27.11.2014

XXXIII Subtelna ofensywa

Okej, moi drodzy. Kolejny rozdział ZR macie przed nosami i jak ktoś zamarudzi, że krótki… to ukocham tak mocno, że padnie na posadzkę zemdlony <3.
Dużo cukru, oj dużo… uzbrójcie się w Orbitki czy jak tam nakazują reklamy i czytajcie ze smakiem xD.
Dedykowany wszystkim, którzy z taką niecierpliwością czekali na jakieś małe tête-à-tête :). Pozdrawiam i czekam na komentarze :”>.
Dziękuję kochanej Tay za szybki przegląd :D. I no, nie było aż tak czerwono… przypomnij sobie nasze początki. Teraz te czerwienie to pikuś :”D.

Betowane przez Tay <3 <3 <3


Jednym ruchem dłoni anulował wszystkie chroniące mieszkanie pieczęcie i wkroczył do środka. Ignorując przyjemny ciężar ogrzewający mu pierś, rozejrzał się po korytarzu. Z lekkim rozczarowaniem nie zauważył nic ciekawego, żadnych zdjęć czy innych prywatnych przedmiotów mogących identyfikować ich właściciela.
Ramieniem domknął drzwi i skierował się do sypialni. Nawet nie drgnął kiedy trzymana przez niego dziewczyna mruknęła coś przez sen, mocniej wtulając się w jego klatkę piersiową. Nie chciał się skupiać na tym co właśnie robił. Średnio rozumiał swoje motywy, i nie miał ochoty się nad nimi rozdrabniać, bo mógłby dojść do niepokojących wniosków, a tego nie potrzebował.
Z niespodziewaną dla siebie delikatnością ułożył Senju na łóżku i wtedy coś poczuł. Coś blokowało Itachiego, że nie mógł się wyprostować ani odsunąć. Powoli przeniósł spojrzenie w bok, chcąc zlokalizować co go przytrzymuje i pozbyć się tego z prędkością światła. Nie zamierzał spędzać w domu Liv więcej czasu niż to konieczne. To co zobaczył, sprawiło, że aż uniósł brwi z niedowierzaniem.
Tym, co nie pozwalało mu się ruszyć, okazały się włosy. W ramach ścisłości ich włosy, jego i Liv. Z konsternacją patrzył  jak są splecione w jeden misterny warkocz. Plątanina czerni i czerwieni, tak zaskakująca, że aż musiał dotknąć jej palcami żeby się upewnić, że nie jest złudzeniem. No cóż, kolorystycznie przypominało to sharingana, ale i tak nie był zadowolony. Mizu będzie się gęsto tłumaczyć z tego psikusa.
Z trudem powstrzymał się od głośnego westchnienia, gdy zabrał się za rozplątywanie zawiłej fryzury. Został wrobiony przez najlepszego przyjaciela i jakąś smarkulę.

***

Drzwi gabinetu otworzyły się gwałtownie, ukazując stojącego w progu białowłosego mężczyznę. Nie czekając na zaproszenie, spokojnym krokiem wszedł do środka, od razu kierując się ku szerokiej kanapie.
— Wzywałeś mnie — odezwał się, opadając na wysłużony mebel i skrzyżował ręce na karku, patrząc ze znudzeniem na przełożonego.
— Miło cię widzieć, Kamiramo — przywitał się Hokage, ale kiedy mężczyzna nie zareagował na łagodne upomnienie o dobre maniery, westchnął ciężko. Zdjął z nosa okulary i oparł brodę na splecionych dłoniach. — Chodzą słuchy, że dorobiłeś się mnóstwo wrogów.
— W tym zawodzie nie da się nie mieć wrogów. Łatwiej o wroga, niż o przyjaciela.
— Słuszna uwaga — przytaknął Sarutobi, kiwając ze smutkiem głową. — Jednak, może zaciekawi cię fakt, że twojej córki nie ma na terenie osady…
— Znając ją, pewnie biega po lesie. — Kamirama przewrócił teatralnie oczami, podnosząc się do pionu. — Tylko po to mnie wezwałeś?
— Pomyślałem, że to co mam teraz do powiedzenia cię zainteresuje. Czy nie wydaje ci się dziwne, że twoje dziecko znika, a niedaleko granic kręcą się nukenini z Mgły? Czy nie tam ostatnio była twoja misja? — Przyglądał się jak jego rozmówca na te słowa cały zesztywniał, zastygając w skupieniu. — Tak myślałem.
Nie minęła nawet chwila, a na twarzy Kamiramy pojawił się grymas ledwo hamowanej furii, upodabniając go do szalonego mordercy. Hokage z uwagą obserwował przemianę jonina i bez zdziwienia zarejestrował jak znika w kłębach szarego dymu.
— Ojcowie — podsumował pod nosem Hiruzen i odwrócił się w stronę cichego pyknięcia. — Ściągnijcie mi tu wolnych ANBU.
— Tak jest.

Znajdowała się na skraju wyczerpania. Czuła jak pot spływa jej ciurkiem po plecach, a mięśnie drgają boleśnie, błagając o odpoczynek. Było ich zbyt wielu. Unikając ciosu bardzo żałowała, że nie przykładała się bardziej do ćwiczeń jutsu teleportacji. Jeśli przeżyje tę jatkę to nadrobi to z nawiązką. Syknęła cicho, kiedy kolejne płytkie cięcie pojawiło się na jej skórze.
Krzywiąc się z bólu skumulowała czakrę i posłała w kierunku przeciwnika ogromnego wodnego smoka. Sapiąc z wysiłku, z ulgą odnotowała, że zredukowała liczbę atakujących o kolejnych dwóch. Jednak siódemka to wciąż za dużo jak dla niej. Może jakby byli na niższym poziomie, ale nie z tymi umiejętnościami. Wytrzymała tyle, bo zwyczajnie nie doceniali genina, ale tylko patrzeć jak wezmą się w garść.
Liv zamachnęła się dziko, tnąc kataną nadbiegającego przeciwnika, ale ten właśnie moment wykorzystał inny aby zajść ją od tyłu i trafić idealnie pod żebra. Ciężko dysząc upadła na trawę, boleśnie obijając ramię. Siła ciosu sprawiła, że aż pociemniało jej przed oczami, a w ustach poczuła krew. Nie dając sobie czasu na ochłonięcie, z trudem podniosła się do przysiadu, mamrocząc pod nosem barwne przekleństwa.
— Co tam, koteczku? Masz dość?
— Nigdy! Nie lekceważ kunoichi Konohy! — warknęła, stając na drżących nogach. Nie spuszczając z oczu przywódcy bandy, rękawem otarła nadmiar krwi i potu z twarzy.
Nagle do uszu Liv dotarł wrzask przepełniony bólem i strachem. Z zaskoczeniem patrzyła jak wrogowie zaczynają się miotać w popłochu, całkowicie niszcząc swoje ustawienie. Zdezorientowana przeniosła wzrok w kierunku skąd dochodził odgłos zamieszania. To co tam zobaczyła, sprawiło że zaniemówiła.
Jej ojciec niczym rozwścieczony Bóg Zemsty, przedzierał się przez nukeninów częstując ich swoimi najbardziej destrukcyjnymi technikami. Wyglądał jak demon opętany dzikim szałem, łaknący krwi. Ostatnim co zdążyła zarejestrować było wbicie dłoni w klatkę piersiową przywódcy tej bandy, z diabolicznym uśmiechem. Później była już tylko ciemność.

***

— Nie miałem okazji się zapytać… podobała ci się fryzura? — Shisui pojawił się za Itachim, opierając się na jego ramionach.
— Jak diabli — warknął zainteresowany, próbując zrzucić z siebie dokuczliwy ciężar. Gdy ten uparcie nie znikał w końcu odpuścił, wzdychając ciężko.
— Tak właśnie sądziłem — rzucił beztrosko, wychylając się zza pleców kuzyna i zerknął na jego marsową minę. Kiedy nie doczekał się żadnej ciętej riposty, przewrócił ze znudzeniem oczami.
Przez chwilę obaj milczeli, przyglądając się witrynom w sklepach naprzeciwko. Przez szyby widzieli rozbieganych klientów, zachwyconych sezonowymi wyprzedażami. I średnio co minutę rozlegał się charakterystyczny dźwięk dzwoneczka otwieranych drzwi, gdy zadowoleni kupujący wychodzili obładowani torbami.
W końcu Shisui odkleił się od pleców Itachiego i przeciągnął się mocno, mrucząc z zadowoleniem.
— Dlaczego nie zaprosisz gdzieś Liv? Przecież widzę, że tego chcesz… — spytał znienacka, rozpoczynając drażliwy dla przyjaciela temat.
— Bo nie będę grał tak, jak ty mi zagrasz — rzucił z przekąsem Itachi, rozsiadając się wygodniej na murku. Czekał na grasującą w jakimś butiku odzieżowym Mizu, w duchu dziękując opatrzności, że nie chciała aby szedł z nią.
— Jak ty się z nią nie umówisz, to ja to zrobię — poinformował uprzejmie Shisui przysiadając się i obserwując przechodniów. Z widoczną radością zignorował wrogie łypnięcie towarzysza, mrugając do jakiejś nastolatki.
— Po pierwsze się nie odważysz, a po drugie nie masz szans. — Itachi odprowadził wzrokiem potykającą się o własne nogi dziewczynę, odurzoną gestem kuzyna. Przez myśl przebiegło mu, że z tymi babami jest coś nie tak skoro jeden ruch potrafi je wyprowadzić z równowagi. Wystarczy, że Uchiha pstrykną palcami a te padają im do stóp. Żenujące.
— Mojemu urokowi nie oparła się jeszcze żadna.
— Marz sobie dalej
— Tak? Dobrze, ale żeby nie było, że nie ostrzegałem. — Shisui zakasał rękawy z przebiegłym błyskiem w oku. Kiedy Itachi w żaden widoczny sposób nie zareagował poza głośnym prychnięciem, dodał: — Patrz i ucz się, żółtodziobie.
— Oczywiście, mistrzu — rzucił z sarkazmem i omal się nie zachłysnął, gdy zza rogu akurat wyszła Senju. Posłał szybkie spojrzenie w kierunku przyjaciela, który uśmiechał się triumfująco.
— Idealne wyczucie czasu — zaśmiał się cicho Shisui i kocim krokiem ruszył w stronę dziewczyny.

***

Liv spod przymrużonych powiek obserwowała stojącego przed nią Kazamę. Nie podobał jej się uśmiech chłopaka, ale była wyjątkowo zdeterminowana aby ujrzeć innego demona. Niestety on to jedyny demon jakiego znała i zamierzała namówić Chikage do spełnienia obietnicy. Nie wierzyła żeby wymyślił coś strasznego w zamian za przysługę, ale też miała świadomość jego dziwnego zainteresowania swoją osobą. Mimo wszystko wbrew pozorom jeszcze nigdy nie zawiódł Liv i miała nadzieję, że teraz też się tak nie stanie.
Nawet nie drgnęła, kiedy wsunął dłonie w jej włosy, powolnie przeczesując je palcami.
— Obiecasz mi, że nigdy nie spojrzysz na żadnego człowieka.
— Jak to? — zamrugała zaskoczona tym żądaniem, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi. Przecież mieszkała wśród ludzi, więc niby jak? Zmarszczyła brwi, patrząc na Kazamę jak na idiotę.
— Mam na myśli, że nigdy nie zwiążesz się z człowiekiem — wyjaśnił, pociągając lekko Liv za trzymane kosmyki.
— Przecież tego nie mogę ci obiecać! — prychnęła rozdrażniona, próbując się odsunąć. — I nie uważasz, że trochę za dużo chcesz? Wymagasz zobowiązania na całe życie, za głupie pokazanie twarzy!?
— Znasz warunek, bez tego mnie nie zobaczysz — powiedział spokojnie, a następnie oddalił, uśmiechając się triumfująco. Zatrzymał się przy jeziorku, śledząc wzrokiem niewielkie fale jakie wzbudzał wypływający ze skalnej półki wodospad.
Liv zazgrzytała zębami ze złości, głowiąc się nad rozwiązaniem. Pomysł Kazamy w tej formie był nie do przyjęcia. Jak mogła decydować o czymś co być może wydarzy się za kilka lat. Dobrowolnie nie da się ograniczyć, o nie.
Nie minęło pięć minut, a znalazła genialne rozwiązanie. O mało nie odtańczyła tańca zwycięstwa, w uznaniu dla swojego geniuszu. Jeżeli to nie usatysfakcjonuje Kazamy, to chyba już nic. Odchrząknęła głośno, uśmiechając się z zadowolenia.
— Mogę ci dać inną obietnicę — poinformowała chłopaka, stając obok i przyglądając się falującej wodzie. — Jak sądzę, twoim głównym motywem jest aby demon nie wiązał się ponownie z człowiekiem, jak w przypadku mojej matki. Tak więc, jak już będę kogoś szukała to wezmę pod uwagę również przedstawiciela naszej rasy. Może być?
— Od biedy ujdzie — parsknął, odwracając się gwałtownie i przyciągając Liv do siebie. Z satysfakcją patrzył, że oczy Senju robią się wielkie jak spodki, gdy powoli się zmieniał.
Uchylając usta z zafascynowania, ostrożnie uniosła dłoń wsuwając ją, w teraz już, białą czuprynę Kazamy. Włosy praktycznie się nie różniły od ludzkich, ale wydawały się jakby miększe i bardziej atłasowe. Przeniosła spojrzenie na złote ślepia Chikage, odnotowując, że źrenica się wydłużyła i do złudzenia przypominały kocie.
— Niesamowite — wyszeptała, gapiąc się na te wszystkie zmiany i całkiem ignorując drwiący uśmieszek obłapianego. Opuszkami palców dotknęła rogów demona, ze zdziwieniem odnotowując, że jego są większe niż jej. Może to zależało od płci?
— Hm… jesteś tak zajęta macaniem mnie, że nawet nie zauważyłaś — zaśmiał się, zdejmując jedną rękę z talii Liv i chwytając pasmo włosów oraz podsuwając dziewczynie pod nos. — To się właśnie dzieję, gdy się nie pilnujesz i spotkasz innego demona.
— Mówiłeś o tym — mruknęła, przelotnie patrząc na trzymany kosmyk i znów skupiając się na Kazamie. Bardziej niż własna przemiana, interesował ją Chikage. Z uwagą studiowała jego uzębienie, które bez krępacji prezentował uśmiechając się drapieżnie.
— A wiesz, że tę twoją zmodyfikowaną obietnicę trzeba przypieczętować? — powiedział poważnie, odgarniając włosy Liv i odsłaniając szyję.
— Skoro tak mówisz — przytaknęła, nawet nie zwracając uwagi na słowa towarzysza. Miała ciekawsze rzeczy na głowie, niż gadanie Chikage.
Kazama zmrużył powieki z niezadowolenia dostrzegając, że jest zbywany. Ujął w dłonie twarz Senju i zmusił aby spojrzała mu w oczy. Kiedy wreszcie to zrobiła, pogładził palcem policzek, sprawiając, że odetchnęła głęboko.
— Skup się chwilę.
— Kazama, skoro ty dotrzymałeś słowa, to ja nie mam powodów, aby nie złożyć obietnicy tobie — rzuciła z rozdrażnieniem, że przerywa jej badania.
— Powinnaś chociaż zapytać, jak to będzie wyglądać — skarcił ją cicho, niedowierzając w to co słyszy.
— Ufam ci.
Na tę deklaracje warknął pod nosem, przymykając powieki i biorąc uspakajający oddech. Gdy poczuł się w miarę wyciszony, przyciągnął Liv bliżej, tak że musiała go objąć, co zrobiła bez żadnego wahania.
— A więc dobrze — mruknął, pochylając się w jej stronę.

***

Liv postąpiła parę kroków w stronę budynku, gdy poczuła dziwny zawrót głowy. Zachwiała się gwałtownie, przykładając palce do skroni i zmrużyła powieki. Czuła się jakby świat nagle poruszył się w posadach, zaburzając jej równowagę.
— Co jest do diabła? — wymamrotała z niedowierzaniem, patrząc spod rzęs na otoczenie. I wtedy nagle ją olśniło. Wyprostowała się momentalnie, kiedy dotarło do niej czego prawdopodobnie jest świadkiem, a raczej w czym bierze udział. Aż wciągnęła ze świstem powietrze rozglądając się wokoło i hamując wybuch gniewu. — Bez jaj… genjutsu?!
Zgrzytając ze złości zębami, aż zacisnęła dłonie w pięści. Czuła jak krew kipi jej w żyłach, domagając się natychmiastowej egzekucji delikwenta mającego czelność wykorzystać ofiarowany dar przeciwko darczyńcy.
— Uchiha, ty dupku! Wiem, że to ty, wyłaź! — krzyknęła, sapiąc pod nosem od wstrzymywanej furii. Ledwo skończyła zdanie, a już zobaczyła go tuż przed sobą z kpiącym uśmieszkiem na ustach. Zadziałała instynktownie błyskawicznie unosząc dłoń, aby zatrzeć ten wyraz zadowolenia z twarzy przeciwnika, ale niestety zapomniała, że teraz przebywa w świecie Itachiego, a tu panują jego zasady. Poczuła jak niewidzialne pęta zatrzymują ją w pół ruchu, na co warknęła z niezadowolenia.
— Interesujące — zacmokał cicho, obchodząc Liv dookoła.
— Radze ci to cofnąć, to pierwsze ostrzeżenie.
— A jeśli z niego nie skorzystam, to co wtedy? — zapytał cicho. Stanął za nią zbliżając usta do ucha dziewczyny i parząc je swoim oddechem. Wyczuł jak się wzdrygnęła, zaskoczona takim zagraniem, jednocześnie zaciskając wargi w wąską kreskę.
— Nie chcesz wiedzieć — sapnęła z lekkim zająknięciem, kiedy smukłymi palcami przesunął po jej nagich ramionach wywołując dreszcz. Przymknęła powieki, przełykając głośno ślinę w nagle zaschniętym gardle i starając się opanować reakcje ciała na bliskość bruneta.
— Być może — odparł po chwili, śledząc uważnie wzrokiem swoje działania. Dłonie Itachiego zawędrowały na talię Liv, by w końcowym efekcie zatrzymać się na biodrach, ściskając je lekko. — Za to chciałbym wiedzieć coś innego… — wyszeptał prosto w obojczyk Senju, drażniąc go dotykiem i sprawiając, że przygryzła wewnętrzną stronę policzka starając się nie okazać żadnych emocji. Uśmiechnął się pod nosem dostrzegając tę desperacką próbę obrony, która z góry była skazana na porażkę. — Czy to samo poczujesz będąc z moim kuzynem…
— Słucham?
— Słyszałaś.
Itachi w mgnieniu oka znalazł się tuż przed Liv, nachylając się i atakując pocałunkiem jej usta. Nawet nie wiedział kiedy jego ręce wsunęły się we włosy Senju, przyciskając ją bliżej do siebie. Spod rzęs obserwował zaskoczony wyraz twarzy dziewczyny i wtedy coś do niego dotarło. Wyczuł posmak krwi, a to oznaczało tylko jedno.
Syknął cicho błyskawicznie odskakując w tył, ale momentalnie się przekonał, że nie dość szybko. Dostrzegł błysk złotych ślepi, a następnie ostre jak brzytwa pazury rozorały mu przód koszuli, o włos omijając skórę.
— Nie baw się mną, Uchiha — ostrzegła, w sekundzie powracając do ludzkiej postaci i patrząc na niego z pogardą. Wytarła kciukiem stróżkę krwi z kącika ust, unosząc dumnie głowę.
Mężczyzna w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się drwiąco, dotykając rozerwanego ubrania.
— Do zobaczenia, Senju — mruknął, skłaniając się z kurtuazją i rozmywając w stadzie kruków.
Liv bez słowa obserwowała odlatujące ptaki, aż w końcu wzdychając ciężko powlekła się na umówione miejsce spotkania. Miała szczerą nadzieję, że ten mały incydent nie zepsuje jej randki. Zamierzała się na niej dobrze bawić i głupi Itachi tego nie zmieni.
Uśmiechnęła się pod nosem dostrzegając czekającego na nią Shisuia. Mężczyzna stał oparty o ścianę herbaciarni i ze znudzeniem śledził wzrokiem przechodniów. Z rękami w kieszeniach spodni, ze stoicką miną ignorował grupkę kunoichi, które przysiadły na pobliskiej ławce i plotkowały głośno. Liv nawet z tej odległości dostrzegała jak po każdej salwie śmiechu, kobiety zerkają ciekawie na Uchihę, czy zwrócił na nie uwagę.
Cóż, już na początku widać było sporą różnicę pomiędzy nim a Itachim. Syn Fugaku już dawno zaserwowałby adoratorkom mordercze spojrzenie, zmuszające do milczenia albo natychmiastowej ewakuacji.
Liv wyobrażając sobie tę sytuację aż parsknęła śmiechem, jednocześnie odczuwając lekkie współczucie na myśl o traktowanych tak kobietach. Nawet nie chciała się zastanawiać ile ten dupek złamał serc.
Itachi nie tolerował takiego zachowania, ale widać Shisui został ulepiony z innej gliny. Na pewno bardziej towarzyskiej z tego co zdążyła zaobserwować. Korzystając z tego, że jeszcze nie została zauważona mimowolnie zwolniła kroku, poprawiając na wszelki wypadek włosy i sukienkę. Chciała się zaprezentować jak najlepiej.
— Liv, jesteś wreszcie.
Słysząc ciepły głos Shisuiego gwałtownie uniosła głowę z zaskoczeniem zauważając, że ma go tuż przed nosem. Brunet uśmiechał się szeroko, a w jego oczach pojawiły się figlarne iskierki, kiedy bez zbędnych ceregieli nachylił się nad nią i cmoknął w policzek.
— Przecież jestem o czasie — powiedziała po dłuższej chwili, gdy odzyskała zdolność mówienia po takim przywitaniu.
— Nawet jakbyś nie była to i tak warto na ciebie zaczekać — stwierdził poważnie, spoglądając spod rzęs i odgarniając dziewczynie zabłąkany kosmyk z czoła.
Słysząc to, Liv zarumieniła się wściekle, uciekając spojrzeniem w bok i złorzecząc w myślach na cały Uchihowy klan. Powoli dochodziła do wniosku, że uwodzenie kobiet również mieli zapisane w genach, razem z geniuszem i umiejętnościami.
Shisui widząc reakcję Senju zachichotał, łapiąc ją za rękę i poprowadził w sobie tylko wiadomym kierunku.
Liv z lekkim zażenowaniem zorientowała się, że każdy mijany przechodzień patrzył na nich z widocznym zaciekawieniem. Przyszło jej do głowy, że stanowią niemałą sensację dla gapiów i jutro cała wioska będzie huczeć od plotek. Senju z Uchihą na randce. Wwiercające się oczy w ich splecione dłonie, jasno zakwalifikowały to wyjście do celów towarzyskich i ściema, że to niby spotkanie służbowe nie miała racji bytu .
Westchnęła ciężko, porażona własnymi wnioskami. Godząc się na to spotkanie,  równocześnie wyraziła zgodę na upublicznienie swojego życia. Cudownie.
Zaalarmowany tym dźwiękiem Shisui spojrzał na towarzyszkę uważnie. Czarne oczy szybko wyłapały zagryzione nerwowo usta i spięcie ramion. Musiał źle zinterpretować jej mimikę, bo zaraz powiedział:
— Spokojnie, jesteśmy prawie na miejscu.
— Nie o to chodzi… — mruknęła cicho, z ulgą odnotowując, że idą w stronę parku widokowego na głowach byłych Hokage. Tam nie będą już mieli tłumu gapiów obserwujących każdy ich krok i ruch. Gdy tylko wspięli się na pierwszy stopień wyraźnie się rozluźniła, dziękując w myślach, że to tam chce ją zabrać Shisui.
— A o co?
— Wzbudzamy sensację — wyjaśniła krótko, zerkając na towarzysza kątem oka i uśmiechając się cierpko. Shisui zamyślił się na moment, patrząc w niebo i trawiąc jej słowa.
— Cóż… jeśli to cię pocieszy, to tam gdzie idziemy będziemy całkiem sami.
— Nawet nie wiesz jak bardzo.
Shisui tylko uśmiechnął się delikatnie, chwytając pewniej dłoń Liv. Gdy wspięli się na samą górę, mimochodem zerknął  w stronę widocznego kawałek dalej lasu i jego usta drgnęły delikatnie. Z zadowoleniem przeniósł wzrok na towarzyszącą mu dziewczynę.
— Mam dla ciebie niespodziankę, ale musimy iść tam. — Wskazał rosnące w oddali drzewa i poprowadził zdumioną Liv za sobą.
— Niespodziankę? — powtórzyła jak echo, patrząc z niedowierzaniem to na mężczyznę to na rosnący w oczach las. Tego się nie spodziewała. Wychodziła z założenia, że to będzie takie bardziej zwyczajne wyjście. Na kawę, ciastko, spacer albo ewentualnie jakaś kolacja w barze szybkiej obsługi, ale nie. Przecież tu mowa o Uchihach a oni wszystko muszą komplikować.
Po dotarciu na miejsce, Shisui mrugnął do niej wesoło, wyciągając zza pazuchy niewielki zwój i aktywował.
Liv aż uchyliła usta ze zdumienia, patrząc jak z chmury dymu wyłania się rozłożony na trawie koc, a na jego środku stoi wiklinowy koszyk. Spojrzała to na towarzyszącego jej mężczyznę to na przygotowaną niespodziankę. Sama nie wiedziała co o tym powinna sądzić. Cholera, Shisui naprawdę się postarał.
— Oszalałeś — wydusiła z trudem, gdy już mogła mówić. Miała wrażenie, że śni jeden z tych romantycznych snów, spełnienie marzeń każdej z kobiet.
— Możliwe — przytaknął gładko, śmiejąc się cicho i puszczając Liv oko. Chwilę później złapał dziewczynę za rękę i pociągnął w kierunku nakrycia. — Wiesz, na tym można też usiąść, to nie fatamorgana.
— No co ty nie powiesz — parsknęła, usadawiając się wygodnie i zerkając z ciekawością  na bruneta. Kiedy ten zaczął myszkować w koszyku, przeniosła wzrok na ciemne niebo.
Kącik ust Liv zadrgał w lekkim uśmiechu, kiedy dotarło do niej, że zalicza właśnie randkę z Uchihą. Jednym z tych idealnych mężczyzn, dziedziców sharingana, ucieleśnieniem marzeń większości kobiet z wioski. Do tego ta sceneria żywcem wyjęta z jakiegoś romansu. Noc pod gwiazdami z jednym z najbardziej pożądanych kawalerów Konohy. Brakowało tylko butelki dobrego wina i truskawek, które idealnie wpisałyby się w klimat tego spotkania. Parsknęła śmiechem do własnych niesfornych myśli.
Drgnęła nerwowo, gdy tuż przed jej nosem pojawił się kieliszek wypełniony różowym płynem, zupełnie jakby został przywołany fantazjami. No bez jaj, pomyślała ze zdumieniem, podnosząc spojrzenie na twarz siedzącego przed nią Shisuiego.
— Nie lubisz? — zapytał z lekkim zmarszczeniem brwi, przyglądając się trunkowi, gdy wciąż nie odebrała od niego naczynia. — Nie wiedziałem jakie wybrać, a to wydało mi się najbardziej pośrednie.
— Jestem tylko zaskoczona — wyjaśniła, z zawahaniem odbierając oferowany napój. — Widzę, że jesteś przygotowany na wszystko. Truskawki też tam masz?
— Powinny jakieś się znaleźć. — Posłał Liv łobuzerki uśmiech, rozsiadając się z wyciągniętymi przed siebie nogami. Zaciągnął się mocno rześkim nocnym powietrzem i zatrzymał wzrok na koronach drzew, jakby dojrzał tam coś interesującego.
— Perfekcjonista w każdym calu — stwierdziła, upijając niewielki łyk. Z przyjemnością stwierdziła, że Shisui doskonale wie czym częstować kobietę. Nie wiedziała czy to za sprawą doświadczenia, czy może wrodzony geniusz. — Skąd pomysł na randkę pod gwiazdami?
— Banalne, wiem — przyznał ze skruchą, zerkając na Liv. — Twoja zgoda na randkę tak mnie zaskoczyła, że nie wymyśliłem nic innego. Jeśli nie jesteś zadowolona możemy…
— A brzmię jakbym się skarżyła? — przerwała mu w pół słowa, podpierając się na ręce i uniosła twarz, skupiając się na rozgwieżdżonym niebie. — Jeśli tak, to uwierz, że już dawno nie spędziłam tak miło czasu. I czuję się miło połechtana, że udało mi się zaskoczyć słynnego Teleportera.
Mężczyzna zamyślił się na chwilę, a jego spojrzenie znowu powędrowało w kierunku ciemnego lasu.
Liv korzystając z jego zadumy, przyglądała mu się kątem oka zza kieliszka. Shisui również odziedziczył charakterystyczne cechy klanu Uchiha. Tak jak wszyscy jego potomkowie odznaczał się bladą cerą, ciemną oprawą oczu i włosami. Patrząc na idealne rysy twarzy zastanawiała się czy uroda odziedziczona w genach też nie miała być pomocna w roli idealnego wojownika. W końcu uwiedzenie właściwych osób z pewnością ułatwiało zdobycie ważnych informacji. Chociaż z drugiej strony, wystarczał im sharingan do wykonywania tego typu działań. Widocznie, ku rozpaczy reszty populacji, uroda dawana była im w bonusie.
Swoją droga to zaskakujące jak większość popularności skupiała się wokół synów Fugaku. Shisui nie wzbudzał takiego wielkiego szału wśród płci pięknej Konohy, chociaż nie brakowało ambitnych, które chciały zdobyć go wyłącznie dla siebie. Liv nie wiedziała czym to jest spowodowane, bo jej zdaniem Shisuiemu nic nie brakowało. Przede wszystkim był bardziej otwarty od Itachiego a to ogromny plus.
— Ciężko żyć w cieniu bardziej popularnego kuzyna? — zapytała, chcąc przerwać przedłużającą się cisze. Skoro już miała okazję to zamierzała się czegoś ciekawego dowiedzieć o towarzyszącym brunecie.
— Niby czemu popularniejszego? — Shisui położył się na kocu i podpierając na łokciu, przyglądał się ciekawie Liv.
—  No wiesz, o tobie mniej się słyszy na mieście.
— Może dlatego, że lepiej się ukrywam z życiem prywatnym.
— A masz życie prywatne? — Spojrzała na niego spod oka, uśmiechając się ironicznie. — Z tego co słyszałam, to poślubiłeś pracę.
— Czyli jednak coś tam o mnie słyszałaś, Liv — zauważył wesoło, uzupełniając puste już kieliszki.
— Takie informacje nie są trudne do zdobycia.
— Pofatygowałaś się o wywiad o mojej osobie? Pochlebiasz mi. — Roześmiał się głośno, a Liv z lekką konsternacją odnotowała, że ten dźwięk wyjątkowo się jej podoba i mogłaby słyszeć go częściej.
— Oj, przestań! — jęknęła zażenowana, zamaczając wargi w alkoholu. Cóż, prawdą było, że prześwietliła całą rodzinę Uchiha, ale przecież do tego nie mogła się przyznać głośno.
Shisui pokręcił z rozbawieniem głową, jakby był świadomy tego co zrobiła w celu pozyskania wszelakiej wiedzy na temat jego klanu i zaczął grzebać w koszyku.
Liv aż rozwarła usta z wrażenia. Shisui przygotował dla nich iście królewski posiłek, nie zapominając o żadnym szczególe. W plastikowym pojemniku pyszniły się różne rodzaje dango, każdy w osobnej przegródce aby się nie wymieszały smaki. W kolejnym czekało na nią apetyczne sushi, na widok którego o mało nie dostała ślinotoku. Jako trzecia potrawa występował tajemniczy ryż z warzywami, których nie potrafiła nawet nazwać, z nieziemskim sosem. Na deser pojawiły się owoce.
Wszystko pięknie popakowane, estetyczne i zupełnie takie jakby przygotowywała to kobieca ręka. Aż nie mogła uwierzyć, że wszystko sam ugotował. I jeśli mówił prawdę to zdobył właśnie kolejne punkty u Liv. Tak, zdecydowanie doceniała mężczyzn potrafiących gotować. Możliwe, że poniekąd dlatego, że sama była kulinarną kaleką.
Mrucząc z zadowolenia opadła z westchnieniem na koc, rozkoszując się nocą i miłym towarzystwem. Jeszcze nikt nigdy tak o nią nie zadbał. Z czystym sumieniem mogła powiedzieć, że ta randka należała do wyjątkowych i nie żałowała z niej nawet minuty.
— Wydajesz odgłosy jak zadowolony kot — zaśmiał się Shisui, kładąc się koło niej i również patrząc na gwiazdy.
— Bo jestem zadowolona — odpowiedziała szczerze i posłała w stronę bruneta ciepły uśmiech. Zaskoczona zaobserwowała jak szybko odwraca wzrok, a na jego policzki wkrada się delikatny rumieniec.
— Liv… od jakiegoś czasu coś mnie nurtuje, ale nie wiem czy mogę zapytać.
— Za taką kolację odpowiem ci na każde pytanie — zamilkła na chwilę, po czym uzupełniła po namyśle. — Oczywiście w granicach rozsądku.
— Chodzi o tę sytuację z Łowcami… dlaczego nie zbierali twojej krwi tam na ołtarzu?
Liv, słysząc co takiego gnębiło Shisuia, westchnęła ciężko, przymykając powieki. Przez dłuższy moment biła się z myślami czy powinna udzielić mu na ten temat informacji. Jej pochodzenie stanowiło temat tabu w wiosce i wiedzieli o nim nieliczni. Oczywiście nie wątpiła, że Shisui jest wprowadzony w sprawę skoro został wysłany na poszukiwania.
W końcu doszła do wniosku, że raczej wszystko o niej wie, tym bardziej, że jest jednym z głównych Anbu podwładnych Hokage.
— Pewnie dlatego, że nie nadawała się do handlu — odpowiedziała z obojętnością. Po ciszy jaka zapadła szybko zrozumiała, że nie wie o co chodzi, więc zaczęła wyjaśniać. — Krew demona to wyjątkowo kapryśna substancja. Może być błogosławieństwem jak i przekleństwem. Ofiarowana z własnej woli działa jak cudowne lekarstwo, mogące uchronić od śmierci. Jednak odebrana siłą, staje się najstraszniejszą trucizną.
— I rynek nie jest zainteresowany trucizną?
— Nie taką… ona nie zabija szybko. Trwa to kilka dni, a umierający kona w niewyobrażalnych męczarniach. Ludzie potrzebują szybkich i tanich specyfików, najlepiej niepozostawiających śladów. Moja krew się do nich nie zalicza.
— Nie wyobrażam sobie demona, oddającego dobrowolnie tak cenną substancję na handel — zamyślił się Shisui, przekręcając się na bok.
— I nie oddają, ale każdego można zmusić, złamać. Odpowiednio długie tortury działają na wszystkich, uwierz — mruknęła cicho, unosząc ręce i patrząc przez palce na gwiazdy. Czuła na sobie wzrok mężczyzny, gdy trawił usłyszane informacje.
— Wybacz, zepsułem ci humor.
— Nie, ale zepsujesz jeśli okaże się, że nie masz więcej tego pysznego wina. — Zaśmiała się głośno, dźgając go palcem pod żebra. Kiedy sapnął zaskoczony tym atakiem i odturlał w bok, sama się podniosła, zaglądając do koszyka.
— I co? Znalazłaś coś ciekawego? — zapytał z zainteresowaniem, klękając tuż przy niej i odgarniając Liv włosy za ucho.
— Ty mi to powiedz, podobno sam pakowałeś ten przybytek rozkoszy dla podniebienia — rzuciła, patrząc na niego spod rzęs i mimowolnie pocierając skórę w miejscu, gdzie musnęły ją palce mężczyzny.
— Chyba coś tam zostało, ale trudno powiedzieć — mruknął, zaglądając do pojemnika. Widząc, że zostało tam naprawdę niewiele, parsknął pod nosem. — Nie spodziewałem się takiego apetytu po tobie.
— Insynuujesz mi, że jestem pazerna?
— Oczywiście, że nie. — Mrugnął do niej wesoło i położył dłoń na piersi jak do przysięgi, uzupełniając uroczyście. — Umiesz docenić mój talent kulinarny, a to się chwali — wymamrotał pod koniec już niewyraźnie, z trudem hamując wesołość na widok miny Liv.
Dziewczyna zamrugała zaskoczona tym jawnym przytykiem, a później nie zastanawiając się wiele, przewróciła mężczyznę na koc. Uśmiechając się złośliwie pojawiła się przy nim.
— Ta zniewaga krwi wymaga! — krzyknęła, przesuwając palcami po bokach Shisuia z satysfakcją odnotowując, że reaguje jak trzeba. — Zemsta będzie straszna.
— Co?! Zaraz!
Liv nie przejmując się krzykami, prośbami a później już groźbami towarzysza łaskotała go w najlepsze. Z demonicznym uśmieszkiem patrzyła na kulącego się ze śmiechu potężnego Anbu, przed którym drżeli najpotężniejsi wrogowie. W tym momencie wyglądał niewinnie jak dziecko.
— Nie, no. Tak to nie będzie — wykrztusił, gdy wreszcie udało mu się chwycić nadgarstki Liv i odsunąć z daleka. — Może teraz odwrócimy role, cwaniaro?
Nie czekając na odpowiedź jednym szybkim ruchem sprawił, że znalazła się pod nim. Spod rzęs z satysfakcją obserwował jak wije się i śmieje w głos, pod wpływem jego zabiegów.
— Już nie mogę… proszę przestań — wydusiła z ulgą odnotowując, że Shisui posłuchał. Otarła łzy rozbawienia i podniosła wzrok na pochylającego się nad nią mężczyznę. To sprawiło, że oddech utknął Liv w gardle i poczuła nieznośne goraco. Sytuacja momentalnie zrobiła się napięta i elektryzująca, nie było słychać nic poza dźwiękami nocy i ich przyśpieszonymi oddechami.
W oku Shisuiego nagle pojawił się dziwny błysk, gdy przesunął wzrokiem po twarzy Liv, na co aż się zarumieniła. Uchylała właśnie usta aby coś powiedzieć, rozładować jakoś atmosferę, ale zapomniała co to miało być, kiedy spojrzenie mężczyzny zatrzymało się na jej wargach.
Powoli, jakby z zawahaniem Shisui zaczął się zniżać, a wzdłuż kręgosłupa Senju przebiegł dreszcz oczekiwania. Liv zamarła, niezdolna do żadnego ruchu, zupełnie jak zwierzę oślepione przez reflektory. Czuła jego ciepły oddech, owiewający twarz, gdy dzieliło ich już tylko kilka centymetrów. Przymknęła powieki, czekając na to co nieuniknione, ale niespodziewanie ciszę przerwał potężny huk poprzedzający krzyk i szum skrzydeł. Znad lasu wzbiła się czarna chmura ptaków i przelatując tuż nad nimi, zniszczyła bezpowrotnie atmosferę.
To wystarczyło aby Liv oprzytomniała i delikatnie, ale stanowczo odsunęła towarzysza, kładąc mu na piersi dłoń.
— Shisui… nie powinniśmy.
—Wybacz, zagalopowałem się. — Uśmiechnął się do Liv przepraszająco, wstał i odszedł parę kroków.
Nie chciał krępować Senju, gdy poprawiała poprzekręcane ubranie. Sam w tym czasie z lekkim rozbawieniem patrzył na gęstwinę przed sobą. Mógł się domyśleć, że dojdzie do czegoś takiego. To logiczne, że nie wytrzymał presji.
Nie słysząc za plecami żadnego ruchu, obrócił się i ujął dłoń czekającej na niego dziewczyny, wsuwając sobie pod ramię. Jednym pstryknięciem palcami sprawił, że ich legowisko znikło w szarym dymie.
— Chodź, zrobiło się już późno. Odprowadzę cię do domu — rzucił beztrosko i posłał Liv pokrzepiający uśmiech, kierując ich w stronę zabudowań.
Kręcąc z rozbawienia głową wkroczyła na klatkę schodową. Podczas powrotu do domu Shisui uraczył ją co zabawniejszymi anegdotkami z życia poważanego klanu Uchiha. Takim oto sposobem dowiedziała się między innymi, że Itachi do tej pory przechowuje pod łóżkiem ukochanego misia z dzieciństwa, a Shisui, w wieku sześciu lat usmażył ozdobne karpie z rodowego ogrodu. I chociaż jak sam twierdził, zabawa przy tym była przednia to konsekwencję już nie bardzo. Został przyłapany na gorącym uczynku i do tej pory ma przed oczami purpurową od złości twarz swojego ojca.
Chichocząc pod nosem oparła się o drzwi i przekręciła klucz w zamku. Weszła do przedpokoju, rzucając w kąt klucze i nawet się nie zatrzymując, od razu skierowała swoje kroki do sypialni.
Jutro rano czekał na nią codzienny trening z drużyną i musiała się wyspać. Nie wątpiła, że po takim emocjonującym dniu będzie spać jak dziecko. Zaczerwieniła się delikatnie, kiedy jej myśli powędrowały do Shisuia. Uśmiechając się sama do siebie, pstryknęła włącznik światła w salonie. Cóż, nie zamierzała wchodzić tam po ciemku, zwłaszcza, że nie pamiętała czy wychodząc zostawiła porządek. Jeśli nie, to wchodzenie na ślepo, byłoby równoznaczne z szybkim kalectwem.
Ledwie przekroczyła próg pomieszczenia, a zatrzymała się w pół ruchu. Zamrugała gwałtownie niedowierzając w to co widzi. Nie, stanowczo to nie był bałagan.
Na parapecie w otwartym na oścież oknie siedział nieproszony gość, świdrując ją niewygodnym spojrzeniem. Oparty plecami o framugę, wystukiwał bladymi palcami o kolano, nerwowy rytm. Ten ruch jasno sugerował zdenerwowanie, ale niewzruszona mina całkowicie temu przeczyła.
Liv drgnęła, gdy bez ostrzeżenia zeskoczył z zajmowanego miejsca i zatrzasnął z hałasem okno. Uważnie obserwowała każdy ruch Itachiego, kiedy z gracją skradającego się drapieżnika zmierzał w jej stronę. Emanował chłodem i jakąś ciężką do zidentyfikowania emocją, która sprawiła, że aż przebiegł ją dreszcz niepokoju.
Powoli, nie spuszczając z dziewczyny wzroku pokonał dzielącą ich odległość i stanął przed Senju, patrząc zza zmrużonych powiek.
— Podobała ci się randka z Uchihą?
— Nie twój interes — prychnęła z wyższością, wyraźnie niezadowolona z obecności Itachiego w swoim mieszkaniu. — I nie przypominam sobie żebym cię zapraszała.
— Nie musiałaś, sam się zaprosiłem — rzucił niby obojętnie, ale Liv doskonale wyłapała niebezpieczne nuty pobrzmiewające w jego głosie.

12 komentarzy:

  1. WOW !! cudowne... jestem pewna, że to Itachi zapobiegł ich pocałunkowi i obserwował całą randkę. Czyli teraz poczuje konkurencje i weźmie się za Liv :) aż nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. No i oczywiście piszesz tak cudownie, że zawsze będzie za mało :*
    pozdrawiam , nowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm... Itachi to Itachi i ciężko przewidzieć co zrobi :"D. Chociaż nie powiem, teraz schemat pacha ku jednemu, ale nie będę się wychylać. Dowiesz się co dalej w następnym rozdziale :3.
      Mało, cóż przyznam się bez bicia, że miał być dłuższy, ale stwierdziłam, że resztę zostawię jako bazę do kolejnej części. Taka jestem sprytna XD. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam <3

      Usuń
  2. Wiesz co,Kochana? Mam ochotę Cie zabić, ewentualnie wymyślić jakąś fajną forme tortury za to, ze przerwałaś w takim momencie! Myślałam, ze spadnę z krzesła, tak czekałam na rozwój sytuacji wpatrzona w ekran... LIczę ( w sensie żądam ;p), że ciąg dalszy pojawi się do końca tego tygodnia :D.

    Teraz część przyjemniejsza, czyli ochy i ahy nad treścia :). Cukier? Błagam Cie, niby gdzie go było za dużo? Jak dla mnie to idealnie wszystko odmierzyłaś, a nawet znalazłam sporo pikanterii w opisie... ;). Wiesz strasznie mi się podobało to, jak Itachi porównał ich wspólną fryzure do Sharingana.
    Cala dzisiejsza akcja tez świetnie przemyślana. Po pierwsze czy mowilam Ci, ze kocham Shisui'ego? On tak cudownie drażni Itachi'ego, ze aż żyć sie chce. Nie dość, że na randce zachowywał sie tak naturalnie i slodko, to umiał przy okazji sprawić, by Uchihe szlag trafił (i to pewnie kilka razy pod rząd tak swoją drogą ;p). Nie mogę jednak odeprzeć wrażenia, ze Shisui'emu podobała się randka, tzn sytuacja, jaką sam wygenerował zwłaszcza, że kilka razu sie zarumienił...Jestem az nazbyt podejrzliwa?
    No i oczywiście mój kochany Itachi<3. Z zazdrością mu do twarzy, zwłaszcza gdy stara sie zwrócić na siebie uwage. Pomysł z genjutsu- magia! Pocałunek, który wymusił na Liv? To tak do niego pasowało, ze aż sie uśmiechałam z zachwytu. Najbardziej jednak nie mogę sie doczekać, co sie stanie dalej. Skoro czekał na nią w domu (do którego sie włamał) i tak burzliwie reaguje, to wątpię by sie skończyło na słowach. Przynajmniej mam taką nadzieję Dita (swoja drogą naprawdę wielką na coś... efektownego) ;*

    Koniec tego chaotycznego komentarza. Wspomniałabym coś o jego długości... Ale sobie daruję ;)
    Albo tylko cichutko wspomne, ze dobrego nigdy dość i mogą być jeszcze dłuższe, ale już siędze cicho ;).

    Także zabieraj sie do pisania a ja widzę na dniach ciąg dalszy. Całuje mocno ;*
    Twoja Moon.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moon, no. Dlaczego wzbudziłam takie mordercze instynkty, przecież wszystko idzie piękną, no może nieco wyboistą, drogą ku dobremu XD. Bardzo mnie cieszy, że prawie zrzuciłam Cię z krzesła tym rozdziałem. :”D Trochę miałam obawy, że zbyt przerysowany, ale skoro wzbudza takie pozytywne reakcje (pomijając, chęć zabicia, uszkodzenia, torturowania autorki) to jest dobrze.
      Przyrównanie do Sharingana pojawiło się spontanicznie przy uzupełnianiu tekstu i jego wzbogacaniu. Tak, ja też mam przebłyski geniuszu. Czasami :D.
      Shisui to taka moja perełka, motor napędowy działań Itachiego. Chciałabym powiedzieć, że takie sumienie syna Fugaku, ale nie wiem czy Łasic coś takiego posiada. A jeśli już to pewnie tylko zalążek^^.
      Randka… ależ miałam obawy przy jej pisaniu. Cały czas łapałam się na tym, że miną mordercy przeczesywałam tekst w celu wyłapania i eliminowania z treści, fragmentów zbyt kiczowatych i mdłych. Tak, pisanie takich scen to coś strasznego. Trzeba idealnie znaleźć złoty środek, żeby czytelnik nie zaczął wymiotować na komputer od cukru.
      Co do rumieńców Shsuia… cóż, nikt nie jest z kamienia :”D.
      Ciekawiło mnie jak przyjmiecie pomysł genjutsu. Nie powiem, bo Twój entuzjazm zrzucił mi wielki ciężar z serca.
      Itachi jest postacią trudną w kreacji. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy piszę scenę z jego osobą. Musi zachować wszystkie cechy za które kochamy Uchihów, a jednocześnie nie być wrednym złamasem, którego chce się posłać do piachu XD. Tak, zdecydowanie trudny materiał do obróbki, ale chyba właśnie dlatego tak lubię Itachiego. Za tę niebanalność.
      Co do tego co się zdarzy później… to je tajemnica <3. Mam zamiar potrzymać Ciebie i innych czytelników trochę w napięciu <3.
      Moon, bardzo Ci dziękuję za długi i wyczerpujący komentarz. Twoje słowa są zawsze lekiem na moją pokiereszowaną psychikę, przez pastwienie się tyle czasu nad rozdziałem. Mam nadzieję, że długość chociaż trochę satysfakcjonowała (udaję, że nie widzi tego mruczenia, szeptania w komentarzu), a kolejny rozdział… Nie obiecuję, ale już dumam nad tym co w nim będzie. A to już jakiś progress, prawda?
      Pozdrawiam gorąco <3

      Usuń
  3. Hm... Popieram Moon, że trzeba Cię zabić, ewentualnie torturować ;) Może takie jawne groźby serio sprawią, że ruszysz te swoje cztery litery i trochę nam skrystalizujesz sytuację... Bo mieszać w akcji i nam czytelnikom w głowach umiesz perfekcyjnie ;). Ale ok już nic nie mówię, zresztą o tym będę truć gdzie indziej ;).
    Liv, oj Liv. Jak czytałam tenrozdział, to momentamiCi współczułam, że tylu kandydatów do Ciebie startuje, a co jeden to lepszy ;).
    Strasznie, ale to strasznie podobały mi się wspomnienia z Kazamą. Ale ale, ja nie o tym chciałam. Akcja z Itachim, tak! <3 Awwwww... Jesu, zazdrosny Uchiha to niebezpieczny Uchiha, a wręcz nieobliczalny :D. Zawsze taki poukładany, chłodny, a jak przyjdzie co do czego to potrafi być człowiekiem i pokazać co ma w zanadrzu. Shisui, hm... No wiesz sama, że nie byłam zachwycona tym, że on i Liv i randka... ale ok. Wyszło Ci to świetnie, klimat zbudowałaś perfekcyjnie, a ten prawie-że-pocałunek o mało nie sprawił, że wywaliłam kompa za okno ^^. Ale ok, wybaczam Ci, wiem, że warto było, bo chyba dopiero teraz zrozumiałam cel tej sceny. Itachi w domu Liv, pewnie nieziemsko wkurzony - tak, zdecydowanie warto było, Dituś xD.
    Smiać mi się chciało momentami, np. otym psikusie Mizu, lub z tej rozmowy Itacza z kuzynem przed sklepem. Więc była radość, był zachwyt, było zgrzytanie zębami - brawo! <3 Czekam teraz na właściwą akcję, bo niestety - urywając rozdział w tym momencie sama skazałaś się na napisanie tego co mi od dawna w głowie siedzi. Będę trzymać kciuki byś szybko się ogarnęła i zaczęła stukać w klawiaturę xD.
    Ślę miełość, masę Weny i kilka gróźb - tak na zachętę ;)
    Twa córa Tay. <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tay, Ty okropna babo. Powinnaś mnie tu bronić, a nie dołączasz do nagonki XD. Serio, taki piękny rozdział dałam, do tego długi… nie rozumiem czego się czepiata^^.
      Taaaaak, jaraj się ze mną wspomnieniami z Kazamą! Uwielbiam tego demona. Chyba to niezdrowe, że się tak zachwycam własną postacią :”D.
      Tay, dobra randka nie jest zła. Naszej Liv też się coś od życia należy. I Senju nie ma aż tylu adoratorów, żeby nie było. Ich liczba jest bardzo uboga, bo Shisuiego raczej nie można wliczać…
      Groźby na zachęte… ich nie chcę! Wenę biere, ale groźby sobie zatrzymaj XD. Buziole, me rozwydrzone dziecię <3

      Usuń
  4. Przyszłam tutaj i przeczytałam wszystko. Bardzo, bardzo, bardzo mi się spodobało i teraz dołączę do grona ludzi molestujących cię o nowy rozdział. Szykuj się. ;D
    Zacznę od końca, żeby cię bardzo, ale to bardzo opierniczyć za końcówkę. No jak tak można, żeby przerywać w takim momencie. Prawie mi oczy wypadły i potoczyły się po podłodze jak doszłam do ostatniego zdania i DALEJ NIC NIE MA. No jak to!?
    To teraz od początku. Chichrałam się jak głupia, aż mój kot stwierdził u mnie "niedojebane mózgowie", ze sceny gdzie Itachi odkrył co ta mała cwaniara, Mizu, zrobiła mu z włosami. Dobra jest, już ją, kurczę lubię <3
    Później dałaś mi w twarz randką Liv. Moja twarz wyrażała jedno wielkie O_o. Ta dziewczyna i randka, to mi się nijak nie łączyło. Myślałam, że każdego napotkanego adoratora wyśle do szpitala na długi urlop, a tu taka słodka randka. I jeszcze ten wcalenieamożejednakpocałunek, do którego nie doszło. Hiperwentylkowałam, dlatego oddaję ci pokłon, mistrzu mój i idę czekać na kolejny rozdział.
    Weny, weny, weny życzę <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj w moich skromnych progach :”D. Bardzo się cieszę, że Cię tu do mnie przywiało, chociaż w sumie ciekawi też skąd.
      Widzę, że Ciebie, tak jak wszystkich zresztą, zaskoczyło takie zakończenie… wytłumaczę się tym, że czasem co za dużo to niezdrowo. Gdybym pociągnęła to dalej to jak nic, zaginęłybyście w natłoku wydarzeń. A tak, macie na co czekać <3. Sprytnie to sobie przekminiłam, wiem XD.
      Małolata ma dziwny syndrom swatania ludzi i szanowny Uchiha się o tym miał okazję przekonać. Pomysłowość dzieciaków nie zna granic, a Itachi niech się cieszy, że nie było żadnego supła^^.
      Randka, no… nawet Liv da się wziąć z zaskoczenia, albo przedstawić przekonujące argumenty. A jak namówił ją Shisui? To pewnie jego słodka tajemnica <3. Nie zapominajmy, że pochodzi z klanu generującego geniuszy.
      Podoba mi się wizja Ciebie hiperwentylkujacej, tak, nawet bardzo. Postaram się robić to częściej :”D.
      Za wenę dziękuję, bo jej nigdy dość <3. Dziękuję za komentarz i mam nadzieję, że jeszcze się odezwiesz:). Pozdrawiam gorąco.

      Usuń
  5. Wow, przyznaję, że wszystko od początku przeczytałam za jednym zamachem. Bardzo podoba mi się humor i lekki nastrój, całość naprawdę przyjemnie się czyta. Liczę że kolejny rozdział pojawi się już wkrótce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie, że to co napisałam zostało tak pozytywnie przez Ciebie odebrane. Zwłaszcza jak sobie przypomnę ile początkowych rozdziałów wypadałoby poprawić, ale ja nie o tym...
      Dziękuję za ten miły komentarz i liczę, że jeszcze mnie tu odwiedzisz. Pozdrawiam cieplutko :">

      Usuń
  6. ITACHI TAKI ZŁY ZAZDROŚNIK, PSUJĄCYCH RANDKĘ. ALE NIE, GDZIEŻBY, PRZECIEŻ ON NIC NIE CZUJE DO LIV...
    Jak większość niezmiernie mnie zdenerwowałaś, że skończyłaś w takim momencie i mam głęboką nadzieję, że następny rozdział rozpocznie się od, cóż... sceny (if u know what i mean...).
    Ja już sama nie wiem, czy temu Shisiuemu się podoba nasza Senju, czy może po prostu chce dać w kość Itachiemu, albo po prostu nim potrząsnąć.
    Nie spodziewałam się w sumie, że Liv w ogóle zgodzi się na randkę - sama nie wiem, myślałam że jeśli chodzi o "obrzydzenie" do tego klanu, to traktuje wszystkich Uchihów tak samo XDD A tu proszę, o mało się z jednym nie całowała (oczywiście nigdy z tym, co trzeba...).
    Proszę, proszę, proszę, dodaj szybko nowy rozdział, bo już sie nie mogę doczekać. Ty chyba uwielbiasz torturować swoich czytelników, co? Czekam niecierpliwie! :c
    Pozdrowionka :* :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo... a już myślałam, że nie skomentujesz.
      Łoj tam, łoj tam... przecież, że Uchiha nie jest zazdrosny XD. Uchiha się brzydzi zazdrością :"D.
      Nie moja wina, że musiałam zakończyć w takim momencie. Zbyt dużo czasem psuje efekt^^. A teraz masz na co czekać <3. Wspominasz o scenie... cóż, wszystko się może zdarzyć, poczekamy, zobaczymy :>.
      Shisui to skomplikowany i wyjątkowo przebiegły shinobi, po nim trzeba się spodziewać niespodziewanego :3. Do tego gdy coś postanowi to nie ma przebacz i nawet Liv, nie potrafi go spławić. Kto wie jakiego argumentu użył ten cwany lis XD.
      I tu się oburzam, bo przecież ja Was nie torturuję, pacz tylko jaki długi rozdział wstawiłam. Przecie to wsio dla Was... No dobra, mało zgrabny moment wybrałam na ucięcie, ale patrz jakie napięcie wywołałam :"D, huehuehuehuehue...
      Dzięki za komentarz, buziole :3

      Usuń