4.11.2013

XXI Rozstania i powroty


            Wróciłam! Cieszy mnie, że tak się martwicie, aż mi się miło zrobiło. Miło mi też czytać tyle komentarzy:D. Długo zeszło, a to wszystko przez kapryśną wenę. Tak, zwalam wszystko na nią bo zamiast współpracować to ta skupiła się na wydarzeniach po powrocie do wioski. Na nic błagania i lamenty, niewzruszona kreowała kolejne przygody, a mnie zostawiła z dylematem, jak tu połączyć to w jedną spójną całość. No ale jakoś wyszło. Mam nadzieję, że to jakoś będzie znośne.

Garść odpowiedzi na komentarze:

 Iri Akuma - Twoje słowa są zawsze miodem na moje zszargane nerwy :D. 



Jagoda Lee - Muszę Cię trochę pomęczyć :D. No fakt, Liv ratuje dupsko Ascota, a ten tu rekami macha. Ciężki jest los shinobi.

-Marysia - Niebezpieczeństwo i kłopoty to drugie imię naszej uroczej Liv. Hehehe dla Uchihy to raczej nowość, że ktoś traktuje go z przymrużeniem oka;).

Moon - No już nie krzycz.:) Wróciłam, jestem i będą nowe wpisy. Hehehe jak to brzmi, przypadkowe kule ognia. Chłopak ma iście ognisty temperament. :D


Karmcie moją wenę bo coś kapryśna ostatnio. Pozdrawiam i zapraszam do czytania.:) 


**************************



Liv mrużąc oczy wpatrywała się w zadowolonego przeciwnika. Jedyny możliwy plan był taki, że ktoś musiał ułatwić dostęp do Yuuki. Dlaczego miała prawie pewność, że ta zaszczytna funkcja przypadnie właśnie jej? Potarła skronie i wpatrzyła się w gładką taflę.

— Dobra, plan wygląda tak: Satu, Yuchiro, Samon i ja zajmujemy się gościem. Kiedy zmusimy go do opuszczenia techniki Senju, Akira i Zaku biegną po księżniczkę — cichy i opanowany głos Itachiego rozległ się za plecami Liv. — Jakieś pytania?

— Co ja mam robić?

— Hakaze, ty razem z Shioni i Miwą trzymasz tego idiotę by się nie wtrącał.

Liv prychnęła z pogardą na jawne żale dziewczyny, że nie może się wykazać przed swoim oblubieńcem. Powoli od słuchania jej głosu dostawała bólu zębów. Doprawdy, z rozkoszą zakończy tę misję i pozbędzie się widoku tych gołąbeczków. W trakcie rozwodzenia się nad tą myślą zauważyła, że nagle coś się zmieniło. Uważnie przyjrzała się akwenowi i aż wciągnęła ze świstem powietrze. Porywacz odciął Yuuki tlen o czym dobitnie świadczyło zniknięcie bańki powietrznej. Nie patrząc na towarzyszy rzuciła się biegiem do wody wiedząc, że liczy się każda sekunda i kobieta nie wytrzyma tam długo. Brnąc do miejsca gdzie woda sięgała jej do pasa, zaczęła błyskawicznie składać pieczęcie. Sycząc z bólu wyciągnęła dłoń.

— Senju!... Cholera! Biegiem do swoich zadań!

Liv całkowicie zignorowała krzyki grupy i zagłębiła mocniej nogi w mule. Musiała mieć stabilną pozycje do wykonania tak wyczerpującego jutsu. Do tego ta technika wroga wcale nie pomagała w skupieniu. Z niechęcią spojrzała na piekące rany na skórze, a wiedziała, że to dopiero początek.

— Demonie, padniesz zanim ją ocalisz — szyderczy śmiech wypełnił cisze. W odpowiedzi uśmiechnęła się jedynie, wykonując ostatni znak. Nie minęła sekunda, a rechot zamarł w głośnym sapnięciu ze zdziwienia.

Na krótki moment wszystko zamarło, gdy ogromne ilości wody wystrzeliły w górę. Oczy wszystkich zatrzymały się na kłębach hektolitrów cieczy, zawieszonej pięć metrów nad ziemią. Liv przeczesała wzrokiem dno zbiornika w poszukiwaniu córki Władcy Kraju Ognia. Już po chwili ją zauważyła, leżała nieprzytomna pośród glonów. Odszukała spojrzeniem chłopców odpowiedzialnych za wyciągnięcie dziewczyny z dna. Zaku jak tylko zorientował się, że to technika mistrzyni to już gnał na złamanie karku po Yuuki. Po Akirze widziała, że nie bardzo mu się uśmiecha biec pod tonami wody, ale nie miał wyboru. Uspokojona przymknęła powieki i skupiła się na utrzymaniu żywiołu. Nie mogła zrobić nic więcej, w tej chwili była uziemiona i reszta należała do jej towarzyszy. Sapnęła z wysiłku gdy krwawe pręgi sięgały już ud i leniwie pięły się wyżej. Miała wrażenie jakby ktoś siekał ją ostrą brzytwą i wycinał kawałki skóry. Odgłos szamotaniny wyrwał ją z odrętwienia i z trudem opanowała odruch by się odwrócić. Domyślała się, że to Ascot sprawia problemy dziewczynom szarpiąc się w ich uścisku. Otworzyła oczy i z ulgą odnotowała, że chłopcy mają księżniczkę i biegną z nią do brzegu. Odetchnęła głęboko lekko się uśmiechając.
Nagle to poczuła i aż sapnęła z bólu. Piekące macki przeciwnika dotarły już do jej klatki piersiowej utrudniając oddychanie i powoli wpełzały na szyję. Czując, że dłużej nie wytrzyma, ostatni raz spojrzała na Akirę i Zaku. Widząc, że już są praktycznie bezpieczni, zachwiała się i odpuściła technikę. Wyczerpana osunęła się w grząskie błoto, a później była już tylko ciemność.


Z mroków świadomości wyrwało Liv dziwne uczucie. Trochę przypominało bujanie łódki na falach, ale jednak inne. Prócz tego jakże nietypowego zjawiska — jakoś wątpiła by mogła być gdzieś na wodzie — czuła ból, ogromny i przeszywający, utrudniający oddychanie. Z zamkniętymi oczami walczyła, sama ze sobą by nie wyć. Przyszło jej do głowy, że w tym wypadku przywitałaby śmierć z otwartymi ramionami, jeśli tylko to uchroniłoby ją przed cierpieniem. Czuła się obdarta ze skóry, zupełnie jakby miała na wierzchu żywe mięso. Było jej też ciasno i niewygodnie. W ogólnym zamroczeniu uznała, że pewnie zapakowali ją w bandaże, to by wyjaśniało dlaczego czuje się jak w pasach. Jęknęła cicho, gdy ktoś dotknął chłodnymi palcami jej twarzy co przyjęła z zaskoczeniem i z ulgą. Zimno przynosiło ukojenie.

— Zadziwiające jak szybko się regeneruje — miękki głos Shion zaburzył ciszę.

— Jutro albo pojutrze będzie jak nowa. — Słowa Samona zabrzmiały wyjątkowo blisko, prawie przy jej uchu. Na szybkiego zaczęła analizować swoje położenie. Rytmiczne bujanie, ciepło buchające prosto w klatkę piersiową, bliskość głosu. Na to wszystko było jedno logiczne wytłumaczenie, Samon targał ją na plecach.

— Hej... — chciała powiedzieć coś więcej, ale gardło miała wyschnięte na wiór.


— Chyba się wreszcie ocknęła — powiedział z ulgą Samon. — No jak królewno? Wyspałaś się?

— Czy... — Zmarszczyła nos z niezadowolenia, że tak ciężko idzie jej artykułowanie każdego słowa.


— Wszyscy cali — odpowiedział szybko.

— Co tam, Senju? Wreszcie postanowiłaś wrócić do żywych? — Uchiha wtrącił się do rozmowy na co skrzywiła się lekko. Doprawdy, nawet będąc ledwo żywa nie miała co liczyć na spokój przy tym dupku.

— Szkoda, że wszyscy — burknęła, otwierając powieki. Gdy obraz wreszcie nabrał ostrości z wahaniem rozejrzała się wokoło. Zlokalizowała wszystkich, prócz Ascota i Yuuki.

— Odstawiliśmy ich już do domu, jak byłaś nieprzytomna — wyjaśnił Itachi, a jego czarne oczy łypnęły na nią uważnie. — Powiem tak, Liv. Jeszcze jedna taka samowolka...

— Wal się Uchiha — warknęła i wtuliła głowę w ramię swojego tragarza.



Itachi stawiając krok za krokiem, bacznie obserwował otoczenie. Dookoła powoli zapadał zmrok i nadchodził najwyższy czas by zrobić postój. W wypadku gdzie do walki jest zdolnych tylko dwóch joninów i banda dzieciaków, poruszanie się po ciemku byłoby ogromną głupotą. Nie można zapominać, że mieli pod opieką rannego, a drugi shinobi robił za nosze. Wniosek? Podczas starcia zrobiłby się młyn i nie obeszłoby się bez kontuzji. Uchiha czujnie zerknął na Samona i jego „bagaż”.
Mężczyzna wyglądał na zmęczonego, ale za nic w świecie nie chciał przekazać nikomu dziewczyny. Zmrużył z irytacją oczy, gdy obiekt jego obserwacji się potknął, na co z gardła Senju wyrwał się cichy jęk. Doprawdy przez takich ludzi dzieję się więcej szkód niż pożytku.



Ciepły blask ognia oświetlał trzy oparte o drzewo postacie. Trójka geninów siedziała zamyślona z dala od towarzystwa. Yuchiro z przymkniętymi powiekami wsłuchiwał się w nocną ciszę, a Zaku analizował w myślach wydarzenia ostatnich dni. Blade dłonie młodego Uchihy miętosiły trzymany plecak, a on sam utkwił spojrzenie w siedzącej z Samonem mistrzyni. Czarne oczy z uwagą rejestrowały każdy grymas na twarzy sensei i wychwytywał nawet najcichszy, zduszony jęk.

— Zaku, nie martw się tak. — Shion uspakajającym gestem dotknęła ramienia chłopaka i przysunęła się bliżej. Z westchnieniem wyjęła mu z dłoni wygnieciony bagaż i spojrzała w kierunku joninów. — Jeszcze tylko dzień drogi i będziemy w domu.

— Strasznie często traci przytomność.

— My, przy takich obrażeniach nie obudzilibyśmy się przez tydzień — szepnęła odgarniając włosy.

— Pewnie tak — Zaku mruknął w odpowiedzi i zacisnął mocno pięści. Odetchnął głęboko i przeniósł spojrzenie na brata.

Itachi stał przy ognisku śledząc wzrokiem poczynania Liv. Skrzyżował ramiona na piersi i skrzywił się lekko, gdy dziewczyna się zachwiała. Kierowała się w stronę śpiwora i cała jej postawa dawała do zrozumienia, że jest wyczerpana. Takiego ma opiekuńczego przyjaciela, a jednak nie miał oporów żeby ją puścić samą, pomyślał z ironią przenosząc ciężar na drugą nogę. Mimowlonie drgnął nerwowo kiedy dziewczyna upadła na kolana ciężko dysząc. Nawet z tej odległości widział jak zaciska mocno zęby walcząc z bólem, a dłonią trzyma się w okolicach serca. Ciemne brwi ściągnęły się mocno, gdy dostrzegł jak drży i zamyka oczy. 
Chciał już zrobić krok w kierunku Senju, ale niespodziewanie Hakaze zastąpiła mu drogę na co sapnął z irytacji. Ignorując całkowicie jej osobę, spojrzał ponad jej ramieniem na Senju. Obok niej właśnie pojawił się Samon i pomagał w pozbieraniu się z ziemi. Gdy zobaczył, że sytuacja została opanowana z trudem oderwał wzrok od opierającej się o Samona Liv i powrócił do Hakaze.

— Trzeba zrobić okłady — oznajmiła, niespeszona jego gniewnym spojrzeniem. 

Powoli dochodził do wniosku, że wolał ją jako zahukaną prostą dziewczynę. Zrobił jeszcze bardziej chmurną minę, gdy złapała go za rękę i próbowała przyciągnąć do siebie. Doprawdy, Hakaze robiła się nachalna i bezczelna.

— Nic mi nie jest — warknął cicho, wyplątując dłoń z jej uścisku. Szybkim krokiem podszedł do śpiwora i zaczął szykować się do odpoczynku po całodniowej podróży. Miał nadzieję, że zrozumie nieme przesłanie, że nie ma ochoty na rozmowy, jednak ona okazała się jedną z tych odpornych. Z trudem stłumił jęk irytacji, gdy zauważył ją nad sobą. Naprawdę czasem żałował, że jest tak dobrze wychowany. Chyba powinien brać przykład z brata, ten przynajmniej miał spokój.

— Itachi — westchnęła cicho i opadła na trawę obok niego. — Widzę, że cierpisz, chcę ci pomóc.

— Do wesela się zagoi — burknął w odpowiedzi. Miał ogromną ochotę posłać ją do diabła. O tak, to byłby wspaniały pomysł. Przestałaby dyszeć mu na kark i podążać za nim jak cień. Ma dość jej towarzystwa i naprawdę z ulgą dotrze do wioski, a wtedy ich drogi znów się rozejdą. Wrócą do przyjemnego etapu znajomości, kiedy wypowiadali krótkie „cześć” i każde szło w swoją stronę.

— Nie rozumiem czemu skoczyłeś do jeziora… — zaczęła, skubiąc rosnącą przed nią gałązkę jakiejś rośliny.

— Nie musisz rozumieć — uciął dyskusję i odciągnął swój dobytek do swoich uczniów.

2 komentarze:

  1. Tak teraz widzę ciemność, przerzucił się na mnie twój brak pomysłów bo moja głupota się chyba wypaliła ale cóż zobaczymy.
    Rozdział określam tak 9/10, no dobra 9.5 ciesz się :D
    Lubisz męczyć ludzi prawda ?
    Biedna Liv coś tak sądzę, że gdyby byłą ciut mniej poszkodowana to Itachi maił by ubaw po pachy normalnie. A tu Itaś bardzo widocznie się o nią martwi.
    Och Hakaze naprawdę ciesz się że Itaś jest tak dobrze wychowany, było by naprawdę ciekawe gdyby nie był :D
    Dobra nie mam już najmniejszego pomysłu więc pozdrawiam, życzę duuuużo weny i aby była mniej kapryśna oraz czekam na next'a :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo podobał mi się ten odcinek :) Bohaterska Liv to właście to co lubię. I bardzo dobrze że Itachi chce sie pozbyć Hakaze. Powinien się w końcu porządnie zająć Liv... ;3 w każdym razie super odcinek, szkoda tylko że taki króki! życzę dużo weny i z niecierpliwością czekam na next! :)
    ~Marysia

    OdpowiedzUsuń