5.09.2013

One-shot Liv&Itachi cz.2 ostatnia

Witam wszystkich. Tak, tak, mam dla was drugą część mojego one — shot'a. Mam nadzieję, że sprostałam wyzwaniu i nie zrobiłam z tego brazylijskiej telenoweli ;). Osobiście uważam, że zakończenie jest zadowalające, choć pewnie niektóre (może nawet wszystkie;)) z Was będą czuć niedosyt pikanterii.

Iri Akuma — Nie dziwię się, że Cię ciekawią fantazje naszego drogiego pana Uchihy ;). Chyba każda z nas by chciała je poznać, a najlepiej być główną bohaterką jego snach :D.

~ Musienka  —  Liv to Liv, jest postacią nieprzewidywalną :D.

Moon — No właśnie z tym zakończeniem... Obawiam się, że niestety jest w odmianie soft i niedopowiedzenia. Szczerze to ciężko się pisze takie krótkie opowiadania, przynajmniej mnie. Nie chciałam zrobić z tego opowiadania taniego romansu i mam nadzieję, że tak nie wyszło. Mam jeszcze kilka pomysłów na opowiadania z tą dwójką i w sumie może kiedyś je tu wrzucę. Mam nadzieję, że Ci się spodoba ;).

Aoi — niestety moja Droga musisz się uzbroić w cierpliwość, na razie mam zakończenie mojego krótkiego eksperymentu :D. Mam nadzieję, że się spodoba. Kolor i muzyka... Ciężko powiedzieć, raczej lubię wszystkie kolory, chociaż ostatnio mam słabość do fioletów. Co do muzyki to coś musi mi wpaść w ucho, raz mocne brzmienia mnie satysfakcjonują, raz potrzebuję łagodniejszej melodii. Nie zamykam się na żadnych wykonawców :D. 


To zapraszam do czytania i komentowania :D. Pamiętajcie że wasze słowa są pokarmem mojej weny :).

**********************


Minął dopiero tydzień od momentu jak zamieszkała wspólnie z Itachim. Ku jej rozczarowaniu, towarzystwo bruneta nie było takie złe, a wręcz momentami była nawet z niego zadowolona. Z zaistniałego układu najbardziej uradowany był żołądek Senju, którego od niepamiętnych czasów tak nie rozpieszczano. Śniadania, obiady i kolacyjki w wykonaniu tego faceta należały do nieziemskich. Kolejna pożądana cecha u bożyszcza Konohy, pomyślała z niechęcią wychodząc do ogrodu.
Po wielu kłótniach doszli do jako takiego kompromisu. Przebywając w swojej posiadłości i na swojej posesji nie musiał, a wręcz nie powinien towarzyszyć jej jak cień. Oczywiście na początku się opierał, ale brutalna siła argumentów Senju skutecznie przekonała go do nienaruszania zbytnio prywatnej przestrzeni Liv.
Znudzona usiadła na jednej z ławeczek i spojrzała na górę z twarzami Hokage. Doskwierał jej brak misji oraz ciągłe siedzenie w domu. Jak na złość nawet na towarzystwo Samona nie mogła liczyć, ponieważ dostał długoterminowe zadanie na terenach Piasku. Jednak, największym problem leżał gdzieindziej.
— Jest coraz gorzej — mruknęła cierpiętniczo, przeczesując palcami włosy. Opadła na plecy, za nic mając wbijającą się w kości niewygodne deski i obserwowała niebo.
Myślała, że nad wszystkim panuje, ale zbyt długie przebywanie w towarzystwie tego dupka boleśnie uświadamiało, że jest z góry na przegranej pozycji. Coraz częściej musiała uciekać z własnego domu żeby nie dać się przyłapać na śledzeniu wzrokiem przystojnego ochroniarza. Znała na pamięć każdy jego nawyk. To jak marszczył nos, gdy coś nie szło po jego myśli, całkowite odcięcie od świata, kiedy był zajęty czytaniem kolejnego zwoju, czy nawyk nucenia podczas gotowania. Ale najgorszym z możliwych nawyków było spacerowanie po rezydencji zaraz po prysznicu. Szczęśliwy niczym szczeniak biegał w samych bokserkach, domagając się wtedy jak największej uwagi. Oczywiście Liv pojęła próbę zmiany tego konkretnego nawyku. Jednak, ani słowa ani brutalność nie dały rady przemówić temu idiocie do rozumu i tym sposobem została zmuszona do oglądania tego co wieczornego teatru. Widok rozczochranych i wilgotnych włosów sprawiał, że aż musiała zajmować czymś ręce by nie zanurzyć w nich palców.
— Szlag, szlag! — warknęła, podrywając się gwałtownie i spojrzała na trzęsące się dłonie. — Potrzebuje pomocy, natychmiast!
Przygryzła kciuk i uderzyła dłonią w ziemię., aktywując jutsu przywołania. Krążąc nerwowo wokoło chmury dymu, niecierpliwie czekała aż opadnie przynosząc jej ukojenie nowymi domownikami.
— Liv, wzywałaś nas? — Rudy młody wilczek uniósł łebek patrząc na nią swoimi różnokolorowymi oczami. Jedno zielone, a drugie blado niebieskie patrzyło z uśmiechem na dawno niewidzianą znajomą. Obok niego siedział drugi, cały czarny, ale przeciwnie od swojego towarzysza nie uważał tego spotkania za godne uwagi. Zamiast tego ze znudzeniem oglądał swoją łapę.
— Tami i Zami — zwróciła się do pupili przymilnie, uśmiechnęła się kusząco. — Potrzebuję waszej pomocy.
— Norma.
— Domyśliłem się — mruknął ten znudzony, a bursztynowe ślepia łypnęły na nią oskarżycielsko. — Na herbatkę to nigdy nas nie zapraszasz.
— Tym razem jest inaczej — zapewniła gorąco, drapiąc go za uchem. — Chcę żebyście dotrzymali mi towarzystwa. Spędzimy czas we troje. Zobaczycie, będzie super — paplała wesoło, roztaczając przed stworzeniami wizję spędzania wspólnie czasu.
— Nie kręć, Liv. — Czarne uszy zastrzygły w powietrzu, gdy wilk zerknął w kierunku rezydencji. — Wal prosto z mostu o co chodzi.
Liv aż zagryzła usta, przeklinając w myślach te małe domyślne potwory. Mogła przewidzieć, że łatwo nie będzie. Koniec końców to dzieciaki Moro.
— Mam gościa i ...
— Uchiha tu jest! — Stwierdził odkrywczo zwierzak i wybuchnął głośnym śmiechem. — Wiedziałem! Siostra, nie mówiłem, że tak będzie? Nawet ojciec nie zaprzeczał.
Z trudem opanowała odruch kopnięcia tego małego pchlarza. Ona tu do nich z problemem, a tu co? Zamiast wczuć się  w tragizm tej sytuacji, to on ze śmiechu niszczył jej rabatę z kwiatami.
— Tami, jak skończysz dewastować mój trawnik to daj znać — burknęła obrażona w stronę rodzeństwa oraz odeszła w kierunku altany. Rozsiadła się wygodnie i oparła na łokciach patrząc na staw. Wezwanie rodzeństwa zdecydowanie nie należało do jej najbardziej światłych pomysłów. Zmęczonym ruchem otarła dłonią twarz, zaraz unosząc brew dostrzegając, że dwa kłębki sierści idą w jej stronę. Może te małe nicponie jednak się do czegoś przydadzą, pomyślała z zadowoleniem obserwując ich uważnie.
— Na zewnątrz jest za gorąco, idziemy do domu — poinformował Tami, popychając siostrę i pognał jak strzała do budynku. — Ścigamy się!
— Ty, zawszony kundlu!
Nie, jednak nie. Nie będzie z nich pożytku. Przewróciła tylko oczami na tę dziecinadę i oparła czoło o blat stolika przymykając powieki. A jakby tak zamieszkała przez ten czas na dworze? Desperacki krok, ale zawsze lepszy od nadszarpnięcia swojej rodowej dumy.
Ocknęła się gdy już zapadał zmrok i zrobiło się dosyć chłodno. Przetarła zaspane oczy oraz rozejrzała się po podwórku. Nigdzie nie zauważyła przywołanych szkodników i to ją trochę zdziwiło. Pełna dziwnych przeczuć weszła do salonu, zaraz stając jak wryta. Na kanapie spał Itachi, a na jego piersi drzemały jej dwie zguby. Oczy Liv zwęziły się w wąskie szparki, gdy zauważyła jak wzdychają pod dotykiem jego smukłych palców. W momencie złapała zaskoczone stworzenia i uniosła na wysokość oczu. Trzymając mocno za karki wyniosła do kuchni.
— Tami... Zami… — Odetchnęła głęboko hamując gniew. — Możecie mi wyjaśnić, co to miało znaczyć?
— Bo... — Błyszczące ślepia patrzyły na nią ze strachem. — On jest w porządku Liv, dlaczego nie możesz go polubić?
— Wy zdradzieckie kłębki sierści! — wysyczała zbliżając twarz do ich pyszczków. — To czy go lubię czy nie, nie ma nic do rzeczy. Przywołałam was do pomocy, a nie do cholery żebyście pełnili funkcję przytulanki! To tego jego przytulanki!
— Kiedy my pomagamy...
— Właśnie widzę! — Postawiła Chowańce na ziemi oraz roztarła ramiona, nie spuszczając z oczu tych diabelskich pomiotów. Robiły się coraz cięższe i niedługo nie będzie zbyt łatwo przywołać ich do porządku. — Zmiatać do domu.
— Ej no... ojciec będzie pytać czy ci pomogliśmy…
— To wtedy usłyszy jak wspieraliście użytkownika kontaktu.
— Ale…
Zbyt rozdrażniona nie dała im dokończyć tylko mimo sprzeciwów anulowała przywołanie. Chwilę później opadła bezsilnie na taboret i ukryła twarz w dłoniach. Żaden pomysł nie dawał gwarancji sukcesu, ale skąd mogła wiedzieć, że wilki zbratają się z wrogiem?
— Dobra przyzwoitka w tych czasach to skarb — szepnęła pod nosem, odchylając się na tylnych nogach krzesła.
— Senju, na cholerę ci przyzwoitka?
Nie spodziewając się, że ma słuchacza drgnęła nerwowo tracąc równowagę. Zdążyła tylko sapnąć z zaskoczenia i napiąć wszystkie mięśnie, szykując się na bolesny upadek. Gdy nic takiego nie nastąpiło, ostrożnie uchyliła jedną powiekę i spojrzała prosto w czarne jak węgiel oczy.
— Uchiha, nie skradaj się tak! — wrzasnęła zła, że dała się bezczelnie zaskoczyć. Gdy nie spuszczał z niej zuchwałego wzroku, zazgrzytała nerwowo zębami. — Co? — Zmarszczyła brwi próbując sobie przypomnieć jego pytanie, bo to że jakieś zadał nie miała wątpliwości. Było to o tyle trudne, że za bardzo rozpraszały idealnie skrojone wargi znajdujące się zdecydowanie za blisko niej. Niemal siłą oderwała od nich wzrok i spojrzała na podtrzymującego ją mężczyznę. Jęknęła w duchu widząc na jego twarzy zdziwienie, przechodzące w zrozumienie, a później w obrzydliwe zadowolenie.
— Ach... że też nie zauważyłem… — zamruczał cicho, nie spuszczając z niej oczu. — Nie ufasz sama sobie i boisz się, że ulegniesz mojemu czarowi.
— Arogancja godna Uchiha — warknęła, gdy pełen satysfakcji uśmiech podziałał na nią niczym płachta na byka. Błyskawicznie wyrwała się z obejmujących ramion i odskoczyła na bezpieczną odległość.
— Senju, bądźmy ze sobą chociaż raz szczerzy… to, że ci się podobam…
— Nie prawda! — krzyknęła ze złością przerywając mu w pół zdania oraz czerwieniąc się aż po same cebulki włosów. O mało się nie zachłysnęła własną śliną, kiedy ten tylko pokręcił z rozbawienia głową i ruszył w jej stronę. Widząc jak powoli się do niej zbliża z tajemniczym błyskiem w oku — który się Liv stanowczo nie podobał — aż cofnęła się gwałtownie, wpadając z hałasem na szafki. — Uchiha! Ani kroku dalej! — Wycelowała w niego palcem, opierając się o półki za plecami.
— Liv, czemu tak bardzo się mnie boisz?
— Nie boję się, a zwłaszcza ciebie — zaprzeczyła szybko, w między czasie szukając drogi ucieczki. Liv zaczynało się robić powoli duszno, zwłaszcza, że mężczyzna nic sobie nie robił z jej słów.
— Tak? To dlaczego próbujesz uciec? — Jednym susem pokonał dzielącą ich odległość, niemal przypierając ją do mebli. Wciągnęła ze świstem powietrze, gdy złapał ją za brodę i zmusił do uniesienia głowy.
— Bo... Nie lubię cię, Uchiha! Jesteś okropnym, aroganckim i zimnym draniem. Ciągle się wywyższasz i masz się za lepszego od innych! — Po wyrzuceniu tych zarzutów momentalnie poczuła się lepiej, ale nie zamierzała na tym skończyć. Skoro chciał usłyszeć prawdę, ona mu ją z chęcią przedstawi. — Myślisz, że… — Już nabierała powietrza by kontynuować swoją tyradę, kiedy bezceremonialnie wszedł jej w słowo.
— Zamknij się wreszcie, ty uparta kobieto! — Złapał dziewczynę brutalnie za kark i przyciągnął do siebie, miażdżąc usta Liv w zaborczym pocałunku. Nie był on ani delikatny ani subtelny. Był taki jak wszyscy Uchiha. Odurzający, pełen pasji i gniewny, a przez to tak zniewalający. Po dłuższej chwili oderwał się od niej i pogładził policzek Senju. — Naprawdę nie wiem, za jakie grzechy akurat ty, Senju zwracasz moją uwagę. Chyba nikt nie działał mi na nerwy tak jak ty.
— Czuję się zaszczycona. Zaraz, po co mi to mówisz? — Zamrugała zaskoczona, marszcząc brwi szukając podstępu.
— Chcę żebyś wiedziała — stwierdził, dotykając palcem zmarszczki na czole dziewczyny.
Dopiero głośne pyknięcie sprowadziło ich powrotem na ziemię, sprawiając, że momentalnie odwrócili się w stronę salonu. Źródłem hałasu okazała się Katsui — Chowaniec Tsunade — siedząca obecnie na stole.
— Co jest? — Itachi szybko podszedł do posłańca mając złe przeczucia.
— Tsunade zbiera grupę, znaleźli ich. — Ślimak podpełznął do końca blatu i spojrzał na mężczyznę. — Itachi, ty dowodzisz.
— Hej, a ja? — Sapnęła Liv, odpychając na bok kompana i stając przed gościem. Co jak co, ale jakiś bezkręgowiec nie powinien lekceważyć jej osoby. Jakby nie patrzeć była w domu Senju, a szacunek do gospodarza powinien być.
— Ty musisz zostać, rozkaz Hokage.
Aż uchyliła usta w niedowierzaniu. Dalej miała siedzieć w domu, gdy tak naprawdę mogła pomóc? Przecież ze swoim Bogiem Piorunów z pewnością by nie zawadzała. Siląc się na spokój, opadła na kanapę z gniewnym pomrukiem.
— Świetnie!
— Wszyscy już czekają w gabinecie — poinformował ich zwierzak, zaraz znikając i pozostawiając mało estetyczne ślady na stole.
Obrażonym spojrzeniem odprowadziła znikającego właśnie w korytarzu Itachiego. Miała żal do Tsunade. Tyle czasu siedziała bezczynnie w domu, a teraz odsuwają ją od misji która dotyczyła bezpośrednio jej. Ten fakt rozdrażnił Liv jeszcze bardziej, sprawiając, że aż zacisnęła mocno zęby i podniosła wzrok. Dopiero po sekundzie zorientowała się, że patrzy na Uchihę już przebranego w pełny rynsztunek ANBU.
— Liv, masz nic nie kombinować.
— Dostałam rozkaz — burknęła cicho, z niechęcią obserwując jak zakłada maskę.
— Masz się nigdzie nie ruszać do mojego powrotu.
— Że co, proszę?! — Rozgniewana zerwała się na równe nogi i puknęła placami w okrycie twarzy bruneta. — Za kogo ty się masz, Uchiha? — W zielonych oczach błysnęła stal. Wzdychając ciężko, błyskawicznie złapał nadgarstek Liv i odsunął od siebie.
— Nie walcz ze mną, tylko zrób to o co proszę.
— Prosisz? Nie zauważyłam, żeby to była prośba — mruknęła, krzyżując ręce na piersi. — Nie mogę ci nic obiecać, jedynie to, że będę miała na uwadze twoją prośbę — ostatnie słowo wypluła z jadem. Przez chwilę mierzyli się groźnymi spojrzeniami, ale to on pierwszy skapitulował. Zapewne dlatego, że czas naglił i nie mógł go marnować na prywatne wojenki.
— Musi mi to wystarczyć — westchnął ciężko. — Idę.




Parę godzin później, Liv błyskawicznie pojawiła się w gabinecie Hokage. Wprost nie mogła uwierzyć, że dostała wezwanie tym bardziej, że z tego co słyszała, grupa Itachiego jeszcze nie powróciła do osady. Jednak, najwyraźniej los jej sprzyjał, więc nie zamierzała narzekać. Niemal przebierając nogami ze zniecierpliwienia, czekała na instrukcje.
— Liv, mam dla ciebie zadanie — zaczęła Tsunade, przechodząc przez pomieszczenie i zasiadając za biurkiem.
Senju z trudem powstrzymała cisnący się do gardła okrzyk triumfu. W myślach odtańczyła taniec zwycięstwa, słysząc pierwsze słowa przełożonej. Wreszcie koniec aresztu domowego!
— Powinnaś mieć partnera, ale w tej chwili nie mam nikogo kto mógłby ci towarzyszyć. To bardzo ważna misja i zależy nam na czasie.
— Rozumiem — przytaknęła gorliwie, przenosząc wzrok za okno już dumając jakie dalekie regiony będzie musiała odwiedzić. Wycieczka dobrze jej zrobi. Pozwoli rozprostować kości, może nawiąże jakieś znajomości… chociaż, nie. Na misjach nie znajdywało się przyjaciół, ale wrogów.
— Masz przetransportować zwój demona do Raikage i  z powrotem.
— Oczywiście, a jeżeli tak bardzo zależy nam na czasie to przecież mogę użyć Latającego Boga Błyskawic.
— W tym cały kłopot, że nie możesz. Ten zwój pobiera czakrę z posłańca.
— Mam jej aż nad to. Sama Czcigodna wie… — zaśmiała się głośno i zajrzała do naszykowanego przy wolnym krześle pudła. Widząc nową wilczą maskę zamruczała z aprobatą.
— Liv, to pobiera czakrę cały czas i tylko ty możesz go nieść.
— Rozumiem.
— Gówno rozumiesz, Senju! — Silne uderzenie w blat rozniosło się po całym budynku, sprawiając, że aż spłoszyło gołębie z parapetów budynku. Liv uniosła brwi w zdziwieniu na ten niespodziewany wybuch kobiety. Przecież się nie sprzeczała a grzecznie przytakiwała. Tej baby nic nie zadowala. — To pobiera jej tak dużo, że przez całą podróż nie będziesz mogła wykonać nawet najmniejszego jutsu!
— Ooo... — sapnęła zaskoczona, ale zaraz się opanowała. Podrapała się po karku, zastanawiając się nad wybrnięciem z tej trudnej sytuacji, gdy nagle jej wzrok padł na leżąca przy uniformie katanę i uśmiechnęła się lekko. — Hokage się nie martwi. Walkę taijutsu i z bronią, mam opanowaną do perfekcji.
— Czasem twoja głupota i naiwność mnie poraża — zmęczonym ruchem potarła skronie. — chociaż może to bardziej brawura. Dziewczyno, ledwo będziesz miała siłę na podróż, a co dopiero na walkę.
— Więc co mi Czcigodna radzi? — warknęła obrażona za tę jawną zniewagę.
— Wyruszasz za godzinę. W tym pudle masz mapę z najmniej uczęszczanymi szlakami i ich masz się trzymać. Nie walcz tylko uciekaj, postaraj się przeżyć.
— Pomyślimy, zobaczymy — mruknęła cicho, kłaniając się lekko i znikając z oferowanym pakunkiem.
Liv podróżowała już trzeci dzień. Była wykończona, głodna i ledwo stała na nogach. Najgorsze, że miała przed sobą jeszcze dwa dni drogi, a wszystko przez to, że musiała biec okrężnymi ścieżkami. Trasa wytyczona przez Hokage przebiegała takimi serpentynami, że z trudem opanowywała odruch aby zignorować instrukcje przełożonej.
Wzdychając ciężko wspięła się na drzewo, wybierając najgrubszą gałąź. Jakoś nie przejawiała wielkiej ochoty żeby wylądować z hukiem na ziemi, gdyby drewno nie wytrzymało pod jej ciężarem. Na odpoczynek wybrała gęsty dąb i skryła się w jego koronie. Opierając głowę i pień, przymknęła na chwilę oczy. To był pierwszy postój od opuszczenia wioski.
Tsunade miała rację z tym zwojem. Gdyby nie fakt, że jako Senju posiadała ogromne ilości czakry, to już dawno skończyłaby jako nawóz dla kwiatków. Czując jak powoli odpływa w sen stwierdziła, że nie ma sensu się opierać. Godzina albo dwie powinny wystarczyć by mogła spokojnie kontynuować bieg. Z wyczerpanym organizmem za wiele nie zwojuje.
Sen był płytki i niespokojny. Śniła o gniewnych czarnych oczach i zaciśniętych z poirytowania ustach. Niemal czuła przez skórę buchający od mężczyzny gniew, kumulujący się w postaci złowrogiej czakry.
— Senju, miałaś nie przyjmować misji — padło chłodne oskarżenie, na które skrzywiła się mimowolnie cofając odrobinę.
— Uchiha, siła wyższa. Nie mogłam odmówić. — Nie wiedziała dlaczego, ale zanim zdążyła się powstrzymać z gardła wyrwało się usprawiedliwienie. Niezbyt rozumiała dlaczego właśnie tłumaczyła się przed Uchihą, ale na to wyglądało. Może czuła się odrobinę winna, że nie dotrzymała słowa?
— Taka misja to jak samobójstwo. Zwłaszcza w pojedynkę.
— Nie dramatyzuj — prychnęła, odwracając się do niego plecami. Starała się robić dobrą minę do złej gdyż wiedziała, że poniekąd miał rację. — Jeszcze pomyślę, że się o mnie martwisz. — Mrugnęła wesoło, patrząc na niego przez ramię.
Zamilkł na chwilę, przyglądając Liv się z chmurną miną. Po czym jakby złagodniał i dotknął policzka Senju, samymi opuszkami palców. Zaskoczona tym gestem, spojrzała w jego oczy, pełne dziwnego napięcia.
—Obudź się, masz gości.
— Co? — Z niezrozumieniem przyglądała jak powoli się cofa, a gdy chciała go chwycić za rękaw brutalnie odtrącił jej dłoń. Jak oparzona cofnęła rękę, robiąc kilka kroków w tył.
— Obudź się i uciekaj!
Liv drgnęła nerwowo, momentalnie otwierając powieki. Wyrwana z drzemki, przez kilka sekund siedziała w bezruchu, analizując swój dziwny sen. Mimowolnie dotknęła piekącej od uderzenie dłoni i właśnie wtedy do jej uszu dotarł cichy szept, prowadzonej rozmowy.
Marszcząc brwi, jak najciszej podpełzła do końca gałęzi i wychyliła się, żeby zobaczyć z kim ma do czynienia. Zacisnęła mocnej palce na konarze gdy rozpoznała, że to nukenini z Wioski Ukrytej W Deszczu. Cholera, a myślałam że ich zgubiłam, pomyślała patrząc na trzech mężczyzn. Rozmyślała właśnie nad sposobem bezszelestnego opuszczenia kryjówki, gdy coś dojrzała. Obok intruzów walały się trzy puste butelki po alkoholu, a oni śmiali się pijacko.
— No cóż, szczęście mi sprzyja. — Uśmiechnęła się pod nosem i przeskoczyła na sąsiednie drzewo. Obejrzała się jeszcze, sprawdzając czy aby jej nie zauważyli, ale uspokojona brakiem reakcji ruszyła dalej.
Do Raikage dotarła bez żadnych komplikacji. Przekazała zwój do rąk własnych Kage i dostała cztery godziny wolnego na zregenerowanie sił. Tyle czasu miało zając kopiowanie zapisanych informacji.
Droga powrotna dłużyła się niemiłosiernie. Ciągle musiała nadrabiać kilometrów, bo wszędzie napotykała przeszkody. Gdy kolejny raz musiała zawrócić, nie wytrzymała i walnęła pięścią w najbliższe drzewo.
— Co to do diabła ma być? Zjazd integracyjny nukeninów?! — sapiąc z frustracji, zerwała się do biegu. Całe szczęście, że powrót nie był aż tak bardzo pilny. Znajdowała się prawie pod Konohą, ale oczywiście wszyscy bandyci, złodzieje i inne szumowiny kręciły się właśnie w tej okolicy. Zupełnie jakby na coś czekali. Porażona tym wnioskiem, kluczyła jak się tylko dało i teraz na swoje szczęście, spotykała jedynie pojedyncze sztuki, które łatwo dawały się ominąć.
Uradowana wreszcie znacząco zmniejszonym dystansem od domu, przeskoczyła do następnego konaru i już wiedziała, że nie będzie za wesoło. Nie zauważyła pułapki z wybuchowych notek, która aktywowała się w momencie dostania się w pole rażenia.
Dosłownie w ostatniej chwili zdążyła się osłonić ramionami, gdy nastąpiła eksplozja. Była tak potężna, że siła wybuchu dosłownie wgniotła ją w ziemie, uprzednio łamiąc nią drzewo. Przez dłuższą chwilę leżała w bezruchu nie do końca świadoma co się właśnie stało. Kiedy wreszcie cała sytuacja do niej dotarła, jęknęła cicho próbując wyostrzyć wzrok. Charszcząc i kaszląc, próbowała się podnieść oraz zorientować w sytuacji. Dopiero po trzech nieudanych próbach, wreszcie stanęła na nogi.   Ogrom zniszczeń sprawił, że aż zachwiała się z trudem unikając kolejnego upadku.
Ktoś zadał sobie wyjątkowo wiele trudu aby mnie zatrzymać, pomyślała zerkając na rany jakie pułapka poczyniła w jej ciele. Prawa ręka zwisała bezwładnie i mimo usilnych starań, jedyne co była w stanie nią zrobić to poruszenie samymi końcami palców. To wykluczało użycie jakiegokolwiek bardziej skomplikowanego jutsu. Oczywiście jeżeli miałaby tylko na nie siłę, a na to się nie zanosiło. Zwój demona wyssał całą energię z Senju, pozostawiając ją bezbronną niczym dziecko. Kilka żeber z pewnością było w kawałkach, o czymś świadczył palący ból w piersi. Natomiast z nogi wystawał radośnie kawałek kory.
— Bogu niech będą dzięki za ochraniacze, bo nie byłoby co ze mnie zbierać — mruknęła, gwałtownym ruchem wyrywając ciało obce z uda i tknięta przeczuciem, spojrzała przed siebie.
Wtedy go zauważyła. Biegł w kierunku Liv z zatrważającą prędkością, nawet nie dając złudzeń, że jego intencją nie jest dobicie jeszcze zipiącego wroga. Klinga miecza lśniła niczym diament w promieniach letniego słońca, kiedy pędził prosto na nią.
Mimo że dzieliła ich odległość czterdzieści metrów, Senju wiedziała, że nie ma szans żeby uciec. Nie z tymi obrażeniami, nie z zerową ilością czakry. Nie była aż tak głupia i naiwna. Pozostawało jej grać tym co miała, a posiadała dosyć niewiele. Wszystko to mieściło się w sakwie na biodrze.
— Cóż, Hokage. Wygląda na to, że nie dotrzymam warunków zadania — szepnęła cicho, padając na kolana z wysiłku. Pod wpływem uderzenia, zakasłała gwałtownie sprawiając, że obluzowana maska zsunęła się z jej twarzy, odsłaniając pokrwawione oblicze. Uśmiechając się cierpko, uniosła głowę by spojrzeć w niebo. Piękne i błękitne, bez najmniejszej chmurki aż zachęcało do spacerów. Mogła się założyć, że wielu mieszkańców Konohy z pewnością wybrało się na taką przechadzkę, korzystając z pogody. — Szkoda, było tak blisko.
Przymknęła oczy, przysiadając na piętach i czując nad sobą cień. Zdrowa dłoń w sekundzie zacisnęła się na przygotowanym na chybcika prezencie dla wroga. Co jak co, ale Senju jak ma iść do piachu to tylko z kimś, nigdy sama. Uśmiechając się pod nosem, uniosła palce chcąc aktywować technikę, gdy nagle poczuła mokre krople spadające na twarz, a później silną dłoń zaciskającą się na nadgarstku. Nie czując żadnego nowego bólu, zaskoczona uniosła powieki.
W tym samym momencie na twarz Liv wypłynął nikły uśmiech — prawdziwy i szczery — a następnie pozwoliła się podnieść za zdrowe ramie.
— Nigdy nie sądziłam, że to powiem — wyszeptała z trudem, spoglądając na ANBU z maską łasicy. — Cieszę się, że cię widzę, Uchiha.
— Nie wiem czy nadal będziesz się tak cieszyć gdy dotrzemy do wioski — warknął, przerzucając sobie zdrową rękę Liv przez ramię. — Wtedy się z tobą rozliczę.
Zbyt zadowolona z uniknięcia śmierci — przynajmniej, jeśli chodziło o dobicie przez wroga — nie zwróciła uwagi na złowieszczy ton tylko rozejrzała się po trawie.
— Nie zapomnij maski. Nówka sztuka — wykaszlała i wskazała swoją zgubę.
— Ja cię kiedyś zabiję, Senju! — wysyczał, ale posłusznie podniósł to o czym mówiła. — Jesteś jedną nogą w grobie, a przejmujesz się pieprzoną maską! — Wepchnął ją  jej tak gwałtownie, że aż syknęła z bólu.
— Nie dramatyzuj, żyję — zaśmiała się cicho, zerkając na niego spod oka. — Jeszcze będziesz żałować, że przeżyłam.
— W to nie wątpię.

The end

6 komentarzy:

  1. Ciekawe, ciekawe... Chodź spodziewałam się jakieś innej końcówki... Ale to nie ja piszę, tylko ty, więc Cieszę się, że dodałaś ostatnią część tego shota, bo był mega i super ciekawy. Pozdrawiam i dużo weny życzę ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie takiego końca się spodziewałam, ale całość jest świetna. Itachi biegający po całym domu tuż po prysznicu... Wiesz, ja chętnie zamieniłabym się z Liv . Ten pocałunek był słodki, taki w ich stylu. Liv straciłaby honor, gdyby posłuchała Itachiego, w dodatku Hokage się nie odmawia. Uśmiałam się z końcówki i nowej maski ^^.
    Dla mnie bomba, nie mogłam pozwolić, by Twoja wena głodowała :D. Teraz czekam na jakąś zaskakującą akcje w opowiadaniu, może Uchiha znowu posłucha Yuuki ;).
    Pozdrawiam bardzo gorąco i czekam na ciąg dalszy ;>.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wielką ochotę przeczytać coś Twojego... Ciekawi mnie bardzo ciąg dalszy ;d

      Usuń
  3. Super odcinek! super! super! Super! kocham go i jaram sie na maksa!!! Chce wiedzieć co dalej!!! Jak to mówią; jaram sie jak dzika kuna w agreście :D w każdym razie mam nadzieje że kolejny odcinek pojawi sie szybko!!! <3 <3 <3
    ~ Marysia

    OdpowiedzUsuń
  4. moja droga obijasz się! wiem, że zaczął się rok szkolny i podobne rzeczy, ale mam nadzieję, że znajdziesz trochę czasu na wstawienie nowej części historii o Liv i Itachim. Czekam niecierpliwie ;D
    pozdrawiam gorąco!

    OdpowiedzUsuń