Itachi siedział
na drzewie i wpatrywał się w niebo. Rozstawił wokół obozowiska pułapki i
oddawał się rozmyślaniu. Misja nie przebiegała tak łatwo jak zakładał. Przede
wszystkim nie przewidział sytuacji gdzie jeden z członków drużyny znika. Minęło
już trzy dni jak ta złośnica zaginęła i nie dawała żadnych oznak życia.
Widział, że jej podopieczni odzywają się do niego tylko dlatego, że jest
przywódcą i nie mają innego wyboru. Mieli mu za złe, że zostawił Liv na pastwę
losu. Dziwiła go jednak reakcja jego grupy, wyczuwał że oni też mieli do niego
o to żal. Czy oni nie rozumieją, że ona jest z Senju? Oni zawsze spadają na
cztery łapy. Czasem miał wrażenie, że mają więcej żyć niż normalni ludzie.
Z tą myślą
zeskoczył z konaru i spojrzał na śpiących gninów. Cała ta akcja wykończyła ich
psychicznie i dopiero sen przynosił im jako taką ulgę. Pocieszył się, że
jutro powinni dotrzeć do wioski, a tam w natłoku zajęć nie będą mieli czasu na
rozpamiętywanie ostatnich wydarzeń. Klepnął w ramie mijanego Akire i wskoczył
do śpiwora.
Wciąż ziewając zasypywał ślady ogniska.
Musiał przyznać, że trafiło im się bardzo nudne zadanie. Niebezpieczne to fakt,
ale nudne.
— Dobra towarzystwo, zbiórka. —
Przyjrzał się smętnym minom swoich podwładnych. Stanowczo mu się nie podobało
ich negatywne nastawienie i zamierzał ich doprowadzić do porządku. Już otwierał
usta by wygłosić jakąś mowę motywującą, gdy nagle poczuł, że coś zwala go z
nóg. Leżąc na ziemi, zaskoczony patrzył prosto w oczy przygniatającej go Liv,
zaś na niej leżał jakiś chłoptaś i głupkowato chichotał.
— Wybacz, chyba jeszcze w pełni nie
zregenerowałam sił, skoro latam w cały świat — uśmiechnęła się wesoło.
Odgarnęła z twarzy zabłąkany kosmyk, próbując się podnieść.
— Nie zauważyłem
różnicy. — Wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu za co spiorunowała go
wzrokiem. Zaraz jednak zmrużyła oczy przebiegle, szykując z pewnością jakąś
ciętą ripostę.
— Uchiha mógłbyś
trochę poćwiczyć, bo twoja tkanka tłuszczowa skutecznie zamortyzowała upadek.
Nie to, że narzekam, ale wiesz… taki elitarny żołnierz, a tu oponka —
zachichotała złośliwie, celowo wbijając mu łokieć pod żebra.
— Dla mnie
przynajmniej jest nadzieja. Ty na zawsze zostaniesz kościstą starą panną. Zero
kobiecych kształtów, a że o zachowaniu nie wspomnę — wystękał, wkładając w
swoją wypowiedź jak najwięcej jadu. Z przyjemnością odnotował fakt, że
dziewczyna aż zaczerwieniła się ze złości. Gdy już chciał triumfować swoje
zwycięstwo niespodziewanie nad nimi rozległ się wesoły głos:
— Chyba masz coś
nie tak z czuciem kolego. Wylądowałem na całkiem przyjemnym atrybucie
kobiecości. Mogę cię też zapewnić, że widziałem ją bez ubrań i ma wszystko na
miejscu.
Całkiem
zapomniał o dodatkowym balaście. Miał już całkiem niezłą odpowiedź , ale ze
słysząc głośne plaśnięcie zamknął usta ciekawy co dalej. Szybko się domyślił,
że na potwierdzenie swoich słów, nieznajomy klepnął dziewczynę w tyłek. Mało
nie parsknął śmiechem gdy Liv poderwała się z niego jak oparzona, zrzucając
brutalnie chłopaka na ziemię.
— Nigdy więcej
tak nie rób! — wywarczała przez zęby, celując w towarzysza wyciągniętym palcem
i aż sapiąc od hamowanego gniewu.
— Sensei! — Liv
poczuła jak mały huragan prawie zwala ją z nóg. Spojrzała w dół i zobaczyła
uśmiechnięte oblicza swojej grupy z podejrzanie błyszczącymi oczami.
— No już dobrze
moje potworki, żyję — Potargała każde z nich po włosach, łapiąc spojrzenie
uczennicy. — Shion mogę cię prosić na słówko?
— Oczywiście! —
Dziewczynka przytaknęła ochoczo i odbiegła za odchodzącą opiekunką.
Liv rozejrzała
się czujnie i przysiadła pod drzewem wyciągając do uczennicy rękę.
— Nie jestem
pewna ale to chyba trucizna. Mogłabyś coś z tym zrobić? Nie mogę składać
pieczeci.
— Już patrzę.
Liv przyglądała się jak Shion grzebie w
torbie i smaruje jej rękę jakąś niebieską mazią. Szybko i sprawnie wykonywała
skomplikowane pieczęcie nad jej skórą. Nagle wyczuwając na sobie czyjś wzrok,
szybko spojrzała w bok chcąc przepędzić intruza. Zauważając, że to Itachi
przygląda im się czujnie aż zazgrzytała zębami.
— O nie mój
drogi, nic się nie dowiesz. — Stworzyła ścianę wody by odgrodzić się od
wścibskich oczu mężczyzny.
— Sensei,
zrobiłam wszystko co mogłam. Teraz pozostaje czekać, aż organizm zwalczy
resztki trucizny. Potrwa to jakiś tydzień. — Spojrzała na nią przepraszająco,
chowając wyciągnięte przybory medyczne.
— Aż tydzień? No
trudno… — Podniosła się z ziemi i dezaktywowała barierę. Miała nadzieję, że
szybciej się pozbędzie pamiątki jaką podarowali jej bandyci, ale widać nie była
to pierwsza lepsza trucizna. — Chodź, trzeba ruszać dalej.
Podeszła do
starszego Uchihy, patrząc cały czas na odchodzącą w stronę grupy uczennice.
Widziała jak reszta jej drużyny obstąpiła ją ciasnym kółkiem, próbując się
dowiedzieć co takiego chciała od niej mistrzyni. Westchnęła ciężko gdy Zaku
zaczął żywo gestykulować wyrażając swoje niezadowolenie, spowodowane milczeniem
koleżanki.
— Ten chłopak to
Ascot, uratował mi życie. Może się nam przydać. — Zerknęła kątem oka na
stojącego obok mężczyznę, sprawdzając czy jej słucha. Najwyraźniej tak, bo
przyglądał się przybyszowi ze zmarszczonymi brwiami i widocznym niezadowoleniem
na twarzy.
— Czy naprawdę
musisz przegarniać wszystkie przybłędy?
— Nie mogłam go
zostawić. Jestem mu coś winna. — Również przeniosła spojrzenie na Ascota, który
dyskutował o czymś zawzięcie z Shion. Dziewczyna kiwała na coś potakująco głową
i zaczęła grzebać w swoim plecaku. — Zresztą, może trochę pomóc, ucząc moją
uczennice tego co wie. A wie całkiem sporo.
— Jasne —
prychnął Itachi, odwracając się na pięcie. — Tylko go sobie pilnuj.
Liv wolno
wędrowała po wiosce, spacerując pomiędzy budynkami. Yuuki cały dzień spędzała
na spotkaniach z ważniejszymi politykami, a oni mieli czas wolny. Niepewnie
krążyła po wąskich uliczkach, próbując spożytkować nadmiar wolnego czasu.
Została sama, gdy Shion i Ascot udali się do jakiejś apteki zielarskiej, żeby
uzupełnić zapasy młodej medyczki. Grupa Itachiego pilnowała księżniczki, a jej
roztrzepani chłopcy pognali do baru z ramen. Przetarła przedramieniem spocone
czoło, przystając w miejscu i biorąc kilka głębszych oddechów. Czuła jak jej
ciało trawi gorączka. Zdawała sobie sprawę, że takie są skutki walki organizmu
z trucizną, ale miała serdecznie dość swojej słabości. Przez myśl jej
przemknęło, że na całe szczęście nie ma jeszcze omamów ani majaków. Tylko tego
jej brakowało do szczęścia. Zachwiała się gwałtownie i oparła o ścianę
najbliższego domu.
— Niech to szlag
jasny trafi! — sapnęła cicho pod nosem i kucnęła, starając się powstrzymać
wirowanie w głowie. Gdy lekko ustały podniosła się z ziemi, mrugając
intensywnie i próbując wyostrzyć spojrzenie. Obraz przed jej oczami był trochę
zamazany, zupełnie jakby patrzyła na świat zza brudnej szyby. Prychając z
niezadowolenia uniosła głowę i tuż przed sobą zobaczyła stojącego Uchihe.
Zaśmiała się ironicznie, pocierając skronie i przymykając powieki. — Pięknie,
czyli mam do tego omamy.
— Jakie omamy? —
Gdy usłyszała przyjemnie niski głos, uśmiechnęła się cierpko.
— Świetnie, nie
tylko wzrokowe, ale też słuchowe. Lepiej być nie mogło. — Zacisnęła powieki i
po chwili znów je otworzyła, jednak stojąca przed nią postać, uparcie nie
znikała. Zmarszczyła nos w konsternacji. — Cóż, po prostu je zignoruje. —
Zamruczała sama do siebie, chwiejąc się na nogach starała się go ominąć. Gdy
już się zrównała z wytworem swojego rozpalonego umysłu, ten nagle złapał ją za
chore przedramię zatrzymując ją w pół kroku. Zanim fala bólu pozbawiła ją
przytomności, zdążyła pomyśleć, że jednak ten przeklęty dupek był prawdziwy.
Itachi ze
zmarszczonymi brwiami patrzył na trzymaną na rękach dziewczynę. Już od jakiegoś
czasu, czujnie obserwował jej zachowanie. W ogóle się nie skarżyła, ale wiedział,
że jest coś nie tak. Widział jak chwieje się na nogach idąc przez wioskę. Kiedy
już chciał się zapytać co jest, ta zemdlała. Trzymając ją w ramionach czuł jak
jej skóra parzy jego palce i aż zawarczał ze złości. Ta idiotka, zamiast się
położyć to włóczyła się po mieście z taką gorączką. Oczywiście nie umknęło jego
uwadze, że to z bólu straciła przytomność. Odleciała w momencie, gdy tylko
dotknął miejsca przy którym rano majstrowała jej uczennica. Obejrzy sobie tę
rękę Senju z bliska. Przeskakując po dachach dotarł do pensjonatu i położył na
łóżku nieprzytomną Liv. Delikatnie, by jej nie urazić zaczął odwijać bandaże.
Tak, nie miał już teraz wątpliwości. Odczuwała skutki trucizny w organizmie,
ale zamiast odpoczywać szlajała się po mieście. Westchnął ciężko. Musiał
poszukać Shion by zajęła się raną.
Fajne czekam na następny rozdział kocham cudnego Itasia ;D pozdrawiam :P
OdpowiedzUsuńRównież czekam z niecierpliwością :) Notka cudowna !
OdpowiedzUsuńDopiero trafiłam na ten blog. Po przeczytaniu tego rozdziału, przyznam, że z chęcią będę zaglądać tu częściej. Czekam na więcej i pozdrawiam :D
OdpowiedzUsuńSylena
Kocham twoje opowiadanie <3 Życzę dużo weny i wytrwałości :)
OdpowiedzUsuń