjacji Uchiha z Konohą. Pozbywając się z twarzy wszelkich emocji, pewnie wkroczyła do środka przez szerokie, dębowe drzwi. Na rozkaz Hokage nie nosiła rynsztunku Skrytobójców, a zwykły, cywilny. W końcu udawała turystkę, co momentalnie przypomniało Liv, że nie powinna aż tak wyciszać mimiki. Ciekawość, przecież to powinno dominować u osoby zwiedzającej okolice.

Nawet jednym drgnięciem mięśnia nie zdradziła lekkiej konsternacji zastanym widokiem. Owszem wiedziała, że knajpa należy do wyjątkowo obleganych w mieście, ale aż takiego tłumu się nie spodziewała. To mogło wszystko utrudnić. Niepocieszona tym wnioskiem pierwsze kroki skierowała do baru, to z tego miejsca rozciągał się najlepszy widok na cały lokal. Szybko zajęła hoker, rozpinając płaszcz. Lokal nie wyróżniał się niczym szczególnym, jeśli chodzi o wnętrze i Liv przez chwilę dumała nad fenomenem jego popularności. Czyżby ludzi przyciągała wyjątkowa atmosfera, a może właściciel był kimś znanym? Bo wyposażenie należało do tych standardowych, utrzymanych w odcieniach ciemnego drewna, przełamanych czerwienią foteli. Kilka skórzanych kanap umiejscowiono niedaleko stołów bilardowych dla osób szukających aktywnego relaksu w towarzystwie znajomych, a dalej rozciągała się strefa z zacienionymi lożami.

Z racji wykonywanego zadania Liv była odstawiona jak na randkę, lub ewentualny podryw. Albo jak kto woli, polowanie. W końcu jak najlepiej zwrócić uwagę faceta? Oczywiście, że wyglądem. Uśmiechnęła się do już czekającego barmana, podając nazwę pierwszego, lepszego drinka ze świadomością, że i tak go pewnie nie wypije. W końcu trzeźwy umysł to podstawa.

Mrugnęła zalotnie do obsługującego ją mężczyzny, podając pieniądze z napiwkiem — nie za dużym, aby nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi, ale jednocześnie na tyle wystarczającym, aby poczuł się usatysfakcjonowany — i odwróciła się, aby swobodnie obserwować tłum.

Na początek powinna zlokalizować obiekt. Zanurzając usta w alkoholu, powoli przesunęła wzrokiem po obecnych, bawiąc się kosmykiem jasnych, prawie że białych włosów. Peruka stanowiła dopełnienie nowej tożsamości i chociaż całą sprawę mogło załatwić jedno, proste jutsu to po konsultacjach przed misją zdecydowano o przebraniu. Dlaczego? Ponieważ ktoś dobrze wyszkolony przejrzałby ten fortel. Po co ryzykować skoro to tylko infiltracja?

Zmrużyła powieki wreszcie dostrzegając obiekt. Siedział w loży, odrobinę na uboczu z daleka od wścibskich spojrzeń. Liv od razu się domyśliła, że tamto miejsce to tak zwana strefa VIP. I tylko ktoś ważny mógłby zdobyć ten stolik. Teraz tylko pytanie jak miała się tam dostać?

Pewną komplikacją był brak parkietu, bo wyłowienie, a raczej zarzucenie przynęty byłoby dziecinną igraszką. Głośna muzyka, przygaszone światła, roztańczony tłum byłyby wymarzonym sprzymierzeńcem Senju. Jednak los stwierdził, że musi sobie poradzić bez aż tak sprzyjających okoliczności. Dumając nad dalszymi krokami, przyglądała się mężczyźnie, który miał dostarczyć dla Konoha bezcennych informacji.

Nawet z tej odległości widziała, że to on był najważniejszym ogniwem w grupie. Lider. Wszyscy w loży podczas rozmów, co trochę zerkali na niego, szukając aprobaty, poklasku. Widać było, że ostatnie słowo należy do niego. Dopijał właśnie trzymane piwo, wolną dłonią przeczesując ciemne włosy i słuchając towarzysza siedzącego obok. Patrząc na powierzchowność mężczyzny, Liv doszła do wniosku, że gdyby nie obserwacja otoczenia to za nic by się nie domyśliła, że akurat on jest samcem alfa w tym stadzie. Nie wyróżniał się z tłumu. Chociaż, jego oczy zwracały uwagę. I nie za sprawą barwy, ale tego w jaki sposób patrzył na innych. Jakby wiedział wszystko o wszystkich.

Skonsternowana tym wnioskiem, zawiesiła wzrok na kieliszku. Ten fakt ją zaniepokoił. Owszem, poczyniła pewne przygotowania aby uwiarygodnić przykrywkę turystki, ale poczuła się nieswojo. Niepokój wdarł się pod skórę, drażniąc niczym irytująca drzazga w palcu. Cóż, i tak nie było odwrotu. Z tym nieprzyjemnym wnioskiem, Liv wychyliła alkohol jednym haustem. Będzie co ma być. Musi podjąć wyzwanie. Idealnie wyczuwając moment, zsunęła się z hokera. Czas na spotkanie, pomyślała obracając się gwałtownie przez co zderzyła się ze znajomym obiektu.

 

~oOo~

 

Itachi w milczeniu usiadł oraz zerknął na Shisuiego, porozumiewając się wzrokiem. Znajdowali się na zebraniu dzielnicy i o ile inni wydawali się zaskoczeni jego zwołaniem, to on wraz z kuzynem domyślali się o co mogło chodzić. Wreszcie nadszedł dzień, gdzie klan Uchiha ukaże swoją prawdziwą twarz. Kilkanaście dni ciężkich pertraktacji, których efekty właśnie ujrzą światło dzienne.

Poprawiając się wygodniej, Itachi przesunął wzrokiem po obecnych. Ciche szepty niosły się po pomieszczeniu, kiedy zaintrygowani mieszkańcy prześcigali się w domysłach celu zwołania narady. Chociaż ci milczący zapewne się domyślali. W końcu oni byli na bieżąco.

Itachi zacisnął mocniej usta, dostrzegając grupkę mężczyzn, wyraźnie emanujących złością. Szybkie skojarzenie faktów wystarczyło aby zrozumieć skąd ta emocja. No tak, z tego co się orientował to właśnie oni najmocniej naciskali na przewrót i najwyraźniej ich plan powoli się komplikował. Gniew oraz strach niemal z nich buchał, co aż zdumiało Itachiego. Bo przecież, jeżeli chcieli cokolwiek ugrać powinni zachować spokój. Merytorycznie zamydlić oczy innym. Skonsternowany, przeczesał spojrzeniem tłum. Szybki rekonesans wystarczył aby wiedzieć, że każda z rodzin przysłała przynajmniej jednego przedstawiciela. Było to logiczne rozwiązanie z racji tego, że nie dysponowali tak wielką aulą aby mogli być obecni wszyscy.

Westchnął ciężko. Miał szczerą nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z oczekiwaniami. Los dał Uchiha niepowtarzalną szansę i Itachi wierzył, że tego nie zaprzepaszczą. Jakby nie patrzeć alternatywą była śmierć. Wychwytując na sobie spojrzenie znajomych ciemnych oczu, kiwnął na powitanie siedzącej pod ścianą Izumi wraz z matką.

 

~oOo~

 

Liv uśmiechnęła się delikatnie z satysfakcji, wygodniej rozpierając w loży. Pierwsza faza planu za nią. I nawet nie musiała bardzo się nagimnastykować przy jej realizacji. Palcami pogładziła przyjemny w dotyku czerwony materiał wyścielający sofy, wsłuchując się w wesołe pogawędki. Plan powoli się realizował i ku jej zdumieniu szło wyjątkowo gładko. Od słowa do słowa tak poprowadziła rozmowę, że nieznajomy, który wytrącił Liv drinka, w ramach przeprosin zaprosił ją do stolika. Oczywiście tego przy którym siedział mężczyzna ze zlecenia. Teraz pozostało tylko zarzucić sieć, bo jedno już zyskała na wstępie. Widziała, że na nią zerkał, a ciekawość aż z niego wyzierała. Wystarczyło spokojnie czekać na jego ruch. Bo to, że jakiś wykona, Liv była pewna.

Owszem, żeńska część towarzystwa przyjęła pojawienie się nowej twarzy z pewną dozą podejrzliwości, ale po krótkim czasie odpuściła. Kobiety powróciły do swobodnego flirtu, kokietowania oraz zabawiania towarzyszy, rzucając im powłóczyste spojrzenia, czy pozwalając sobie na mniej lub bardziej niewinny dotyk. Liv była przez nie ignorowana, ale zapewne zmieniłoby się to gdyby tylko zaczęła się zbytnio wychylać. Owszem, chwilami czuła na sobie oceniające spojrzenia, gdy za głośno się zaśmiała, czy zbyt obszernie odpowiedziała na zadane pytanie, ale do momentu jak nie absorbowała pełni uwagi grupy, było to akceptowalne.

Senju z zaintrygowaniem przyglądała się temu spektaklowi. W końcu z racji młodego wieku posiadała małe doświadczenie w tych sprawach, bo wśród rówieśników wyglądało to zgoła inaczej. Nie tak, intensywnie. Tu czaiło się w powietrzu łatwo wyczuwalne napięcie, a atmosfera wydawała się wręcz naelektryzowana. Pierwszy raz w życiu była świadkiem czegoś takiego.

 

~oOo~

 

Liv zamarła na dłuższą chwilę, zagapiając się na dużą oszkloną szafkę, w której kryło się kilkadziesiąt różnokolorowych zwojów. Poukładane w równych rządkach, błyszczały zachęcająco w nikłym świetle lamp, aż prosząc o zajrzenie do środka i zapoznanie się z ich treścią. Na ich widok aż zaświerzbiły ją palce. Gdyby tylko dała radę złamać zabezpieczenia i wyjąć kilka… Zawarte w nich informacje były na wagę złota i z pewnością rzuciłyby więcej światła na działalność szatyna oraz tego na jakim etapie znajdowały się jego prace. A tak? Błądzili na ślepo, polegając wyłącznie na szczątkowych plotkach oraz niezbyt wiarygodnych źródłach. Żadnych konkretów.

Jednak, rozkazy Hokage brzmiały jasno. Zakazywały Liv jakichkolwiek pochopnych działań. Żadnej brawury, wyłączna infiltracja. Aż zacisnęła usta, niechętnie odwracając wzrok od czerwonej pieczęci na klamce mebla. Mimowolnie przyszło jej do głowy, że Zao — tak na imię miał mężczyzna ze zlecenia — jest wyjątkowo pewny siebie, żeby nie powiedzieć, bezczelny. Trzymać coś takiego na widoku… Skonsternowana tą myślą, odwróciła się do towarzysza zaraz zamierając i z trudem opanowując odruch aby się cofnąć. Stał tak niebezpiecznie blisko, że mogła policzyć złote plamki na tęczówce, a oddech drażnił usta.

— Ciekawa kolekcja — zauważyła lekko mrużąc powieki, kiedy nie wykazywał żadnej chęci aby się odsunąć. Cóż, poniekąd nie dziwne. Przecież cały wieczór go kokietowała żeby znaleźć się w tym miejscu. Sam na sam, bez wścibskich spojrzeń i ciekawskich uszu. — Masz naturę intelektualisty?

— Lubię poszerzać horyzonty.

Liv na te słowa z trudem opanowała drwiące prychnięcie, zaraz jednak przywołując się do porządku. Jeżeli zaraz się nie opanuje to jej przykrywkę trafi szlag. Dlatego — całkowicie wbrew sobie — uniosła dłoń i palcami musnęła wargi Zao, zatrzymując na nich wzrok. Kokietuj, rozkazała w myślach, karcąc się za niesubordynację.

Kiedy już sądziła, że sytuacja opanowana, nagle pod powiekami Liv mignęło wspomnienie twarzy Itachiego, na co aż wstrzymała oddech. Czemu pamięć w tym właśnie momencie — zdecydowanie złym i mało komfortowym — postanowiła przywołać obraz Uchihy? Tego gdy pochylał się nad nią podczas treningu. Tego jak patrzył tymi ciemnymi ślepiami, będąc tak blisko, że czuła ciepło oddechu, a niepowtarzalny, elektryzujący zapach drażnił zmysły. Tego jak zmieniała się intensywność spojrzenia, kiedy dowiadywał się czegoś co mu się wybitnie nie podobało. Skąd, do cholery, te myśli waśnie teraz?

— W takim razie jesteśmy podobni — wyszeptała, otrząsając się ze wspomnień. Wyminęła Zao i podeszła do stolika przy kanapie, usiłując się ponownie wyciszyć. Nalała hojnie alkoholu do dwóch szklanek ze stojącej tam karafki i mu jedną podała. — To co? Za niezwykłe spotkanie?

— Rzeczywiście, niezwykłe — przytaknął wypijając całą zawartość, a Liv aż poczuła zimny dreszcz przebiegający po plecach, gdy wyłapała fałszywą nutę w tej wypowiedzi.

 

~oOo~

 

Liv naprawdę nie wiedziała co poszło nie tak. Rozmowa się kleiła, Zao głaskał ją po udzie przy opowiadaniu o swoich odkryciach w dziedzinie genetyki, a muzyka w tle robiła miły klimat pod pogawędki. Słowa z ust mężczyzny płynęły bez żadnej zachęty, a ona w ramach zacieśniania więzi przeczesywała mu palcami włosy. I dała by sobie rękę uciąć, że ten dotyk sprawiał Zao przyjemność, bo z każdym ruchem dłoni mruczał i przymykał powieki. Jeszcze przed chwilą wszystko szło w dobrą stronę, a teraz leżała przyciśnięta do dywanu i nie bardzo rozumiała co się właśnie wydarzyło. Skąd ta nerwowość? Przecież po tamtych złych przeczuciach nie było nawet śladu. Angażując się bardziej, mianowicie pozwalając sobie na większą bliskość myślała, że uśpiła czujność rozmówcy. A tu? Nic z tych rzeczy. Źle oceniła sytuację. Palce mężczyzny zaciskały się  na gardle Senju, skutecznie utrudniając oddychanie, podczas gdy technika pieczętująca blokowała jakikolwiek ruch Liv. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w wyjątkowo — jak na te okoliczności — spokojną twarz Zao, dumając gdzie popełniła błąd i jak się z tego wyplątać.

— Jak Konoha miała jakieś pytania, mogła wysłać list.

— Pewnie by tak zrobiła gdybyś raczył odpisać. — Zza pleców Zao rozbrzmiał cichy, niski głos, na co Liv momentalnie zerknęła w tamtym kierunku, zaraz marszcząc brwi. W pomieszczeniu pojawiło się trzech ANBU, którzy sądząc po umundurowaniu nie wpadli na pogawędki. Dowódca oddziału wyglądał na w pełni zrelaksowanego sądząc po postawie, gdyż twarz zasłaniała mu maska, stanowiąc ciekawy kontrast dla również zamaskowanych partnerów. Oni, w pełnym rynsztunku, skupieni na przytrzymującym ją mężczyźnie, napięci jak struny, niczym drapieżnicy gotowi do skoku.

— Jestem staroświecki, lubię rozmowy twarzą w twarz, bez posłańców — zaśmiał się szaleńczo Zao, przysiadając na piętach, ale nie ściągając dłoni z szyi ofiary. — Chociaż, jestem pod wrażeniem kreatywności Kage Konohy. Nareszcie coś nowego. Chyba zaczyna rozumieć, że podstęp jest jedną z ważnych form walki.

— To był pokojowy wariant, który odrzuciłeś.

— Ciekawa taktyka. Czyżby Hokage zaczął doceniać pomysły Korzenia?

— Puść dziewczynę i poddaj się. Konoha zapewni ci sprawiedliwy sąd.

— Interesująca opcja, ale mam kontr propozycje. Grzecznie odejdziecie pozwalając mi zniknąć, a wtedy ją puszczę.

— Jesteś sam przeciwko naszej trójce. Nikt nie przyjdzie ci z pomocą, Zao. Bądź rozsądny. — Dowódca oddziału zbliżył się o krok do mężczyzny, mimowolnie omiatając wzrokiem wzór pieczęci przytrzymującej Liv. Musiał mieć pewność czy w razie czego dadzą radę ją zneutralizować.

— Rozsądny… — powtórzył zainteresowany, zaraz zaczynając się już jawnie śmiać. Kiedy już jako tako się uspokoił, spojrzał na Skrytobójców z politowaniem. — Aby dokonać przełomu w mojej dziedzinie, musisz zaprzyjaźnić się z szaleństwem. A teraz, do tyłu panowie, chyba że chcecie przyprowadzić do Konohy roślinę.

— Spokojnie. — Kapitan rzucił ostrzegawcze spojrzenie podwładnym, unosząc dłonie. — Porozmawiajmy.

— Obawiam się, że nie dojedziemy do konsensusu, a ja nie lubię marnować czasu. Przykro mi.

— Jak wolisz — przytaknął główny ANBU, wykonując gwałtowny ruch nadgarstkiem na co Skrytobójca o masce rysia momentalnie skoczył do przodu, w oka mgnieniu neutralizując pieczęć przytrzymującą, a siła dezaktywacji aż odrzuciła Zao na ścianę. Kiedy upewnili się, że jest pozbawiony zakładnika — karty przetargowej — wkroczył ten drugi i rozpętało się piekło.

 

~oOo~

 

Liv z trudem podniosła się do siadu, rozcierając piekące ramiona. Cokolwiek na niej użyto aby utrzymać w ryzach była wdzięczna, że już to zneutralizowano. Chociaż Trzeci nie wspominał, że również inni ANBU zostaną zaangażowani w tę akcję. Skonsternowana, zerknęła na stojącego przed szklaną gablotą Skrytobójce, zaraz pojawiając się u jego boku i patrząc na zawartość mebla.

— Nie wiem czy powinniśmy to ruszać — zauważyła poważnie, wlepiając wzrok w zabezpieczenia. — To zbyt proste.

— Znam tę pieczęć.

— To pułapka — stwierdziła stanowczo, kładąc dłoń na ramieniu towarzysza i ściskając mocno. — Trzeba zabrać całość do Wioski.

— Nawet nie drgnie bez pozbycia się blokad.

— Jednak…

— Uciekli. — Dwóch pozostałych Skrytobójców weszło do pomieszczenia przez wyrwę w ścianie, a ich wygląd jasno sugerował, że z ledwością umknęli śmierci. Po płaszczach nie było nawet śladu, umundurowanie poznaczone śladami krwi, a maski skrywające oblicza, składały się praktycznie z samych pęknięć.

— Podobno możesz nas przerzucić bezpośrednio. — Zwrócił się do Liv kapitan, otrzepując przedramiona z resztek tynku, a może ziemi? Senju nie miała pewności.

— Tak, ale tego nie ruszę. — Wskazała na biblioteczkę, która mogła być skarbnicą wiedzy, albo wyrokiem śmierci. Zależało od punktu widzenia i ich umiejętności. Nie chciała wyrokować zawczasu.

— Cóż, chyba nie mamy wyboru — mruknął dowódca, drapiąc się po podbródku. Ocenił wzrokiem znalezisko, zaraz wzdychając ciężko. — Wai?

— Jestem — mruknął ten, który jeszcze niedawno walczył i stanął niedaleko Liv.

— Zaczynamy.

Liv zdążyła jedynie otworzyć usta w proteście, ale już było za późno. Wszystko rozegrało się tak szybko, że nawet mrugnięcie powieką wydawało się wiecznością. Pogłos huku wciąż dźwięczał w bębenkach, gdy w szoku wpatrywała się w gasnące oczy osuwającego się ANBU usiłując pojąć dlaczego to zrobił. Bo jeśli był tak szybki aby skoczyć do niej, to równie dobrze mógł się ukryć przed niszczycielską techniką, a nie służyć za żywą tarczę. Zresztą gdyby nie ich pośpiech sama zrobiłaby unik.

— Dlaczego… — wykrztusiła, opadając na kolana pod wpływem ciężaru shinobi któremu zawdzięczała życie.

— Aby światło zwyciężyło mrok.

— Co? — Potrząsnęła przygniatającym ją ANBU, ale już nie uzyskała żadnej odpowiedzi. Był definitywnie martwy. Zimny, milczący i martwy. Kiedy ten fakt do niej dotarł, przycisnęła jego głowę do zgięcia szyi oddychając ciężko. Kołysając się w przód i w tył, trzymając osuwające się ciało w ramionach, próbowała sobie poradzić z wydarzeniami sprzed kilku minut.

 

~oOo~

 

Itachi oparł się o filar, obserwując tłum oblegający główną siedzibę Policji Konohy. Kiedyś takie zgromadzenie było nie do pomyślenia, ale jak widać nigdy nie jest za późno na zmiany. Zmrużył oczy zerkając na puste miejsce na elewacji. Jeszcze nie tak dawno wisiał tu symbol ich klanu, ale z racji wprowadzonych zmian został usunięty. Instytucja otworzyła się na wszystkich ninja, oczywiście jeśli pomyślnie przejdą weryfikację. Wiadomo, każdego trzeba sprawdzić czy przejawia predyspozycje do takiej służby. Jednak, pozostawało faktem, że bardzo wielu shinobi wyraziło chęć pracy w strukturach porządkowych Liścia. Potwierdziły się jego słowa, że każdy jest inny. Jedni poszukują przygód, gdzie krew napędza adrenalina, z kolei inni woleli stabilizację, na miejscu blisko domu. Sami Uchiha dostali wybór. Jeśli chcieli mogli pozostać w formacji, jeśli nie, Wioska dawała im wolną rękę w wyborze dalszej kariery.

Itachi wsunął dłonie w kieszenie spodni, odprowadzając wzrokiem przedstawiciela klanu Hyuuga. Co ciekawe i oni pozytywnie odpowiedzieli na propozycję wzięcia udziału w przebudowie struktur policyjnych. Połączenie ich unikalnych Kekkei Genkai z pewnością przyniesie wiele dobrego.

Na początek to oni wraz z Uchiha będą zasiadać zarządzie placówki, ale z czasem będzie to miejsce, gdzie będzie mógł dostać się każdy. Nie będzie miało znaczenia skąd się wywodzi, pod warunkiem, że wykaże się doświadczeniem i umiejętnościami do piastowania tak wysokiego stanowiska.

Itachi jedynie zerknął na Shisuiego, który niespodziewanie zmaterializował się u jego boku, również nie spuszczając wzroku z czających się w cieniu shinobi. Z łatwością rozpoznali podwładnych Shimury, którzy jak nic zostali wysłani na przeszpiegi. Węszyli niczym psy, skrupulatnie notując każdy szczegół, aby później zdać dokładną relację dowódcy Korzenia. Pytanie jakie kroki podejmą dalej. Czy podporządkują się decyzji Hokage, a może zaczną działać na własną rękę uznając, że klan Uchiha nie zasługuje na żadną szansę.

— A gdzie główna przyczyna tego zamieszania? — Czując na sobie pytające spojrzenie, westchnął ciężko przewracając oczami. — Twoja sekretna miłość.

— Zrobiła swoje to odeszła.

— Obaj wiemy, że to nie ten typ. — Shisui przeczesał palcami włosy, zamyślając się na chwilę. — Oby nie wpakowała się w kolejne kłopoty.

— Hn. — Itachi odwrócił się na pięcie, powoli zmierzając do ich dzielnicy. — Jeśli była aż tak głupia, to nie nasz problem.

— O rany, Łasic! Ty się martwisz. — Teleporter dogonił kuzyna i z niedowierzaniem spojrzał na spiętą twarz, zaraz śmiejąc się cicho.

— Wydaje ci się.

 

~oOo~

 

Trzeci Hokage oparł brodę na splecionych dłoniach, wbijając w Liv spojrzenie ciemnych, teraz bardzo zasmuconych oczu, na co przygryzła usta. Czuła się winna. Gdyby była bardziej stanowcza to oddział, który do niej wysłał by nie zginął. Jednak, czy miała kompetencję aby zabraniać czegokolwiek kapitanowi przysłanych Skrytobójców? Chyba raczej nie, ale mogła zrobić więcej. Na przykład przemówić im do rozsądku.

— Liv, nie odbieraj tego personalnie — westchnął Hokage, szybko odgadując w jakim kierunku podążyły myśli dziewczyny. — Ty miałaś swoje rozkazy, oni swoje.

— Może…

— Takie rozważania nie mają sensu. Przynoszą więcej szkody niż pożytku — wszedł jej w słowo, zaraz prostując się na fotelu. — Lepiej powiedz czy Wai coś powiedział.

— Umierał, Czcigodny. Pewnie miał zwidy.

— Zastanów się.

— Mamrotał coś w agonii, ale… nie jestem pewna. Nie brzmiało to logicznie — westchnęła zaraz krzywiąc się, gdy niechciane wspomnienie wtargnęło do umysłu.

— Liv, to bardzo ważne. Wai, miał niezwykły dar. Widział więcej. Patrzył na wszystko szerzej. Czasem potrafił przewidzieć pewne… sytuacje, wydarzenia. Znał ludzkie serca, ich tajemnice.

— On… — Wzięła długi uspakajający oddech, przymykając powieki. — Kiedy zapytałam dlaczego zamiast się ratować, skoczył przede mnie… on… żeby światło zwyciężyło mrok. Tak odpowiedział, cokolwiek to znaczy, Czcigodny.

— Rozumiem. — Trzeci zamyślił się na dłuższą chwilę, po czym ponownie skupił na Liv. — Czy domyślasz się o co mogło mu chodzić?

— Nic nie przychodzi mi do głowy, Czcigodny.

— Możesz odejść, ale miej oczy otwarte.

— Zawsze mam.

— Wai, wybrał cię na powiernika ostatnich słów nie bez powodu. Nie lekceważ tego.

— To nie tak… — Liv potarła czoło zmęczonym gestem. To co usłyszała tuż przed śmiercią ANBU wciąż kołatało się w jej głowie i nijak nie zapowiadało się na to aby mogła je wyrzucić z pamięci. O niczym innym nie myślała sprowadzając ciała do Wioski. Niczym cholerne echo powtarzały się w głowie, gdy patrzyła jak specjalni shinobi odbierają zmarłych, a później odpieczętowują. Jak owijające bandaże opadają ze zwłok. Aż zacisnęła szczękę, zgrzytając zębami.

Najpierw dręczyły ją pytania o los klanu Uchiha, a teraz do zmartwień doszło to. Jeszcze trochę takich akcji, a jej psychika posypie się jak domek z kart. Tyle odpowiedzialności, a tak mało mogła zrobić. Okrutny los zakuł ją w dyby, nie dając zbytniego pola manewru.

— Nie zapomnę tych słów, niech Czcigodny się nie martwi.

— Może ich znaczenie stanie się dla ciebie jasne z czasem. Odpocznij.

Liv opuściła tajne biuro, powoli ruszając w stronę dzielnicy Uchiha. Czuła się wyczerpana misją, potem rozmową z Trzecim, ale brak jakiejkolwiek wiedzy o sytuacji w Wiosce, skutecznie oddalał wizję powrotu do domu. I chociaż teraz doszły pytania o znaczenie słów poległego ANBU, to ta sprawa była priorytetem.

Musiała się dowiedzieć co i jak, inaczej wciąż będzie się zadręczać. Od powodzenia ich planu zależało życie masy istnień. Nagle, zamarła. A jeśli się spóźniła? Misja była długa… Co jeśli masakra klanu Uchiha już się odbyła? Zawiedli, a dzielnica spłynęła krwią? Na samą wizję takiej ewentualności aż poczuła zimny dreszcz, znacznie przyśpieszając kroku. To nie mogło się tak skończyć.

Zbyt zaabsorbowana różnymi scenariuszami rozgrywanymi w głowie, niespodziewanie  na kogoś wpadła. Dostrzegając, że to starsza kobieta aż zganiła się w duchu, zaraz mamrotając przeprosiny i szybko pomagając kobiecinie wstać. Ku jej zdumieniu, zamiast srogiego wykładu na temat braku szacunku do seniorów, dostała szczery uśmiech. Staruszka poklepała ją przyjaźnie po ramieniu, coś niewyraźnie mamrotając i ruszyła w stronę najgęstszego tłumu. Liv widząc to zastygła w niedowierzaniu. Dzielnica Uchiha nieraz wyglądała na wymarłą, a tu, przed nią było kłębowisko ludzi. Zupełnie jakby trwała jakaś fiesta. I co ciekawe uczestnicy nie składali się z klanu Uchiha, ale z różnych rodzin mieszkających w Konoha, a wiedziała to bo każdy był wystrojony w odświętne ubranie z przynależnymi symbolami. Aż zamrugała intensywniej na ten niecodzienny widok, przez sekundę zakładając, że ktoś potraktował ją genjutsu. Dopiero jak z trudem uskoczyła, przed rozbieganymi dzieciakami z balonami, uwierzyła. I to głównie za sprawą bólu, gdy jeden z nich niechcący nadepnął Liv na stopę.

 

~oOo~

 

            Izumi zagapiła się na Itachiego, przygryzając usta. Chłopak normalnie przyciągał spojrzenia, ale w klanowym kimonie zapierał dech. Działał na płeć piękną jak lep. Ciche szepty oraz westchnienia zachwytu atakowały uszy, a gdzie się nie obróciła widziała wpatrzone w kuzynów maślane oczy nastolatek. A nawet — ku jej zgorszeniu — dorosłych kobiet. Wszystkie dosłownie pożerały ich wzrokiem i z największym trudem opanowywała odruch, aby wsunąć Itachiemu dłoń pod ramię by przylgnąć do jego boku. Tym prostym gestem pokazałaby, że nie mają na co liczyć, bo ten Uchiha jest zajęty.

            Jednak po takich pomysłach przychodziło otrzeźwienie. Bo czyż nie była taka sama jak one? Gdy tylko się pojawiał, z trudem panowała nad zalewającymi ją uczuciami, a wytykała takie zachowanie innym. Hipokrytka, wyrzuciła sobie w myślach, poprawiając ozdobną spinkę przy misternie upiętych włosach.

            Ponownie spojrzała na towarzyszy. Czuła się skołowana. Chociaż wiedziała, że Itachi miał dziewczynę to jego zachowanie temu przeczyło. To znaczy, może źle to ujęła. Po prostu było nielogiczne. Pytania nasuwały się same. Gdzie w tej chwili podziewała się Liv? Dlaczego nie trwała u boku swojego chłopaka przy tak ważnym wydarzeniu? I czy na co dzień nie powinna widywać ich razem? Owszem, serce zapewne by pękło na ten widok, ale tak się zachowywały pary. Dlaczego oni tego nie robili? Cichy głos w głowie podpowiadał, że coś jest na rzeczy, dawał nadzieję, że to jakaś gra. Ale zaraz odzywał się rozsądek. Bo czyż nie była świadkiem tego jak patrzył na nią w martwym lesie? Albo wtedy gdy wyczuł, że trenuje z Shisuim?

— To na co idziemy popatrzeć? — Shisui schował dłonie w szerokie rękawy kimona, szturchając ramieniem milczącego kuzyna. — Pokazy walk? Słyszałem o pojedynkach z bronią białą, taijutsu, ninjutsu… i rzuty do celu kunai. Może być ciekawie, ale z drugiej strony jest też impreza w drugiej części dzielnicy. Trochę rozrywki by nam nie zaszkodziło.

— Jak chcecie.

— Łasic, no nie bądź taki — zganił przyjaciela, zaraz mrugając wesoło do obserwujących ich nastolatek. Aż zaśmiał się cicho, gdy zapiszczały z podekscytowania, a Itachi dla kontrastu zmroził go spojrzeniem.

— Jesteś niemożliwy.

— Cóż, skoro ty nie chcesz współpracować… Izumi, na co masz ochotę?

— Część rozrywkowa brzmi kusząco, bo walk mamy na misjach aż nad to.

— Wreszcie ktoś powiedział to na głos — parsknął Shisui, obejmując przyjaciół ramionami i prowadząc w wytypowane miejsce.

 

7 komentarzy:

  1. Cudowny prezent na święta <3
    Pomimo tego, że nie było Liv i Itachiego razem, to rozdział i tak bardzo ciekawy. Fajnie, że dostaliśmy taki dokładny opis jednej z misji Liv. W momencie kiedy wkroczyło ANBU, już myślałam, że Itachi tam będzie, ale to by było zbyt przewidywalne. Teraz jak są w jednym miejscu, to już chyba na siebie wpadną prawda? Proszę niech na siebie wpadną. Izumi zrzedłaby mina, bo zaczyna się rozkręcać dziewczyna niepotrzebnie xD Plus jestem ciekawa co zrobiłby Shisui, bo na pewno by jakoś wykorzystał taką sytuację. Sasuke mocno na plus, taki jak go zapamiętałam z anime. Arogancki, zapatrzony w brata, nie lubiący Izumi i kochający pomidory. Dobra może nie lubiący to za mocno powiedziane, ale nie chciał żeby go trzymała xD. Niecierpliwie czekam na kolejny rozdział Szansy, jak i Zwaśnionych Rodów.
    Wesołych i zdrowych świąt, dużo weny, odpoczynku i szczęśliwego Nowego Roku.
    Zoya

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka!
      Cieszę się z Twojego komentarza jak głupia. Z tego ile przemyśleń i znaków zapytania pojawiło się w Tobie. A dlaczego? Bo wrócisz :D. Tak, wpadniesz tu znów aby dowiedzieć się co dalej. Powiem Ci, że bardzo bałam się kreacji Sasuke, ale sprawę ułatwiał fakt, że tu pojawia się jako młody chłopiec. Gdzie jeszcze jego charakter jest dość wyrazisty. A nie bezosobowy ( żadnych emocji, chyba że ma przed oczami brata, wizję zemsty lub chęć zdobycia siły) jak jest już starszy. Ciężki materiał do obróbki... Chociaż jego brat nie lepszy. Dobrze, że mamy tego Shisuiego, który jest tak pocieszną postacią :D.
      Dla Ciebie również wszystkiego dobrego, Zoya. Do napisania <3

      Usuń
  2. Wreszcie trochę czasu ,żeby przeczytać na spokojnie rozdział .I to świetny rozdział z mnóstwem emocji i interakcji ze wspaniałymi postaciami jakie stworzyłaś .Dzięki ,że nadal cieszysz innych swoimi opowiadaniami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Droga Dito,
    Nie wiem czy mnie jeszcze pamiętasz albo czy w ogóle tu zaglądasz, ale czuję że muszę się usprawiedliwić.

    Czytałam Twojego bloga prawie od samego początku - jak było na nim zaledwie kilka notek. Sama się zdziwiłam jak weszłam tu chyba po 1,5 - 2 latach i postanowiłam przypomnieć sobie wszystkie Twoje historie i zacząć czytać od początku, a tu się okazuje że zaczęłaś w 2013-2014 r! Matko, jak to było dawno! Nie wiem jak Ty, ale ja byłam wtedy jeszcze dzieckiem i zupełnie inną osobą niż teraz. Ile to czasu już minęło! Ze względu na Twój wysiłek z przeszłości i Twoich fanów mam nadzieję że kiedyś wrócisz i dokończysz swoją historię.

    Długo mnie tu nie było, bo pochłonęły mnie poważne problemy ze zdrowiem. Po ciężkiej walce, na szczęście okazały się, nie aż tak poważne, jak miały być, bardzo ciężko to przeżyłam, a i dojście do siebie psychicznie trochę zajęło. Potem musiałam zająć się studiami i problemami z pracą magisterską. Bardzo żałuję, że nikt nie powiedział mi, żebyprzy wyborze promotora nie kierować sie sympatią, a wybrać kogoś, kto będzie chciał i mógł mnie wesprzeć. Na szczęście mam to za sobą i teraz mogę już całkowicie poświęcić się drugim studiom. Może to zabrzmi głupio, ale pochłonęła mnie proza życia - nawiązywanie relacji z ludźmi, szukanie mieszkania do wynajęcia i pracy na stałe, a j sytuację mamy na świecie taką jaką mamy, co nie za bardzo pomaga.

    No i jakoś tak ostatnio wzięło mnie na wspominki. Trochę wróciło mi zainteresowanie Naruto, chociaż Boruto cały czas wychodzą odcinki i mangi, ale to już nie to. Dlatego wróciłam do stałych blogów, które czytałam. No i stąd moje załamanie - większość z nich już nie istnieje, bo autorzy porzucili je na długo przed czystką Onetu i zapomnieli o nich albo nadal obiecują powrót mimo upływu kilku lat albo są tylko pustymi szablonami i cała treść wyparowała. Łamie mi to serce, bo miałam do nich sentyment. Niestety, ludzie którzy wychowywali się z Naruto są już około 30 i w najlepszym razie mają swoich małych Boruto i Himawari. Przykro mi, bo wielu z tych ludzi miało talent.

    Nie obraź się, ale dziwi mnie, że już prawie nikt tu nie zagłada. Gdzie się podziała Taylah i Kita i inne Twoje wierne czytelniczki, jak są potrzebne? Przecież nie możemy pozwolić Twojej historii zginąć. Prawie umarłam jak wpisałam adres Twojego bloga i net twierdził że coś takiego nie istnieje. Już myślałam, że usunęłaś!!! Potem wpisałam Zwaśnione rody w wyszukiwarkę i też nic. Na szczęście udało mi się znaleźć totalny oldschool - katalog blogów o tematyce Naruto i tam dopiero udało mi się znaleźć bezpośredniego linka.

    Kończę moje wypociny, mam nadzieję że wrócisz, dokończysz swoją historię i kto wie, może napiszesz kolejną.

    Pozdrawiam i trzymam kciuki,
    YUZUKI

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, wróciłam tu po kilku latach i jestem w szoku. Jakiś czas temu ukończyłam pewien etap w życiu i zebrało mi się na wspomnienia - przypomniałam sobie m.in. Twojego bloga. Kiedyś go uwielbiałam i czytałam wszystko, co napisałaś. Dlatego przestraszyłam się, kiedy nie zadziałał mi adres Twojego bloga, ani nie mogłam znaleźć go w wyszukiwarce. Na szczęście znalazłam linka do tej strony na jednym z opuszczonych spisów blogów o Naruto.

    Kiedy tu weszłam z jednej strony się ucieszyłam, że strona nadal istnieje, ale z drugiej smutno mi że już tu nie publikujesz. Przeczytałam wszystkie notki, te nowe i te stare. Wrócisz jeszcze kiedyś do pisania? Mówisz, że główna historia na Twoim blogu zmierza ku końcowi, ale co to znaczy? Ile jeszcze notek powstanie? Czy Liv i Itachi będą razem? Nadal nie wyjaśniłaś kilku tajemnic z przeszłości. No i ostatnio w Twoich notkach było jakoś mało scen między nimi. Stęskniłam się też za Shisuim.
    Mimo wszystko chyba najbardziej brakuje mi historii, toczącej się w powiedzmy "naszych" czasach. Prawdziwe Naruto już się skończyło, teraz powstaje historia o następnym pokoleniu i nawet tam techniki bardzo się zmieniły. Chyba już po prostu wyrosłam że starego Naruto. Dlatego miło poczytać o historii dziejącej się w bodajże liceum. Fajnie poczytać o młodym, stosunkowo beztroskim jak na niego, Itachim, nad którym nie ciąży wielka odpowiedzialność za czyjś los i nie stał się przypadkowo sędzią czyjegoś życia.


    No dobra, kończę już, bo za bardzo się rozpisałam.

    Z pozdrowienia i życzeniami weny i szybkiego powrotu,
    AMAYA

    OdpowiedzUsuń
  5. To jak, wrócisz tu kiedyś? Trzymam kciuki

    OdpowiedzUsuń
  6. A my nadal czekamy... No, przyjamniej ja. Wrócisz kiedyś? Zaglądasz tu jeszcze?

    OdpowiedzUsuń