28.09.2020

LXI NOWE ROZDANIE

 

Witajcie, Kochani!

 

Co by Wam tu napisać na wstępie. Może to, że słowa wciąż ciężko spływają, ale walczę dzielnie. Niby coś tam się rusza, bo nadgryzłam kilka moich tworów, ale niezbyt imponując ilością teksu. Zastanawiałam się nad powodem tego zastoju i znalazłam winnego. No nie zwalę na niego całości mojej niemocy twórczej, ale trochę mogę, nie?

Otóż, wydaje mi się, że tym co mnie napędzało było czytanie książek. Kocham to robić. A tu? Zamknęli narkomanowi dostęp do dragów. Tak, tą radosną przenośnią próbuję przekazać to, że biblioteki działają w wyjątkowo ograniczony sposób przez wirusa. I ktoś może powiedzieć, że marna wymówka, bo przecież mogę online zarezerwować i odebrać konkretną pozycję. No właśnie! I tu jest szkopuł. Ja jestem typem, który spaceruje pomiędzy regałami i wybiera na oko. Heh, takie skrzywienie. Niby oglądam katalogi, ale to nie to! Tak więc, w ten sposób się trochę wytłumaczę.

A teraz przechodząc do ciekawszego tematu. Niby wiem, że ten rozdział jest… mało ekscytujący. Niezbyt wiele akcji. Łamałam sobie głowę czy jest coś co mogę tu dodać, ale nie. Bo wydarzenia tak się potoczyły, że zwyczajnie fabuła wymaga takiego a nie innego rozdziału. I chyba nie mam nic więcej do dodania na ten temat i nie piszę tego przez moje nadęte ego autorskie (bo tak to może zabrzmieć), ale tak prezentuje się wizja tego opowiadania.

A teraz zapraszam Was serdecznie do czytania i wspierania mnie komentarzami w walce z kolejnymi rozdziałami. Buziaki i do napisania. Obym ogarnęła kolejny tekst szybciej.

 

** Psyt! Ostatnio odkryłam, że jednak znieśli restrykcje w bibliotekach. Hurrra!

 

 

 

Shisui westchnął ciężko, odrzucając na bok grubą teczkę z dokumentami i odchylił się mocniej na krześle. Wgapiając się w sufit analizował przeczytane informacje, starając się je przetrawić. Cóż, nawet przez chwilę nie zakładał, że misja mogła mieć aż tak fatalny przebieg. W końcu drużyna Samona to nie byli jacyś amatorzy z pierwszej lepszej łapanki. Elita shinobi. A tu? Zawiodło wszystko.

Z nerwami przeczesał palcami włosy, znowu patrząc na raporty. Nie miał ochoty ich więcej czytać. Zwłaszcza, że papiery uzupełniono o zdjęcia z miejsca gdzie rozegrała się walka. Nic nie pozostawiono wyobraźni.

Nie mogąc usiedzieć w miejscu, zaczął krążyć po biurze, dumając co dalej. To znaczy, wiedział, że trzeba odbyć kilka rozmów twarzą w twarz, ale… Po prostu, to co znalazł w tej teczce wytrąciło go z równowagi. Powinien się otrząsnąć i działać. Nic mu nie przyjdzie z tego nerwowego krążenia. Z tą myślą przymknął powieki, szybko lokalizując pierwszą rozmówczynie. Tak, od niej zacznie.

Shisui z westchnieniem usiadł naprzeciwko Amai, przesuwając w jej kierunku przyniesioną kawę i ciastko. Dziewczyna wyglądała wyjątkowo blado i dobrze Azumie zrobi potężna dawka cukru. Chociaż na przywrócenie kolorów na policzkach lepiej by się sprawdził kieliszek czegoś mocniejszego. Jednak na butelkę sake przyjdzie jeszcze czas.

— Jak źle jest z nią?

— Paradoksalnie trzyma się całkiem dobrze — zaśmiała się bez wesołości, obejmując dłońmi styropianowy kubek i ogrzewając od niego palce. — Wyparła wszystko co mogło przynieść cierpienie.

— Jak to wyparła?

— Medycy podejrzewają, że tak umysł Liv poradził sobie z traumą po misji. Nie pamięta nic z czasów po odejściu z ANBU. Jestem dla niej obcą osobą — wymamrotała ze smutkiem, wciąż nie podnosząc wzroku na siedzącego naprzeciwko Teleportera. — I cholera, chyba jestem złą przyjaciółką, bo nie potrafię znieść tego jak na mnie patrzy. Jak na obcą osobę wyłowioną z tłumu. I zamiast siedzieć przy niej, wspierać, ukrywam się tutaj, biorąc kolejne dyżury.

— Przestań być dla siebie tak surowa. — Shisui złapał Azumę za dłoń, ściskając pocieszająco. — Tobie też musi być ciężko, bo w sumie miałaś tylko ją i Sanosuke. Ale to ona była tą pierwszą, przyjazną twarzą w Konoha.

— Niby tak, ale… — Odetchnęła głęboko, w końcu patrząc na rozmówce. — Naprawdę boję się tego co nastąpi, gdy wrócą wspomnienia z pola bitwy. Ja może nie czytałam raportów, ale same plotki jeżą włosy na głowie.

— Amai, Liv jest twarda. Poradzi sobie.

— Shisui, ty chyba nie rozumiesz. Te dzieciaki były dla niej synonimem rodziny.

— Ja wszystko rozumiem aż za dobrze — westchnął, pocierając skronie. To on w końcu miał świadomość ogromu bólu jaki zwali się na Liv, gdy wszystko wróci do normy. Ona, demon z krwią potrafiącą wyrwać człowieka ze szponów śmierci, nie uratowała najbliższych sobie osób. — Gdzie teraz jest?

— W rezydencji. Była wielce zaskoczona, że kawalerka poszła pod wynajem.

— Chyba powinienem na własne oczy się przekonać jak to wygląda — stwierdził bez entuzjazmu, szykując się do wyjścia. Jednak zanim zdążył zrobić choćby krok, Amai już stała przed nim zagradzając mu drogę.

— Masz świadomość, że trzeba dozować przedstawiane jej informacje? Nic na siłę, Shisui.

— Spokojnie, nie będę naciskał. — Uśmiechnął się nieco sztucznie patrząc na wciąż nieprzekonaną Azumę. Nie mógł obiecać dziewczynie nic więcej. Miał zadanie do wykonania, a nieodłącznym elementem była Liv i technika jaką dysponowała.

 

~oOo~

 

Itachi z nieskrywaną irytacją spojrzał na przyprowadzoną kobietę, starając się zapanować nad cisnącymi do gardła przykrymi słowami. I nie, nie dlatego, że ją szanował, ale żeby sprawę załatwić jak najszybciej. Miał powyżej uszu dyskusji, marudzenia, szlochów czy innych fanaberii. Już i tak ta misja napsuła im krwi. Wiadomo nikt nie dostawał zlecenia z gwarancją czasu jaki przyjdzie na niej spędzić, ale to że powrót aż tak się opóźnił, nie poprawiało morali. Widział po podwładnych, że i im kończy się cierpliwość.  

— Powiem krótko, jeszcze jeden taki wybryk, a porzucimy was w szczerym polu.

— Nie odważycie się — prychnęła sprawczyni zamieszania, unosząc dumnie głowę.

Itachi przez dłuższą chwilę mierzył rozmówczynie wzrokiem, po czym się uśmiechnął. I to w taki sposób, że przytrzymująca kobietę Skrytobójcznyni aż się wzdrygnęła.

— Chcecie zaryzykować? — Kiedy z zadowoleniem stwierdził, że wreszcie zrozumiała aluzję zaciskając usta, machnięciem ręki nakazał zabrać ją do reszty grupy. Spod przymrużonych powiek patrzył na oddalającą się kobietę — przyczynę wszelkich komplikacji — w końcu zerkając na wciąż stojącą przy nim ANBU. Widział, że chce o coś zapytać, ale wyraźnie się waha. Kiedy już myślał, że odpuści, w końcu się przełamała.

— Czy nie rozsądniej ich rozdzielić? — Zdjęła z twarzy maskę, pocierając czoło. — Są zbyt podatne na sugestie.

— Wyłącznie ta jedna — zauważył Uchiha, mając pewne podejrzenia. — Czy coś mówiła?

— Najbardziej rozmowna jest gdy mnie nie ma.

— Ciekawe…

 

~oOo~

 

Liv zapatrzyła się na stojące na biurku zdjęcie. Wciąż z trudem przyjmowała do wiadomości, że odeszła z ANBU, a do tego podjęła się opieki nad grupą geninów. Przecież nie przepadała za dziećmi. Owszem, nie to, że ich nie lubiła, ale zwyczajnie nie miała do nich cierpliwości. Jednak, fotografia na którą patrzyła jasno świadczyła, że była zżyta z podopiecznymi i zadowolona z ich posiadania. Jej oczy wyraźnie się śmiały, gdy obejmowała ramionami trójkę młodych adeptów sztuki ninja.

Westchnęła ciężko, pocierając skroń. Czuła się dziwnie z tą pustką w głowie. Czarna dziura w pamięci irytowała, co nie dziwne, bo straciła wspomnienia z kilku lat życia. Nawet ta rezydencja, mimo że taka sama wydawała się inna. Atmosfera się zmieniła. Mamrotając pod nosem przekleństwo, zacisnęła usta. Gdyby chociaż prowadziła dziennik byłoby łatwiej. Jednak, nadal dziwnie. Sfrustrowana przeczesała palcami włosy. Dumając co ze sobą począć aż podskoczyła na niespodziewany hałas, momentalnie obracając się na pięcie.

— Hej, Liv. — Shisui Uchiha bez skrępowania usiadł w głębokim fotelu przy kominku, przyglądając się jej uważnie. — Jak się czujesz?

— Zdezorientowana — mruknęła w szoku niespodziewaną wizytą, mimowolnie zastanawiając się jak bliskie łączyły ich relacje. Z mocno nieaktualnych wspomnień, wynikało, że owszem znali się, ale na zasadzie kontaktów służbowych. Może nie sztywnych, ale również, nie jakiś wyjątkowo przyjacielskich. — Ciężko mi się odnaleźć.

— Zrozumiałe — przytaknął, zerkając na ramkę za plecami Senju. — Amai mi opowiadała.

— Znacie się?

— No, można powiedzieć, że prawie staliśmy się rodziną — zaśmiał się Teleporter, krzyżując ręce za głową. — Ale to dłuższa historia, może Azuma ci kiedyś opowie przy kawie.

— Łatwo ci mówić — prychnęła w odpowiedzi, wciąż trawiąc informację o odwołanym ślubie w klanie Uchiha, bo to sugerowała wypowiedź rozmówcy. Informacja wywołała w jej głowie jeszcze większy mętlik. Nie wyobrażała sobie żeby ktoś, kto zdobędzie kogokolwiek z tego rodu później pozwolił mu odejść. Przecież to jak wygrana na loterii życia. Wciąż w lekkim szoku, pomasowała skroń i opadła na drugi fotel. Oparła się o zagłówek, przymykając powieki. — Amai… Nie mogę się przy niej odnaleźć.

— Na wszystko trzeba czasu.

— Jest niezręcznie, Shisui. Teraz również, ale ciebie chociaż kojarzę. A ona jest, jak nieznajoma. Nowa twarz. Do tego jest tak… ciepła, serdeczna, dobra. Nie pasuje do mojego świata, a ja do jej. Więc jakim cudem zbudowałam tę więź?

— Takim samym cudem, jak to, że byliśmy na randce, a ty ją bezczelnie zapomniałaś.

— Słucham?!

Shisui parsknął cicho, wychylając do przodu patrząc na Liv spod rzęs. Cóż, mieli nie stosować terapii szokowej, ale jakoś tak nie mógł się powstrzymać. Zwłaszcza, że Senju nie zemdlała, a tylko zarumieniła się wściekle zaraz chowając twarz w dłoniach. Urocze.

— Niby wiem, że nie zrobiłaś tego celowo, ale uraziłaś moje męskie ego.

— Powiedz, że teraz żartujesz…

— I cholera, nadal mnie obrażasz — zaśmiał się głośno, kręcąc w niedowierzaniu głową. — A podobno jestem jedną z lepszych partii w Konoha.

— To nie tak… to znaczy…

— Dobra, dobra… już się nie tłumacz. — Shisui zamyślił się na moment. Ta sytuacja rzucała nowe światło na wszystko co do tej pory się wydarzyło. Dawała wiele możliwości. Pytanie tylko kto je lepiej wykorzysta. Aż zaśmiał się pod nosem.

— Och, przestań udawać pokrzywdzonego. Skoro była tylko jedna to znak, że Uchiha nie są aż tak doskonali — wytknęła Liv, kiedy w miarę się ogarnęła, uznając, że najlepszą obroną jest atak. I chociaż nadal niedowierzała w zasłyszane rewelacje, to nie pozwoli się zaszczuć. Skrzyżowała ramiona na piersi, unosząc dumnie podbródek.

— Wierz albo nie, ale gdyby nie pewne komplikacje to z radością poszłabyś na drugą — rzucił Shisui, uśmiechając się nikle na widok nerwowo drgającej brwi kunoichi. Zaraz jednak odetchnął głęboko i podniósł się, a jego wzrok spoważniał. — W każdym razie, ja w innej sprawie. Jak twoje ninjutsu, Liv?

— Nie bardzo rozumiem… — Senju napięła się odrobinę czując zmianę w zachowaniu towarzysza, zaraz blokując atak gdy pojawił się tuż przed nią. Domyślała się, że ta wizyta nie ma tylko towarzyskiego charakteru. Patrząc mu prosto w oczy naparła mocniej na ostrze i wstała, zmuszając Teleportera do wycofania. — Jeżeli pytasz czy dam radę wykonywać misję, to owszem.

— Pozwól, że się upewnię. Godzina przed zmierzchem, pole treningowe numer cztery.

 

~oOo~

 

            Azuma westchnęła ciężko wcierając w dłonie preparat dezynfekujący. Czuła się dziwie nieswojo po rozmowie z Teleporterem, ale co mogła więcej poradzić? Nic. Pozostawało czekać. Poprawiła uniform idąc korytarzem, zaraz zatrzymując się w pół kroku. Zauważyła wychodzącą z sali szpitalnej znajomą sylwetkę, marszcząc brwi. Nie miała pewności, ale chyba to była uczennica Liv. Dopiero zerknięcie na numer na drzwiach za jej plecami, upewniło Amai w tych przypuszczeniach. Dziewczyna opuszczała pokój brata Itachiego. Aż odetchnęła głębiej ze współczuciem. I chociaż kilkukrotnie widziała twarze podopiecznych przyjaciółki to teraz młodej prawie nie poznała, bo prezentowała się naprawdę mizernie. Zupełnie jakby najmniejszy podmuch wiatru mógł ją przewrócić. Blada, niemal sina twarz, a do tego ten pusty wzrok. Zupełnie jakby była nieobecna duchem, wrak człowieka. Na to porównanie Amai aż coś ścisnęło w piersi. Młoda pewnie cierpiała podwójnie. Raz, że jako utalentowana medyczka nie potrafiła pomóc przyjacielowi, a dwa z powodu braku wsparcia od mistrzyni. Świat nastolatki zachwiał się w posadach i nie można było zostawić jej z tym samej.

            — Hej, Shion. — Azuma złapała kunoichi za nadgarstek nie pozwalając uciec. Na widok pustego spojrzenia jakim została obdarowana aż sapnęła cicho, obejmując towarzyszkę ramieniem i ściskając lekko. — Nie napiłabyś się ze mną herbaty? Chętnie zrobię sobie przerwę.

            — Pani Amai, właśnie szłam…

            — Możesz pójść później, albo jeśli nie masz nic przeciwko, pójdziemy razem, co? — Azuma nie dała się zbyć. Intuicyjnie czuła, że uczennica Liv powoli się rozpada, a na to pozwolić nie mogła. Ona zastąpi przyjaciółkę, wspierając młodą. A gdy Senju odzyska pamięć, wspólnie odbędą żałobę. Bo niestety, ale bez niej żadna z nich nie ruszy dalej.

            — Dobrze.

            — No to chodź. Kupimy co mamy kupić i wypijemy na dachu. Szkoda przy takiej ładnej pogodzie, gnuśnieć w czterech ścianach.

            Azuma miała plan. Pragnęła dać możliwość wypłakania się Shion, służyć jej ramieniem gdy ta wreszcie wyrzuci wszystko co ją dręczy. Wiedziała, że to opanowanie to tylko fasada i nic tak nie oczyszcza jak łzy. I młoda mogła mieć sobie stopień chunnina, ale wciąż pozostawała dzieckiem.

 

~oOo~

 

Shisui pojawił się w ogrodzie rezydencji Hokage, przysiadając na ławce tuż obok niewielkiego oczka wodnego. Patrząc na leniwie pływające karpie Koi, intensywnie analizował podjętą decyzję. Nie chciał, a raczej nie mógł popełnić błędu.

— Słucham. — Piąta stanęła przy nim, zaciskając mocniej pasek ciepłego szlafroka. Swoją wiadomością musiał wyrwać ją z łóżka, ponieważ każdy uważniejszy obserwator dostrzegłby odgnieciony ślad poduszki na policzku. — Liczę na dobre wieści — zastrzegła, krzyżując ramiona na imponującym biuście.

— Cóż, Liv wciąż jest doskonałą kunoichi, jak sprzed misji — zaczął ostrożnie, odwracając się do Tsunade.

— Ale? — Ślimacza Księżniczka westchnęła ciężko, dosiadając się obok. — Że też zawsze musi jakieś być.

— Nie jestem pewny jak zareaguje na mojego kuzyna lub Kazamę.

— Skąd pomysł, że coś się wydarzy?

— Przyparłem ją do muru i… — Shisui przeczesał palcami włosy w nerwowym geście. — Pojawiają się błyski wspomnień, obrazów, które dekoncentrują Liv i spowalniają reakcję. Sharingan to potwierdził.

— Wiesz, że jako medyk tego nie pochwalam? Jednak, jako Hokage wiem, że zrobiłeś wszystko co trzeba — westchnęła kobieta, wsuwając dłonie w szerokie rękawy i podnosząc wzrok na bezgwiezdne niebo. — Dlatego nie można puścić jej samej. Marnujemy twój potencjał, ale… tylko ty jesteś w stanie interweniować na czas. A dłużej nie można przeciągać powrotu drugiej formacji. Jeszcze dziś wyślę wytyczne Itachiemu.

— Będę czekać na wezwanie.

 

~oOo~

 

Itachi drgnął nerwowo czując większy ciężar na ramieniu. Mógł się domyśleć, że coś się wydarzy. Przecież zawsze tak było jak tylko zamykał oczy. Jak nie bunt, to ucieczka. Z pewnym ociąganiem uchylił powiekę, zerkając na Chowańca Piątej. Już przestał się nawet wzdrygać na śluz gdy dotknął bezkręgowca policzkiem, co dobitnie świadczyło, że za długo wykonują to zadanie. Marszcząc nos bez zdziwienia zarejestrował, że Ślimak wyplunął tubę ze zwojem z nowymi instrukcjami, która spadła mu na podołek. Podciągnął się wyżej chwytając go w dłoń i opierając stabilniej o drzewo. Zanim go otworzył, mimowolnie spojrzał w okolice wozów. Obok więźniów stało dwóch oddelegowanych ANBU, którzy dla zabicia czasu co trochę spacerowali wokół nich. Po ostatnim numerze już w ogóle nie spuszczali z nich oka. Natomiast kobiety z tego co słyszał już dawno spały. Gdy upewnił się, że wszystko w porządku, otworzył wytyczne, ku lekkiemu zdziwieniu zauważając, że w tubie znajdowały się dwa zwoje.

Wciąż w szoku po przeczytanych rewelacjach, gestem przywołał zastępcę przekazując dokument. Nawet nie kwapił się na wyjaśnienia, a tylko poinformował aby każdy się z nim zapoznał. W pewnym odrętwieniu wpatrywał się w ogień, analizując sytuację. O ile wcześniej poznali ogólnikowe fakty to teraz zadbano o szczegóły. Nawet bez fotografii autor raportów nie pozostawiał zbyt wiele pola wyobraźni.

Itachi nie należał do osób naiwnych, patrzących na świat przez różowe okulary. Był realistą. Dobrze wiedział, że śmierć w ich fachu dosłownie dyszy im na kark, ale… No właśnie. Zwykle jej żniwa ograniczało się do minimum. Oczywiście na wojnie zawsze są straty, ale przy takich zadaniach jak to raczej kończyło się na poważnych ranach. A tu? Skala zaskoczyła nawet jego.

Czterech wykwalifikowanych shinobi. Najlepsi z najlepszych ANBU i do tego ten dzieciak. Co do diabła tam robił? To znaczy, Itachi miał pewne podejrzenia, ale jakim cudem wpakował się w to jeszcze Zaku? Jak przeczytał imię brata w dokumentach to niemal odebrało mu oddech. Zupełnie jakby ktoś z Hyuuga uderzył go Miękką Pięścią w splot słoneczny. Przed oczami stanęły mu czarne plamy, gdy czakra zabuzowała niebezpiecznie i najwyraźniej podwładni również coś wyczuli. Nagle zapanowało pomiędzy nimi dziwne poruszenie, a zastępca już szedł w jego stronę.

Uspokoił się dopiero na wzmiankę, że Zaku żyje. Znów mógł swobodnie oddychać, a mięśnie się rozluźniły. Na ten widok Skrytobójcy na powrót stracili nim zainteresowanie, zajmując się przydzielonymi zadaniami. Tylko zastępca wciąż na niego patrzył na co uniósł dłoń, żeby zasygnalizować, że wszystko w porządku. Nie miał ochoty na żadne rozmowy. Nie teraz.

Jak to się stało, że młodzi nie zostali wyciągnięci za uszy z tej krwawej jatki? Co zatrzymało Senju? Przecież to aż nieprawdopodobne. Wstrząśnięty, odchylił się gwałtownie, uderzając głową o pień. Ignorując pulsujący ból, spojrzał w ciemne niebo. Wiele można zarzucić Liv, ale gdyby to miało uratować czyjeś życie to własnoręcznie odrąbałaby swoją kończynę uwalniając się z pułapki. Wniosek nasuwał się jeden. Technika w jakiej utknęła musiała być przeznaczona specjalnie dla Senju. Bo z tego co zrozumiał, została w nią złapana zaraz po pojawianiu się w strefie zero. Przeciwnik wiedział z kim walczy i był bardzo dobrze przygotowany. W przeciwieństwie do nich, pomyślał z irytacją. Gdyby wiedzieli o tamtych nukeninach, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Jeszcze, jakby było tego mało to dowódca bandy uciekł i zapadł się pod ziemię. Nie stawiało to w najlepszym świetle Wioski Liścia.

Itachi uchylił powieki, zerkając na podwładnych. Słyszał ich szepty dotyczące wskazówek od Hokage, ale nie zamierzał zabierać głosu. Bo i po co? Instrukcje były jasne i klarowne. W towarzystwie Senju mieli milczeć i nie zadawać żadnych pytań odnośnie misji w Tanzaku. Raz, że i tak nic nie pamiętała, a dwa szok po ewentualnych faktach jakie mogły im się wymsknąć, mogły ich uziemić na dłużej. A naprawdę wszyscy już mieli dość tego zadania.

— Wszystko gotowe. — Zastępca wręczył Itachiemu kubek z kawą, siadając obok i patrząc na przygasające płomienie.

— Kobiety?

— Wciąż niezadowolone, że nie mogą wrócić do domu, ale nie będą robić problemów.

— Oby.

 

 

~oOo~

           

— Gotowa?

— Wystarczy, że masz współrzędne — stwierdziła Liv, poprawiając uniform Jounina i patrząc na Shisuiego w odbiciu lustra. Czuła się dziwnie nie w stroju ANBU oraz bez maski, ale też nie niekomfortowo. Widok nie wydawał się nowy, ale…

— Katsui Czcigodnej Tsunade nas naprowadzi — wyjaśnił, zdejmując Chowańca z ramienia i kładąc na barku Senju. Dosłownie w ostatniej chwili ugryzł się w język. Niewiele brakowało, a zasugerowałby Liv aby zlokalizowała pieczęć Demona, a pójdzie jak z płatka, ale w porę się powstrzymał. Powiedzenie o niewinnej randce to jedno, a zrzucenie takiej informacyjnej bomby to co innego. Jak nic dziewczyna doznałaby szoku, jeśli nie jakiegoś urazu albo traumy.

— W porządku, tak będzie szybciej — przytaknęła, zaraz uśmiechając się krzywo i odwracając do czekającego towarzysza. — Twój kuzyn wie, że to ja przyjdę? Jeśli nie to może być wojna…

— Od początku takie były ustalenia. To ty zrzuciłaś tam całą formację.

— Normalnie wykonujemy wspólne zadania? — Ten fakt całkowicie Liv zaskoczył. Bo z tego co pamiętała, to nawet gdy działali w ANBU, przełożeni rzadko — czyli prawie nigdy — parowali ich oddziały. Nie to żeby żałowała. Po prostu nawet mimo szczerych chęci, wystarczyło słowo aby kończyło się na pojedynku. I chociaż zadanie było wykonane bez zarzutu, to jednak towarzysze broni zwykle wracali z urazem psychicznym, albo posiniaczeni bo próbowali interweniować. Tak więc dla dobra ogółu najlepsi stratedzy pilnowali aby trzymali się od siebie z daleka. — Na każdym kroku niespodzianki…

— Liv, nawet nie wiesz ile jeszcze przed tobą — mruknął pod nosem, zastanawiając się kiedy w Konoha pojawi się Kazama. Dopiero wtedy zrobi się dym. Bo jakoś nie sądził, aby Chikage zrezygnował z tego co zdążył osiągnąć w relacjach z dziewczyną.

 

 

 

2 komentarze:

  1. Kochana, nie przejmuj się brakiem komentarzy. Ja do tej pory zawsze czytałam ale nie pisałam nic. Tak przyznaje się, nie lubię pisać komentarzy. Ale cieszę się ze dalej piszesz bo pamietam o tej historii i regularnie wracam do starych rozdziałów. Bardzo podoba mi się motyw z utratą pamięci. Ciekawa jestem jak Liv poradzi sobie z resztą rewelacji. Paradoksalnie to może być szansa dla Itachiego, bo Liv nie pamięta jego przewinień. Nie ukrywam, że to właśnie jemu kibicuje. Nie mogę się już doczekać jak to się potoczy. Pisz dalej, bo myśle ze wiele osób czeka, nawet jeśli nie piszą. Życzę Ci weny i zdrowia, bo to teraz najważniejsze. I czekam na więcej ��
    PS. Dzięki Tobie zostałam wielką fanka imienia Liv �� i polubiłam swoje rude włosy
    PS2. Próbowałam dodać ten komentarz już z 6 razy, więc jeśli doda się tyle razy to przepraszam. Właśnie dlatego ich nie dodaję xd.
    - Zoya

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahh... Nawet nie wiesz jak mnie podbudował Twój komentarz, bo już powoli zaczęłam wątpić czy ktoś tu czeka. Dziękuję, że Jesteś i mimo oporów w komentowaniu, napisałaś i to z jaką determinacją, skoro aż tyle razy próbowałaś dodać komentarz. Wiele to dla mnie znaczy.
      Ciszy mnie to co napisałaś i o rudzielcach, (tak, tak moim zdaniem rudy jest świetnym kolorem) i o imieniu. Nawet nie wiesz ile się nagłowiłam, jakie imię nadać głównej bohaterce. Jeszcze raz dziękuję za komentarz i do napisania <3

      Usuń