8.05.2020

LX SMAK PIOŁUNU

Hello, Kochani.

Co by Wam tu opowiedzieć… Może to, że powoli płyniemy do mety? Cieszycie się? Mam nadzieję, że tak. Bo kuźwa wypadałoby abym coś w życiu dokończyła. Dziś bez marudzenia. Czytajta i siedźcie grzecznie w domu. Bez szaleństw jak to się mówi. Może nawet doczekam się jakiś komentarzy? Kto wie…
Dziękuję tym wszystkim co jeszcze tu zaglądają. To dla Was wciąż tu wracam.





Yuchiro zamarł na dłuższą chwilę uważnie nasłuchując, w myślach zaklinał los aby się mylić. Bo jeżeli jego przypuszczenia się potwierdzą to… Nie, nawet nie chciał rozważać tej możliwości. Zamiast tego przymknął powieki, składając pieczęć.
Całkowicie odgrodził umysł od zalewającego go zgiełku miasta, skupiając się na szybko przemieszczającej się czakrze. Znał ją jak własną. Wyczułby nawet w nocy, w czasie głębokiego snu. Towarzyszyła mu w zasadzie od zawsze, a przynajmniej od momentu jak przeprowadzili się z rodziną do Konohy.
Na twarz wypłynął mu grymas skrajnej irytacji, gdy okazało się, że miał rację. Zgrzytając zębami ostatni raz zerknął na obiekt obserwacji — w myślach życząc, aby się udławił popijaną przy stoliku kawą — po czym opuścił bezpieczną kryjówkę. Skacząc po dachach aż zmrużył powieki, kiedy z oddali dostrzegł nieproszonego gościa. Napędzany adrenaliną, bez ostrzeżenia runął mu na plecy niczym jastrząb, w międzyczasie kneblując. Tylko tego brakowało aby głośnym wrzaskiem poinformował całą okolicę o ich obecności.
            — Co. Ty. Tu. Robisz.
            — Szukałem cię — syknął Zaku, z nerwami odtrącając dłoń przyjaciela i otrzepując się z piasku. — Musisz z tym skończyć.
            — Nie rozumiem.
            — Nawet mnie nie drażnij. Głupi, roztrzepany Zaku nigdy nie pojmie co się święci… Otóż niespodzianka, debilu. Wszystko wiem.
            — Naprawdę nie mam czasu na prowokacje. Pogadamy jak wrócę do Konohy.
            — Szansę na twój powrót są znikome biorąc pod uwagę to szaleństwo, które planujesz.
            — Nic… — sapnął Yuchiro, zaraz zaciskając szczęki. Doprawdy, prędzej spodziewał się, że to sensei Liv go przejrzy i przyłapie, niż kompan z drużyny. W końcu to ona coraz uważniej mu się przyglądała, zadawała niewygodne pytania. Chwilami miał wrażenie, że najzwyczajniej w świecie wie. A tu taka niespodzianka. Chyba zlekceważył Uchihę skoro to właśnie on wlazł mu w paradę. — Nie mam żadnego planu.
            — Jasne. A ten rynsztunek jak na wojnę to czysty przypadek.
            — Po pierwsze to nie twoja sprawa. Po drugie nie będziemy tu rozmawiać.
            — Miejsce nie gra roli, bo akurat nigdzie nie miałeś na to ochoty — wytknął Zaku, krzyżując ramiona na piersi. — Poza tym, słyszałem o tych ludziach. Porywasz się z motyką na słońce. Idąc samemu, to tak jakbyś pchał się do grobu.
            — Zaku, to nie czas ani miejsce.
            — To…
            — Głąbie! Tu mogą nas przyłapać.
            — Powinieneś posłuchać kolegi, bo mądrze gada.
Yuchiro aż przymknął powieki na dźwięk znienawidzonego głosu, wzdychając ciężko. Stało się. Oczywiście nie był na tyle naiwny, aby nie zakładać wpadki, ale… Cóż, liczył, że jak się wpakuje w bagno to sam, a nie że wciągnie najlepszego przyjaciela.
Z pewnym ociąganiem odwrócił się w stronę intruzów na szybko analizując sytuację. Na ucieczkę nie mieli żadnych szans, ponieważ dali się otoczyć. Pozostawała walka, która być może umożliwi odwrót. Błyskawicznie porozumiał się wzrokiem z Zaku i gdy miał sięgnąć po broń poczuł, że traci władzę w nogach, a świadomość ucieka w niebyt. No tak, zapomniał o tej dziwnej kobiecie i jej technice.

~oOo~
           

Itachi rozejrzał się, oceniając straty. Mimo pewnych komplikacji musiał przyznać, że poszło im całkiem nieźle. Nikt z formacji nie zginął, co biorąc pod uwagę okoliczności było niezwykłe. Uśmiechnął się nikle doceniając tę statystykę. Jedynym co przywiozą do Konohy prócz jeńców, to sińce oraz rany, które nie zagrażały życiu. Zdecydowanie trzeba będzie to uczcić.
Jednak było coś co nie pozwalało mu w pełni cieszyć się sukcesem misji. Tym co paradoksalnie wzbudzało niepokój to milczenie Chowańca Tsunade. Ślimak od momentu jak zaczęła się krwawa jatka, nabrał wody w usta i nijak się nie zapowiadało aby zamierzał zabrać głos.
            — Mamy wszystkich. — Podeszła do niego kunoichi w masce myszy, wsuwając do kabury zakrwawiony kunai.
            — Załadunek?
            — Cały i zdrowy, chociaż spanikowany.
              W porządku. — Uchiha omiótł wzrokiem jeńców, powoli krocząc w ich stronę. Oparci o bok przewróconego wozu, łypali ze złością na otaczających ich żołnierzy nie wyrażając nawet krzty skruchy. Wszystkim zakneblowano usta, co było pewnego rodzaju zabezpieczeniem. Zaraz po rozpoczęciu akcji odkryli, że pod każdym z furgonów konwoju umieszczono bombę, której zapalnik reagował na komendy głosowe. Tylko dzięki temu nikt nie ucierpiał.
            — Rozbrojone!
            — Czyli możemy porozmawiać — zauważył Itachi, wskazując na najbardziej chuderlawego z grupy i nakazując zdjęcie opaski. To on według Uchihy był przywódcą, chociaż gdyby nie spostrzegawczość, to za nic by się nie domyślił. Dopiero walka pokazała jaką pełnił funkcję. Aż parsknął pod nosem, że ktoś taki niepozorny zarządzał tą bandą.
Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem i kiedy już myślał, że będzie musiał użyć siły albo Sharingana aby złamać mężczyznę, ten niespodziewanie odpuścił. Zaciskając mocno zęby wbił oczy w ziemię, wyraźnie drżąc.
            — Zacznę od tego, że zabieramy was do Konohy na przesłuchania. Za ciążące zarzuty prawdopodobnie czeka was kara śmierci, lub długoletnie więzienie, więc jeżeli macie coś na swoją obronę to lepiej sobie o tym przypomnijcie — poinformował stojący obok Itachiego ANBU, zbliżając się o krok. — Jedynym rozsądnym wyjściem jest pójście na współpracę.
            — Dlaczego myślisz, że to zrobimy?
            — Bo wasz plan B nie wypali — stwierdził z prostotą Uchiha, krzyżując ręce na piersi. — Tanzaku rozbite.
            — Jest nas…
            — Więcej? — Itachi uśmiechnął się z politowaniem, odwracają plecami do rozmówcy i wpatrując w niebo. — Cóż, te nieliczne niedobitki o których myślisz, bardzo szybko zostaną wyłapane.
            — Nigdy…
            — Każdy tak na początku mówi — przerwał bandycie w pół słowa, odchodząc. Złapani musieli odrobinę zmięknąć, ale tym zajmą się później. Kto wie, może kilka ciekawych wizji przekona ich do zmiany stanowiska. Chociaż to też nie było konieczne, bo jak trafią do Inoichiego z klanu Yamanaka opór będzie daremny. Dumając nad tą kwestią, zerknął na wciąż milczącego ślimaka. To, że w żaden sposób nie skomentował zakończenia zadania przez ich formację wzbudzało niepokój. — Katsui, jesteśmy gotowi. Wezwij Senju.
            — …
            — Katsui?
            — Przykro mi, Itachi. Jesteście zdani na siebie.
            — Jak to?
            — Druga formacja nie miała tyle szczęścia — Chowaniec westchnął ciężko, poprawiając się na ramieniu Uchihy. — Gdy będę wiedziała coś więcej to dam ci znać.
            Itachi z trudem opanował odruch potarcia nasady nosa z irytacji. Doprawdy, takiej ewentualności nawet nie zakładał. Może poślizg w powrocie, ale nie, że będą musieli wracać o własnych siłach. Mrużąc powieki odwrócił się do towarzyszy mierząc ich uważnym spojrzeniem. Żaden nie dysponował odpowiednią techniką aby przetransportować tak dużą grupę. Ale nie pod tym kątem byli kompletowani. Siląc się na opanowanie, przywołał gestem zastępcę szybko opracowując alternatywę powrotu.
            — Powozy nadają się do jazdy?
            — Oczywiście. — Shinobi w masce kojota, zerknął pytająco na siedzącego na ramieniu Uchihy ślimaka. — Tradycyjna droga?
            — Owszem. — Itachi wyjął zza pazuchy mapę okolic i przyklękając rozłożył ją na ziemi, wskazał palcem najdogodniejszą trasę. — Część będziemy musieli przepłynąć promem. Chyba, że nadejdzie wsparcie.
            — Nie mamy przepustek.
            — Kraj Fal ich nie wymaga, a w razie czego Hokage prześle przez Chowańca.
            — Co z balastem? —  Przeniósł spojrzenie na zatrzymanych. — Ich liczba jest równa naszej. Może być kłopot.
            — Dlatego musimy działać sprawnie. Nie są to wyszkoleni shinobi, ale trzeba na nich uważać. — Itachi podnosząc wzrok napotkał intensywne spojrzenie lidera grupy, na co uniósł drwiąco brew. — Chyba liczą, że ktoś ich odbije.
            — W porządku, a co robimy z ładunkiem?
            Itachi w lot zrozumiał niemą sugestię na co zaklął cicho pod nosem. Całkiem zapomniał, że bandyci nie są ich jedynym problemem. Składając mapę odetchnął głęboko i już opanowany, odwrócił się przodem do konwoju.
— Mamy dwóch medyków, więc niech w jednym z powozów stworzą punkt medyczny. Tam będą trzymane najcięższe przypadki, ale miejmy nadzieję, że jedynie je otumanili na czas podróży.
— Wydaje mi się, że naszpikowali je prochami uspakajającymi.
— Niech się upewnią. — Itachi przez chwilę obserwował jak jeden z podlegających mu ANBU pomaga wysiąść z powozu kilku kobietom, a później odprowadza je za najbliższe drzewa. — Ty zajmiesz się polowaniami.
— Czeka nas długa i wyczerpująca podróż.
— Blaski i cienie — odparł filozoficznie i odszedł na bok mimowolnie powracając myślami do drugiej formacji. I chociaż nie przepadał za przyjacielem Senju, to jednak nie mógł mu odmówić talentu oraz zmysłu taktycznego, więc jakim cudem poszło im tak źle.

~oOo~

            Itachi w milczeniu czytał instrukcje Hokage, coraz mocniej zaciskając usta. Wysyłając zapytanie do przełożonej oczekiwał całkiem innych wytycznych, które znacznie ułatwiłyby im powrót do Konohy, ale cóż, góra uważała inaczej. Powolnym, niemal flegmatycznym ruchem — aby wyciszyć emocje — złożył zwój i zagapił się w płomienie.
Sądził, że Tsunade wraz z doradcami poprze przedstawioną propozycje, a tu, taka niespodzianka. Według niego niemiła i nielogiczna. Zwłaszcza, że jego plan nie miał słabych punktów. Nie zapomniał o żadnym szczególe, więc dlaczego został odrzucony?
— Zmieniamy kurs?
— Nie. — Itachi podniósł wzrok na siedzące nieopodal kobiety, zbite w ciasną grupkę. Rozmawiały cicho między sobą, znacznie przyciszając głosy, gdy którykolwiek z jego ludzi podszedł za blisko. Wciąż miały do nich ograniczone zaufanie, co w sumie dobrze wróżyło na przyszłość. Drugi raz będą ostrożniejsze i nie dadzą się zbyt łatwo wciągnąć w ciemne interesy.
— Nie będą zachwycone — mruknął zastępca, zalewając wrzątkiem kawę i jeden z kubków podając przywódcy.
— Niech Miko im to przekaże. Najlepiej na nią reagują.

~oOo~

Itachi wracał właśnie od strumienia, gdy usłyszał przytłumione krzyki z obozu. Zamarł na parę chwil, a kiedy się upewnił, że to zwykła kłótnia westchnął ciężko ponawiając chód. Nie zamierzał się śpieszyć. Na warcie stali wykwalifikowani skrytobójcy, więc w razie potrzeby interweniują. Potrzebował tych kilkunastu minut tylko dla siebie.
Docierając włosy ręcznikiem po szybkim prysznicu wyszedł zza ściany drzew, mrużąc powieki. Zlustrował otoczenie i kiedy się upewnił, że liczba zarówno więźniów jak i ofiar się zgadza, skierował się do najbliższego z podwładnych. Wypadało się dowiedzieć cóż wywołało takie poruszenie. Jednak zanim zdążył wprowadzić plan w życie, drogę zastąpiła mu jedna z kobiet. Patrząc na jej bojową postawę oraz zaciekłą minę, zerknął pytająco na stojącego nieopodal zastępcę na co ten wzruszył obojętnie ramionami.
— Chcemy wiedzieć co jest grane.
— Wyjaśniliśmy to zaraz pierwszego dnia — odparł, przerzucając ręcznik przez ramię mimowolnie zauważając jaka cisza zapadła w obozowisku. Czuł na sobie spojrzenie niemal wszystkich podopiecznych co go odrobinę zastanowiło. Czyżby wszystkie nie słuchały? Czy może coś ustaliły i stąd te podniesione głosy. — Jednak  powtórzę. Zostałyście zwerbowane przez szajkę zajmującą się między innymi handlem ludźmi. Kiedy dotrzemy do Konohy…
— Ci ludzie obiecali nam pracę, opłaciłyśmy transport, a wy…
— A my udaremniliśmy im wysłanie was do wymarzonej pracy w domach publicznych — prychnął, z satysfakcją patrząc jak brutalne słowa odrobinę zbijają kobietę z tropu. Jednak ku jego rozczarowaniu nie na długo.
— Macie dowody? Traktowali nas dobrze, podpisaliśmy umowy.
— Dlaczego więc niektóre z was były nieprzytomne w czasie podróży?
— Choroba lokomocyjna. To daleka droga.
— Niech będzie. — Itachi skrzyżował ramiona na piersi, na razie tylko lekko rozbawiony wypieraniem faktów. — Podpisałyście jakieś papiery, a czy sprawdziłyście, chociaż jedna z was, czy mają zarejestrowaną działalność? Jakaś koncesja czy inne urzędnicze bzdury?
— Po co?
— Bo na przykład oferta brzmiała jak bajka? Żadnego wymaganego doświadczenia, zapewniali wikt i opierunek, pensja jak nigdzie indziej. Same profity. A jedyne czym się kierowali to uroda i młodość. — Bez skrępowania omiótł rozmówczynie spojrzeniem od góry do dołu, uśmiechając się z politowaniem.
— Bo… to ekskluzywne lokale! Mamy, miałyśmy być wizytówką firmy!
— Główną atrakcją — sprostował znudzony.
— To w takim razie dlaczego nie odeślecie nas do domów?
— Bo jesteście świadkami? — Uchiha zbliżył się o krok do kobiety, patrząc na nią z góry. — I bez naszej opieki zginiecie? Dosłownie rozpłyniecie się w powietrzu.
— Nie macie pewności.
— Mamy — uciął dyskusję, machnięciem ręki wzywając do siebie kunoichi w masce myszy. Kiedy stanęła u jego boku, pomasował nasadę nosa mamrotając: — Wyjaśnij im, proszę, dlaczego powinny się cieszyć z opieki Konohy.
— Jasne.  — Położyła dłoń na ramieniu kobiety, lekko ją popędzając w stronę czekającej grupy. Gdy ta odeszła, wyciągnęła zza paska zwój. — Przyszło jakieś kilka minut temu.
— Dzięki. — Patrząc na zdobioną tubę ze znakiem Hokage, poczuł zimny dreszcz. Tsunade bardzo rzadko używała oficjalnych pojemników do przekazywania informacji, a skoro zrobiła to dziś to nie mogła być dobra wróżba.

~oOo~

Shisui z lekkim zawahaniem pchnął drzwi sali szpitalnej, wciąż mając nadzieję, że to tylko chory żart. Że to jakiś cholerny test osobowości czy inne badziewie. Dusząc w sobie chęć ucieczki, zacisnął pięści oddychając głębiej. Musiał zachować zimną krew.
Ktoś do połowy pozasuwał rolety pogrążając pomieszczenie w półmroku, czyniąc sytuację jeszcze bardziej upiorną, nierealną. Koszmar. Woń medykamentów znacznie się nasiliła, gdy mimo oporów zbliżył się do lóżka. Czuł się zagubiony. Owszem, był żołnierzem i wiedział z czym to się wiąże. Zdawał sobie sprawę, że są misje z których się nie wraca. Tylko naiwniak sądził, że zawsze się wygrywa. Siląc się na opanowanie powoli powiódł wzrokiem po ekranach monitorujących czynności życiowe,  ostrożnie zbliżając się do lóżka.
Ze stukotem przystawił białe, szpitalne krzesełko siadając obok nieprzytomnego chłopaka. Patrzył na niezdrowo bladą skórę, która dzięki światłu popiskującej w tle elektroniki wydawała się wręcz siwa, trupia. Aż się wzdrygnął na to porównanie, zaciskając usta.
— Zaku, co tam się do diabła wydarzyło? — wymamrotał, łapiąc kuzyna za dłoń. Dla niego wciąż był małym, hałaśliwym chłopcem pełnym marzeń i ideałów. Ten wizerunek szalonego dzieciaka trwał mu w pamięci mimo, że sam był świadkiem jak wydoroślał powoli dążąc do celu i wspinając się po szczeblach kariery. Miał przed sobą pełnoprawnego chunnina. Młodego mężczyznę, który mógł dowodzić drużyną.
Powiódł spojrzeniem po jego twarzy i dopiero teraz, gdy był tak blisko poczuł zapach maści, którą musiał być nasiąknięty opatrunek na oczach.
— Cóż, na początek dobra wiadomość. Sharingan Uchihy ewoluował.
Shisui nawet nie drgnął słysząc za plecami głos Piątej Hokage. Zamiast tego wbił pełen smutku wzrok w chłopaka, aż nazbyt świadomy jaką cenę trzeba zapłacić za ten progres. Co aktywuje moc ich dziedzictwa.
— Kto?
— Chyba ilu.
— Słucham? — Zdrętwiały puścił rękę Zaku, obracając się do stojącej przy drzwiach Tsunade. Wyglądała na zmęczoną co tylko potwierdziło jego przypuszczenia, że plotki jakie słyszał są najłagodniejszą wersją prawdy.
— Połowa nie wróciła.
— Przecież to nadzorował Samon…
— Nie doszacowaliśmy sił wroga, a do tego znał nasze plany. — Hokage podeszła do lóżka pacjenta, sięgając po wiszącą u nóg lóżka kartę z raportami kontroli. — On też nie wrócił.
Po tej informacji na chwilę zamarł, zaraz marszcząc brwi. Następne pytanie przyszło mu z największym trudem, zupełnie jakby wypowiedzenie kilku słów miało aktywować jakąś katastrofę. Spełnić złą wróżbę.
— A Liv?
— Fizycznie bez szwanku — odparła ostrożnie Tsunade, zerkając na Teleportera znad notatek.
— Rozumiem. Co z drugą drużyną? — Dziewczyna na pewno czuła się rozbita śmiercią przyjaciela, kompanów oraz obrażeniami ucznia. Spadło na nią wszystko na raz. Ale najważniejsze, żyła.
— Itachi nie napotkał problemów, ale trzeba ich ściągnąć do domu. Katsui jest z nimi więc posłuży za lokalizator, gdy ty wraz z Senju się teleportujecie.
— Liv nie potrzebuje wsparcia przy takich zadaniach.
— Normalnie nie, ale sprawy się skomplikowały — westchnęła ciężko Hokage, wkładając dokumenty pod pachę i ruszając do wyjścia. — Rozeznaj się w temacie i wieczorem zapraszam do gabinetu. Tam ustalimy najszybszy możliwy termin.


8 komentarzy:

  1. Veri good Mrs Dita

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pelna podziwu, ze mimo smierci (naturalnych) tyle blogow i dlugich przerw, tu ktos zawsze nieustannie zaglada. Ciesze sie z tego, bo uwazam, ze twoje historie sa tego warte.
    Ten rozdzial podszedl mi duzo bardziej niz poprzedni. Widac, ze sprawy zaczynaja sie klarowac. Jestem ciekawa jak to zakonczysz, szczegolnie na jakiej stopie stanie relacja Liv i Itachiego, i co z tym wszystkim bedzie (o ile w ogole) mial wspolnego Madara. Wlasciwie to nawet mi sie spodobalo, ze Samon zginal, bo nie ma nic bardziej denerwujacego niz opis wojny/bitwy, w ktorej tylko z jednej strony sa ofiary. Niestety, takie zycie - nie zawsze wszystko jest rozowe, ale to dodaje realizmu. Moze brzmi to strasznie, ale ja jestem straszna osoba ^^”
    Mam nadzieje, ze ten lockdown jakos przysluzy sie twojej pasji i ze bedziesz czerpac jakas radosc z pisania podczas tych nienormalnych czasow ^^”

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, jako wyjaśnienie podam, że prócz lenistwa jestem uparta jak osioł więc to wyjaśnia czemu nadal produkuję się na blogu XD.
      I masz rację co do rozdziału. Rzeczywiście jest dużo lepszy, ale może też dlatego, że sama akcja jest poważniejsza niż w poprzednim. W końcu życie żołnierza nie może być ciągłym pasmem zwycięstw. Mówisz, że ciekawi Cię co dalej z Liv i Itachim... Cóż, wersji jest kilka. Zależy w którą stronę pociągnę. Jedno jest pewne, dla tego opowiadania nie mam żadnej wersji gdzie będzie cukierkowo. Fabuła mi na to nie pozwala.
      I zgodzę się z Tobą. Skoro są walki musi być też śmierć. Dobry, zły... każdy popełnia błąd, lub spotyka silniejszego. Takie są realia.
      Dzięki za komentarz i za to, że wciąż tu do mnie wpadasz. Zaglądaj bo mam plan aby to dokończyć <3. Buziaki

      Usuń
  3. Dobrze ,że Jesteś .Rozdział świetny bohaterowi z pazurem bardzo przyjemnie się czyta.Oddałaś realizm scen w bitwie to ważne by pamiętać ,że nie zawsze idzie zgodnie z planem i trzeba z tym się pogodzić .Miłego wieczoru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz i polecam się na przyszłość. I masz racje, nie można ciągle zwyciężać, a wojny nigdy nie obywają się bez strat i trupów. Pozdrawiam <3

      Usuń
  4. Cieszę się, że wróciłaś. Przykro mi, że masz przestój weny. Jeśli o mnie chodzi, wolę żebyś pisała jeszcze długo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, zastój weny to coś czego autor nielubi najbardziej. Słowa uciekają, sens zanika, a wyobraźnia zupełnie jakby wybrała się na urlop. Dziękuję Ci za miłe słowa i liczę, że jeszcze trochę Cię tu u mnie przytrzymam, w końcu jest kilka opowiadań do dokończenia :). Pozdrawiam

      Usuń