2.11.2018

10. PUCHATA HISTORIA


Hej!
Przybywam do Was z nowym rozdziałem Puchatej! Fanfary i oklaski jak najbardziej mile widziane :). Nie krępujcie się.
Wiem, że długo (bardzo długo) czekacie na kolejne wpisy, ale niestety nic nie mogę poradzić. (Z lękiem patrzę na datę ostatniego wpisu… Chyba nigdy nie miałam aż takiego przestoju tutaj… mam nadzieję, że to chwilowa niedyspozycja, a nie norma.)Wena kapryśna, a teraz jeszcze czasowo nie stoję zbyt dobrze. Jednym zdaniem, zwyczajnie brakuje mi doby. Dlatego dziś króciutko z moimi wynurzeniami. Pozdrawiam, ściskam cieplutko i czekam na opinie i refleksje. Całuski <3.
Acha. Takie ostrzeżenie. Zalecam okulary ochronne, bo nie wszystkie byki zostały ujarzmione xD. Jednak wiedzcie, że cały czas staram się je wyłapywać i wrzucać do zagrody.






Liv ocknęła się w środku nocy z dziwnym uczuciem, że nie jest sama w domu. Przez dobre parę minut leżała w bezruchu nasłuchując i dopiero wtedy jej mózg rozbudził się na tyle, że ogarnęła fakty sprzed kilku godzin. Logiczne, że kogoś wyczuwała. Przecież zaproponowała albo raczej wymusiła na Itachim zostanie na noc. I cóż… wciąż nie miała z tego powodu wielkich wyrzutów sumienia. No może poza tym, że chłopak musiał spać na kanapie zamiast w swoim wygodnym łóżku. Taka elita nie sypia na zwykłej kozetce czy wersalce. O to że pewnie posiadał łoże królewskich rozmiarów byłaby w stanie się założyć. Wzdychając ciężko odgarnęła z twarzy niesforne kosmyki, zaraz podnosząc się do siadu. Chyba powinna sprawdzić jak urządził się Uchiha.
Nie włączając światła powoli ruszyła do salonu. Zachowanie ciszy było o tyle proste, że z racji pełni, pomieszczenia nie ginęły w całkowitym mroku, a i Moro nie położył się nigdzie na drodze. Liv już kilka razy wlazła na nic niespodziewającego się psa, ale cóż mogła poradzić. Nie posiadała noktowizora, a pupil też nie zachowywał ostrożności. Kto to widział żeby kłaść się zawsze na środku korytarza czy tuż przy łóżku, którędy zawsze wstawała. Po prostu w pewnych kwestiach zwierzak był niereformowalny i już.
Kiedy stanęła w progu aż zamruczała cicho z niezadowolenia w reakcji na zastany widok. Chłopak spał w ubraniu bez żadnego przykrycia, a do tego nie rozłożył sobie kanapy przez co ledwie się na niej mieścił. Z drugiej strony czego w zasadzie się spodziewała? Że Itachi będzie grzebał w jej szafkach bez pozwolenia? Skoro wymusiła na nim nocowanie to mogła chociaż powiedzieć skąd powinien wziąć pościel. Oddychając głębiej rzuciła ostatnie spojrzenie na śpiącego, zaraz kierując kroki do szafy. Dziś musi wystarczyć mu zwykły koc. Z tą myślą wyjęła jeden z najgrubszych i ostrożnie zarzuciła na partnera turniejowego. Przez kilka sekund obserwowała uważnie jego twarz czy aby go nie obudziła, a kiedy tak się nie stało z czystym sumieniem wróciła do sypialni. Poprawiając pod głową poduszkę, pomyślała że wyjątkowo dziwnie zapętliły się ich losy. Jeszcze nie tak dawno znali się jedynie z widzenia, a teraz chłopak spał u niej w salonie. Rany, gdyby wiedziały o tym dziewczyny ze szkoły to… Nie, zdecydowanie nie chciała wiedzieć co by jej zrobiły. Dlatego informacja, że Uchiha u niej nocował musiała pozostać tajemnicą.
Liv odetchnęła głęboko czując mokry nos na czole i uśmiechnęła się bezwiednie, wyciągając dłoń oraz czochrając łeb przymilającego się pupila. Ziewając, spod rzęs zerknęła na okno. Zza szczelin zasłoniętych rolet wpadały smugi światła, które jasno sugerowały że już dawno powinna wstać. Na jej oko dochodziło południe i tylko jakiś wyżej niewyjaśniony cud sprawił, że Moro budził ją dopiero teraz. Tak, pupil miał dziwną manię. Kiedy on spał było wszystko w porządku, ale gdy ona zbyt długo spała to po jakimś czasie przychodził i albo wgapiał się w nią natarczywie — tak, nawet na śpiąco czuła jego irytujące spojrzenie — albo szturchał pyskiem. Nie potrafiła wyjaśnić tego zachowania i jedyne co Liv przychodziło do głowy to to, że Moro się nudził. I tym razem nie było inaczej.
Mamrotając pod nosem z niechęcią wygrzebała się z pościeli odgarniając twarzy splątane włosy i wtedy właśnie dostrzegła kartkę na szafce przy łóżku. Wiedząc kto jest autorem liściku uśmiechnęła się pod nosem.

~oOo~

Shisui ze znudzoną miną obserwował szkolny tłum, dumając gdzie wczoraj wessało kuzyna. Planował mały wypad w miasto, ale tamten zniknął jak kamfora. Mieli odwiedzić starych kumpli, trochę się powygłupiać i ogólnie rozluźnić. Może popykaliby w bilard albo darta bo dawno nie grali. Kto wie, może nawet rozegraliby partyjkę pokera. Ale niestety plan wziął w łeb. Z drugiej strony sam był sobie winien, bo powinien zadzwonić do Itachiego czy jest na chacie, a nie zjawiać się bez uprzedzenia. Podjął ryzyko i cóż, pocałował klamkę. Jego błąd. Teraz tylko pozostawało wydedukowanie gdzie przyjaciel spędził tyle czasu. No dobrze, Teleporter miał swoje przypuszczenia, ale no… Lubił fakty i zawsze się ich trzymał. Przynajmniej w miarę możliwości.
— Randka cię wystawiła? — Aż podskoczył gdy obiekt rozmyślań stanął tuż przed nim, upuszczając pod nogi torbę.
— Naprawdę myślisz, że którakolwiek z naszych koleżanek byłaby w stanie wystawić Uchihę? — zapytał z drwiną omiatając spojrzeniem będące na korytarzu uczennice, zaraz jednak zerkając na przyjaciela. Hm… Wyglądał tak jak zawsze. Żadnych odstępstw od normy.
— Zależy którego — prychnął Itachi, siadając obok i zerkając na zegarek. — Czemu dziś nie ma zajęć?
— Jakieś nieprzewidziane zebranie kadry nauczycielskiej, w związku z turniejem — odparł Shisui, uważniej przyglądając się przyjacielowi. — Mamy na własną rękę szlifować formę.
— I naprawdę uważają, że młodzież będzie się uczyć. Sama.
— Stary Sarutobi wykazał się przenikliwością, bo oficjalnie mamy się lepiej zapoznać jako drużyny. No wiesz, jakby nie patrzeć musimy działać zespołowo. — Shisui uśmiechnął się przekornie. — Jednym słowem dano nam przyzwolenie na leniwe dwa dni, ale pod warunkiem, że spędzimy je z partnerami turniejowymi.
— A jak to sprawdzą?
— Liczą na uczciwość, nasze zaangażowanie oraz wrodzoną ambicję.
— Hn.
— Otóż to. Też sądzę, że wydedukowali, że nie mają czasu się chwilowo nami zajmować. Jakby nie patrzeć są jeszcze inni uczniowie. — Shisui oparł się wygodniej, wyciągając przed siebie nogi. — Macie jakieś plany? Ty i Liv? W ogóle jak ona się czuje?
— Średnio, chociaż sama twierdzi inaczej.
— Cóż, przeziębienie znacznie zawęża zakres możliwości. Powinna odpoczywać, a to znaczy… — Teleporter uśmiechnął się przebiegle do przyjaciela, szturchając go łokciem. — Kiedy wracają twoi rodzice?
— Nawet nie próbuj — prychnął Itachi doskonale wyłapując podtekst.
— Ej, jeszcze nic nie powiedziałem. Nie bądź aspołeczny.
— Nie musiałeś, wystarczy, że zrobiłeś tę swoją minę.
— Będziemy grzeczni.
— Oczywiście. — Itachi wygrzebał z torby telefon spoglądając na wyświetlacz, zaraz marszcząc nos. — Raz w życiu wpuściłem was do domu i wystarczy.
— Nie moja wina, że Deidara jest upośledzony.
— Wszyscy jesteście.
Shisui aż uśmiechnął się lekko na wspomnienie tamtej imprezy. Mieli się spotkać w kilka osób, posiedzieć, pogadać, może pograć na konsoli, a niespodziewanie plany wzięły w łeb. Balanga rozrosła się do niebotycznych rozmiarów. Rezydencja Uchiha pękała w szwach od tłumu ludzi, alkohol lał się litrami, a muzyka rozsadzała bębenki. Swoją drogą nie wiadomo skąd pojawiła się nawet jakaś kapela muzyczna! Nagle nieznajomi goście wbili do salonu, porozstawiali sprzęt i zaczęli granie. Co tam się działo… Szkoła przez kilka miesięcy żyła tylko tym wydarzeniem. A że były szkody? Cóż, jest wojna są straty.
— Wielkie mecyje… Sedes rozwalony — wydusił, z trudem hamując śmiech. Doprawdy, do tej pory nie odkryli, który debil wrzucił do klozetu petardę. Całe szczęście, że łupnęło tylko w sanitarce, bo jakby kafelki rozwaliło to wujostwo obdarłoby ich żywcem ze skóry. Nie pomijając nawet swojego ukochanego pierworodnego. — Odkupiony? Odkupiony. Profesjonalnie zamontowany? Owszem. Że już nie wspomnę, że znacznie ładniejszy. Klasa sama w sobie. Godny tyłka Uchiha.
— Zdania w tej kwestii są zdecydowanie podzielone.
— Liczy się opinia większości.
— Nie tych, którzy nie mają prawa głosu. — Itachi, łypnął nieprzyjaźnie na kuzyna zaciskając usta. — Powiedziałem nie. Ale nie widzę przeszkód abyś zaprosił nas do siebie.
— Moi starzy są w domu, inteligencie.
— Dwie osoby w te czy w te…
— Wal się. — Shisui wlepił w kuzyna lekko zirytowane spojrzenie, zaraz wzdychając ciężko. Sam nie wiedział czego oczekiwał po tym pomyśle. Przecież logiczne, że po tamtej libacji Itachi w życiu nie zgodzi się na żadną powtórkę. Chyba, że… A co tam. Podpuści go. — Szkoda, bo może udałoby się zaprosić też Liv.
—Skąd niedorzeczny wniosek, że gdybym chciał ją ściągnąć do domu to potrzebuję pretekstu i waszej — pożal się Boże — asysty? Że już pominę istotny fakt o przeziębieniu dziewczyny.
— Czy ty zawsze musisz być na nie?
— Ktoś musi równoważyć twoje wieczne tak. — Itachi przerzucił torbę przez ramię i podnosząc się, przeciągnął lekko. — Jak już skończyłeś to spadam.
— Nie powiedziałeś gdzie tym razem wybyli twoi starzy — przypomniał Shisui, zaraz podrywając się z miejsca i dreptając za odchodzącym przyjacielem. Kątem oka widział jak wszystkie uczennice śledzą ich wzrokiem, i miał niemal pewność, że każde słowo z ich rozmowy zostało podsłuchane oraz niebawem zostanie puszczone dalej. Ciekawe cóż za smakowita plotka z tego powstanie.
 — Europa. Francja albo Włochy, zresztą może tu i tu — prychnął w odpowiedzi, nie rozumiejąc tej fascynacji kuzyna podróżami jego rodziców. Czasem się zastanawiał czy chłopak nie robi jakiejś mapki z trasami ich wojaży, wraz z prowadzeniem szczegółowego dziennika.
— Ooo… Znowu.
— Tak, tak… czad. — Zatrzymując się tuż przy drzwiach wejściowych, zerknął kontrolnie na niebo. — Jak coś jestem pod telefonem.
— Tak jak wczoraj? — Zadrwił Shisui unosząc kpiąco brew.
— Może.

~oOo~

Liv aż podskoczyła nerwowo, rozglądając się nieprzytomnie za źródłem hałasu. Wciąż na wpół śpiąco, ogarnęła wzrokiem pokój przesuwając z twarzy rozczochrane włosy, zaraz krzywiąc się z konsternacji. Irytujący dźwięk dochodził gdzieś z pościeli i po sekundzie odgadła, że to musiał być sygnał komórki, którą pożyczył jej Uchiha. Chłopak ustawił naprawdę ciężką nutę dla połączeń przychodzących i przez sekundę, zastanowiła się czy takiej muzyki właśnie słucha bożyszcze szkoły. I jeśli tak, to serio mu współczuła gustu muzycznego. Przecież wokalista wydzierał się jakby go ze skóry obdzierali, aż biedny dostał chrypki. I jedyne co mogło się podobać to brzmienie gitar w tle. Z prawdziwą ulgą przywitała błogosławioną ciszę, kiedy wreszcie znalazła zgubę i odebrała.
— Uchiha, wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale…
— Gdzie jesteś?
Aż zamrugała w zaskoczeniu, gdy z aparatu dobiegł zdecydowanie niemęski głos. Przez parę sekund trwała w milczeniu, zaraz odstawiając telefon aby zerknąć na wyświetlacz. O pomyłce, nie było mowy, bo wyświetlało się imię partnera turniejowego.
— Z kim…
— Inari z tej strony. Ja w kwestii wywiadów. Wiesz terminy mnie trochę gonią, a Uchiha nie jest zbytnio pomocny i do tego wali ściemę najniższych lotów. Serio, nie mam siły ani ochoty aby się z nim użerać. Tak więc, gdzie jesteś?
— No, w domu. — Liv podsunęła się wyżej i opierając się o zagłówek, potarła palcami zaciśnięte powieki. Nie czuła się w pełni rozbudzona, a i dziewczyna nic nie ułatwiała. Wylewała słowa tak szybko, że ledwie nadążała z ich zrozumieniem.
— Okej. Słuchaj, nie mam czasu na wasze fanaberie. — Senju mimowolnie parsknęła śmiechem, gdy w tle usłyszała warknięcie Inari do Uchihy, że ma się zamknąć bo nie z nim gada, po czym zwróciła się ponownie do niej. — Rozumiesz, każdy ma jakieś zadanie. Moją rolą jest przedstawienie was uczniom, a wy macie zaprezentować godnie Konohę. Taki układ. I domyślam się, że niezbyt pasuje ci znalezienie się na świeczniku, ale pakując się w turniej sama przypieczętowałaś swój los. Kumasz, czekają cię zarówno blaski jak i cienie z tym związane.
— Dasz mi coś powiedzieć? Czy dalej będziesz zalewać słowotokiem?
— Słoneczko, ja z przyjemnością się zamknę i będę słuchać. Ba! Nawet zacznę notować! Ale nie dajecie mi szansy.
— Jak nie przestaniesz to się rozłączę.
— Niechętnie, ale niech będzie, że zamieniam się w słuch.
— Nareszcie — westchnęła z lekką kpiną, gdy Inari wreszcie dała jej dojść do głosu. Doprawdy, ta dziewczyna była niesamowita. Taka inna. — Nie wiem co ci powiedział Itachi, ale jeżeli to, że jestem chora to cóż, niestety to prawda. Sama widzisz, siła wyższa. I wiedz, że mimo ogólnej niechęci do całego przedsięwzięcia nie mam zamiaru nic utrudniać. Znam zasady. Ale są pewne sytuacje, których nie przeskoczysz.
— Hm… To zmienia postać rzeczy. Myślałam, że Itachi wciska mi kit. — Inari na chwilę zamilkła, wyraźnie intensywnie nad czymś dumając. — W takim razie umawiamy się tak. Do połowy przyszłego tygodnia czekam na telefon. Jeśli się nie odezwiecie, znowu zacznę was ścigać.
— W porządku. — Liv z ociąganiem, odrzuciła na bok kołdrę zaraz drżąc z zimna. Chyba nadeszła najwyższa pora aby podkręciła odrobinę ogrzewanie. Noce stawały się coraz chłodniejsze, szybko wyziębiając mieszkanie. Człowiek niemal odnosił wrażenie, że wiatr hula po korytarzu. I chociaż niska temperatura — podobno —hartowała ciało, to jednak ciepło z pewnością pomoże w walce z przeziębieniem.
— Serio, blokujecie mi grafik.
— Ta.
— Dobra. To ty się tam kuruj, a ja czekam na wiadomość o terminie spotkania. Pa.
— No, pa, pa… — wyburczała Liv, odrzucając urządzenie i człapiąc do łazienki. Naprawdę Shinko Inari coraz bardziej intrygowała Senju. Szczera, bezpośrednia, wygadana, a do tego całkowicie odporna na urok Itachiego. Bo która z uczennic potrafiłaby kazać się mu zamknąć? Zwyczajnie żadna. Aż uśmiechnęła się na tę myśl, zrzucając ubrania i wchodząc pod prysznic. Tak, jeżeli z kimś mogłaby się bardziej zaprzyjaźnić to właśnie z Inari. Chociaż wiedząc z jaką powagą podchodziła do prowadzenia szkolnej gazetki, wątpiła aby dziewczyna miała czas na coś innego niż redagowanie i pisanie reportaży.

~oOo~

            Liv mruknęła przeciągle wyczuwając coś ciepłego, leniwie uchylając powieki. Z lekkim niezrozumieniem podciągnęła pod brodę biały pled i odprowadziła wzrokiem siadającego na fotelu Itachiego, dopiero po kilku sekundach ogarniając sytuację. Skoro Uchiha już był to znak, że musiała zasnąć zaraz po prysznicu. Znowu przemęczenie choróbskiem wyrwało jej kilka godzin z życiorysu, co skwitowała kwaśnym grymasem. Cóż, nienawidziła być chora. Jednak nie to w pełni rozbudziło Liv. Inny szczegół zrobił to równie skutecznie co gorąca kawa, wylana na rękę — dla ścisłości.
Bo jeżeli zasnęła zaraz po kąpieli, to oznaczało, że jest w samym szlafroku. Uświadamiając sobie ten fakt, jak rażona piorunem poderwała się do siadu szybko macając okrycie. Na szczęście materiał szczelnie zasłaniał najbardziej strategiczne miejsca na co westchnęła mimowolnie, odczuwając niesłychaną ulgę. Jakoś nieszczególnie uśmiechała jej się wizja w której świeciłaby gołym tyłkiem przed Itachim — bo feralny szlafrok się rozwiązał, albo podwinął — a on w zgorszeniu przykryłby ją narzutą. Nie wiedziała co byłoby gorsze. To że widział ją nago czy to, że to co widział mu się nie podobało.
            — Interesująca paleta barw — podsumował Itachi, gładząc po łbie przymilającego się psa i uważnie obserwując dziewczynę. Nie uszło jego uwadze jak spanikowała, gdy go tylko zobaczyła. — I bardzo efektowna fryzura, Senju.
            — Bardzo śmieszne — mruknęła zaraz ganiąc się za głupie myśli i opierając głowę o oparcie. Zerknęła cierpiętniczo na leżącą na stole szczotkę, burcząc pod nosem. — Ciekawe jakbyś ty wyglądał gdybyś nie ogarnął włosów po myciu.
            — Idealnie, jak zawsze zresztą.
            — Oczywiście — prychnęła zdegustowana, zabierając się za rozczesywanie nieszczęsnych kłaków. Naprawdę nienawidziła tego robić. Było to pracochłonne i męczące. Nie rozumiała jak niektóre koleżanki z klasy mogły uważać, że ta czynność relaksuje i przypomina medytacje. Jedna w klasie tak twierdziła, a reszta słuchaczek przytaknęła. Doprawdy, te dziwaczki miały magiczne włosy albo nic do roboty, skoro takie coś lubiły.
Przeklinając cicho zmarszczyła nos, rozplątując jeden z bardziej upartych kołtunów. I no cóż, każdy znając podejście Liv do sprawy, poradziłby obcięcie, ale nie po to tyle zapuszczała, żeby teraz po latach cierpienia to wszystko przekreślić. O, nie. Zresztą, jak czesała je na mokro to cały proces dało się przeżyć.
— Daj to.
— Co? — Spojrzała z niezrozumieniem na stojącego przed nią Uchihę. Tak się skupiła na rozplątywaniu i użalaniu nad sobą, że prawie o nim zapomniała.
  Daj, zanim wszystkie wyrwiesz. — Kiedy niezbyt się kwapiła do wykonania polecania, szybkim ruchem odebrał szczotkę i wpakował się za Senju na kanapę. — Dziwię się, że jeszcze nie jesteś łysa.
— Pracuję nad tym — wymamrotała aż nazbyt świadoma bliskości chłopaka, a jednocześnie zadowolona z układu. Któż nie byłby szczęśliwy ze znalezienia parobka?
— Widziałem.
— Spadaj. — Liv odetchnęła głębiej, starając się opanować. Naprawdę sądziła, że jakoś się ogarnęła i nie będzie tak nerwowo reagować na Itachiego, ale jak widać się przeliczyła. — Zobaczysz, kiedy będę bogata to zatrudnię do tego ludzi.
— Hn.
— Co znowu?
— Nic, zastanawiam się nad stawką.
Liv postanowiła nie odpowiadać, instynktownie wyczuwając pułapkę. Intuicja podpowiadała, że jakby zaczęła kontynuować ten wątek to zapłata za czesanie zdecydowanie nie byłaby egzekwowana w gotówce. I może była przewrażliwiona, ale wolała dmuchać na zimne. Zwłaszcza po tej pamiętnej sytuacji w sali telewizyjnej.
— Dawno przyszedłeś? — Tak, potrzebowała bezpiecznej zmiany tematu, zanim wyobraźnia za bardzo się rozhula.
— Nie.
— Dawno przyszedłeś? Moro się wybiegał? Długo byliście?
— Nie. Tak. Wystarczająco.
— Jesteś irytujący — wytknęła, zaciskając mocno usta. Nie cierpiała ciągnąć Itachiego za język. Zwyczajnie w takich momentach aż dostawała ciśnienia.
— Nie bardziej od ciebie — zauważył lekceważąco, kontynuując pracę.
— Dupek — wymamrotała przez zęby, zagapiając się na ścianę. Czując miarowe pociągnięcia szczotki westchnęła mimowolnie, przymykając powieki. Ogólnie nienawidziła jak ktoś dotykał jej włosów. Gdy coś takiego w ogóle miało miejsce, przejawiała chęć mordu, a w najlepszym razie pozbawienie delikwenta kończyny. Natomiast teraz była wyjątkowo daleka od wprowadzenia w życie drastycznych działań. W zasadzie rozpierało ją zadowolenie. Po pierwsze odczuwała niesłychaną ulgę, że przykry obowiązek rozplątywania kołtunów spadł na kogoś innego. Po drugie, do czego się w życiu nie przyzna, dotyk Itachiego sprawiał przyjemność, wyciszał.
— Co robiliście na zajęciach?
— Nic.
— Uchiha, wiem, że nie jesteś gadułą, ale to już przesada — sapnęła, zerkając na niego przez ramię. Aż zmrużyła powieki, kiedy westchnął cierpiętniczo, ale ku jej uldze wreszcie rozwinął wypowiedź. Dobrze, bo tylko to uratowało go przed drastyczną i powolną śmiercią.
— Kadra uznała, że musimy się lepiej poznać.
— Ale jak to? — Liv na tę informację autentycznie zgłupiała. Bo najpierw narzucają rygor przygotowań, a teraz nagle dają czas wolny. — To nielogiczne.
— Nie mnie osądzać. Pewnie analizują nowe wytyczne turniejowe i stąd ten pomysł. — Itachi wychylił się przez Senju, odkładając na blat szczotkę. — W tych okolicznościach jest to nam na rękę.
— W sumie… Hej!
— Co? — zapytał z rozbawieniem, wciąż ją obejmując i celowo dmuchając w ucho.
— To krępujące — wymamrotała, czując nieznośne gorąco na policzkach oraz próbując się odsunąć od piersi partnera. Nie chciała się za bardzo szarpać ze względu na nieszczęsny szlafrok. — Daj mi się ubrać, człowieku.
— Masz na sobie więcej niż w szkole — zauważył, podciągając wyżej okrywający ich pled.
— Ale… tam nie miałam zbytniego wyboru.
— Tu też nie masz — parsknął, zaraz poważniejąc gdy musnął palcami policzek Liv. — Chyba znowu masz temperaturę. Brałaś leki?
— Jeszcze nie, bo jakiś baran nie pozwala mi wstać.
— Ten baran jest ci potrzebny — westchnął ze znużeniem, stukając ją opuszkami w czoło i gramoląc się zza jej pleców. — Nastawię wodę na herbatę.
— Ależ oczywiście, nie krępuj się i czuj jak u siebie…
— Dzięki.
— Sarkazm to pewnie pojęcie ci obce, co?
— Nie, ale tę marną niedoróbkę, zwyczajnie i bezczelnie olałem.
— Dupek.
— Do usług.
Liv zacisnęła usta w wąską kreskę opierając głowę o zagłówek i zagapiając się w sufit. Uchiha był niemożliwy. Mącił jej w głowie! Owszem, doceniała jego pomoc. Dzięki niej szybciej wyzdrowieje, ale to, że za każdym razem przekraczał niewidzialną granicę było niekomfortowe. Nie chciała być zabawką, przygodą na chwilę. W zasadzie, źle to ujęła. Zwyczajnie nie pragnęła widzieć w Itachim kogoś więcej niż kolegi z drużyny, partnera turniejowego. Ale niestety on robił wszystko aby zmieniła zdanie. I za cholerę nie potrafiła rozgryźć czy robił to celowo, czy zwyczajnie miał taki sposób bycia. A  może jawiła mu się jako swoiste wyzwanie. Drażnił się dla zabawy, sprawdzając kiedy wymięknie i będzie mógł ją odhaczyć w notesie z podbojami. Przyjmując, że takowy posiadał.
— Zjedz.
Wyrwana z rozmyślań spojrzała na postawiony talerz z jakąś zupą, zaraz przenosząc wzrok na Itachiego. Chłopak stał  już w kurtce, natomiast w ręce dzierżył smycz i wyraźnie szykował się do wyjścia. I o ile układ był jasny, że w czasie choroby pomaga w zajmowaniu się psem to jednak jeszcze trochę brakowało do pory wieczornego spaceru.
— Rozregulujesz Moro godziny.
— Niekoniecznie. Muszę zajrzeć do domu, a że nie wiem ile mi zejdzie to biorę go ze sobą.
— A twoi rodzice? Przypuszczam, że nie będą zachwyceni nietypowym gościem.
— Są w delegacji — odparł, zapinając przymilającemu się psu smycz. — Zjedz, bo wystygnie. Będę wieczorem.
— Nie zgub go, Uchiha.

~oOo~

            Itachi zerknął na psa zamierając z ręką na klamce. Wpatrując się w zaintrygowanego nowym miejscem zwierzaka, zmarszczył brwi. Gdy wychodził od Liv uważał, że zabranie Moro będzie najrozsądniejszym rozwiązaniem, teraz — po fakcie — miał wątpliwości. Po pierwsze, nie spodziewał się załamania pogody. Niby drastycznie się nie zmieniła, ale z nieba lała się mżawka, która utrudniała całe przedsięwzięcie. Jak? Otóż Moro był brudny. Nie tylko mokry, a uwalany błotem. A to znaczyło, że jeśli mu nie umyje łap to zabrudzi posadzki. I o ile podłogi nie stanowiły problemu, to cenne dywany rodzicielki już tak. Matka by go zamordowała gdyby coś się im stało, a ojciec powiesiłby na suchej gałęzi. Niewesoła perspektywa, która natychmiast zmuszała do ogarnięcia na nowo logistyki całego przedsięwzięcia.
            — Hm… a może zamknę cię w ganku? — mruknął pod nosem, zaraz wyrzucając sobie głupotę za gadanie do psa i bez entuzjazmu otwierając drzwi. Cóż, może jak już wejdzie problem rozwiąże się sam. Nie wiedział jak, ale może spłynie na niego jakiś pomysł.
            — Ooo… Itachi! Tak mi się wydawało, że słyszałem klucz w zamku. Zdążyłeś w sam raz na galę!
            — Hej, Naruto, gdzie Sasuke?
            — Bierze prysznic. — Niebieskie oczy chłopaka zatrzymały się na siedzącym mu przy nodze psie, zaraz aż jaśniejąc z radości. Nim Itachi zdążył choćby mrugnąć, blondyn już klęczał przy Moro tarmosząc go za uszy, ku wyraźnej uciesze futrzaka. — Drań nic nie mówił, że dorobiliście się psa. Jest super! Kiedy go adoptowaliście? I dlaczego nic o tym nie wiedziałem?! Okej, że drań nic nie powiedział, kumam. To dupek. Ale ty? — zawołał łypiąc na Itachiego nieprzychylnie, zaraz jednak skupiając się na Moro, który zaczął go lizać po rękach. — Jak się wabisz mordko? Grzeczny piesek… — paplał w najlepsze, drapiąc szczęśliwego czworonoga, który aby ułatwić mu dostęp położył się na grzbiecie.
            — Nie jest nasz — poinformował Itachi, szybko dochodząc do wniosku, że nawet dobrze się stało. Naruto z radością zajmie się psem, a on w tym czasie zdąży spakować torbę. Bo no cóż, jakoś wątpił, żeby brat garnął się do pomocy.
            — Opiekujesz się cudzym psem?
            — Tak wyszło — odparł lakonicznie ignorując niezdrowe zainteresowanie rozmówcy i wbiegł po schodach na piętro. Nim jednak zdążył skompletować pełen zestaw ubrań, w progu pojawił się Sasuke. Oparł się o futrynę ze skrzyżowanymi ramionami na piersi i świdrował go wzrokiem. Itachi za żadne skarby nie potrafił stwierdzić o cóż tym razem może chodzić chłopakowi, tym bardziej, że nie rozmawiali za wiele odkąd zdobył stołek reprezentanta szkoły. Zwyczajnie się rozmijali czasowo.
            — Co znowu? — Z westchnieniem postanowił się odezwać aby przerwać milczenie młodego. Jakoś wątpił żeby brat wyszedł pierwszy z inicjatywą, a czuł się wyjątkowo niekomfortowo gdy tak stał w ciszy i się gapił. I jeżeli ktoś uważał jego za milczka, to nie znał Sasuke.
            — Umawialiśmy się na wieczór sportowy.
            — Nie…? Z tego co pamiętam, to tylko zakomunikowałeś mi, że na dziś zaklepujesz plazmę, bo zamierzacie z Naruto oglądać jakieś nocne walki. — Itachi szybkim ruchem zasunął torbę i zarzucił ją sobie przez ramię. — Gdzieś tam z Europy i tyle.
            — No właśnie.
            — Nie udawaj, że tak bardzo ci zależy na moim towarzystwie — zaśmiał się Itachi, pochodząc do brata i nim ten zdążył odskoczyć, poczochrał mu włosy. — Zawsze mnie wyrzucasz z pokoju jak siedzicie z Naruto.
            — Bo mnie szpiegujesz.
            — Jesteś moim młodszym, ukochanym braciszkiem.
            — Zaraz się porzygam, Itachi.
— Jak tak bardzo masz za mną tęsknić to wrócę. W końcu jestem twoim wspaniałym, starszym bratem.
Sasuke aż się zapowietrzył na ten dobór słów, niemal doprowadzając Itachiego do śmiechu. Po drganiu szczęki młodego już wiedział, że wygrał. Czasem aż było mu żal chłopaka, że tak łatwo dawał się zmanipulować. Wystarczyło kilka magicznych słów ładnie wplecionych w kontekst.
            — Dla twojej informacji to nie był mój pomysł — prychnął kiedy się uspokoił, mierząc brata spojrzeniem pełnym politowania. —  Młotek ubzdurał sobie męski wieczór i podobno zaplanował każdą jego minutę.
            — Myślę że się wykupiłem. — Schodząc po schodach, mimowolnie się uśmiechnął i wskazał na wciąż siedzącego na podłodze przy psie, blondyna. — Hm… może jednak zostanę? Ty, ja, on i pies. To może się udać.
            — O! Super. — Naruto rozpromienił się jak słoneczko, szybko podnosząc się do pionu i wlepiając błagalne spojrzenie w Sasuke. — No weź, draniu.
            — W życiu. Nie będę czyścił mebli z sierści przez twój kaprys.
            — Jak uważasz. — Itachi podszedł do Moro i chwycił za smycz. Trzymając rękę na klamce, dodał: — Miłej zabawy. Ach, i zapomniałbym. Nie rozwalcie kanapy.
            — Słaby żart, Itachi. — Sasuke zmrużył powieki, przekrzywiając lekko głowę. — Kiepska rada zwłaszcza od osoby, która wysadziła sedes na piętrze.
            — Wojna, straty… mówi ci to coś? — Uśmiechnął się na widok zniesmaczonej miny brata i wolnym krokiem wyszedł na ganek. Wdychając wilgotne powietrze, spojrzał na zadowolonego psa i wciągnął na głowę kaptur, ruszając w stronę bramy. Najwyższa pora wracać.

~oOo~

            Liv wcisnęła dłonie w kieszenie kurtki, obserwując biegającego psa. Pupil z wyjątkową radością przyjął fakt, że to ona, a nie Itachi zabiera go do parku, co udowodnił głośnym szczekaniem. Zupełnie jakby w swoim języku informował całe otoczenie, że wreszcie jest z ukochaną panią. Aż uśmiechnęła się na tę myśl, mrużąc lekko powieki. Dziś czuła się o niebo lepiej niż wczoraj i dlatego nie czekając na Uchihę, wyprowadziła Moro na poranny spacer. Byli na dworze już dobre kilkadziesiąt minut, więc powoli nadchodziła pora powrotu, którą niedorzecznie ignorowała.
Z cichym westchnieniem usiadła na najbliższej ławce, wystawiając twarz do słońca. Cichy szum wiatru działał odprężająco, a w połączeniu z ciepłem promieni przyjemnie rozleniwiał. Spod przymrużonych powiek patrzyła na poruszające się korony drzew, analizując zmiany jakie zaszły w jej życiu za sprawą zgłoszenia się do turnieju.
I nie miała tu na myśli szkoły. Chodziło głównie o Uchihę. Jak zwykle zresztą. Stali się niemal nierozłączni, co było dobre jeśli patrzyło się z perspektywy konkursu. Jednak… Odczuwała niepokój, taką irytującą nerwowość w towarzystwie chłopaka.
Co tu kryć, stresował ją! Każdy dotyk, zbytnia bliskość wywoływała szybsze bicie serca i byłaby naprawdę głupia gdyby utrzymywała, że wciąż jest jej obojętny. Ale ten fakt, że zaczynało jej zależeć paradoksalnie budził gniew. Złość, bo nie miała bladego pojęcia co zrobić z tym fantem. Jak powinna się zachowywać w tych cholernie intymnych sytuacjach, które generował. Rozsądek dzielnie walczył z hormonami, ale któreś w końcu będzie musiało ustąpić. Nie da się przeciągać liny całą wieczność. I każdy zwycięzca, z czasem — jeśli nie od razu — okaże się złym dowódcą. Nawet nie chciała się zastanawiać jak wyglądałyby ich relacje, gdyby wtedy Shisui nie wszedł do sali telewizyjnej. Gdyby Itachi zrobił to co zamierzał…
— To było cholernie głupie, Senju.
Aż podskoczyła ze strachu, gwałtownie obracając się przez ramię i znajdując się oko w oko z obiektem swoich intensywnych analiz. Zbyt zaskoczona nie była w stanie wykrztusić nawet słowa, zachodząc w głowę jak do diaska ją znalazł. Przecież zabrała psa w najdalszą część parku, gdzie zapuszczało się niewiele osób.
Dzięki temu zyskała upragniony spokój. Moro mógł biegać swobodnie, a ona rozmyślała nad relacjami jakie łączyły ją z Itachim.
Z niepewną miną wgapiała się w widocznie złego chłopaka, starając się wyrównać bicie zlęknionego serca i zmusić rozum do pracy. Z niewyjaśnionych przyczyn czuła się winna, że wyszła z domu bez słowa, co było logicznie rzecz biorąc niedorzeczne.
— Zaspałeś — wydusiła, gdy wreszcie minął pierwszy szok i odwróciła się, przerywając irytujący kontakt wzrokowy. To musiało się skończyć. Przez tę huśtawkę emocji nie potrafiła normalnie funkcjonować.
— To ty zabrałaś go za wcześnie — wytknął, stając naprzeciwko i mierząc Liv chmurnym spojrzeniem. Widząc jak otwiera usta w proteście, szybko uniósł dłoń kontynuując. — I nawet jeśli już chciał wyjść to wystarczyło mnie obudzić.
— Przestań zachowywać się jak kwoka — sapnęła błyskawicznie wstając, aby uniemożliwić mu gapienie się z góry, niczym na karconego dzieciaka. — Czuję się lepiej.
— Oczywiście.
— Uchiha, nie dramatyzuj! Gdyby było inaczej to przecież nie miałabym oporów aby wykopać cię z łóżka.
— Jeżeli dziś usłyszę chociaż raz, jak kaszlesz lub będziesz miała gorączkę to inaczej pogadamy — warknął, zaraz przywołując do nogi Moro i beznamiętnie obserwując jak Liv niechętnie zapina mu smycz. — Czuj się uprzedzona.
— To groźba?
— Ostrzeżenie.

~oOo~

            — Długo się będziesz boczył? — Liv ze złością poklepała jedną z poduszek, wygładzając niewidoczne fałdki. Siedzieli u niej w salonie, a cisza panująca pomiędzy nimi powoli stawała się nieznośna.
            — Skąd pomysł, że to robię? — Itachi nawet nie podniósł wzroku znad trzymanego telefonu, podpierając się na ręce.
            — Może stąd, że się nie odzywasz?
            — Nie chcę kłótni.
            — Widać.
            — To dobrze.
            — Zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko!
            — To nie ja latam przeziębiony po parku.
            — Uchiha, naprawdę wyprowadzasz mnie z równowagi.
            — Miła odmiana — zauważył, odkładając komórkę na bok. Chwilę później stał już nad Liv, uważnie się jej przyglądając. — Sądziłem, że zależy ci na tym turnieju.
            — Owszem. Ale weź się zlituj. Ile dni już siedziałam w domu? Nie uważasz, że wystarczająco? Tym bardziej, że naprawdę mi lepiej? — Siląc się na spokojny ton, spojrzała Itachiemu w oczy. — I do diabła, nie nadwyrężałam się. Spacerowałam, ciepło ubrana!
            — W takim razie, skoro jesteś już zdrowa, jestem tu dla towarzystwa.
            — Co? — Aż zamrugała szybciej, zaskoczona zmianą tematu. Dopiero po chwil dotarł do niej sens wypowiedzi, i o ile była oburzona wnioskiem, to z drugiej strony skoro nadarzała się okazja, to czemu z niej nie skorzystać. — O tym też musimy pogadać.
            — O tym, że mnie lubisz?
            — Nie. Raczej o tym, że robisz wiele aby wszystko zepsuć.
            — Jak to zepsuć?
            — W końcu doprowadzisz do tego, że będzie niezręcznie!
            — Mianowicie?
            — Itachi, nie udawaj. Oboje wiemy do czego… Znaczy… — Rany, nigdy nie myślała, że to będzie takie trudne do wykrztuszenia. — Co by się wydarzyło w sali telewizyjnej, gdyby nie powrót twojego kuzyna.
            — Nie rozumiem.
            — Uchiha, oboje doskonale wiemy, że rozumiesz — wysyczała, dodatkowo podminowana jego uśmiechem. Itachi wydawał się doskonale bawić widząc wywołane zawstydzenie. — Jednak, skupmy się na ważniejszej kwestii. To nie może się powtórzyć.
            — Liv, przecież nic się nie wydarzyło.
            Aż się zapowietrzyła w niedowierzaniu, gdy omiótł ją spojrzeniem od którego uczennicom w szkole miękły kolana. O ile nie mdlały, albo nie piszczały z ekscytacji. Ona w każdym razie zaniemówiła. Normalnie przez kilka sekund wlepiała w Uchihę oczy nie potrafiąc wykrztusić słowa. I nie, nie dlatego, że zrobiło się jej duszno i gorąco. No, nie tylko dlatego. Ważniejszy był fakt, że z nią bezczelnie pogrywał.
            — Okej… — Mrużąc powieki, przyjrzała się lekko uśmiechniętemu chłopakowi. Cóż, w takim razie rozegrają to inaczej. — Ujmę to tak. To nic, niech się lepiej nie powtarza. Dla dobra turnieju.
            — Wiem o co gram.

10 komentarzy:

  1. W końcu notka! Lecę czytać!

    Yuzuki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, witaj. Usiądź rozgość się :3. Ja tu teraz rzadko, ale robię co mogę :"D.

      Usuń
  2. ahh
    nareszcie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No... Późno, późno -_-. Ale lepiej późno niż wcale...

      Usuń
  3. Tak sobię myślę, że dawno mnie tu nje było.
    Wchodzę, patrzę, widzę rozdział :)
    Początkowo musiałam wytężyć mózgownicę, bo nie pamiętałam dokładnie co się działo wcześniej, ale po kilku zdaniach ogarnęłam co i jak.
    Nie chcę się rozpisywać, więc dziękuję za umilenie tej niedzieli rozdziałem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało Ci się ogarnąć o co tu jeszcze biega w tym blogu. Gdy rozdziały są coraz rzadziej to ciężko się rozeznać i nie ma w tym Twojej winy. Tak, biorę to na klatę i obiecuję poprawę... Przynajmniej się będę starać :x

      Usuń
  4. Znalazłam bloga przypadkowo, gdyż zrobiłam sobie rewatch Naruto(jeszcze nie skończyłam) - wiadomo hype - i szukałam jakiś ciekawych opowiadań, i Twój jako jedyny, bo pisany w naszej teraźniejszosci, mnie zaciekawił. Styl też robi swoje, a blogi pisane przez nastolatki są czasem karygodne.
    Także cieszę się, że znalazłam tę perełkę, i moja droga, kontynuuj, bo lubię takie perełki :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda zabłąkana dusza jest tu jak najbardziej mile widziana :D. Tak więc zaglądaj tu do mnie jak najczęściej.
      Miło widzieć zadowolenie u Czytających i nie ukrywam, że odrobinę połechtałaś moje próżne ja XD. Tak, jestem łasa na komplementy, ale chyba jak każdy... Tak się w każdym razie pocieszam.
      Mam nadzieję, że uda mi się w miarę ogarnąć życie i znaleźć więcej czasu na opowiadania, chociaż nie ukrywam, że momentami jest ciężko. Ale zrobię wszystko aby się nie poddać <3. Zwłaszcza wiedząc, że jeszcze ktoś tu na mnie czeka <3.
      Pozdrawiam i dziękuję, że przybyłaś z otchłani Internetów.

      Usuń
  5. Wielki powrót autorki, wielki powrót największej nadgorliwej czytelniczki!
    ...takie tam tylko 4 tygodnie spóźnione ^^''
    Usprawiedliwię moje spóźnienie tym, że byłam już szczerze przekonana, że porzuciłaś tego bloga. Nie powiem, na tę myśl robiło mi się przykro. Całe szczęście udało ci się wyprodukować coś nowego, choć przyznam szczerze, że minęło tyle czasu od poprzedniego rozdziału, że nie pamiętam już, co się zadziało w tej sali telewizyjnej... a natłok zajęć nie jest tylko twoim utrapieniem, mnie też nadmiar czasu wolnego nie dopisuje, toteż nie mam go wystarczająco, żeby cofać się w rozdziałach i przypominać sobie, co się działo (przydałby się jakiś snapshot z poprzednich wydarzeń), bo ledwo jakoś wygospodarowałam wolną chwilę, żeby w ogóle przeczytać i skomentować ten rodział (/.-)''
    Pamiętam, że bardzo lubiłam to opowiadanie, ale teraz pomysł zakładający, że Itachi miał odwiedzać Liv tylko po to, żeby wyprowadzić jej psa brzmi trochę nideorzecznie ^^'' Ja wiem, że to tylko takie mydlenie oczu i to taka tania wymówka, ale kiedy się do tego nieco zdystansujesz, brzmi to co najmniej śmiesznie. W sensie... komu chciałoby się tak poświęcać tylko po to, żeby wyprowadzić cudzego psa? C'':
    Muszę pryznać też, że w tym rodziale działo się wyjątkowo nie wiele. Liv zaczęła wracać do zdrowia i w sumie tyle. No i uraczyłas nas opowieścią z minionej balangi u Uchiha. To w sumie było dobre xp Chciałabym zobaczyć taką na własne oczy - a przede wszystkim to, jak Itachi i Shisui idą razem do czegoś w rodzaju Castoramy i składają się ze swoich oszczędności z kieszonkowego na nową muszlę klozetową, którą później własnoręcznie próbują zamontować w miejsce starej xD
    Mam nadzieję, że uda ci się znaleźć trochę czasu dla siebie i spokoju w okresie świątecznym, że trochę odpoczeniesz i może znowu uda ci się coś naskrobać C: Bo jak chęć do kontynuowania opowiadania jest, to i Wen jakoś się znajdzie ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach... Witaj i wybacz <3. Odpisuje tak późno, bo czas nie jest dla mnie łaskawy. Dosłownie wycieka mi przez palce :/. Na pewno znasz to uczucie Kochana <3.
      W pełni rozumiem żeś się pogubiła z racji mojej opieszałości w pisaniu. Jestem złym, ale zapracowanym człowiekiem xD.
      Z jednej strony rozumiem Twoje niedowierzanie, że Uchiha bez wyraźnego dbania o własne interesy pomaga Liv. W końcu ten typ nie jest aż tak bezinteresowny jeżeli nie ma zagrożenia życia :"D.
      Ale, ale... To, że Uchiha powiedział, że jest dla towarzystwa to był sarkazm XDDD. Tyle, że słabo to przedstawiłam O_O. Mój błąd.
      W każdym razie dzięki Ci, że wciąż tu przybywasz skoro Twoje życie ssie tak samo jak moje. Buziaki i do kolejnego wpisu <3. Mam nadzieję, że coś ulęgnę :/

      Usuń