Witam wszystkich. Tak, tak, mam dla was drugą część mojego one —
shot'a. Mam nadzieję, że sprostałam wyzwaniu i nie zrobiłam z tego
brazylijskiej telenoweli ;). Osobiście uważam, że zakończenie jest
zadowalające, choć pewnie niektóre (może nawet wszystkie;)) z Was będą czuć
niedosyt pikanterii.
Iri Akuma
— Nie dziwię się, że Cię ciekawią fantazje naszego drogiego pana Uchihy ;).
Chyba każda z nas by chciała je poznać, a najlepiej być główną bohaterką jego
snach :D.
~ Musienka —
Liv to Liv, jest postacią nieprzewidywalną :D.
Moon —
No właśnie z tym zakończeniem... Obawiam się, że niestety jest w odmianie soft
i niedopowiedzenia. Szczerze to ciężko się pisze takie krótkie opowiadania,
przynajmniej mnie. Nie chciałam zrobić z tego opowiadania taniego romansu i mam
nadzieję, że tak nie wyszło. Mam jeszcze kilka pomysłów na opowiadania z tą
dwójką i w sumie może kiedyś je tu wrzucę. Mam nadzieję, że Ci się spodoba ;).
Aoi —
niestety moja Droga musisz się uzbroić w cierpliwość, na razie mam zakończenie
mojego krótkiego eksperymentu :D. Mam nadzieję, że się spodoba. Kolor i
muzyka... Ciężko powiedzieć, raczej lubię wszystkie kolory, chociaż ostatnio
mam słabość do fioletów. Co do muzyki to coś musi mi wpaść w ucho, raz mocne
brzmienia mnie satysfakcjonują, raz potrzebuję łagodniejszej melodii. Nie
zamykam się na żadnych wykonawców :D.
To zapraszam do czytania i komentowania :D. Pamiętajcie że wasze słowa
są pokarmem mojej weny :).
**********************
Minął dopiero
tydzień od momentu jak zamieszkała wspólnie z Itachim. Ku jej rozczarowaniu,
towarzystwo bruneta nie było takie złe, a wręcz momentami była nawet z niego
zadowolona. Z zaistniałego układu najbardziej uradowany był żołądek Senju,
którego od niepamiętnych czasów tak nie rozpieszczano. Śniadania, obiady i kolacyjki
w wykonaniu tego faceta należały do nieziemskich. Kolejna pożądana cecha u
bożyszcza Konohy, pomyślała z niechęcią wychodząc do ogrodu.
Po wielu
kłótniach doszli do jako takiego kompromisu. Przebywając w swojej posiadłości i
na swojej posesji nie musiał, a wręcz nie powinien towarzyszyć jej jak cień.
Oczywiście na początku się opierał, ale brutalna siła argumentów Senju
skutecznie przekonała go do nienaruszania zbytnio prywatnej przestrzeni Liv.
Znudzona usiadła
na jednej z ławeczek i spojrzała na górę z twarzami Hokage. Doskwierał jej brak
misji oraz ciągłe siedzenie w domu. Jak na złość nawet na towarzystwo Samona
nie mogła liczyć, ponieważ dostał długoterminowe zadanie na terenach Piasku.
Jednak, największym problem leżał gdzieindziej.
— Jest coraz
gorzej — mruknęła cierpiętniczo, przeczesując palcami włosy. Opadła na plecy,
za nic mając wbijającą się w kości niewygodne deski i obserwowała niebo.
Myślała, że nad
wszystkim panuje, ale zbyt długie przebywanie w towarzystwie tego dupka
boleśnie uświadamiało, że jest z góry na przegranej pozycji. Coraz częściej
musiała uciekać z własnego domu żeby nie dać się przyłapać na śledzeniu
wzrokiem przystojnego ochroniarza. Znała na pamięć każdy jego nawyk. To jak
marszczył nos, gdy coś nie szło po jego myśli, całkowite odcięcie od świata,
kiedy był zajęty czytaniem kolejnego zwoju, czy nawyk nucenia podczas
gotowania. Ale najgorszym z możliwych nawyków było spacerowanie po rezydencji
zaraz po prysznicu. Szczęśliwy niczym szczeniak biegał w samych bokserkach,
domagając się wtedy jak największej uwagi. Oczywiście Liv pojęła próbę zmiany
tego konkretnego nawyku. Jednak, ani słowa ani brutalność nie dały rady
przemówić temu idiocie do rozumu i tym sposobem została zmuszona do oglądania
tego co wieczornego teatru. Widok rozczochranych i wilgotnych włosów sprawiał,
że aż musiała zajmować czymś ręce by nie zanurzyć w nich palców.
— Szlag, szlag! —
warknęła, podrywając się gwałtownie i spojrzała na trzęsące się dłonie. —
Potrzebuje pomocy, natychmiast!
Przygryzła kciuk
i uderzyła dłonią w ziemię., aktywując jutsu przywołania. Krążąc nerwowo wokoło
chmury dymu, niecierpliwie czekała aż opadnie przynosząc jej ukojenie nowymi
domownikami.
— Liv, wzywałaś
nas? — Rudy młody wilczek uniósł łebek patrząc na nią swoimi różnokolorowymi
oczami. Jedno zielone, a drugie blado niebieskie patrzyło z uśmiechem na dawno
niewidzianą znajomą. Obok niego siedział drugi, cały czarny, ale przeciwnie od
swojego towarzysza nie uważał tego spotkania za godne uwagi. Zamiast tego ze
znudzeniem oglądał swoją łapę.
— Tami i Zami —
zwróciła się do pupili przymilnie, uśmiechnęła się kusząco. — Potrzebuję waszej
pomocy.
— Norma.
— Domyśliłem się
— mruknął ten znudzony, a bursztynowe ślepia łypnęły na nią oskarżycielsko. —
Na herbatkę to nigdy nas nie zapraszasz.
— Tym razem jest
inaczej — zapewniła gorąco, drapiąc go za uchem. — Chcę żebyście dotrzymali mi
towarzystwa. Spędzimy czas we troje. Zobaczycie, będzie super — paplała wesoło,
roztaczając przed stworzeniami wizję spędzania wspólnie czasu.
— Nie kręć, Liv.
— Czarne uszy zastrzygły w powietrzu, gdy wilk zerknął w kierunku rezydencji. —
Wal prosto z mostu o co chodzi.
Liv aż zagryzła
usta, przeklinając w myślach te małe domyślne potwory. Mogła przewidzieć, że
łatwo nie będzie. Koniec końców to dzieciaki Moro.
— Mam gościa i
...
— Uchiha tu jest!
— Stwierdził odkrywczo zwierzak i wybuchnął głośnym śmiechem. — Wiedziałem!
Siostra, nie mówiłem, że tak będzie? Nawet ojciec nie zaprzeczał.
Z trudem opanowała
odruch kopnięcia tego małego pchlarza. Ona tu do nich z problemem, a tu co?
Zamiast wczuć się w tragizm tej sytuacji, to on ze śmiechu niszczył jej
rabatę z kwiatami.
— Tami, jak
skończysz dewastować mój trawnik to daj znać — burknęła obrażona w stronę
rodzeństwa oraz odeszła w kierunku altany. Rozsiadła się wygodnie i oparła na
łokciach patrząc na staw. Wezwanie rodzeństwa zdecydowanie nie należało do jej
najbardziej światłych pomysłów. Zmęczonym ruchem otarła dłonią twarz, zaraz
unosząc brew dostrzegając, że dwa kłębki sierści idą w jej stronę. Może te małe
nicponie jednak się do czegoś przydadzą, pomyślała z zadowoleniem obserwując
ich uważnie.
— Na zewnątrz
jest za gorąco, idziemy do domu — poinformował Tami, popychając siostrę i
pognał jak strzała do budynku. — Ścigamy się!
— Ty, zawszony
kundlu!
Nie, jednak nie.
Nie będzie z nich pożytku. Przewróciła tylko oczami na tę dziecinadę i oparła
czoło o blat stolika przymykając powieki. A jakby tak zamieszkała przez ten
czas na dworze? Desperacki krok, ale zawsze lepszy od nadszarpnięcia swojej
rodowej dumy.
Ocknęła się gdy
już zapadał zmrok i zrobiło się dosyć chłodno. Przetarła zaspane oczy oraz
rozejrzała się po podwórku. Nigdzie nie zauważyła przywołanych szkodników i to
ją trochę zdziwiło. Pełna dziwnych przeczuć weszła do salonu, zaraz stając jak
wryta. Na kanapie spał Itachi, a na jego piersi drzemały jej dwie zguby. Oczy
Liv zwęziły się w wąskie szparki, gdy zauważyła jak wzdychają pod dotykiem jego
smukłych palców. W momencie złapała zaskoczone stworzenia i uniosła na wysokość
oczu. Trzymając mocno za karki wyniosła do kuchni.
— Tami... Zami… —
Odetchnęła głęboko hamując gniew. — Możecie mi wyjaśnić, co to miało znaczyć?
— Bo... — Błyszczące
ślepia patrzyły na nią ze strachem. — On jest w porządku Liv, dlaczego nie
możesz go polubić?
— Wy
zdradzieckie kłębki sierści! — wysyczała zbliżając twarz do ich pyszczków. — To
czy go lubię czy nie, nie ma nic do rzeczy. Przywołałam was do pomocy, a nie do
cholery żebyście pełnili funkcję przytulanki! To tego jego przytulanki!
— Kiedy my
pomagamy...
— Właśnie widzę!
— Postawiła Chowańce na ziemi oraz roztarła ramiona, nie spuszczając z oczu
tych diabelskich pomiotów. Robiły się coraz cięższe i niedługo nie będzie zbyt
łatwo przywołać ich do porządku. — Zmiatać do domu.
— Ej no...
ojciec będzie pytać czy ci pomogliśmy…
— To wtedy
usłyszy jak wspieraliście użytkownika kontaktu.
— Ale…
Zbyt
rozdrażniona nie dała im dokończyć tylko mimo sprzeciwów anulowała przywołanie.
Chwilę później opadła bezsilnie na taboret i ukryła twarz w dłoniach. Żaden
pomysł nie dawał gwarancji sukcesu, ale skąd mogła wiedzieć, że wilki zbratają
się z wrogiem?
— Dobra
przyzwoitka w tych czasach to skarb — szepnęła pod nosem, odchylając się na
tylnych nogach krzesła.
— Senju, na
cholerę ci przyzwoitka?
Nie spodziewając
się, że ma słuchacza drgnęła nerwowo tracąc równowagę. Zdążyła tylko sapnąć z zaskoczenia
i napiąć wszystkie mięśnie, szykując się na bolesny upadek. Gdy nic takiego nie
nastąpiło, ostrożnie uchyliła jedną powiekę i spojrzała prosto w czarne jak
węgiel oczy.
— Uchiha, nie
skradaj się tak! — wrzasnęła zła, że dała się bezczelnie zaskoczyć. Gdy nie
spuszczał z niej zuchwałego wzroku, zazgrzytała nerwowo zębami. — Co? — Zmarszczyła
brwi próbując sobie przypomnieć jego pytanie, bo to że jakieś zadał nie miała
wątpliwości. Było to o tyle trudne, że za bardzo rozpraszały idealnie skrojone
wargi znajdujące się zdecydowanie za blisko niej. Niemal siłą oderwała od nich
wzrok i spojrzała na podtrzymującego ją mężczyznę. Jęknęła w duchu widząc na
jego twarzy zdziwienie, przechodzące w zrozumienie, a później w obrzydliwe
zadowolenie.
— Ach... że też
nie zauważyłem… — zamruczał cicho, nie spuszczając z niej oczu. — Nie ufasz
sama sobie i boisz się, że ulegniesz mojemu czarowi.
— Arogancja godna
Uchiha — warknęła, gdy pełen satysfakcji uśmiech podziałał na nią niczym
płachta na byka. Błyskawicznie wyrwała się z obejmujących ramion i odskoczyła
na bezpieczną odległość.
— Senju, bądźmy
ze sobą chociaż raz szczerzy… to, że ci się podobam…
— Nie prawda! —
krzyknęła ze złością przerywając mu w pół zdania oraz czerwieniąc się aż po
same cebulki włosów. O mało się nie zachłysnęła własną śliną, kiedy ten tylko
pokręcił z rozbawienia głową i ruszył w jej stronę. Widząc jak powoli się do
niej zbliża z tajemniczym błyskiem w oku — który się Liv stanowczo nie podobał
— aż cofnęła się gwałtownie, wpadając z hałasem na szafki. — Uchiha! Ani kroku
dalej! — Wycelowała w niego palcem, opierając się o półki za plecami.
— Liv, czemu tak
bardzo się mnie boisz?
— Nie boję się,
a zwłaszcza ciebie — zaprzeczyła szybko, w między czasie szukając drogi
ucieczki. Liv zaczynało się robić powoli duszno, zwłaszcza, że mężczyzna nic
sobie nie robił z jej słów.
— Tak? To
dlaczego próbujesz uciec? — Jednym susem pokonał dzielącą ich odległość, niemal
przypierając ją do mebli. Wciągnęła ze świstem powietrze, gdy złapał ją za
brodę i zmusił do uniesienia głowy.
— Bo... Nie
lubię cię, Uchiha! Jesteś okropnym, aroganckim i zimnym draniem. Ciągle się
wywyższasz i masz się za lepszego od innych! — Po wyrzuceniu tych zarzutów
momentalnie poczuła się lepiej, ale nie zamierzała na tym skończyć. Skoro
chciał usłyszeć prawdę, ona mu ją z chęcią przedstawi. — Myślisz, że… — Już
nabierała powietrza by kontynuować swoją tyradę, kiedy bezceremonialnie wszedł
jej w słowo.
— Zamknij się
wreszcie, ty uparta kobieto! — Złapał dziewczynę brutalnie za kark i przyciągnął
do siebie, miażdżąc usta Liv w zaborczym pocałunku. Nie był on ani delikatny
ani subtelny. Był taki jak wszyscy Uchiha. Odurzający, pełen pasji i gniewny, a
przez to tak zniewalający. Po dłuższej chwili oderwał się od niej i pogładził
policzek Senju. — Naprawdę nie wiem, za jakie grzechy akurat ty, Senju zwracasz
moją uwagę. Chyba nikt nie działał mi na nerwy tak jak ty.
— Czuję się
zaszczycona. Zaraz, po co mi to mówisz? — Zamrugała zaskoczona, marszcząc brwi
szukając podstępu.
— Chcę żebyś
wiedziała — stwierdził, dotykając palcem zmarszczki na czole dziewczyny.
Dopiero głośne
pyknięcie sprowadziło ich powrotem na ziemię, sprawiając, że momentalnie
odwrócili się w stronę salonu. Źródłem hałasu okazała się Katsui — Chowaniec
Tsunade — siedząca obecnie na stole.
— Co jest? —
Itachi szybko podszedł do posłańca mając złe przeczucia.
— Tsunade zbiera
grupę, znaleźli ich. — Ślimak podpełznął do końca blatu i spojrzał na
mężczyznę. — Itachi, ty dowodzisz.
— Hej, a ja? — Sapnęła
Liv, odpychając na bok kompana i stając przed gościem. Co jak co, ale jakiś
bezkręgowiec nie powinien lekceważyć jej osoby. Jakby nie patrzeć była w domu
Senju, a szacunek do gospodarza powinien być.
— Ty musisz
zostać, rozkaz Hokage.
Aż uchyliła usta
w niedowierzaniu. Dalej miała siedzieć w domu, gdy tak naprawdę mogła pomóc?
Przecież ze swoim Bogiem Piorunów z pewnością by nie zawadzała. Siląc się na
spokój, opadła na kanapę z gniewnym pomrukiem.
— Świetnie!
— Wszyscy już
czekają w gabinecie — poinformował ich zwierzak, zaraz znikając i pozostawiając
mało estetyczne ślady na stole.
Obrażonym
spojrzeniem odprowadziła znikającego właśnie w korytarzu Itachiego. Miała żal
do Tsunade. Tyle czasu siedziała bezczynnie w domu, a teraz odsuwają ją od
misji która dotyczyła bezpośrednio jej. Ten fakt rozdrażnił Liv jeszcze
bardziej, sprawiając, że aż zacisnęła mocno zęby i podniosła wzrok. Dopiero po
sekundzie zorientowała się, że patrzy na Uchihę już przebranego w pełny
rynsztunek ANBU.
— Liv, masz nic
nie kombinować.
— Dostałam
rozkaz — burknęła cicho, z niechęcią obserwując jak zakłada maskę.
— Masz się
nigdzie nie ruszać do mojego powrotu.
— Że co,
proszę?! — Rozgniewana zerwała się na równe nogi i puknęła placami w okrycie
twarzy bruneta. — Za kogo ty się masz, Uchiha? — W zielonych oczach błysnęła
stal. Wzdychając ciężko, błyskawicznie złapał nadgarstek Liv i odsunął od
siebie.
— Nie walcz ze
mną, tylko zrób to o co proszę.
— Prosisz? Nie
zauważyłam, żeby to była prośba — mruknęła, krzyżując ręce na piersi. — Nie
mogę ci nic obiecać, jedynie to, że będę miała na uwadze twoją prośbę —
ostatnie słowo wypluła z jadem. Przez chwilę mierzyli się groźnymi
spojrzeniami, ale to on pierwszy skapitulował. Zapewne dlatego, że czas naglił
i nie mógł go marnować na prywatne wojenki.
— Musi mi to
wystarczyć — westchnął ciężko. — Idę.
Parę godzin
później, Liv błyskawicznie pojawiła się w gabinecie Hokage. Wprost nie mogła
uwierzyć, że dostała wezwanie tym bardziej, że z tego co słyszała, grupa
Itachiego jeszcze nie powróciła do osady. Jednak, najwyraźniej los jej
sprzyjał, więc nie zamierzała narzekać. Niemal przebierając nogami ze
zniecierpliwienia, czekała na instrukcje.
— Liv, mam dla
ciebie zadanie — zaczęła Tsunade, przechodząc przez pomieszczenie i zasiadając
za biurkiem.
Senju z trudem powstrzymała
cisnący się do gardła okrzyk triumfu. W myślach odtańczyła taniec zwycięstwa,
słysząc pierwsze słowa przełożonej. Wreszcie koniec aresztu domowego!
— Powinnaś mieć
partnera, ale w tej chwili nie mam nikogo kto mógłby ci towarzyszyć. To bardzo
ważna misja i zależy nam na czasie.
— Rozumiem —
przytaknęła gorliwie, przenosząc wzrok za okno już dumając jakie dalekie
regiony będzie musiała odwiedzić. Wycieczka dobrze jej zrobi. Pozwoli
rozprostować kości, może nawiąże jakieś znajomości… chociaż, nie. Na misjach
nie znajdywało się przyjaciół, ale wrogów.
— Masz
przetransportować zwój demona do Raikage i z powrotem.
— Oczywiście, a
jeżeli tak bardzo zależy nam na czasie to przecież mogę użyć Latającego Boga Błyskawic.
— W tym cały
kłopot, że nie możesz. Ten zwój pobiera czakrę z posłańca.
— Mam jej aż nad
to. Sama Czcigodna wie… — zaśmiała się głośno i zajrzała do naszykowanego przy
wolnym krześle pudła. Widząc nową wilczą maskę zamruczała z aprobatą.
— Liv, to
pobiera czakrę cały czas i tylko ty możesz go nieść.
— Rozumiem.
— Gówno
rozumiesz, Senju! — Silne uderzenie w blat rozniosło się po całym budynku,
sprawiając, że aż spłoszyło gołębie z parapetów budynku. Liv uniosła brwi w
zdziwieniu na ten niespodziewany wybuch kobiety. Przecież się nie sprzeczała a
grzecznie przytakiwała. Tej baby nic nie zadowala. — To pobiera jej tak dużo,
że przez całą podróż nie będziesz mogła wykonać nawet najmniejszego jutsu!
— Ooo... — sapnęła
zaskoczona, ale zaraz się opanowała. Podrapała się po karku, zastanawiając się
nad wybrnięciem z tej trudnej sytuacji, gdy nagle jej wzrok padł na leżąca przy
uniformie katanę i uśmiechnęła się lekko. — Hokage się nie martwi. Walkę taijutsu
i z bronią, mam opanowaną do perfekcji.
— Czasem twoja
głupota i naiwność mnie poraża — zmęczonym ruchem potarła skronie. — chociaż
może to bardziej brawura. Dziewczyno, ledwo będziesz miała siłę na podróż, a co
dopiero na walkę.
— Więc co mi Czcigodna
radzi? — warknęła obrażona za tę jawną zniewagę.
— Wyruszasz za
godzinę. W tym pudle masz mapę z najmniej uczęszczanymi szlakami i ich masz się
trzymać. Nie walcz tylko uciekaj, postaraj się przeżyć.
— Pomyślimy,
zobaczymy — mruknęła cicho, kłaniając się lekko i znikając z oferowanym
pakunkiem.
Liv podróżowała
już trzeci dzień. Była wykończona, głodna i ledwo stała na nogach. Najgorsze,
że miała przed sobą jeszcze dwa dni drogi, a wszystko przez to, że musiała biec
okrężnymi ścieżkami. Trasa wytyczona przez Hokage przebiegała takimi
serpentynami, że z trudem opanowywała odruch aby zignorować instrukcje
przełożonej.
Wzdychając
ciężko wspięła się na drzewo, wybierając najgrubszą gałąź. Jakoś nie
przejawiała wielkiej ochoty żeby wylądować z hukiem na ziemi, gdyby drewno nie
wytrzymało pod jej ciężarem. Na odpoczynek wybrała gęsty dąb i skryła się w
jego koronie. Opierając głowę i pień, przymknęła na chwilę oczy. To był
pierwszy postój od opuszczenia wioski.
Tsunade miała
rację z tym zwojem. Gdyby nie fakt, że jako Senju posiadała ogromne ilości
czakry, to już dawno skończyłaby jako nawóz dla kwiatków. Czując jak powoli
odpływa w sen stwierdziła, że nie ma sensu się opierać. Godzina albo dwie
powinny wystarczyć by mogła spokojnie kontynuować bieg. Z wyczerpanym
organizmem za wiele nie zwojuje.
Sen był płytki i
niespokojny. Śniła o gniewnych czarnych oczach i zaciśniętych z poirytowania ustach.
Niemal czuła przez skórę buchający od mężczyzny gniew, kumulujący się w postaci
złowrogiej czakry.
— Senju, miałaś
nie przyjmować misji — padło chłodne oskarżenie, na które skrzywiła się
mimowolnie cofając odrobinę.
— Uchiha, siła
wyższa. Nie mogłam odmówić. — Nie wiedziała dlaczego, ale zanim zdążyła się
powstrzymać z gardła wyrwało się usprawiedliwienie. Niezbyt rozumiała dlaczego
właśnie tłumaczyła się przed Uchihą, ale na to wyglądało. Może czuła się
odrobinę winna, że nie dotrzymała słowa?
— Taka misja to
jak samobójstwo. Zwłaszcza w pojedynkę.
— Nie dramatyzuj
— prychnęła, odwracając się do niego plecami. Starała się robić dobrą minę do
złej gdyż wiedziała, że poniekąd miał rację. — Jeszcze pomyślę, że się o mnie
martwisz. — Mrugnęła wesoło, patrząc na niego przez ramię.
Zamilkł na
chwilę, przyglądając Liv się z chmurną miną. Po czym jakby złagodniał i dotknął
policzka Senju, samymi opuszkami palców. Zaskoczona tym gestem, spojrzała w
jego oczy, pełne dziwnego napięcia.
—Obudź się, masz
gości.
— Co? — Z
niezrozumieniem przyglądała jak powoli się cofa, a gdy chciała go chwycić za
rękaw brutalnie odtrącił jej dłoń. Jak oparzona cofnęła rękę, robiąc kilka
kroków w tył.
— Obudź się i
uciekaj!
Liv drgnęła
nerwowo, momentalnie otwierając powieki. Wyrwana z drzemki, przez kilka sekund
siedziała w bezruchu, analizując swój dziwny sen. Mimowolnie dotknęła piekącej
od uderzenie dłoni i właśnie wtedy do jej uszu dotarł cichy szept, prowadzonej
rozmowy.
Marszcząc brwi,
jak najciszej podpełzła do końca gałęzi i wychyliła się, żeby zobaczyć z kim ma
do czynienia. Zacisnęła mocnej palce na konarze gdy rozpoznała, że to nukenini
z Wioski Ukrytej W Deszczu. Cholera, a myślałam że ich zgubiłam, pomyślała
patrząc na trzech mężczyzn. Rozmyślała właśnie nad sposobem bezszelestnego
opuszczenia kryjówki, gdy coś dojrzała. Obok intruzów walały się trzy puste
butelki po alkoholu, a oni śmiali się pijacko.
— No cóż,
szczęście mi sprzyja. — Uśmiechnęła się pod nosem i przeskoczyła na sąsiednie
drzewo. Obejrzała się jeszcze, sprawdzając czy aby jej nie zauważyli, ale
uspokojona brakiem reakcji ruszyła dalej.
Do Raikage
dotarła bez żadnych komplikacji. Przekazała zwój do rąk własnych Kage i dostała
cztery godziny wolnego na zregenerowanie sił. Tyle czasu miało zając kopiowanie
zapisanych informacji.
Droga powrotna
dłużyła się niemiłosiernie. Ciągle musiała nadrabiać kilometrów, bo wszędzie
napotykała przeszkody. Gdy kolejny raz musiała zawrócić, nie wytrzymała i
walnęła pięścią w najbliższe drzewo.
— Co to do
diabła ma być? Zjazd integracyjny nukeninów?! — sapiąc z frustracji, zerwała
się do biegu. Całe szczęście, że powrót nie był aż tak bardzo pilny. Znajdowała
się prawie pod Konohą, ale oczywiście wszyscy bandyci, złodzieje i inne
szumowiny kręciły się właśnie w tej okolicy. Zupełnie jakby na coś czekali. Porażona
tym wnioskiem, kluczyła jak się tylko dało i teraz na swoje szczęście,
spotykała jedynie pojedyncze sztuki, które łatwo dawały się ominąć.
Uradowana
wreszcie znacząco zmniejszonym dystansem od domu, przeskoczyła do następnego
konaru i już wiedziała, że nie będzie za wesoło. Nie zauważyła pułapki z
wybuchowych notek, która aktywowała się w momencie dostania się w pole rażenia.
Dosłownie w
ostatniej chwili zdążyła się osłonić ramionami, gdy nastąpiła eksplozja. Była
tak potężna, że siła wybuchu dosłownie wgniotła ją w ziemie, uprzednio łamiąc
nią drzewo. Przez dłuższą chwilę leżała w bezruchu nie do końca świadoma co się
właśnie stało. Kiedy wreszcie cała sytuacja do niej dotarła, jęknęła cicho
próbując wyostrzyć wzrok. Charszcząc i kaszląc, próbowała się podnieść oraz
zorientować w sytuacji. Dopiero po trzech nieudanych próbach, wreszcie stanęła na
nogi. Ogrom zniszczeń sprawił, że aż
zachwiała się z trudem unikając kolejnego upadku.
Ktoś zadał sobie
wyjątkowo wiele trudu aby mnie zatrzymać, pomyślała zerkając na rany jakie
pułapka poczyniła w jej ciele. Prawa ręka zwisała bezwładnie i mimo usilnych
starań, jedyne co była w stanie nią zrobić to poruszenie samymi końcami palców.
To wykluczało użycie jakiegokolwiek bardziej skomplikowanego jutsu. Oczywiście jeżeli
miałaby tylko na nie siłę, a na to się nie zanosiło. Zwój demona wyssał całą
energię z Senju, pozostawiając ją bezbronną niczym dziecko. Kilka żeber z
pewnością było w kawałkach, o czymś świadczył palący ból w piersi. Natomiast z
nogi wystawał radośnie kawałek kory.
— Bogu niech
będą dzięki za ochraniacze, bo nie byłoby co ze mnie zbierać — mruknęła,
gwałtownym ruchem wyrywając ciało obce z uda i tknięta przeczuciem, spojrzała
przed siebie.
Wtedy go zauważyła.
Biegł w kierunku Liv z zatrważającą prędkością, nawet nie dając złudzeń, że
jego intencją nie jest dobicie jeszcze zipiącego wroga. Klinga miecza lśniła
niczym diament w promieniach letniego słońca, kiedy pędził prosto na nią.
Mimo że dzieliła
ich odległość czterdzieści metrów, Senju wiedziała, że nie ma szans żeby uciec.
Nie z tymi obrażeniami, nie z zerową ilością czakry. Nie była aż tak głupia i
naiwna. Pozostawało jej grać tym co miała, a posiadała dosyć niewiele. Wszystko
to mieściło się w sakwie na biodrze.
— Cóż, Hokage. Wygląda
na to, że nie dotrzymam warunków zadania — szepnęła cicho, padając na kolana z
wysiłku. Pod wpływem uderzenia, zakasłała gwałtownie sprawiając, że obluzowana
maska zsunęła się z jej twarzy, odsłaniając pokrwawione oblicze. Uśmiechając
się cierpko, uniosła głowę by spojrzeć w niebo. Piękne i błękitne, bez
najmniejszej chmurki aż zachęcało do spacerów. Mogła się założyć, że wielu
mieszkańców Konohy z pewnością wybrało się na taką przechadzkę, korzystając z
pogody. — Szkoda, było tak blisko.
Przymknęła oczy,
przysiadając na piętach i czując nad sobą cień. Zdrowa dłoń w sekundzie
zacisnęła się na przygotowanym na chybcika prezencie dla wroga. Co jak co, ale
Senju jak ma iść do piachu to tylko z kimś, nigdy sama. Uśmiechając się pod
nosem, uniosła palce chcąc aktywować technikę, gdy nagle poczuła mokre krople
spadające na twarz, a później silną dłoń zaciskającą się na nadgarstku. Nie
czując żadnego nowego bólu, zaskoczona uniosła powieki.
W tym samym momencie
na twarz Liv wypłynął nikły uśmiech — prawdziwy i szczery — a następnie
pozwoliła się podnieść za zdrowe ramie.
— Nigdy nie
sądziłam, że to powiem — wyszeptała z trudem, spoglądając na ANBU z maską
łasicy. — Cieszę się, że cię widzę, Uchiha.
— Nie wiem czy
nadal będziesz się tak cieszyć gdy dotrzemy do wioski — warknął, przerzucając
sobie zdrową rękę Liv przez ramię. — Wtedy się z tobą rozliczę.
Zbyt zadowolona
z uniknięcia śmierci — przynajmniej, jeśli chodziło o dobicie przez wroga — nie
zwróciła uwagi na złowieszczy ton tylko rozejrzała się po trawie.
— Nie zapomnij
maski. Nówka sztuka — wykaszlała i wskazała swoją zgubę.
— Ja cię kiedyś
zabiję, Senju! — wysyczał, ale posłusznie podniósł to o czym mówiła. — Jesteś
jedną nogą w grobie, a przejmujesz się pieprzoną maską! — Wepchnął ją jej
tak gwałtownie, że aż syknęła z bólu.
— Nie
dramatyzuj, żyję — zaśmiała się cicho, zerkając na niego spod oka. — Jeszcze
będziesz żałować, że przeżyłam.
— W to nie
wątpię.
The end
Ciekawe, ciekawe... Chodź spodziewałam się jakieś innej końcówki... Ale to nie ja piszę, tylko ty, więc Cieszę się, że dodałaś ostatnią część tego shota, bo był mega i super ciekawy. Pozdrawiam i dużo weny życzę ;D
OdpowiedzUsuńNie takiego końca się spodziewałam, ale całość jest świetna. Itachi biegający po całym domu tuż po prysznicu... Wiesz, ja chętnie zamieniłabym się z Liv . Ten pocałunek był słodki, taki w ich stylu. Liv straciłaby honor, gdyby posłuchała Itachiego, w dodatku Hokage się nie odmawia. Uśmiałam się z końcówki i nowej maski ^^.
OdpowiedzUsuńDla mnie bomba, nie mogłam pozwolić, by Twoja wena głodowała :D. Teraz czekam na jakąś zaskakującą akcje w opowiadaniu, może Uchiha znowu posłucha Yuuki ;).
Pozdrawiam bardzo gorąco i czekam na ciąg dalszy ;>.
Mam wielką ochotę przeczytać coś Twojego... Ciekawi mnie bardzo ciąg dalszy ;d
UsuńSuper odcinek! super! super! Super! kocham go i jaram sie na maksa!!! Chce wiedzieć co dalej!!! Jak to mówią; jaram sie jak dzika kuna w agreście :D w każdym razie mam nadzieje że kolejny odcinek pojawi sie szybko!!! <3 <3 <3
OdpowiedzUsuń~ Marysia
moja droga obijasz się! wiem, że zaczął się rok szkolny i podobne rzeczy, ale mam nadzieję, że znajdziesz trochę czasu na wstawienie nowej części historii o Liv i Itachim. Czekam niecierpliwie ;D
OdpowiedzUsuńpozdrawiam gorąco!
Fajne to <3
OdpowiedzUsuń