Mam dla
Was prezent w ramach walentynek. Szczerze mówiąc ten shot był dla mnie drogą
przez mękę. Gdyby nie Tayla, to dałabym sobie z nim spokój wyrzucając go w
cholerę do kosza. Dziękuję jej za motywację, podpowiedzi i to jej dedykuję ten
tekst. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.
Betowała:
Tayla :*
Liv
stała przed lustrem wpatrując się z niedowierzaniem w swoją twarz. Można
powiedzieć, że dzisiejszego dnia wspięła się na wyżyny swoich możliwości
posługiwania się kosmetykami. Tak, drodzy państwo, Liv Senju użyła cieni do
powiek, kredki do oczu, a nawet tuszu. Z miną męczennicy tuszowała rzęsy,
przybliżając twarz do szklanej tafli.
Do tej pory nie mogła zrozumieć, jak dała się namówić na to spotkanie. To musiało być chwilowe zaćmienie umysłu, inaczej nie mogła tego wytłumaczyć. Westchnęła ciężko przeczesując palcami włosy. Przez moment miała absurdalną myśl, by je jakoś upiąć, ale na całe szczęście szybko jej przeszło. W innym wypadku powinna się już konkretnie zmartwić, bo to by oznaczało chorobę psychiczną. Ona i makijaż. Dobre sobie. Do tej pory szczytem jej umiejętności wizualnych było użycie tuszu do rzęs. Krytycznym spojrzeniem obrzuciła swój strój i kiwnęła głową z aprobatą. Miała na sobie prostą granatową sukienkę. Ostatni raz poprawiła mankiety narzuconej na to białej marynarki i wyszła z domu. Gdy tylko znalazła się na powietrzu, uderzył w nią chłodny wiaterek na co skrzywiła się mimowolnie. Mruknęła z irytacją i zawiązała szczelniej apaszkę, ruszając do budynków administracji. Tempo miała dosyć słabe. Do swojego stroju założyła buty na wysokim obcasie, przez co szła z prędkością ślimaka. Nie wiedziała, co za diabeł wynalazł to narzędzie tortur dla stóp, ale z całą pewnością był to mężczyzna. Tylko seksistowska świnia mogła wymyślić, że symbolem kobiecości i dobrego smaku są szpilki.
Co chwilę mijała przytulające się zakochane pary, które zamroczone swoją miłością, nie zwracały uwagi na nic innego poza sobą. Nie mogła powstrzymać grymasu na dźwięk wkurzających chichotów i ogólnego badziewia porozwieszanego na słupach i w oknach witryn. Ku jej rozpaczy miłosne melodie było słychać nawet na świeżym powietrzu, bo właściciele wszystkich knajpek stwierdzili, że romantyczna atmosfera walentynek jest tak wspaniała, że ma drażnić nawet uszy przechodniów. Dodatkowo wszędzie atakowały wzrok małe, półnagie cherubiny, kupidyny, serduszka, czy inne czerwone symbole tego kiczowatego święta. Powinna zabić Samona za głupie pomysły i że do pomocy przy ich realizacji angażuje samą Hokage. Liv, mimo szczerych chęci, nie dała rady się wykręcić od uroczego spotkania w gronie Skrytobójców i Joninów. Tak, Tsunade użyła szantażu. Bardzo skutecznego szantażu. Jeśli Liv nie stawi się na imprezie integracyjnej, to jej geninii nie będą dopuszczeni do egzaminów na chunina. Na samo wspomnienie tej groźby zacisnęła mocno pięści. Mało tego, nasłuchała się jeszcze, że jest aspołeczna, nietowarzyska, nie posiada żadnych mocnych więzi z mieszkańcami wioski. Tu akurat by się kłóciła, gdyby tylko przełożona dała jej dojść do głosu. Miała więzi, bardzo mocne zresztą. Ze swoimi uczniami i Samonem. No i nie zapominajmy o najmocniejszej – opierającej się na wzajemnej niechęci i rywalizacji – z szanownych paniczem Uchihą. To jest mało? Ich wzajemną nienawiścią mogliby obdarować cały świat i jeszcze by zostało. Niestety, nikt nie chciał słuchać jej powalających argumentów. Przez to właśnie jest zmuszona przez parę godzin znosić towarzystwo shinobi Konohy i ich partnerek oraz partnerów. Tak, każdy mógł zabrać ze sobą osobę towarzyszącą. Na myśl, o tak licznym stadzie aż zazgrzytała zębami ze złości. W głowie kołatała się malutka iskierka nadziei, że może większość zaproszonych nie przyjdzie, bo będą woleli spędzić walentynki w bardziej intymnym gronie, czyli we dwoje. Z tą pokrzepiającą myślą wspięła się na schody i nacisnęła klamkę.
Do tej pory nie mogła zrozumieć, jak dała się namówić na to spotkanie. To musiało być chwilowe zaćmienie umysłu, inaczej nie mogła tego wytłumaczyć. Westchnęła ciężko przeczesując palcami włosy. Przez moment miała absurdalną myśl, by je jakoś upiąć, ale na całe szczęście szybko jej przeszło. W innym wypadku powinna się już konkretnie zmartwić, bo to by oznaczało chorobę psychiczną. Ona i makijaż. Dobre sobie. Do tej pory szczytem jej umiejętności wizualnych było użycie tuszu do rzęs. Krytycznym spojrzeniem obrzuciła swój strój i kiwnęła głową z aprobatą. Miała na sobie prostą granatową sukienkę. Ostatni raz poprawiła mankiety narzuconej na to białej marynarki i wyszła z domu. Gdy tylko znalazła się na powietrzu, uderzył w nią chłodny wiaterek na co skrzywiła się mimowolnie. Mruknęła z irytacją i zawiązała szczelniej apaszkę, ruszając do budynków administracji. Tempo miała dosyć słabe. Do swojego stroju założyła buty na wysokim obcasie, przez co szła z prędkością ślimaka. Nie wiedziała, co za diabeł wynalazł to narzędzie tortur dla stóp, ale z całą pewnością był to mężczyzna. Tylko seksistowska świnia mogła wymyślić, że symbolem kobiecości i dobrego smaku są szpilki.
Co chwilę mijała przytulające się zakochane pary, które zamroczone swoją miłością, nie zwracały uwagi na nic innego poza sobą. Nie mogła powstrzymać grymasu na dźwięk wkurzających chichotów i ogólnego badziewia porozwieszanego na słupach i w oknach witryn. Ku jej rozpaczy miłosne melodie było słychać nawet na świeżym powietrzu, bo właściciele wszystkich knajpek stwierdzili, że romantyczna atmosfera walentynek jest tak wspaniała, że ma drażnić nawet uszy przechodniów. Dodatkowo wszędzie atakowały wzrok małe, półnagie cherubiny, kupidyny, serduszka, czy inne czerwone symbole tego kiczowatego święta. Powinna zabić Samona za głupie pomysły i że do pomocy przy ich realizacji angażuje samą Hokage. Liv, mimo szczerych chęci, nie dała rady się wykręcić od uroczego spotkania w gronie Skrytobójców i Joninów. Tak, Tsunade użyła szantażu. Bardzo skutecznego szantażu. Jeśli Liv nie stawi się na imprezie integracyjnej, to jej geninii nie będą dopuszczeni do egzaminów na chunina. Na samo wspomnienie tej groźby zacisnęła mocno pięści. Mało tego, nasłuchała się jeszcze, że jest aspołeczna, nietowarzyska, nie posiada żadnych mocnych więzi z mieszkańcami wioski. Tu akurat by się kłóciła, gdyby tylko przełożona dała jej dojść do głosu. Miała więzi, bardzo mocne zresztą. Ze swoimi uczniami i Samonem. No i nie zapominajmy o najmocniejszej – opierającej się na wzajemnej niechęci i rywalizacji – z szanownych paniczem Uchihą. To jest mało? Ich wzajemną nienawiścią mogliby obdarować cały świat i jeszcze by zostało. Niestety, nikt nie chciał słuchać jej powalających argumentów. Przez to właśnie jest zmuszona przez parę godzin znosić towarzystwo shinobi Konohy i ich partnerek oraz partnerów. Tak, każdy mógł zabrać ze sobą osobę towarzyszącą. Na myśl, o tak licznym stadzie aż zazgrzytała zębami ze złości. W głowie kołatała się malutka iskierka nadziei, że może większość zaproszonych nie przyjdzie, bo będą woleli spędzić walentynki w bardziej intymnym gronie, czyli we dwoje. Z tą pokrzepiającą myślą wspięła się na schody i nacisnęła klamkę.
To, co
zobaczyła, sprawiło, że od razu zrzedła jej mina. Pomieszczenie, które zawsze
służyło do zebrań oraz narad głównych dowódców i strategów, było wypełnione
tłumem ludzi. W dodatku, piorunującą zmianą był wystrój sali. Ktoś musiał
nieźle się natrudzić, żeby przeistoczyć to miejsce w coś eee... ładniejszego?
Choć niekoniecznie się ten wystrój Liv podobał. Pamiętała, że gdy kiedyś była
obecna na jakiejś tam naradzie, miała wrażenie, że jest w zwykłym, bezgustownym
i surowym pokoju. Teraz, widząc mnóstwo balonów, serpentyn i girland w – a
jakżeby inaczej – różnych odcieniach czerwieni i różu, miała wrażenie, że jest
w ciasnej klatce. Przyciemnione światła, świeczki i pięknie ozdobione stoły
oraz krzesła, biły po oczach ogromem elegancji i przepychu. Zamrugała
intensywnie, niedowierzając w to, co widzi. Miała szczerą nadzieję, że chociaż
tutaj nikt nie zrobi tej romantycznej szopki, która panowała na ulicach wioski.
Niestety, los nie był łaskawy dla Liv. Wszyscy obecni promieniowali
radością, głośno żartowali i ogólnie wydawali się zadowoleni z życia.
Zaciskając mocno szczękę, wmieszała się w tłum, od razu szukając Samona. Co jak
co, ale nie zamierzała stać sama jak kołek, bo – nie daj Boże – ktoś może wpaść
na samobójczy pomysł i chcieć z nią porozmawiać. Szybko zlokalizowała swojego
przyjaciela przy stole z ponczem. Mogła się spodziewać, że właśnie tam będzie
urzędował. Nie zastanawiając się ani chwili ruszyła w jego stronę, przepychając
się przez zagradzających jej drogę shinobi. Nagle zatrzymała się w półmroku,
zauważając głównego kapitana ANBU. Zawsze, gdy tylko się spotykali, namawiał ją
na powrót do formacji Skrytobójców. Widząc, że ten próbuje złapać jej
spojrzenie odwróciła się szybko zmieniając kierunek. Nawet nie zauważyła, że
przez swój gwałtowny manewr popchnęła białowłosą dziewczynę prosto w ramiona
stojącego przy niej bruneta. Potrącona spłonęła mocnym rumieńcem, wpatrując się
w trzymającego ją mężczyznę, jak w obrazek. Liv usłyszała tylko ciche
prychnięcie, które wydawało się wyjątkowo znajome, ale całkowicie je
zignorowała, skupiając się na swoim celu. Nie miała czasu na zawracanie sobie
głowy jakimiś gruchającymi gołąbkami, którym ułatwiła zrobienie pierwszego
kroku, za co defakto, powinni być wdzięczni. Widząc, że prawie w góle nie
zmniejszyła dystansu dzielącego ją od przyjaciela zatrzymała się gwałtownie. Warknęła
cicho i użyła Boga Piorunów.
– Hej, Liv – zagaił chłopak i obrócił się
momentalnie w jej kierunku, wyczuwając dobrze znaną czakrę. Otaksował ją od
stóp do głów i uśmiechnął się szeroko. – No, no… Liv. Nie spodziewałem się, że
aż tak się wystroisz.
– Dobrze wiesz, że nie miałam wyboru. Rozkaz
Tsunade.
Senju poruszyła się niespokojnie pod jego
uważnym spojrzeniem i sięgnęła po kieliszek. Zanurzyła usta w alkoholu,
świdrując go wzrokiem. Zaśmiał się cicho, widząc jej grobowąą minę i objął ją
ramieniem. Dobrze widział, że jest na niego zła i obrażona.
– No już Liv, rozchmurz się. – Nachylił się
nad nią, zakładając jej kosmyk włosów za ucho.
– Ciężko o entuzjazm, gdy mnie wrobiłeś w to
badziewne przyjęcie – burknęła obrażona, strącając jego ramię.
– E tam. Muzyka jest? Jest. Alkohol. Jest?
Jest. Przystojny i zabawny facet u twojego boku, gotowy do spełnienia każdej
twojej zachcianki, jest? Jest. Czego chcieć więcej?
– Twoja skromność powala. – Pokręciła ze
śmiechem głową. Tylko on potrafił w błyskawiczny sposób poprawić jej humor.
– Wiem. – Puścił do niej oko, chwytając ją za
dłoń i prowadząc w kierunku okna.
Oparta o parapet obserwowała spod rzęs Samona.
Mężczyzna stał w luzackiej pozie, przeszukując wzrokiem tłum. Prezentował się
naprawdę korzystnie z tym łobuzerskim błyskiem w oku. Z jedną ręką w kieszeni
modnych spodni, uważnym spojrzeniem drapieżnika wypatrującego swojej ofiary,
przeczesywał otaczających ich gości. Prawie widziała jak ocenia wszystkich
obecnych na sali facetów. Nigdy nie rozmawiała z nim o gustach, ale już dawno
zaobserwowała, że jego uwagę przykuwali głównie bruneci i szatyni. Zacmokała
cicho, gdy jego oczy zabłyszczały podejrzanie, kiedy kiwnął głową jednemu z
kolegów z drużyny. Zaśmiała się bezgłośnie, widząc delikatne rumieńce na twarzy
towarzysza. Obiecała sobie w myślach, że w ramach kary za to paskudne
przyjęcie, trochę się z niego później ponabija. Usatysfakcjonowana swoim
pomysłem, przeniosła spojrzenie na otaczających ją ludzi. Po chwili dłuższej
obserwacji zauważyła Hakaze z Itachim. Dziewczyna prawie wychodziła ze skóry,
próbując swoich tanich sztuczek na chłopaku. Zaplatanie włosów na place,
kokieteryjne uśmieszki, perlisty śmiech, delikatny dotyk. Wszystko to – ku rozczarowaniu
wykonującej – spływało po długowłosym, jak woda po kaczce. Można było
zaryzykować, że zamiast nastawiać go entuzjastycznie do amorów, to budzi w nim
coraz większą irytację. Liv zmrużyła z rozbawieniem oczy. Doprawdy, ta kobieta
była zabawna w tej swojej determinacji.
Nagle,
tuż za jej plecami, rozległ się huk rozbijanego okna. Zmarszczyła brwi, wyczuwając
drobne odłamki szkła przesuwające się po skórze i chłodny powiew wiatru.
Spoglądając przez ramię, kątem oka zarejestrowała jakiś mały pakunek, przelatujący
tuż koło głowy Samona. Ktoś, kto rozbił szybę, wrzucił coś do pomieszczenia.
Zanim jednak zdążyła zrobić krok w stronę gdzie spadło, chcąc się dowiedzieć co
to jest, zniknął jej z pola widzenia. Ogólne poruszenie wywołane hałasem
sprawiło, że nie mogła nigdzie zlokalizować tajemniczego przedmiotu. Mamrotała
pod nosem przekleństwa na nieogarniętych shinobi, którzy w tej chwil
zachowywali się jak spłoszone stado. Miała ochotę złapać nie jednego i
potrząsnąć nimi mocno, by się ogarnęli. Chwilę później tłum się rozstąpił,
ukazując klęczącego Uchihę. Kucał nad zneutralizowanym ładunkiem wybuchowym z
marsową miną. Zaraz obok niego stała blada jak ściana Hakaze, zakrywając usta
dłonią.
– Samon, Liv, za nim – padł szybki rozkaz z
ust głównego kapitana ANBU.
Nie trzeba było jej dwa razy powtarzać.
Błyskawicznie odwróciła się do przyjaciela, łapiąc go za nadgarstek i
przenosząc ich za pomocą jutsu na dach budynku. Gdy tylko ich stopy dotknęły
twardej powierzchni, zaraz ruszyli do biegu. Znali się tak długo, że potrafili porozumieć
się bez słów. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieli czego w danym memencie
oczekuje od nich partner. Rozdzielili się
już po paru metrach.
Liv, niczym cień,
przeskakiwała po dachach, próbując wyśledzić obcą czakrę. Zamruczała z
satysfakcją, gdy wreszcie go wyczuła. Był niespełna kilkaset metrów od niej.
Gwałtownie przyśpieszyła jednocześnie racząc morderczym spojrzeniem swoje buty.
Szpilki zdecydowanie nie nadawały się do biegu, a już na pewno nie do cichego.
Gniewny grymas pojawił się na jej twarzy, gdy została zauważona, a raczej
usłyszana. Zamachowiec odwrócił się w jej stronę uśmiechając złośliwie i
kiwając by podeszła bliżej. Ta jego brawura i wyszczerzone zęby, podziałały na
nią jak płachta na byka. Sycząc z frustracji wdała się w walkę taijutsu.
Wirowali w niebezpiecznym tańcu, wymieniając się ciosami. Liv z gniewem
zauważyła, że to nie jakiś pierwszy lepszy najemnik, ale ktoś kto zna się na
swojej robocie. Musiała się dwoić i troić, unikając ostrza jego miecza.
Prychnęła ze złością, gdy zadrasnął ją w przedramię, zmuszając do odskoku. Nie
zastanawiając się ani chwili złożyła pieczęć.
– Eksplodująca fala wody! – krzyknęła
głośno. Z palącą satysfakcją zauważyła, jak zostaje zepchnięty z budynku,
spadając w dół. Pobiegła do miejsca gdzie zniknął by zobaczyć czy nadal ma siłę
walczyć. Wychyliła się zza krawędzi dachu. To, co zobaczyła, sprawiło, że
otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. To był klon, bo właśnie znikał w kłębie
dymu, po uderzeniu o chodnik. Obróciła się na pięcie szukając przeciwnika.
Znalazła go nawet szybciej niż się spodziewała. Stał kilkanaście metrów za nią,
posyłając w jej kierunku ogromną ścianę
błota. Z kpiącą miną zmrużyła oczy. Dla kogoś, kto posługuje się techniką
Latającego Boga Piorunów uniknięcie czegoś takiego to pryszcz. Problem zaczynał
się, kiedy użytkownik był unieruchomiony, ale jej to nie dotyczyło. Chciała
właśnie stanąć pewniej na nogach, gdy nagle spojrzała z przerażeniem na stopy.
Jeden z tych przeklętych obcasów utknął między dachówkami i nie mogła zrobić
nawet kroku.
– Jasna cholera! – warknęła ze złością,
próbując uwolnić nogę. Zdawała sobie sprawę, że wodne i wietrzne jutsu, którymi
się posługiwała raczej jej nie pomoże.
Szarpnęła się mocno, ale i to nie
przyniosło spodziewanego efektu. Jedyne co jej pozostało, to przyjąć technikę
na siebie tak, by ponieść jak najmniejsze obrażenia. Osłoniła
twarz ramionami, oczekując aż trafi w nią technika wroga. Sapnęła zaskoczona,
gdy coś ciężkiego w nią uderzyło znacznie wcześniej niż się spodziewała, zrzucając z krawędzi. Na całe szczęście nie
spadała długo, zaraz uderzyła plecami o płytki na czyimś balkonie. Jęknęła
cicho, czując przygniatający ją ciężar. Podejrzanie ciepły ciężar, który na dodatek
oddychał? Z wahaniem odsłoniła twarz i spojrzała prosto w czarne jak noc, oczy
Itachiego. Zamrugała intensywnie, zastanawiając się, czy nie ma czasem omamów
spowodowanych upadkiem.
– Uchiha? – zapytała z niedowierzaniem,
wpatrując się w przygniatającego ją mężczyznę.
– A kogo się spodziewałaś, księcia na
białym koniu? – Obdarzył ją ironicznym spojrzeniem, zaraz jednak westchnął i
podniósł się do siadu. – Kto inny może ratować twoje cztery litery?
– No fakt, do księcia ci daleko –
prychnęła, rozmasowując tył głowy, całkowicie ignorując drugą część jego
wypowiedzi. – Na księcia trzeba mieć wygląd, klasę i prestiż. Niestety, ty masz
tylko to pierwsze.
– Odezwała się gwiazda, która nie ma
żadnej z tych cech – zaśmiał się drwiąco.
– Swoją drogą, nie spodziewałam się
Uchiha – zacmokała z rozbawieniem. – Tak się martwić o moja skórę…
– Nie schlebiaj sobie, byłem w pobliżu…
– Jasne – zamruczała złośliwie. – Załatw
konia, to rozpatrzę twoją kandydaturę na mojego prywatnego księcia.
– Senju… bo zacznę żałować, że nie
pozwoliłem pogrzebać cię żywcem – złowieszczy syk wydobył się gardła Itachiego.
– Hej, gołąbki! A o czym tak gruchacie?
– przerwał im wesoły głos Samona. Patrzył na nich z góry, uśmiechając się
szeroko. – Jak chcieliście pobyć trochę sami, to mogliście wybrać romantyczniejsze
miejsce.
Roześmiał się głośno, słysząc dwa
gniewne prychnięcia.
Tak świetny walentynkowy prezent, że aż chciałoby się czytać jeszcze.
OdpowiedzUsuńO matko!!! Wchodzę na bloga, chcąc skomentować i co widzę??? Dedykacja?! Dla mnie? O.O? Przecież ja nic nie zrobiłam, no... To Twój tekst i Twoja zasługa, że jest napisany XD A że trochę pomarudziłam? Eeee tam... No i już nie przesadzaj, z tą motywacją i podpowiedziamy, przecież to Ty pisałaś XD Nie mniej dziękuję bardzo, nie spodziewałam się że sprawisz mi taką niespodziankę. (Następnym razem ostrzegaj słonko, bo jeszcze zawału dostanę!) Dobra, cicho szaaaa...! Było, minęło, a teraz czas na konkrety hihi XD Niestety to w następnym komciu, bo stwierdzam, że blogger mnie nienawidzi i nie daje mi opublikować całego komentarza w jednym, więc wiesz… (No, co? Nie moja wina, że lubię pisać dłuuuuugaśne komcie, zwłaszcza u Ciebie!) XD
OdpowiedzUsuńDobra no to teraz treść:
OdpowiedzUsuńZacznijmy od samej Liv. Makijaż? O matko… współczuję kobiecie. Nastawiona wiecznie na nie, mająca gdzieś wszystko i wszystkich (prawie, no ale nie czepiajmy się szczegółów :P) robi makijaż!. Prawie padłam jak to przeczytałam, bo dopiero wówczas uświadomiłam sobie że taka mała rzecz może być dla niej niezłym: po pierwsze wyzwaniem, po drugie spowodować u niej niezły napad szału. Już oczami wyobraźni widzę ją, jak stoi przed lustrem i gada ze zniecierpliwieniem do tuszu żeby jej dobrze rzęsy podkręcił, a nie się rozmazywał XD.
Impreza integracyjna, do której została zmuszona pod groźbą Hokage i to w dodatku w Walentynki, musiała jej wysoko podnieść ciśnienie. Ale patrzcie przecież, jak się dla swojej drużyny poświęciła. Poszła, no! Nawet kieckę i szpilki ubrała! Toż, to wyczyn pierwsza klasa, jak dla niej! A uśmiałam się jak szalona jak przeczytałam o nagłej ewakuacji na widok byłego szefa! No i jeszcze sparowała dwójkę ludzi! Matko, świat się wali, hahah :D
Samon tuz przy ponczu – tak, tego można było się spodziewać. A jego komplementy pod adresem Liv, były boskie. No i ta skromność, że ma wszystko czego zapragnie na wyciągnięcie ręki… Momentami żałowałam, że mówi to akurat jej, bo ją to pewnie bardziej irytowało niż schlebiało. A zresztą jej chęć ponabijania się z niego po imprezie, w ramach kary jest na to wystarczającym dowodem XD
Ach no i nie zapominajmy o Itachim! Oczywiście, że musiał tam być, musiał! Przecież to impreza integracyjna, no nie? Tylko co tam robi ta wiedźma Hakaze? Oż… grrr… Jedyny plus, to że próbowała poderwać nie tego co trzeba hahaha :D Albo po prostu jest gUpia i nie umie, hahah :P W każdym razie, bardzo dobrze. Wystawię jej sądowy zakaz zbliżania się do Uchihy na 500 metrów, bo chyba delikatne aluzje, na nią nie podziałają… Dobra, olać ją. Przejdźmy dalej. Zamach!!! Ło matko, no! Atak, a tu wszyscy albo pijani z miłości albo upici ponczem, no i co?? Nie, spokojnie, panie i panowie, Itachi i Liv czuwają! Rozbrojenie, dodajmy praktycznie natychmiastowe, ładunku wybuchowego, jest takie w jego stylu. Rozkaz kapitana ANBU musiał być dla Senju wybawieniem z tej, jak dla niej potwornej imprezy. Rzuciła się w pogoń i to na szpilkach! No i nawet walczyła! Matko, przecież impra trwa no… Jejku Walentynki do cholery, a ona karku nadstawia. W kiecce, no! Ach no i te nieszczęsne obcasy… Faktycznie jej wcześniejsze rozmyślania, że to narzędzie tortur, całkowicie się sprawdziły :D Znalazła się w pułapce, przez głupie buty hihi :D Ale, ale! Itachi, niczym książę na białym koniu, a może raczej kruku? :P Ratuje ją z tej opresji rzucając się jak szalony na nią. No i to dosłownie haha, bo przecież przygniatał ją swoim (Ciepłym! – jak słusznie zauważyła Liv) ciałkiem XD Jezu w tym momencie się rozpłynęłam… Ach już sobie wyobrażam tą zadartą kieckę i minimalny rumieniec na twarzy Senju… ach… No co, Dita? Pomarzyć, zawsze można XD Ale nie! Przeciez oni się nie znoszą! Co z tego, że Liv nawet głośno powiedziała, że wygląd to Uchiha ma? NIC. Bo to przecież oni, no nie? Tak… Ale nas nie oszukają, o nie! Gdyby Itaś był taki bezuczuciowy, to jednak nie rzuciłby się jak wariat, żeby kobietkę ratować. Silną kobietkę, która na bank by sobie poradziła, no ale jak to tak? Miał stać i patrzeć jak obrywa? Nie tego nawet wiecznie opanowany Uchiha by nie zdzierżył! Więc niech się wypierają, niech grożą innym za chęć sparowania ich. My i tak swoje wiemy hahah :D I tej wiedzy, nikt na nie odbierze, o!
Pozdrawiam serdecznie, czekam na kolejne teksty, no i z powalającą skromnością dodam, że polecam się na przyszłość w razie czego, hahah :P
Buziole i Weny!!!!!
Generalnie urocze chodź wiele milości w tym nie ma :D Chodź uwielbiam sprzeczki Liv i Itachiego! Jej poświęcenie i to jak on zawsze próbuje ją ratować! <3 teraz czekam na ciąg dalszy naszego głównego opowiadania bo naprawde zżera mnie ciekawosć! Życzę dużo, weny i czasu! <3
OdpowiedzUsuń~Marysia
Przepraszam, że komentarz taki krótki ale mam jutro sprawdzian z historii i moja głowa już nie pracuje...
Usuń~Marysia
No i jak idzie pisanie następnego rozdziału? :c
OdpowiedzUsuńHej hej :D rozdzialy coraz czesciej i niezmiernie mnie to cieszy, bo uwielbiam czytac Twoje notki. Siwietny pomysl z tym shotem, aczkoliwiek nadal czuje niedosyt Itasiowo Livovego "postepu" :D ale tak juz mam i czekam cierpliwie na wiecej, bo takie odwlekanie ich w czasie ma swoje zalety ;)
OdpowiedzUsuńCo do tej notki, jak zsykle Hakaze musiala oblepic Uchihe, ale chyba Liv w glebi pobyla zazdrosna ^^ No i ratunek - jak zykle musi przybywac jej z pomoca, pokazujac jacy to Uchiha nie sa wspaniali w porownaniu z Senju, w gruncie rzeczy robiac to z wyzszych pobudek.
Pisz i publikuj kolejny rozdzial :)
cześć właśnie z nieopisaną radością i uśmiechem na twarzy przebrnęłam przez cały Twój blog. W sumie wydaje mi się że "przebrnęłam" nie jest odpowiednim słowem ja go wręcz pochłonęłam. Jestem pod wielkim wrażeniem masz świetny styl. ;) Cudownie czytało mi się każdy rozdział i pragnę więcej i więcej! Długo szukałam takiego bloga który zadowoliłby mnie i nasycił Tobie się to udało a nawet wywołałaś większy głód ;D z niecierpliwością czekam na więcej. Pozdrawiam gorąco, Ali ;)
OdpowiedzUsuńHALO?! POLICJA? PROSZĘ PRZYJECHAĆ NA BLOGA! KTOŚ TU SIĘ ZAWODOWO OBIJA!!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! <3
~Marysia
PS: to była sugestia z serii; Kiedy kolejny rozdział bo nie moge sie doczekać :D