Nastał nowy
dzień. Liv z ociąganiem szykowała się do wyjścia. Była dopiero dziesiąta,
jednak znając jej roztrzepaną grupę postanowiła, że lepiej spotkać się wcześniej.
Stając przy drzwiach spojrzała w wielkie wiszące w holu lustro. Przyjrzała się
swojej czerwonej czuprynie i zatrzymała wzrok na dużych zielonych oczach.
— Dlaczego on
mnie tak nie trawi? Jeszcze teraz to wspólne zadanie — mruknęła i spojrzała z
jękiem w sufit. Relacje z Uchihą zawsze należały do ciężkich. Nigdy nie
potrafili się dogadać i dla dobra ogółu nie odbywali wspólnych misji. Tak było
bezpieczniej. Z westchnieniem sięgnęła po plecak i ruszyła do wyjścia.
Skacząc po
dachach błyskawicznie znalazła się w miejscu zbiórki. Siedząc przy bramie i
czekając na swoich uczniów, zaczęła myśleć o podopiecznej. Jako osoba
publiczna, często gościła na pierwszych stronach gazet. Bankiety, aukcje dobroczynne,
spotkania polityczne… Słyszała, że to naprawdę piękna młoda kobieta. Nigdy nie
miała okazji widzieć jej na żywo, ale fotografie potwierdzały wersje o
niezwykłej urodzie. Gdzie się nie pojawiła, siała spustoszenie w męskich
sercach, a konkurentki drżały z zazdrości. Nie było nikogo, kto by nie reagował
na jej widok szybszym biciem serca. Z myśli wyrwał ją wesoły szczebiot.
— Witaj, Sensei!
— Zaku jak zwykle promieniał radością.
— Cześć wam —
odpowiedziała i spojrzała na grupę. Shion i Yuchiro jak zwykle stali z tyłu za
ich żywym srebrem. Zerknęła w niebo uśmiechając się delikatnie. — Zaku? Wziąłeś
wszystko? Kunaie, shurikeny i tak dalej?
— Mam, mam —
przytaknął szczerząc się szeroko i poprawiając czarną czuprynę.
— A śpiwór? —
Liv uniosła pytająco brew.
— Eeee...
Nagle znikąd pojawił się Itachi.
Poprawił przerzucony przez ramię bagaż i pewnym krokiem podszedł do grupy.
Pokręcił z niedowierzaniem głową na widok zmieszania na twarzy brata.
— Masz,
zapomniałeś zabrać. — Rzucił bratu tobołek. — Co ja z tobą mam…
— Ooo… dzięki
braciszku. Widzisz sensei? Wszystko już mam. — Chłopiec dumnie się wyprostował,
zerkając z wdzięcznością na Itachiego.
— Taa… Ciekawe
czy zawsze będziesz miał kogoś kto poratuje cię w takiej sytuacji. — Liv
posłała uczniowi ironiczne spojrzenie. Widząc jak ten spuszcza ze smutkiem
głowę, westchnęła z rezygnacją. — No już, nie dąsaj się młody. Jak nie
pamiętasz co masz zabrać to po prostu notuj. — Odwróciła się do starszego
Uchihy. — Gdzie twoje grupa?
— Odesłałem ich
po księżniczkę.
— Chyba widzę
Tsunadę — powiedziała Liv, podnosząc się z miejsca. Przeciągnęła się mocno,
prostując kości i przetarła oczy.
Z daleka można
było dostrzec kroczącą Hokage, która prowadziła ich podopieczną. O czymś
musiały dyskutowały, bo obie żywo gestykulowały. Na twarzy Tsunade malował się
uprzejmy uśmiech, gdy słuchała córki Władcy Kraju Ognia. Za nimi zaprzężony w
dwa konie toczył się wolno powóz. Dosyć spory jak na potrzeby jednego pasażera,
ale tak ważna osobistość z pewnością potrzebowała przestrzeni i wygody. Nie
mogła podróżować jak reszta społeczeństwa.
— Przedstawiam
wam Yuuki, córkę Władcy Kraju Ognia. — Tsunade stanęła przed nimi, wzrokiem
dając do zrozumienia, że jak narobią jej wstydu to zabije.
— Witaj, mam na
imię Liv...
— Ta Liv? Z rodu
Senju? — kobieta patrzyła na nią z zaskoczeniem i wymalowaną na twarzy
ciekawością. Liv poruszyła się niespokojnie pod jej uważnym spojrzeniem,
odchrząkając głośno.
— Tak to ja, a
to reszta mojej grupy: Shion Yuno, Zaku Uchiha i Yuchiro Hino — odpowiedziała
szybko wskazując kolejno swoich uczniów. Zauważając jak chłopcom świecą się
oczy do księżniczki pokręciła z politowaniem głową. Na nastolatków też działa
pobudzająco. Tak naprawdę to poniekąd im się nie dziwiła, bo sama na chwilę
została złapana w pułapkę jej piękna. Mogła jedynie patrzeć i podziwiać, nigdy
nie widziała kogoś o tak idealnych rysach twarzy.
— A ty
przystojniaku? — kobieta wdzięcznie podeszła do Uchihy, uśmiechając się
zachęcająco.
— Itachi Uchiha. Tam przy powozie jest reszta mojej grupy, którą już zdążyłaś
poznać księżniczko.
— Czcigodna,
zapewniłaś mi doskonałe towarzystwo do podróży — mówiła pożerając Uchihę
wzrokiem. Zaraz jednak przypomniała sobie o zasadach dobrego wychowania i
spojrzała na Tsunade. — Nigdy nie spodziewałam się, że przyjdzie mi pracować z
potomkami tak znamienitych rodów jak Senju i Uchiha.
— Wybrałam
najlepszych shinobi z mojej wioski.
Yuuki kiwnęła ze
zrozumieniem głową, wciąż kątem oka obserwując Itachiego. Po krótkich, ale
wylewnych pożegnaniach ruszyli w drogę. Liv szła bardziej z tyłu orszaku, w
zamyśleniu patrząc na powóz. Rozmyślała o misji i możliwych scenariuszach jakie
mogą się wydarzyć. Wcześniej Itachi napomknął, że Yuuki już trzy razy próbowano
porwać i tylko dzięki szybkiej reakcji ochrony, udało się temu zapobiec.
Przeniosła spojrzenie na swoją grupę. Wszyscy bardzo szybko znaleźli wspólny
język z podopiecznymi Uchihy. Wśród młodych panowała rozluźniona atmosfera,
można było usłyszeć ciche chichoty i przekomarzania. Liv trochę się obawiała,
że jeżeli grupa Itachiego jest choć trochę podobna do swojego mistrza, to mogą
być problemy. Na szczęście jej obawy się nie potwierdziły.
Liv
z jękiem poprawiła pasek plecaka. Miała niemal pewność, że już zdążyły jej się
porobić odciski na ramionach. Wędrowali przeszło kilka godzin i była wykończona,
po swoich geninach widziała, że oni również. Miała właśnie podnosić rękę by
nakazać postój gdy zauważyła, że zwalniają. Odnotowała to z prawdziwą ulgą
przysiadając na trawie. Miała dość. Nigdy nie lubiła wykonywać misji w dzień.
Gorące i palące słońce, nie było najlepszym sprzymierzeńcem pieszych wędrówek.
Z westchnieniem podniosła zrzucony plecak i powlokła się do towarzyszy.
Siadając oparła się o wieli głaz i przymknęła powieki. Przyjemny chłód
przenikał jej nagrzaną skórę, dając ulgę rozgrzanemu ciału. Z przyjemnością
słuchała wesołej paplaniny Zaku, gdy próbował bajerować Yuuki. Parsknęła cicho
pod nosem na kilka jego tandetnych tekstów. Mężczyźni w każdym wieku byli
tacy sami. Gdy widzą godną zdobycz włącza się instynkt łowiecki. Zaśmiała się
cicho, zaraz poważniejąc i marszcząc brwi. Powinna zawołać swojego ulubieńca i
ustalić z nim warty. Chcąc, nie chcąc, a bardziej nie chcąc zawołała:
— Itachi!
— Słucham? —
Słysząc głos tuż przed swoją twarzą, aż podskoczyła i uderzyła się w tył głowy.
Pocierając potylice, otworzyła oczy i spojrzała na niego z wyrzutem.
— Mogłeś się
odezwać wcześniej albo zasygnalizować jakoś swoją obecność, dupku — warknęła
rozmasowując bolące miejsce.
— Nie wołałaś. —
Uśmiechnął się z satysfakcją. — A ja napawałem się widokiem jakie mięczaki są w
rodzie Senju.
— Niezła próba,
Uchiha, ale nie dam się sprowokować. Ustaliłeś warty?
— Tak. Jest nas
tak duża grupa, że najpierw każdy będzie czuwał przez dwie godziny. Ty bierzesz
pierwszą, Miwa z Akirą, Zaku i Yuchiro, ja a na końcu Shion z Satu.
— Może być.
Teraz zejdź mi z oczu i nie psuj warty. — Senju z jękiem podniosła się z ziemi,
otrzepując tył spodni. — Dobra towarzystwo. Czas spać.
Prawie siłą
wepchała młodego Uchihe do śpiwora i wspięła się na ogromny dąb przy obozie. Z
tak wysokiej gałęzi będzie miała doskonały widok na okolice. Z dołu słyszała
ciche pochrapywania towarzyszy. Trochę było jej żal, że pierwsza musi pełnić
warty mimo, że jest tak padnięta. Zmieniając pozycję zauważyła jakiś ruch w
oddali. Bardzo ostrożnie zsunęła się z drzewa i zaczęła się skradać. Gdy
dotarła na miejsce powoli wyjrzała zza pnia. Ku swojej konsternacji zobaczyła
tylko krzaki. Poirytowana przeszukała cały las, ale nic nie znalazła. Nawet
najmniejszych śladów czyjejś obecności. Mamrocząc ciche przekleństwa, wróciła
na swoje miejsce obserwacyjne. Reszta nocy minęła spokojnie.
Wyspana i
rześka, sprężystym krokiem zamykała pochód. Tego było jej trzeba, długiego i
regenerującego snu. Patrzyła akurat w niebo, gdy zauważała kątem oka ruch w lesie.
Leniwym ruchem ręki przywołała do siebie Zaku.
— Widziałeś? —
zapytała ze spokojem Liv.
— Oczywiście
Sensei, za kogo ty mnie masz? — Obrażony wykrzywił usta.
— To wołaj
Yuchiro. — Udawała, że grzebie po coś w plecaku by intruzi nie domyślili się o
ich planach. — Sprowokujcie ich do wyjścia na polane.
— Okej!
Patrzyła jak
chłopcy znikają w lesie, zaśmiewając się szaleńczo. Dla obserwatora wyglądało
to jak zwykła zabawa w berka. Przymknęła oczy, czekając, aż ich strategia
zacznie działać. Nie minęło nawet pięć minut jak na polne przy urwisku, wypadło
pięciu wrogich ninja.
Z uśmiechem
obserwowała jak jej drużyna powala dwóch napastników. Palące uczucie
satysfakcji rozlało się po jej ciele, że są co raz sprytniejsi. Jednak nie
mogła sobie pozwolić na chwilę dekoncentracji. Nagle, tuż za plecami Shion
zobaczyła kolejnego intruza. Niewiele myśląc teleportowała się tuż za jego
plecy i powaliła na ziemie. Rozejrzała się po towarzyszach oceniając sytuację.
Itachi walczył z trzema na raz. Bardziej wyglądało to na zabawę niż prawdziwą
walkę. Dobrze wiedziała, że tacy przeciwnicy to dla niego żadne wyzwanie, ale
gdyby się pośpieszył to mógłby pomóc geninom. Każda z grup zajęta była walką z
innymi napastnikami. A do niej właśnie skradała się trójka rosłych mężczyzn.
Przewróciła teatralnie oczami i bez cackania powaliła ich cięciami wiatru.
Stała w tym momencie najbliżej powozu i była ostatnią przeszkodą jaką musieli
pokonać bandyci. Z cichym westchnieniem wyciągnęła katanę. Nigdy nie przepadała
za walką wręcz, ale wyłaziło ich co raz więcej, więc lepiej pozbywać się ich od
ręki. Szybkimi cięciami powaliła przeciwników rozglądając dookoła. Widząc, że
wszyscy bandyci zostali obezwładnieni przyjrzała się dokładniej trzem związanym
osiłkom. Nie mieli żadnych symboli sugerujących przynależność do którejś z
wiosek. Szybko podeszła do jednego z nich, chwyciła za nadgarstek i odsłoniła
przedramię. Tak jak myślała. Zaatakowała ich szajka handlarzy ludźmi.
Liv schowała swój miecz i przywołała
swoją grupę. Uważnym wzrokiem obrzuciła obrażenia podopiecznych. Zaku miał
rozcięty policzek, Shion osmolone ubranie, a Yuchiro jak zwykle bez
najmniejszego zadraśnięcia. Poklepała ich z uznaniem po ramionach.
— Dobra robota.
Shion zrób mu coś z tym policzkiem. — Oddaliła się w stronę powozu. Oceniając
szkody nie zauważyła nic co mogłoby utrudniać dalszą podróż. No może odrobinę
wystraszone konie, ale widziała, że Miwa już je uspokaja. Ta dziewczyna miała
wyjątkową rękę do zwierząt. Zadowolona zostawiła wierzchowce pod jej opieką.
— Yuuki? Nic ci
nie jest? — Podeszła do wejścia pojazdu zaglądając do środka. To co zobaczyła
sprawiło, że otworzyła usta ze zdziwienia. W środku siedziała Yuuki, z wysoko
podwiniętą spódnicą, a tuż obok niej siedział Itachi i manewrował przy jej
nagim udzie. Zamrugała gwałtownie upewniając się, że to nie przewidzenie i
odchrząknęła głośno zwracając na siebie uwagę. Udała, że nie widzi głębokiego rumieńca
na twarzy podopiecznej.
— Uchiha jak
skończysz to chciałabym porozmawiać. — Skonsternowana zamknęła drzwi powozu.
Zobaczony widok
tak ją rozproszył, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, na co się patrzy. Niby niepozorny mały kartonik, a jednak dał radę przyprawić ją o zimny dreszcz strachu. W
trawie dostrzegła czerwoną wybuchową notkę. Odwracając się w stronę uczniów,
zauważyła, że jest ich znacznie więcej i aż przełknęła głośno ślinę.
— Wszyscy stać!
— krzyknęła ile sił w płucach, ale wiedziała, że powiedziała to za późno.
Jak w zwolnionym tępie widziała Zaku stawiającego stopę na bombie. Zacisnęła zęby i nie zastanawiając się ani sekundy, teleportowała się odrzucając ucznia
na bok. Zdążyła jedynie osłonić twarz ramionami gdy nastąpiła eksplozja. Huk
jaki rozdarł cisze prawie rozsadził jej bębenki, a skóra zapiekła jakby palona
żywym ogniem.
Cholera, czuła
jak siła wybuchu wyrzuca ją prosto w stronę urwiska. Już sam fakt, że oberwała bombą nie należał do najbardziej optymistycznych, a teraz jeszcze to. To się nazywał prawdziwy pech, że z dwojga złego, zamiast wpaść w las — uderzenie w pień nie jest najprzyjemniejszym przeżyciem, a nie wątpiła, że skosiłaby kilka — to zleci ze skarpy. Oczyma wyobraźni już
widziała własne roztrzaskane o ziemię ciało. Chwilę później poczuła jak coś
próbuje ją złapać, ale było za późno. Palce Boga Nawałnic Itachiego jedynie ją
musnęły obracając w locie, co w żaden sposób nie pomogło, ale w sumie również nie zaszkodziło. Co to za różnica jak uderzy w ziemię. I tak zetknięcie z gruntem porachuje jej masę kości. Nie wiedziała ile spadała, ale na szczęście nie za długo. Jednak tak jak przypuszczała, nie było wesoło. Siła
uderzenia odebrała jej oddech, a w ustach momentalnie poczuła metaliczny smak krwi. Mrużąc powieki zakasłała
głośno, czując jak rzęzi jej w klatce piersiowej. Szybka diagnoza, żebra w strzępach. Cóż, ale żyła. Przymykając oczy, jak przez
mgłę, słyszała krzyki swoich podopiecznych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz