18.01.2020

LIX ŻYCIE WERYFIKUJE WSZYSTKIE PLANY


HEJ MOJE KOCHANE NIEDOBITKI!

Okej, wiem, że długo mnie tu nie było… Jest mi wstyd. Rozumiem też, że wiele osób z pewnością się zniechęciło, jeśli chodzi o czekanie na kolejne rozdziały. W pełni to rozumiem, bo sama tak robiłam jak jeszcze czytałam teksty w blogosferze. Nie mam żalu, bo taka jest kolej rzeczy.
Wypadałoby przekazać Wam jakieś wyjaśnienia… Cóż, nie wiem w sumie co powiedzieć. Po pierwsze, z pewnością gdzieś umarła moja Wena. I nie, to nie jest dramatyzowanie, czy użalanie się nad sobą, ale raczej suchy, choć okrutny fakt. Mam wrażenie, że zgubiłam gdzieś umiejętność przekazywania emocji, opisywania ich… stałam się upośledzona na nie. Może też przez to, że sama stałam się trochę wybrakowana emocjonalnie. Innego wyjaśnienia nie znajduję. Może czekam na jakiś wstrząs? Przydałby się, może wtedy bym się rozruszała. Ale to też tylko takie gdybanie.
Co do tekstu… Sami się przekonacie, czy tylko ja tak widzę, czy może rzeczywiście moi bohaterowie zostali poddani lobotomii. Gdzieś zniknął pazur każdej postaci. I za cholerę nie potrafię go odnaleźć. Wszystko jest takie płaskie, nijakie. Ale może oślepłam, a nie jest tak źle. Nie wiem. Gdzie te charakterystyczne emocje? Gniew, złość, bunt, miłość, zauroczenie… Serio nie wiem jak je opisywać… A może wiem, ale nie widzę… Aaaa! To takie skomplikowane.
Nie przedłużając, mimo wszystko zapraszam do czytania. Z racji tego jak ciężko mi wykrzesać więcej niż trzy zdania, wierzę, że docenicie upór (ośli) w pisaniu.



Liv kontrolnie obejrzała się za plecy, zaraz wracając do obserwacji. Nie pierwszy raz kogoś szpiegowała, a w tym momencie czuła się zdecydowanie nieswojo. Nigdy nie należała do osób strachliwych, ale tlące się tuż pod skórą napięcie było niepokojące. Czasem takie przeczucia pojawiały się podczas misji, ale całkowicie nie rozumiała skąd takie coś akurat teraz. Przecież żadne niebezpieczeństwo nie istniało. No, może jedno. Mianowicie wykrycie, ale złapania się nie obawiała. W końcu nie od parady doskonaliła się w jutsu czasoprzestrzennym.
Faktem pozostawało, że podążając w ślad za Kagurą nawet nie zwróciła uwagi, jak daleko oddalili się od granic Konohy. Nie dochodził do nich żaden zgiełk z wioski, zero żywego ducha. Zupełnie, nic. Otaczał ich dziki las, co należałoby uznać za plus, ponieważ dawał doskonałą kryjówkę. Jednak to też rodziło kolejne pytania.
Stojąc w cieniu rozłożystego drzewa, Liv z uwagą przyglądała się zaaferowanemu delegatowi Raikage, dumając nad motywami jego działań. Co knuł tym razem? Czyżby nadal węszył w sprawie demonów? I przede wszystkim kogo wziął na wspólnika. Świadczyło o tym zachowanie Kagury. Chyba, że to tylko informator, ale i tak, to nie wpływało uspakajająco. Ten człowiek zwyczajnie przyciągał problemy, albo raczej, namiętnie je generował.
Była jeszcze jedna frapująca kwestia, ale Liv bała się ją w ogóle rozważać. Mianowicie Kagura Amata posiadał fenomenalny zmysł węchu. Do tej pory sądziła, że klan Inuzuka nie ma sobie równych, ale poznanie przedstawiciela Chmury załamało tę teorię. Facet bez wysiłku wywęszył wszystko oraz wszystkich. I to nienormalne, że jeszcze jej nie wykrył. Owszem, mogła się dowartościowywać, że aż tak wprawiła się w sztuce śledzenia i kamuflażu, ale coś było na rzeczy. Taki zły omen.
Kiedy po kilkunastu minutach nikt się nie zjawił, postanowiła odpuścić. Z kimkolwiek się umówił, ten ktoś Amate wystawił. I chyba nawet do delegata właśnie docierał ten fakt, bo teraz przeklinał głośno kąpiąc każdy napotkany na drodze kamień. Samo patrzenie na krążącego Kagurę męczyło oraz frustrowało, a ona nie posiadała zbyt wiele czasu do marnowania. Lada chwila spodziewała się wezwania na misję. Trzeba było wreszcie ukrócić rządy panoszącej się szajki, której zapędy stawały się coraz bardziej bezczelne. Zakończyć to raz na zawsze.
Poza tym, skoro już los darował Liv wolną chwilę, to głupotą byłoby marnowanie jej akurat na podglądanie tego konkretnego mężczyzny. Zamiast tego mogła, na przykład, zerknąć co tam u słychać u jej byłych podopiecznych. Tak, to zdecydowanie lepszy plan na resztę dnia. Aż uśmiechnęła się na tę myśl. Już zamierzała się ewakuować, gdy niespodziewanie poczuła tuż pod skórą znajomy prąd. I cholera, wiedziała co o znaczy. A to nie zapowiadało nic dobrego.
— No, nie… to niemożliwe…

~oOo~

Kazama z trudem opanował gniew, brutalnie wkraczając pomiędzy walczących. Doprawdy czyżby los uznał, że miał za mało zmartwień i zesłał jeszcze coś takiego? Czy ten parszywy dzień nigdy się nie skończy? Zignorował okrzyki zaskoczenia, zaciskając szczękę oraz wprawiając ostrze w ruch. Wprawnie zablokował oba spadające ciosy. Mrużąc z irytacji powieki z trudem opanował odruch aby się przyłączyć do walki. Oddychając głęboko, samą siłą woli zmusił demony do zrobienia kroku w tył, w międzyczasie przywiązując pochwę z mieczem u pasa. Naprawdę nie chciał przez chwilę patrzeć na sprawców swojego pojawienia się w lesie. Został wyciągnięty z rezydencji przez takie coś. Po prostu… Potrzebował chwili czasu aby spacyfikować tlącą się tuż pod skórą chęć morderstwa. Kusiła go ta wizja.
— Kazama? Skąd...?
— Lepiej zamilcz — warknął do Liv, odwracając się do wciąż zszokowanej, niezdolnej do wypowiedzenia choćby słowa Kaoru. Dziewczyna wyglądała tak jakby zobaczyła ducha, ale mało go to obchodziło. Litość zostawił w innych butach, daleko stąd. Razem z alkoholem, który na ten moment bardzo by mu się przydał. W sumie butelka też, chociaż nie, bo mógłby jej użyć w niewłaściwy sposób. — Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie.
— To nie tak…
Kazama zmarszczył groźnie brwi, patrząc jak się cofa, upuszczając na ziemię broń. Doprawdy, miała go za idiotę? Raz, atak na Senju. Dwa, cholerna podróbka demona leżąca pod najbliższym drzewem. Nie trzeba być geniuszem aby poskładać fakty. No i oczywiście, trzeci powód, że tylko chęć mordu ściągnęłaby go na miejsce.
— Liv, zabierz delegata do wioski. Ja mam tu coś do załatwienia.
— To nie twoja sprawa.
— Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji — rzucił lodowatym tonem, powoli odwracając się do Senju. Doprawdy, czy one uważały, że ma niewyczerpane pokłady cierpliwości? — Kiedy wysłannik Chmury się obudzi, pierwszym co zrobi to wyśle ciekawą wiadomość do ojczyzny. Konoha pragnie wojny? Jeśli tak, to śmiało. Rozsiądź się wygodnie.
Liv z niepokojem zerknęła na nieprzytomnego Kagurę aż nazbyt świadoma, że Chikage miał rację. Jeżeli nie zadziała błyskawicznie to przez głupotę Kaoru, Liść stanie u progu wojny.
— Rozliczymy się później — wysyczała do jeszcze niedawnej przeciwniczki, niechętnie podchodząc do leżącego mężczyzny i łapiąc go za nadgarstek. Fakt, gonił ją czas, ale świadomość, że to Kazama załatwi sprawę, deprymowała oraz raniła dumę. Przybył jak rycerz na ratunek, a przecież go nie potrzebowała.
Podnosząc wzrok na wciąż bladą jak ściana Kaoru, niespodziewanie dla samej siebie, poczuła litość. Gniew gdzieś zniknął, zastąpiony współczuciem dla głupoty dziewczyny. Co ona najlepszego myślała? Przecież Kazama, gdyby tylko chciał, mógł się pozbyć Kagury wcześniej, a jednak zachował go przy życiu. W ten sposób pragnęła się wkupić w jego łaski? Decydując się na samowolkę? Wykazując jawne nieposłuszeństwo wobec Lidera grupy? Kręcąc z niedowierzaniem głową, Senju aktywowała jutsu czasoprzestrzenne. Nie mogła dłużej zwlekać.

~oOo~

            — Jasna cholera! — Shisui aż podskoczył oblewając się kawą, gdy tuż przed nim, jak spod ziemi wyrosła Senju. Pocierając mokrą plamę na koszulce, zmarszczył brwi gdy dostrzegł, że nawet leżący obok zwój nie ustrzegł się przed katastrofą. Malowniczy kleks z fusów z radością uświadamiał go, że całą pracę będzie musiał zaczynać od początku. Cudownie.
            — Serio, jesteście siebie warci z Łasicem. On też nie szanuje mojej pracy, ani tego, że mogę mieć własne życie. Że czasem nie mam czasu na… Ooo… — Dopiero teraz zauważył rozłożonego na podłodze delegata z Chmury oraz niezdrową bladość na twarzy kunoichi. Aż westchnął uspakajająco, zastanawiając się czemu nikt nigdy nie przychodził z radosnymi nowinami. Zawsze, ale to zawsze, gdy ktoś sprawiał mu niespodziankę, to zwiastowało kłopoty. I mnóstwo pracy.
            — Wiem, wiem… przepraszam. Ale nie mam pojęcia do kogo iść, aby sprawa nie nabrała rozgłosu. — Liv nerwowo przeczesała palcami grzywkę, krążąc po pomieszczeniu. Kiedy zauważyła pytające spojrzenie Uchihy, szybko wyjaśniła najbardziej frapującą kwestię. — Żyje, ale musisz mu zmodyfikować pamięć. Nie wiem, może że był na jakiejś zakrapianej randce, albo co… I nie, nie mogę iść do Inoichiego, albo innego Yamanaka, bo to lepki temat. Nie wiem ile wiedzą o mnie, o nim, o innych demonach… Zresztą, zerkniesz to sam się przekonasz, że to gówniana sprawa.
            — Mimo tego słowotoku i tak niewiele się dowiedziałem. Teraz poproszę wolniej i od początku. Spokojnie, jakoś to ogarniemy. Chyba.
              Ha, ha… łatwo ci mówić. Jak mam się nie denerwować, jak przez jedną idiotkę, Konoha znalazła się na krawędzi wojny? — Senju odetchnęła głęboko, dopiero teraz rozglądając się po pomieszczeniu. Dostrzegając dziwne kamienne tablice, oraz brak jakichkolwiek okien szybko doszła do wniosku, że prawdopodobnie znaleźli się w podziemiach. Przynajmniej o tym świadczył chłód oraz wilgoć wisząca w powietrzu. — Tak w zasadzie, to gdzie my jesteśmy?
            — Rany, Liv… zadziałałaś instynktownie? — Teleporter aż złapał się za głowę, tłumiąc odruch potrzepania dziewczyną. Senju nie sprawdziła nawet gdzie się przebywał, a poleciała za chakrą, na ślepo. Jak jakiś szczeniak, który dopiero ukończył akademię ninja. Co by było jakby zdawał raport u Hokage, albo u Fugaku? Z jednego bagna w drugie. Jeszcze trochę, a będzie musiał zacząć łykać jakieś tabletki na serce, żeby go nie wykończyli do spółki z kuzynem.
            — No, niezupełnie. Upewniłam się, że jesteś sam — wymamrotała w zakłopotaniu, zaraz jednak skupiając się na ważniejszej sprawie. Jak bardzo będzie chciał to może zrugać ją później, trudno. Zasłużyła. Teraz przed nimi pilniejsze zadanie., mianowicie zażegnanie nadchodzącej katastrofie. — Potem sobie na mnie poużywasz, teraz trzeba ogarnąć Kagurę. Nie wiem za ile się ocknie, ale trzeba mu wymazać jakieś, plus minus, dwie godziny. Może mniej.
            — Nadal nic nie wiem. Powiesz mi wreszcie o co chodzi?
            — Lepiej zobacz sam. — Złapała Shisuiego za nadgarstek, zmuszając do kucnięcia przy nieprzytomnym mężczyźnie.
            — Dlaczego nikt nigdy nie może wpaść do mnie ze zwykłym zaproszeniem na ciastko albo chociażby spacer — wyburczał aktywując Sharingana i odchylając delegatowi powiekę.
            — Obiecuję postawić ci tuzin, jak to ogarniesz.
            — Nigdy nic za darmo, co, Liv? — Podniósł na kunoichi przeszywające spojrzenie zrezygnowanym gestem pocierając dłońmi uda, zaraz przysiadając na piętach. — Po wszystkim.
            — Tak szybko? — Senju momentalnie rozpromieniła się jak słoneczko, rzucając się Teleporterowi na szyję i ściskając mocno. Poczuła się tak jakby Shisui ściągnął jej wielki ciężar z ramion, dzięki czemu mogła swobodnie oddychać. — Jesteś nieoceniony.
            — Ta… wszystkie mi to mówią — prychnął, zerkając na towarzyszkę spod oka.
— Serio, jesteś moim aniołem — wymruczała autentycznie szczęśliwa, przytulona do jego policzka. Aż przymknęła powieki chłonąc ciepło towarzysza, delektując się upragnionym spokojem. — Dziękuję. Przepraszam, że cię w to wciągnęłam. Ale sam widziałeś, że nie było wyjścia. — Kiedy nic nie odpowiedział, odsunęła się marszcząc nos. — I mógłbyś go dezaktywować? Deprymuje mnie ta czerwień.
— Sporo życzeń, Liv. Powoli wyczerpujesz całoroczną pulę. — Przez chwilę patrzył na leżącego mężczyznę, po czym potarł palcami powieki. Wciąż miał w pamięci ból jaki zobaczył we wspomnieniach delegata, tuż przed tym jak stracił przytomność. — Czymże ty go trafiłaś?
— No, lekko go popieściłam prądem, ale dostał rykoszetem! Celowałam w Kaoru, jednak tchórzliwa zołza wypchnęła go przed siebie.
— Cóż, do plusów należy zaliczyć fakt, że niewiele zobaczył. — Shisui spojrzał na Liv z dezaprobatą. — Kaoru, ta blondynka, to demon, tak?
— Mhm. — Aż zazgrzytała zębami na myśl o tej idiotce. Miała nadzieję, że Kazama porządnie natrze jej uszy.
— To jeżeli ona go nie uświadomi, to pan Kagura będzie myślał, że został wystawiony do wiatru i wrócił do domu. Ot, koniec historii.
— I tyle? Taka nijaka bajka?
— Takie są najlepsze oraz najbardziej wiarygodne — wyjaśnił, wstając i pociągając Liv za sobą. — Teraz odstaw go do łóżka i koniec tematu.
Nie oglądając się na kunoichi westchnął ciężko, wlepiając wzrok w zwój i przeczesując palcami włosy. Koniec przerwy, czas wracać do pracy.
— Shisui, coś cię trapi — zauważyła Liv, przytrzymując Teleportera za rękę tak aby nie mógł się odsunąć. Teraz, gdy skupiała się wyłącznie na nim, dostrzegała niezdrowe cienie pod oczami, a także brak tak charakterystycznego dla niego pozytywnego słowotoku. Po prostu Shisui zawsze jawił się Liv jako Słońce. Ciepły, pozytywny, radosny oraz życiodajny. W jego towarzystwie smutek bezpowrotnie znikał, a człowiek grzał się w emanującym od Uchihy entuzjazmie. Cudowne przeciwieństwo Itachiego, którego przyrównałaby do zimnego, tajemniczego, pięknego, ale często odpychającego Księżyca. — Jesteś jakiś nieswój.
— Nawał zleceń.
— Nigdy nie cierpiałeś na bezrobocie, a jednak taki nie byłeś.
— Po prostu… Może jestem nieco sfrustrowany. Nie zawsze układa się wszystko tak jak chcemy, ale to zaczyna być irytujące — odparł, pocierając nasadę nosa.
— Sprawa Danzo?
— Ta…
— Może mogę jakoś pomóc?
— Nie, raczej nie. Ale mogłabyś nie pakować się w tarapaty, to zawsze coś. No i pozwoli mi się skupić na Shimurze — zaśmiał się patrząc na Liv spod oka.
— Mało zabawne.
— Ale prawdziwe. — Stuknął palcami w czoło kunoichi, popychając w stronę nieprzytomnego delegata. — Zmykaj. Aha i czekam na te ciastka.
— Ta, ta… I jeszcze raz dzięki.

~oOo~

            Liv z irytacją trzasnęła drzwiami, przekraczając próg rezydencji. Doprawdy wciąż z trudem potrafiła uwierzyć, że Kaoru wykazała się tak skrajną głupotą. Owszem, motywacja wydawała się słuszna, mianowicie wykluczenie zagrożenia, czyli odkrycia społeczności demonów oraz ludzkiej hybrydy. Senju nie miała złudzeń, że Kaoru chroniła ją z sympatii. Jak zwykle chodziło o Kazamę, zrobiła to przez wzgląd na niego. Przesunęła opuszkami palców po skroni, wchodząc do kuchni oraz sięgając po kubek. Musiała się wyciszyć.
Westchnęła głęboko, pocierając powieki i zagapiając się ponownie na otrzymany dokument. Sprawa z szajką podpalaczy miała wiele wątków, bo jak się okazało po zebranym wywiadzie, nie tylko zajmowali się szantażem, wymuszeniami, ale i handlem ludźmi. I miała poważne wątpliwości czy na tym koniec. Mamrotając pod nosem odrzuciła papiery na blat.
            Nie dość że czekała ją skomplikowana misja to jeszcze teraz martwiła się całym tym zamieszaniem z delegatem Raikage. Owszem, wierzyła w umiejętności Teleportera, ale niepokój pozostał. Bo jeśli sprawa się wyda to stosunki między wioskami znacznie się pogorszą, o ile nie zostanie zerwana wszelka współpraca. Ich relacje zawsze należały do napiętych i nawet fakt, że zazwyczaj było to winą Chmury nic nie zmieniał. Dla dobra wszystkich Konoha musiała wykazywać się rozsądkiem.
            — Liv? No i jak? — Amai dziarskim krokiem weszła do pomieszczenia, zupełnie nie przejmując się zasadami dobrego wychowania. Uśmiechnięta, usiadła na brzegu stołu machając radośnie nogami, niczym jakaś roztrzepana nastolatka i wbijając intensywne spojrzenie w skonsternowaną przyjaciółkę.
            — Ale co?
            — No, co myślisz o wiązankach?
            — Ach, wiązanki… — Liv sapnęła urywanie, nerwowo przeczesując palcami włosy. Sprawa z delegatem całkiem ją wytrąciła z równowagi, skutecznie spychając na dalszy plan obietnicę złożoną Azumie. Najzwyczajniej w świecie zapomniała wrócić do kwiaciarni. Unikając wzroku przyszłej panny młodej, skryła się za dokumentami udając, że intensywnie studiuje zawarte tam informacje. — Znasz mnie. Ja mogę ci doradzić w kupnie jakiegoś sprzętu ninja, a nie oceniać kwiatki. Jeżeli się tobie podobają, to dla mnie też są w porządku.
            — Tak, ale chciałam wiedzieć czy aby nie…
            — Amai, skup się. — Liv odłożyła na bok papiery. — To twój ślub. I choćbyś uznała, że chcesz aby wszystkie rośliny były czarne i wszystko inne też, to nikomu nic do tego. To twoje święto, kobieto.
            — No wiem… ale, czuję się tak niepewnie.
            — Chodzi o przyszłego męża czy…?
            — Nie bądź głupia. Sanosuke jest cudowny. Denerwuję się całą resztą.
            — To ty jesteś niemądra. Kochacie się i to powinno być najważniejsze.
            — Liv… od kiedy ty jesteś taka…
            — Jaka? Przychodzisz mi tu i jęczysz. Jeszcze żebyś miała powód, ale nieee… Mam wrażenie, że robisz to dla sportu, ale zwyczajnie sprawdzasz moją cierpliwość.
            — Ciężko być twoją przyjaciółką — wytknęła Amai, mimo wszystko podśmiewając się pod nosem.
            — Myślałam, że od początku jasno dałam to do zrozumienia — przypomniała Liv, podpierając się leniwie na ręce i patrząc na Azumę spod oka.
            — Ta, ta. A wiesz kogo ostatnio widziałam? Hakaze.
            — Zaczepiała cię?
            — Nie, nie… — Amai machnęła lekceważąco ręką, kontynuując. — Mieli jakiś pokaz dla uczniów akademii i Sanosuke mnie zaprosił. Ogólnie, fajne widowisko dla młodych, wyjątkowo inspirujące. Ale najciekawsze były sparingi. I jestem w szoku. — Westchnęła strapiona. — Hakaze ma talent i dryg do tego co robi. Jest niesamowitą kunoichi, a z kataną w ręku… No, aż człowieka zatyka na sam widok biegłości w walce. I naprawdę wciąż próbuję ją zrozumieć. Jak osoba o takim statusie, mogła wpaść na tak niedorzeczny pomysł z ciążą. Jak?
            — Nie wiem… — Senju sama kiedyś się nad tym zastanawiała i nijak nie znalazła rozwiązania. — Może nie była do końca trzeźwa? No wiesz, alkohol pobudza w ludziach kreatywność, a odbiera rozum…
            — Ale aż tak?
            — Amai. Nigdy nie przypuszczałam, że nadejdzie taki dzień kiedy będę usprawiedliwiać Hakaze, ale… Cóż, odkąd pamiętam była zauroczona Uchihą. I być może to stąd ta desperacja. Co i tak nie zmienia faktu, że stawianie takich oskarżeń było niedorzeczne.
            — Może. — Azuma zeskoczyła z blatu i rozejrzała się po pomieszczeniu. Omiatając wzrokiem wystrój po raz kolejny zastanowiła się po co Liv wynajmowała mieszkanie w centrum. Przecież ta rezydencja była wspaniała. W powietrzu aż unosił się zapach historii, a dla samego ogrodu byłaby gotowa spać pod gołym niebem. Zwyczajne marnotrawstwo.
— Kiedy wyruszasz na misję? — Podeszła do odsuwanych drzwi, otwierając je szeroko i wciągając głęboko w płuca świeże powietrze. Tak, Amai chciałaby mieć taki dom. Z łatwością mogła sobie wyobrazić bawiące się przed tarasem dzieci, męża czytającego gazetę przy stole i siebie przygotowującą w kuchni posiłki. Może z Sanosuke uda im się coś kupić w okolicy.
            — Nie wiem. Na razie ustalają plany — westchnęła Senju, stając obok i opierając się o futrynę. — Może to być za kilka godzin, albo za kilka dni. To skomplikowane zadanie. Bardziej niż sądziliśmy.
            — Liv, wiem, że to nie najlepszy moment… Ale przemyślałaś to co ci powiedziałam? — Amai złapała przyjaciółkę za dłoń, ściskając mocno. — Nie możesz tak żyć.
            — Pomyślę nad tym jak się wszystko trochę uspokoi, dobra? — Gdy ta już otwierała usta aby coś dodać, Senju chwyciła ją za kark zmuszając aby zetknęły się czołami. — Wiem, że się martwisz i doceniam to. Może słabo to okazuję, ale serio tak jest. Daj mi czas.
            — Dobrze — westchnęła ciężko, przymykając powieki. Po dłuższej chwili się wyprostowała i uśmiechając się złośliwie, dźgnęła Liv palcem pod żebra. — Nie łudź się, że odpuszczę.
            Liv już miała wygłosić kąśliwą uwagę, gdy usłyszały krzyk jastrzębia który mógł zwiastować tylko jedno. Zakończono planowanie, teraz nadszedł czas aby wprowadzić zamiary w życie.

~oOo~

            Itachi poprawił strój, zagapiając się na stojące naprzeciwko lustro. Wybiła godzina zero, a on wciąż miał wątpliwości czy aby za bardzo się nie śpieszą z atakiem. Wiedział, że grupę trzeba rozbić, ale instynkt podpowiadał ostrożność. Dziwne złe przeczucia czaiły się tuż pod skórą, skutecznie wytrącając go z równowagi. Wzdychając ciężko, ścisnął nasadę nosa i zniknął, aby chwilę później pojawić się pokoju zebrań. Bez zdziwienia odnotował, że obie grupy szturmowe już są na miejscu i czekano wyłącznie na niego. Dobrze, im szybciej wyruszą tym prędzej ten niepokój zniknie.
            — Itachi, ostatnie dokumenty jakie dostałeś są aktualnym planem działania — zwróciła się do niego Hokage, spacerując po pomieszczeniu. — Dowodzisz ty i Samon.
            — Rozumiem. — Mimowolnie zerknął na przyjaciela Liv, który również na niego spojrzał. Ich kontakty urwały się zaraz po wykonaniu misji z córką Dayimo Kraju Ognia, ale nie dziwne. Zawsze traktowali się oschle, służbowo. Milcząco zmierzyli się wzrokiem, zaraz jednak ponownie się skupiając na blondynce.
— Tanaka, jak obiekty? — Tsunade zwróciła się do stojącego najbardziej przy oknie mężczyzny, mrużąc powieki.
            — Przemieszczają się zgodnie z ustaleniami.
            — W porządku. Liv, zrzucisz ich na wybrane terytorium?
            — Tak, jestem gotowa.
            — Tak jak się umawialiśmy. Gdy już się znajdziecie na miejscu, czekacie na sygnał. — Przełożona wskazała im drogę do drugiego pomieszczenia, ale zanim Itachi zdążył wyjść, poczuł ciężar dłoni na ramieniu. — Uchiha, zabierz Katsuyu. Druga jej część będzie w Tanzaku, to przez nią będziecie się komunikować.
            Milcząco kiwnął głową, zamykając za sobą drzwi. Kiedy znalazł się ze swoją drużyną, zacisnął dłonie omiatając ich wzrokiem. Dostał osiem osób.  Z nim, dziewięć. Nie dużo, nie mało. Powinno być w porządku biorąc pod uwagę ich umiejętności.
            — Zaczynamy? — Liv przyklękła na ziemi, szykując się do składania pieczęci. Wydała się Itachiemu podejrzanie blada i małomówna, ale nie skomentował. — Jak będziecie gotowi do powrotu, dajcie znać. Postaram się być jak najszybciej.
            — Idziesz w drugiej formacji? — Uchiha sięgnął po tkwiącego na parapecie ślimaka i położył sobie na ramieniu, gestem nakazując drużynie zacieśnić krąg wokół Senju.
            — Tak.
            Nie zdążył nawet mrugnąć jak poczuł szarpnięcie, a później stopy spokojnie dotknęły lekko rozmiękniętego gruntu. Jego zmysły zalała fala nowych bodźców, która na szczęście nie rozproszyła koncentracji.
Wszystko było inne. Szmer liści, w nozdrza wkradał się zapach wilgoci, a raczej mgły, nie wspominając o innym kącie padania światła. Rejestrując te nowości dostrzegł czekającego na nich w oddali informatora. Dał znać aby grupa się rozproszyła, zostawiając go samego z Senju. Cóż, musiał przyznać, że Liv się wprawiła. Ostatnim razem ta technika przypominała skok z dużej wysokości z twardym lądowaniem, a dziś? Jak zsunięcie się z niewielkiego schodka.
— Nawet ładnie ci to wyszło, Senju — mruknął, obserwując jak wstaje i otrzepuje kolano.
— Komplement, no jestem w szoku — prychnęła, przewracając teatralnie oczami. — Dobra, widzimy się później.
— Oby.
— Uchiha, ty jesteś niezatapialny. Ale liczę na… — Liv przerwała w pół zdania marszcząc brwi. Chwilę później, nie kryjąc jawnego przerażenia zniknęła.
Nie musiał być wróżbitą, aby się domyśleć co spowodowało taką gwałtowną reakcję. Jednak na tę chwilę nie mógł nic poradzić. Miał własną misję do wykonania.

10 komentarzy:

  1. Jestem zaskoczona.

    Yuzuki

    OdpowiedzUsuń
  2. dalej tu jestem i czekam na ich kolejne losy...
    ;-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi Cię widzieć, mam nadzieję, że wytrwasz wraz ze mną do końca tego opowiadania :*

      Usuń
  3. Hej!
    Regularnie zaglądam i muszę przyznać, że nie wiem jak przeoczyłam nowy post! Dawno nie komentowałam, ale wierz mi na słowo, że często wracałam i przypominałam sobie historię Liv i Itachiego. Jesteś jedyną autorką, która pisząc spowodowała, że przywiązałam się do postaci. Co do weny, mam nadzieję, że wróci bo szkoda byłoby nie dokończyć takiej historii. Brakowało mi trochę dogryzania Itachiego i Liv była bardo miła (fajna odmiana). Nie przejmuj się, że postacie straciły dawny "pazur", to pewnie przez stres nadchodzącą misją. Jestem ciekawa co dalej będzie się dziać, jak przebiegnie misja. Proszę nie zabijaj nikogo i o matko więcej Shisuiego (ja go wręcz ubóstwiam w Twoim wydaniu).
    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału, kolejnych przygód Liv. Cieszę się, że wróciłaś. Trzymaj się i do następnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, że się ujawniłaś :*. Miło mi, że moje postacie przypadły Ci do gustu, a co do Twojego zachwytu nad Shisuim, to nieskromnie powiem, że sama jestem nim zachwycona. Chłopak pisze się sam. Aż miło mieć tak zorganizowaną postać XD. Dzięki za komentarz i mam nadzieję, że będziesz częściej pokazywać swoją obecność.

      Usuń
  4. szczerze powiedziawszy to wchodząc tu niespodziewałam się „nowego” rozdziału, aż mnie z motywowało aby po sobie zostawić komentarz, liczę na zmartwychstanie twojej weny, no i zdrówka życzę w ten koronowirusowy czas
    rolks

    OdpowiedzUsuń
  5. Ha, nie ma to jak byc na bieżąco! Choć wlasciwie szok, ze w ogole jeszcze sie tu cos pojawilo, a ja zajrzalam, bo niestety prawda jest taka, ze sfera blogowa juz dawno umarla i niemal nalezy do minionego dziesieciolecia.
    Wiem, jak to jest bardziej klocic sie niz wspolpracowac z tym, co wczesniej nazywalas pasja. W jakis sposob to boli, ze kiedys slowa same plynely, a teraz sklecic skladne zdanie to zadanie wymagajace co najmniej 3 godzin. Niestety, mozna powiedziec, ze takie juz uroki doroslosci, bo zawsze znajdzie sie cos wazniejszego do roboty niz oddawanie sie swoim fantastycznym i pisarskim uniesieniom. To nas nie wykarmi ani nie oplaci ani rachunkow, ani studiow, ani nie pomoze takze w ich zdaniu. Zawsze odkladasz te pasje na potem, a jak juz w koncu do niej wrocisz, okazuje sie, ze nie ma do czego, bo niemal zaczynasz od zera, jak dziecko z podstawowki, a przynajmniej takie masz wrazenie. Ach, nie ma piekniejszego uczucia. Wtedy juz w ogole rece opadaja i zaczynasz zastanawiac sie nad sensem robienia czegokolwiek...
    Tesknilas za moimi monologami? ^^”
    Odnosnie rozdzialu, to ciezko sie wypowiedziec, bo serio nie pamietam, co tam sie wydarzylo i moze po takiej przerwie przydaloby sie powtorzenie w tekscie, co tak naprawde zrobila Kaouru etc. Musze przyznac, ze troche... jak to sie mowi po polskiemu? „Uneventful” ten rozdzial. Troche nie pasowalo mi zachowanie Kazamy, moze takie troche nierozwiniete bylo i to dlatego. Z kolei Liv wydala mi sie byc dziwnie otwarta, niemal taka „przylepa” do Teleprotera, mimo iz zapamietalam ja bardziej jako wyrachowana osobe. Ten brak „profesjonalizmu” czy relacji miedzy bohaterami zwalalbym na dialogi, bo byly takie... bardzo z zycia codziennego? Takie: „Ta, ta, ale ta idiotka mnie wkurza” brzmi... malo gornolotnie, moze slabo do poziomu tekstu pisanego, do ktorego aspirujesz. Pod wzgledem opisow wszystko wydaje mi sie byc fajnie jak zawsze, choc troche nagminnie uzywalas zwrotu „tlic sie pod skora”. Nie jestem tez pewna czy faktycznie mowi sie „spod oka”.... nie jestem drugim Miodkiem, ale troche mi to nie lezy na watrobie, choc domyslam sie, ze mialo to znaczyc cos w rodzaju spojrzec na kogos spod polprzymknietych powiek?
    Mam nadzieje, ze odnajdziesz swoja pasje na nowo i bedziemy mogly liczyc na nowe rozdziały ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, heeej!
      Już myślałam, że i Ciebie życie wessało na dobre. Brakowało mi Ciebie i Twoich przemyśleń w komentarzach:). Hehehe ładnie podsumowałaś problemy pisarskie jakie dopadły blogosferę, no i też mnie. Nie, zdecydowanie nie czuję się wyjątkowa. Mam wszystko niby w głowie, ale przelać to na tekst to już inna bajka. A w zasadzie koszmar. Niby coś tam idzie, niby nie jest aż tak źle, ale słowa jakoś tak się słabo kleją. Są suche i kapryśne. Krótko podsumowując, jest do bani.
      A tu mnie zaciekawiłaś, z wnioskami. Kazama Ci nie podszedł? A mi się wydawało, że akurat on to on. Zirytowany, że zamiast zajmować się swoimi problemami, musi jeszcze ogarniać nowe, które defakto nie powinny mieć miejsca. Chłop miał zły dzień, jątrzą mu pod tyłkiem, a tu dwie baby jak zwykle skaczą do siebie z pazurami.
      A co do otwartości Liv, na jej usprawiedliwienie mam, że próbuje przewartościować życie za sprawą pogadanek Azumy. Chociaż może rzeczywiście była za wylewna. No, ale ale... To przecie Teleporter, więc dla niego akurat ma prawo być miła XD.
      I masz rację, po Twojej uwadze sprawdziłam to niefortunne sformułowanie i gryzie w oko. No, ale cóż, Wenon tak podpowiedział i za karę, żeby nie zrobić tego drugi raz muszę żyć z tym koszmarkiem w rozdziale. Niechaj tak będzie.
      Dzięki za obfity komentarz i mam nadzieję, że będziesz tu do mnie zaglądać. Buziole

      Usuń