11.09.2014

XXXI Ocean codzienności



           

            Mam dla Was nowy rozdział. Co mogę powiedzieć… nie wiem czy jest długi czy krótki, chyba straciłam orientację xD. Zapraszam do czytania i komentowania <3.
I teraz życzenia! Droga Tay, życzę Ci dużo pieniędzy, bo one się przydają. Pociechy z dzieci, co by Cię nie zamordowały xD. Cierpliwości, żebyś wytrzymała ze mną i moimi co rusz nowymi pomysłami :”D. Zdrowia, bo bez tego ani rusz. Ale przede wszystkim życzę Ci weny! Masz pisać mi od cholery fików! Jeszcze raz wszystkiego najlepszego <3.




Betowała Tay <3



***
W blasku płonącego w salonie kominka można było dostrzec ciemną postać mężczyzny, który w ciszy patrzył na trzymane dziecko. Kamirama siedział w głębokim fotelu z małym, kolorowym zawiniątkiem na kolanach, nie spuszczając z niego wzroku. Z uwagą przyglądał się drobnej buzi okalanej wyjątkowo długimi włoskami, wysuwającymi się spod kocyka. Powoli i z widocznym zawahaniem uniósł dłoń, dotykając bladego policzka niemowlaka, jakby niepewny, czy to czasem nie sen, a maleństwo w jego ramionach nie jest złudzeniem. Ze zdumieniem otworzył szerzej powieki, kiedy na ten gest mała przytuliła się do jego palców, marszcząc zabawnie nosek. Westchnął cicho, odchylając się na oparciu i przyciągając zawiniątko do piersi, spojrzał w sufit. Wciąż nie mógł uwierzyć, że jest ojcem. Aika, mało, że zniknęła po ich wspólnej nocy, to jeszcze teraz na wpół umierająca dotarła do Konohy tylko po to, żeby podrzucić córkę i znowu zniknąć bez śladu. Zmęczonym gestem potarł skroń, dumając, co teraz powinien począć.    

Kamirama stał przy oknie i znad kubka obserwował swoją pociechę. Liv rosła szybko i zdrowo, pełna energii oraz ciekawa świata. Ta jej ciekawość bardzo często przyprawiała go o małe zawały serca z bólami głowy włącznie. Nawet nie potrafił zliczyć ile razy, dzięki szóstemu zmysłowi, ratował córce skórę. Do tej pory pamiętał jak, dosłownie w ostatniej chwili, złapał pięciolatkę za ubranie, kiedy zsunęła się ze skarpy.
Nie miał pojęcia jakim cudem zmaterializował się wtedy tuż przy niej. Gdzieś tam na granicy świadomości obijała mu się teoria, że może to miało związek z jej pochodzeniem. Sytuacja zagrożenia życia sprawiała, że dziecko nieświadomie ściągało do pomocy rodzica. Hipoteza mocno naciągana, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy, a tym bardziej, że nie miał o niej z kim podyskutować. Od śmierci Aiki, tylko Liv łączyła go ze światem demonów.
Najciekawszy był powód dlaczego mała zawędrowała na tak niebezpieczne tereny. Otóż któreś z dzieciaków wymyśliło, że na kamiennych głowach Hokage żyją wróżki, co Liv postanowiła sprawdzić. Gdy to usłyszał miał ochotę ją udusić gołymi rękami za tę dziecinną naiwność, przez którą o mało nie skręciła karku. W końcowym efekcie, gdy już się uspokoił jedyne co zrobił, to powiedział, żeby więcej nie chodziła tam sama.
Otrząsając się ze wspomnień upił łyk kawy, skupiając się na córce i na tym co robi. W tym momencie wzięła za cel kolorowe motyle i ganiała je po całym ogrodzie, zaśmiewając się przy tym głośno. Nie zwracała uwagi na nic innego, a Kamirama co chwilę zaciskał szczękę, przymykając oczy, kiedy o włos unikała zderzenia z drzewem, wpadnięcia do oczka wodnego czy wylądowania w gęstym krzaku róży. I, mimo że serce mu krwawiło, gdy widział jak boleśnie upada, to nie ruszał się z miejsca tylko czekał. Stał cicho w cieniu, obserwując jak zagryza zęby, powstrzymując płacz i podnosi się na nogi.
Nie, Kamirama nie chował Liv pod kloszem, tak jak inni ogłupieni rodzicielstwem ojcowie czy matki. Z racji tego kim była, musiała zostać zahartowana dla własnego dobra.
***
   
 Itachi ściągnął buty i ustawił równo przy ścianie zauważając, że naprzeciwko stoi rządek nowych, nieznanych mu sandałów. W sumie naliczył trzy pary, dwie męskie i damskie. Ten widok uświadomił mu, że perspektywa odespania przebytych misji znacząco się oddala. Oddychając ciężko zsunął z ramion kamizelkę i przewiesił przez ramię, kierując się do salonu. Kimkolwiek byli przybysze wiedział, że mimo ogromnego zmęczenia powinien wejść i się przywitać, kultura tego wymagała. Gdyby tego nie zrobił, to jak nic musiałby znosić pogardliwe prychnięcia ojca, a i matka z pewnością nie szczędziłaby mu spojrzeń pełnych rozczarowania. Z cichym szumem odsunął drzwi. Jego oczom ukazała się sztywna sylwetka Fugaku, który natychmiast podniósł na niego wzrok.
— Witaj ojcze. — Kiwnął mu na przywitanie, podchodząc do matki i, nachylając się, cmoknął ją w policzek. — Matko.
Kątem oka zerknął na siedzących przy stole, obcych ludzi. Twarze wydawały mu się znajome, ale nie potrafił ich dopasować do żadnych nazwisk. Dopiero charakterystyczne tatuaże na czołach szybko naprowadziły go, że ma do czynienia z Mnichami. Jednak co w takim towarzystwie robi dziewczyna?
— Siadaj, Itachi. — Mikoto uśmiechnęła się do pierworodnego, poklepując miejsce obok siebie. W tym czasie młody Uchiha z konsternacją zauważył, że nie ma Zaku ani Sasuke, czyli obecność była nieobowiązkowa, a on jak ostatni głupiec wpakował się w jakieś nudne spotkanie. Najwyraźniej nawet jego geniusz czasem miał gorsze dni.
— Właśnie o tobie rozmawialiśmy — odezwał się Fugaku, upijając mały łyk z parującej czarki. — Wiem, że przez jakiś czas nie odstaniesz kolejnej misji i mam dla ciebie zadanie.
— Słucham. — Odebrał podsuniętą przez matkę herbatę, zastanawiając się po co ojciec przeprowadził taki wywiad w jego sprawie u Hokage.
— Zaopiekujesz się Mizu — zawyrokował, wskazując dłonią na przyglądającą się intensywnie synowi brunetkę.
Itachi przez dłuższą chwilę patrzył prosto w srogie, ciemne oczy rodziciela nic nie odpowiadając. Dopiero, kiedy pomiędzy brwiami Fugaku pojawiła się pionowa zmarszczka, świadcząca o irytacji zdecydował się zareagować.
— Oczywiście.


Liv z szerokim ziewnięciem zatrzasnęła drzwi od mieszkania, kierując się na pole treningowe. Przez te komplikacje ze swoim pochodzeniem, bardzo zaniedbała uczniów i zamierzała to w najbliższym czasie nadrobić. Powoli zbliżał się termin egzaminów na chunnina i nie chciała żeby byli gorzej przygotowani od innych grup.
— Liv! — Samon pojawił się znikąd, od razu łapiąc ją w ramiona i przyciskając do swojego torsu. W ogóle nie zwracał uwagi na stłumione protesty dziewczyny i bezowocne próby wyrwania. Dopiero po silnym dźgnięciu palcami pod żebra odpuścił, odsuwając się o krok i masując obolałe miejsce.
— Sam, debilu! Chcesz mnie udusić? — wysapała, łapiąc spazmatycznie powietrze i gromiąc go wzrokiem spod zmierzwionej grzywki.
— Tyle nie widziałem twojej pyskatej mordki, więc to normalne, że się stęskniłem.
— Oczywiście — parsknęła, kiedy już doprowadziła się do porządku po ataku przyjaciela.
— Mówię ci, wiało nudą w Wiosce bez ciebie — pożalił się Liv, ocierając wyimaginowaną łzę z kącika oka. Kiedy ta spojrzała na niego jak na idiotę, zaśmiał się głośno, ruszając za nią i zaplatając ręce na karku. — Ale chyba nikt się tak nie nudził jak twoi podopieczni — rzucił mimochodem, kiwając na powitanie mijającym ich Joninom.
— Z czego tak wnioskujesz? — Ze skrzypnięciem otworzyła metalową furtkę, prowadzącą na pole treningowe.
— Zobaczysz — rzucił z jakimś dziwnym uśmiechem, znikając w kłębie dymu.
— A cóż te potwory wymyśliły pod moją nieobecność? — mruknęła sama do siebie, idąc między drzewa. To, co wyłoniło się chwilę później zza ściany małego zagajnika sprawiło, że zatrzymała się w pół kroku, niedowierzając własnym oczom.
— Mistrzyni Liv! Wreszcie wróciłaś!
Całkowicie zignorowała głośne powitanie podopiecznych, nie mogąc oderwać wzroku od placu.
— Co tu się stało? — wykrztusiła w końcu, patrząc na siedzących pod zwalonym drzewem geninów. Chłopcy na to pytanie wzruszyli obojętnie ramionami, mimo że końcówki ust wyraźnie im drgały od hamowanego uśmiechu.
— Co miało się stać? Nic. Trenowaliśmy. — Zaku poprawił się wygodniej, szczerząc się wesoło.
— Trenowaliście, ale chyba jakimi technikami najłatwiej i najskuteczniej zaorać pole — stwierdziła, zawieszając wzrok na połamanej gałęzi jedynej ocalałej brzozy, dyndającej smętnie na wietrze. Na rozciągającym się przed nią obszarze nie zauważyła nawet skrawka zieleni. Sama rozgrzebana gleba, pełna dziur i zwałów ziemi.
— Nie ważne co, ale jaki efekt. — Napuszył się młody Uchiha, szturchając milczącego Yuchiro.
— Shion… ty też brałaś w tym udział?
— Więc… — zaczęła dziewczyna, nieporadnie wyginając palce, jednak kiedy napotkała ostrzegawcze spojrzenie kompana zaraz przytaknęła. — Ćwiczyliśmy razem, ja doskonaliłam uniki.
— Cóż, patrząc na ciebie wnioskuję, że idzie ci coraz lepiej — mruknęła Liv, nie zauważając żadnych obrażeń u podopiecznej.
Była bardzo ciekawa czy tak groźne techniki — jakie niewątpliwie stosowała męska część grupy, patrząc po zniszczeniach — zostały skierowane na nią, czy może ten obraz nędzy i rozpaczy jaki prezentował teraz plac, spowodowany został zaciętą rywalizacją między chłopakami.
— No nic, skoro tak ładnie przygotowaliście teren, to szkoda tego nie wykorzystać.
— Widzicie?! Mówiłem, że nie będzie żadnej kary, tchórzliwe leszcze — zawołał Zaku, podrywając się radośnie na nogi i ciągnąc za sobą przyglądającego się podejrzliwie mistrzyni Yuchiro.
— Ależ oczywiście, że nie będzie kary głuptaski. — Liv położyła dłonie na głowach chłopców, uśmiechając się słodko. Poczochrała ich po włosach i złożyła pieczęć. — Można powiedzieć, że was nagrodzę. W wyjątkowy sposób.
— Naprawdę? — Nie dało się nie zauważyć nutki sceptycyzmu pobrzmiewającej w głosie Shion na usłyszane rewelacje.
— Mhm. — Liv rozpromieniła się jak słoneczko, a w oku pojawił się złośliwy błysk. — Eksplodująca fala wody! 
Z gardła Zaku wyrwał się okrzyk podziwu na widok jaki obszar objęła technika Senju. Nie wyczuwając zagrożenia przebieg parę kroków, brodząc po kostki w wodzie i patrząc na tworzące się bagno.
— A po co tak?
— No to sio, trenować.
— Ale… — Shion obejrzała się przez ramię na, stojącą w lekkim rozkroku, mistrzynię. Patrzyła w niedowierzaniu to na zwały błota to na nią. — Ale, że tam?
— Skoro macie tyle energii na niszczenie wszystkiego wokół, to ćwiczenia w błocie są jak znalazł dla takich baranów jak wy! Jazda!
Niewzruszona obserwowała jak poruszają się z trudem, uprawiając coś na kształt parodii treningu. Co chwilę ktoś leżał twarzą w bagnie, ledwie się z niego wygrzebując. Wystarczyły trzy godziny i każde z nich było padnięte, brudne i obrażone.
— Koniec na dziś. — Pojawiła się przed nimi, z trudem rozpoznając kto jest kim pod tymi warstwami brudu. — Mam nadzieję, że to was oduczy bezproduktywnego marnowania czakry. Jakby jednak do was nic nie dotarło, to informuję, że przed wami cały tydzień, walk w takim plenerze.


— Itachi!
Słysząc głośne nawoływanie z ociąganiem odwrócił się, do pędzącej w jego stronę, dziewczyny. Mizu gnała ile sił w nogach i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzała zwolnić. Widząc to, Uchiha z trudem opanował chęć zrobienia kroku w bok w celu uniknięcia zderzenia. Postępując w ten sposób, jak nic Mizu miałaby bolesne spotkanie z chodnikiem, czego jego ojciec by nie pochwalił. Chcąc nie chcąc, a bardziej nie chcąc, z niewzruszonym wyrazem twarzy przyjął na siebie cały impet.
— Wybacz. Byłam pewna, że wyhamuję.
Gładko przełknął kłamstwo, odplatając jej ręce ze swojego karku. Spojrzał prosto w roześmiane oczy, odsuwając Mizu stanowczo od siebie.
— Nie możesz iść teraz ze mną, mam spotkanie z grupą. Zanudzisz się.
— Nie prawda! Zawsze chciałam zobaczyć jak wygląda praca shinobi! — Mizu złapała go pod ramię, przytulając się do jego boku. Widząc to, Itachi wzniósł wzrok do nieba, prosząc o cierpliwość. Nie wiedział czym ojcu podpadł, ale z pewnością nie zasługiwał na taką karę.
— Uchiha! — Liv zmaterializowała się tuż przed nimi, sprawiając, że wystraszona Mizu cofnęła się gwałtownie, omal się nie wywracając. Brew Senju uniosła się delikatnie na widok zaciśniętych palców dziewczyny na rękawie bruneta, ale nie skomentowała. — Hokage cię wzywa, to pilne.
— Role się odwróciły, co Senju? Teraz ty robisz za gołębia.
— Dla pewnych rzeczy warto się poświęcić — prychnęła z wyższością, odwracając się na pięcie. Itachi zmrużył lekko oczy, kiedy dotarło do niego, że Liv jakoś specjalnie mu nie ubliżyła. Musiała się gdzieś śpieszyć skoro zapomniała się podzielić z nim swoją codzienną dawką jadu. Teraz pozostawało tylko pytanie gdzie?
— Kto to był? — Mizu z ciekawością patrzyła za odchodzącą dziewczyną, a gdy nie odpowiadał szturchnęła go mocno, zmuszając do oderwania wzroku od pleców Senju.
— Znajoma — powiedział po chwili wahania, dostrzegając niezdrowe zainteresowanie w jej oczach. Stanowczo nie podobał mu się ten dziwny błysk i postanowił jak najszybciej odwrócić uwagę Mizu od osoby Liv. — Chodź, poznasz Hokage.
Jak się później okazało został wezwany tylko po to, żeby podpisać zaległe raporty i poinformować o przełożeniu spotkania z podopiecznymi. Na czas pobytu Mizu, jego grupę przejął Shisui na polecenie Fugaku i za pełną zgodą Tsunade. Załatwili go bez mydła.
  Od jakiś dwóch godzin leżał na dachu szpitala ze znudzeniem kontemplując chmury. Kątem oka widział wychylającą się przez niski murek Mizu, śledzącą wzrokiem przechodniów. Powoli miał dość tego dnia. Najpierw rodzice zrobili z niego tymczasowego opiekuna do dziecka, później został zagadany prawie na śmierć, a teraz zmuszony był czekać aż ich uroczy gość wreszcie zgłodnieje i będą mogli iść do domu. O ile oczywiście, nie nabierze ochoty na zwiedzanie miejscowych restauracji.
 — No, a tamta? Patrz jakie ładne włosy, takie białe…
— Nie jestem zainteresowany — mruknął chyba po raz tysięczny, mocno znudzonym głosem i przymknął powieki. Młoda napastowała go tak, od samego rana. Najpierw przeprowadziła wywiad co, gdzie, z kim i dlaczego robił przez ostatnie lata, jak nie mieli kontaktu, a teraz przeszła do ataku. Bojową postawę wzbudził fakt, że nie ma narzeczonej ani nawet dziewczyny i Mizu postawiła sobie za cel żeby mu jakąś znaleźć. Do kiedy jej działania ograniczały się do ględzenia, miał to w głębokim poważaniu. Niech gada.
— A tamta? — Mizu obejrzała się przez ramię na leżącego Uchihę i aż prychnęła ze złości. — W ogóle mnie nie słuchasz!
— Słucham, ale na głupoty nie odpowiadam.

  
Liv zeskoczyła z drzewa i odgarnęła spadające na twarz włosy. Od półgodziny omawiała z Moro plan następnej misji, na którą miała zostać wysłana ze swoją grupą. Chcieli ustalić ogólny zarys działania, żeby nie zostać zaskoczonym przez przeciwnika i nie wchodzić sobie w paradę.
— Wtedy ty spadłbyś na niego jak jastrząb — powiedziała po zastanowieniu, zagapiając się na korony drzew. — Dasz radę wyskoczyć tak wysoko?
— Myślę, że tak ale…
— No to dobrze. — Całkowicie zignorowała chcącego coś dodać Chowańca i zaczęła spacerować wzdłuż polany. — Oczywiście wkraczamy dopiero wtedy gdy młodzi będą w tarapatach. Chcę żeby samodzielnie wykonali to zadanie…
— Liv.
— Nie przerywaj mi kiedy myślę — warknęła ostrzegawczo, nawet się nie odwracając. — To doskonały sposób żeby sprawdzić ich umiejętności przed egzaminami…
— Senju!
— Czego, do diabła?! Czy ty nie możesz wytrzymać nawet pięciu minut bez mielenia ozorem? — Odwróciła się gwałtownie, wbijając w zwierzaka rozsierdzone spojrzenie.
Dopiero wtedy zauważyła, że mają towarzystwo. Widząc obcego mężczyznę krążącego wokół wilka, aż uchyliła usta w niedowierzaniu. Nie wyczuła niczyjej obecności więc, co on tu robił? Intruz w najlepsze zaczął targać ucho Moro, oglądając go z każdej strony, zupełnie jak towar na wystawie. Brew Liv drgnęła w nerwowym tiku kiedy obcy złapał jej pupila za pysk, zmuszając do pochylenia łba, by mógł zajrzeć mu w oczy.
— Precz z łapami. — Szybkim krokiem dopadła nieznajomego i odtrąciła jego dłonie badające fakturę futra Chowańca. Łypnęła na niego nieprzyjaźnie, zwracając się do Moro:
— Mogłeś powiedzieć, że mamy widownię!
— Próbowałem, ale nie dałaś mi dojść do słowa!
— Trzeba było postarać się bardziej!
— Fajny futrzak. — Mężczyzna wtrącił się w ich kłótnię, wciąż chodząc dookoła potwora.
Liv jak w zwolnionym tempie obróciła się, mierząc go poirytowanym wzrokiem. Spod czerwonych roztrzepanych włosów patrzyły na nią złote ślepia, a na ustach błąkał się cwaniacki uśmieszek. To wystarczyło żeby stwierdziła z całą stanowczością, że go nie lubi.
— Po pierwsze, kim jesteś i co robisz na terenach przynależnych do Konohy? Po drugie, nie życzę sobie żebyś dotykał mojego wilka, więc proponuję cofnąć dłonie albo je stracisz. — Zagroziła, widząc jak się przymierza do chwycenia Moro za ogon. Stanęła pomiędzy nim a Chowańcem, zaplatając ręce na piersi.
— Twojego? Nie ma obroży, to pomyślałem, że go przygarnę — zaśmiał się kpiąco, nagle w oka mgnieniu pokonał dzielącą go odległość od Liv i nachylił się w jej stronę, głośno wąchając powietrze. — Śmierdzisz.
— Słucham?! — Senju aż się zapowietrzyła w niedowierzaniu na bezczelność intruza.
— O rany — parsknął Moro. Przechodząc obok mężczyzny szturchnął go nosem w plecy, chichocząc wesoło. — Stary… chyba się już nie zobaczymy, ale miło cię było poznać. — Po tych słowach poczłapał na bok, zapobiegawczo zwiększając dystans od promieniującej złem Liv.
Senju  nie wiadomo kiedy chwyciła za kunai, rzucając się na intruza. Czuła, ze zaraz eksploduje ze złości. Tym bardziej, że przybysz odpierał atak za atakiem i dopiero dzięki Latającemu Bogu Piorunów, powaliła go na ziemię. Ze zwycięskim uśmieszkiem usiadła mu na plecach tak żeby nie mógł się ruszyć.
— Nie możesz mi nic zrobić — sapnął pewny siebie i syknął gdy Liv wbiła mu kolano między żebra.
— Potraktuję to jako wyzwanie, cwaniaczku. — Miała już go nauczyć szacunku jakąś wyjątkowo bolesną techniką, kiedy jej uwagę przyciągnął dziwny sznurek. Marszcząc brwi cofnęła ostrze z gardła mężczyzny — zaciskając ostrzegawczo palce na jego włosach — i sięgnęła po dyndającą na nim tabliczkę. To co tam przeczytała sprawiło, że aż zazgrzytała zębami z wściekłości. Ten dupek był delegatem z kraju Błyskawic, Kagura Amata.
— To skoro już wiesz, że mam przepustkę, to może mnie puścisz?
— Masz więcej szczęścia niż rozumu, panie Amata — syknęła mu do ucha schodząc, jednocześnie dbając o to, żeby twarz delegata spotkała się z podłożem. Z satysfakcją obserwowała jak głośno kaszle i prycha, próbując się pozbyć piasku z nosa i z ust. — Moro, idziemy.
— Trochę podobny do Uchihy — zaśmiał się potwór, szczerząc do niej kły. Dreptał za niezadowoloną Senju z ciekawością zerkając na otrzepującego się i poprawiającego ubranie przybysza.
— Nie zauważyłam — stwierdziła Liv na te insynuacje, całkowicie go ignorując, gdy zaczął rechotać w najlepsze.


***
Liv stała za drzewem i przyglądała się stojącemu przy wodospadzie chłopakowi. Pamiętała go z przypadkowego spotkania w odległym miasteczku, tuż przy granicy Kraju Ognia, gdy towarzyszyła podczas misji ojcu. Jak on się przedstawiał? A tak, Kazama Chikage.
Zmarszczyła brwi kiedy powoli wyjął ręce z rękawów Yukaty, pozwalając by ta swobodnie opadła mu do pasa. Teraz miała doskonały widok na jego nagie plecy, gdzie jak dostrzegła mieniły się takie same złote znaki jak u niej na skórze. W zasadzie sama nie wiedziała dlaczego wciąż tu tkwi zamiast wrócić do Wioski. Po głębszych przemyśleniach zrozumiała co ją tu trzyma. Zwykła ciekawość. Z trudem było to Liv  przyznać przed samą sobą, ale Demon ją zafascynował. Pierwszy raz spotykała kogoś takiego jak ona i nie mogła się oprzeć chęci, żeby poznać go bliżej.
— Długo zamierzasz mi się przyglądać z ukrycia?
Słysząc spokojny głos Kazamy, zdębiała. Całkowicie zapomniała, że skoro ona mogła wyczuć jego, to to działało w obie strony. Wyrzucając sobie w myślach głupotę, ruszyła w stronę chłopaka.
— Dlaczego wcześniej się nie zdradziłeś, że wiesz o mojej obecności?
Wciąż odwrócony do niej plecami uniósł głowę, spoglądając w niebo, jakby się zastanawiał nad odpowiedzią.
— Czekałem na to, co zrobisz.
Nawet nie drgnął kiedy stanęła tuż za nim, przyglądając się tatuażom. Z uwagą patrzyła jak te, dziwnie pojawiają się i znikają, zupełnie jakby potrafił nad nimi panować.
— Twoje są inne niż moje — wyszeptała, dotykając opuszkami palców skóry na łopatce i przesuwając wzdłuż pojawiających się linii.
— To ty jesteś inna, Liv, demonie z czakrą. — Roześmiał się cicho.
— Nawet wśród demonów, jestem dziwadłem — mruknęła, cofając dłoń. Zanim zdążyła zrobić krok żeby odejść, Kazama się odwrócił i chwycił ją za rękę, przytrzymując w miejscu.
— Nie, Liv, ty jesteś wyjątkowa. Masz coś, czego demony zazdrościły ludziom od wieków. — Powoli z namaszczeniem pogładził Liv po policzku, patrząc jej w oczy. — Posiadanie czakry jest marzeniem każdego demona, jednak do tej pory nikomu się to nie udało. Nie wiem w czym tkwi fenomen tego, że akurat teraz się powiodło. Czy w tym, że pochodzisz z prastarej linii krwi rodu Aiki, czy może dlatego, że masz w sobie geny Senju?
***
 

4 komentarze:

  1. Dita, i gdzie te słodkości, z którymi niby miałaś problem? Bo ja tutaj ich nie widzę, ani trochę ;_; A tak bardzo chciałam! W następnym mi wynagrodzisz, nie? :D
    Wiemy już co nieco o matce Liv, powiem Ci, że ta cała historia ze śmiercią tuż po podrzuceniu naszej Senju mnie poruszyła. Tak jakoś ciężko mi się zrobiło wiedząc, że Liv nigdy nie poznała matki i wychowywana była pod surowym spojrzeniem ojca. Jasne, widzę tutaj tą czułość i miłość. Dobrze jednak, że Kamirama nie postawił na rozpieszczanie.
    Itachi taki posłuszny rodzicom, w sumie miło wiedzieć, że w tym opowiadaniu masakra klanu nie zamierza nastąpić i nie muszę się zastanawiać, w którym momencie nasz Uchiha coś planuje. Fugaku taki stanowczy, kurcze, ale on lubi Senju, nie? Więc będzie zgoda na małżeństwo!
    Liv jest świetna, no, przynajmniej będzie świetną matką XD Kąpiele w błocie gwarantowane! Fajnie, że dba o swoją grupę chociaż jak się może wydawać, jest coraz bardziej zagubiona w tym całym byciu demonem i zastanawianiem się nad relacją z Kazamą.
    Itachi kocha Liv i nie potrzebuje dziewczyny, zrozum to, Mizu! Wkurza mnie ten babsztyl, sama nie wiem dlaczego, może przez sam fakt, że tak bezkarnie dotyka naszego Itacza! Jeszcze mu dziewczynę próbuje znaleźć, co za zołza -,-
    I co to za facet? Czytanie o tym dziwnym spotkaniu w lesie przywołało na moją twarz istny wyraz "WTF", ale ok. Głupia, arogancka arystokracja.
    Coś mi się wydaje, że Kazama naprawdę dba o Senju, zawsze o nią dbał. Pytanie brzmi: dlatego, że Liv jest taka wyjątkowa, czy dlatego, że po prostu chce?
    Mam nadzieję, że następny rozdział pojawi się szybko, życzę Ci wytrwałości, weny i udanego września :D
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słodko będzie w Puchatej xD. Znaczy w sumie jak zwykle wplotłam głupi wątek, ale no cóż... toż to cała ja. Mało tego z moich założeń nic nie wyszło, bo historia z trzech planowanych rozdziałów rozlazła mi się do czterech. ;_; Bez sensu, nigdy się nie trzymam własnych założeń.
      Cieszy mnie, że zrozumiałaś przesłanie wspomnień z Kamiramą. Czyli nie napisałam tego tak źle jak mi się wydawało.
      W tym fragmencie chciałam upchnąć trochę kanonicznego Itachiego. Zdystansowanego, szanującego rodziców i milczącego. Nie wiem czy mi się udało, ale naprawdę się starałam. Fugaku i Senju... na razie nie wyjaśnię tego wątku :"D.
      Nie spodziewałam się tak żywiołowej reakcji na Mizu xD. Jednak myślę, że w kolejnych rozdziałach ją polubisz. Co do delegaty... zamieszanie gwarantowane, a dokładniej Liv chodząca na granicy wkurw***** po Wiosce xD.
      Kazama jest wyjątkowy i nie ukrywam, że to jedna z moich ulubionych postaci. Postaram się bardziej nakreślić jego osobę w kolejnych rozdziałach.
      Jeśli Wenon dopisze to notka będzie szybko :"D. Dziękuję i również życzę wszystkiego dobrego we wrześniu. Buziole :*

      Usuń
  2. Ach, tak żałuję, że dopiero teraz znalazłam tego bloga!
    Strasznie podoba mi się charakter Liv, a cała historia jest dopracowana i czyta się ją z przyjemnością. Nawet przyłapałam się na głupim szczerzeniu do ekranu.
    Nie będę się za bardzo rozpisywać i mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Czekam na ciąg dalszy. Jestem bardzo ciekawa co wymyślisz.
    Weny i czasu na pisanie życzę c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj :3
      Nowi czytelnicy zawsze w cenie i mile widziani na moim blogu :"D. I nie krępuj się rozpisywać, bo z pewnością wszystko przeczytam :>.
      Bardzo mnie cieszy, że historia Liv Ci się spodobała. Kurcze, już dawno nie czytałam tak miłych słów i serdecznie za nie dziękuję. Po Twoim komentarzu również zaczęłam się szczerzyć do ekranu, tak więc nie Jesteś z tym sama xD. Dziękuję za zostawienie śladu i mam nadzieję, że szybko nie uciekniesz. Pozdrawiam <3

      Usuń