17.01.2015

XXXV Fakty, których nie znamy

            Hej, patrzcie i radujcie się! Oto przed Wami kolejny rozdział ZR. Tak, jak też jestem zaskoczona, że tak szybko publikuję. Mam nadzieję, że mnie nie obedrzecie ze skóry xD. To nie przedłużając, zapraszam <3.

Zbecone przez Tay <3. Jak tam gdzieś brak logiki to jest to moja wina xD.




Liv opadła bezszelestnie na dach rezydencji, poprawiając na twarzy maskę ANBU. Czuła się odrobinę dziwnie w dawno nienoszonym stroju Skrytobójców, ale musiała przyznać, że też trochę za nim tęskniła. Zadania przydzielane Joninom z uczniami znacznie różniły się od tych, do których była przyzwyczajona, działając w tej elitarnej formacji i czasem trąciły nudą.
Zielone oczy łypnęły w kierunku stojących nieopodal mężczyzn, w których szybko rozpoznała swojego zleceniodawcę i Shisuiego. Stali na werandzie i nie zwracali uwagi na jej obecność, spokojnie kontynuując rozmowę, a raczej żywiołową dyskusję. Twarz ojca Itachiego emanowała spokojem, gdy beznamiętnym tonem odpowiadał na pytania wyraźnie zdenerwowanego Teleportera. Cokolwiek omawiali musiało to być niezwykle ważne dla młodszego członka klanu.
Kilka godzin temu Liv została wezwana przez Hokagę z informacją o nietypowej misji dla Uchiha, a w międzyczasie miała załatwić małą robótkę dla Konohy. Nie rozumiała dlaczego Fugaku poprosił właśnie o nią aby wypełniła zadanie, ale nalegał. Widocznie to było ważne. Z tego co zrozumiała Tsunade potrzebował użytkownika Latającego Boga Piorunów, a że nie mógł się posłużyć mającym inne zobowiązania Shisuiem, to chciał żeby oddelegowano do tego ją.
Liv naprawdę starała się nie podsłuchiwać, ale kiedy padło imię Itachiego mimowolnie nadstawiła uszu. Przysunęła się bliżej krawędzi, wciąż pozostając w cieniu.
— Czy on wie, co go czeka?
— Mój syn doskonale rozumie co znaczą obowiązki wobec rodziny i klanu — odparł starszy mężczyzna, krzyżując ramiona na piersi. Zmierzył rozmówcę srogim spojrzeniem, spod zmarszczonych brwi.
— No tak, ale to takie niespodziewane…
— Zarówno nasz ród jak i cała Konoha skorzystają na takiej silnej więzi między naszymi rodzinami. — Fugaku, położył dłoń na ramieniu Shisuiego, ściskając lekko. — Cieszy mnie, że mój syn ma w tobie takiego dobrego przyjaciela, ale nie masz się o co martwić. Itachi wie o mojej decyzji od jakiś dwóch miesięcy i ani razu nie próbował na ten temat dyskutować.
— Jednak takie małżeństwo…
— Koniec dyskusji, już podjąłem decyzję i dziewczyna niedługo przybędzie do Konohy — uciął brutalnie Fugaku, przenosząc wzrok na dach. Niemal czarne oczy spojrzały prosto w te zielone, gdy raczyły dostrzec dziewczynę. — Długo czekasz, Liv?
— Nie, niedawno się zjawiłam — odparła Senju, wciąż nie dowierzając w to, co usłyszała. Czuła się upokorzona jak nigdy dotąd. Nie rozumiała jak ten dupek mógł przemilczeć fakt, że ma już zaplanowane małżeństwo! Czyli, że co? Ona była tylko takim skokiem w bok przed ożenkiem? Czy aż tak nienawidził jej klanu, że nie mógł sobie podarować, żeby nie pozostawić na niej swojego piętna? Zmieliła w ustach cisnące się na język przekleństwo i zeskoczyła tuż przed czekającego na nią mężczyznę. — Słucham.
— Chciałbym żebyś bezpiecznie odprowadziła Mizu do Kumo, a w drodze powrotnej zabrała Amai z rodu Azume z Iwy. Rodzina Amai spodziewa się twojego przybycia za pięć dni, w najgorszym wypadku za sześć. Oczekuję, że dostarczysz ją całą i zdrową.
Liv nawet nie drgnęła powieka, kiedy słuchała tych instrukcji Fugaku. Z obojętnością patrzyła w srogą twarz głowy rodu Uchiha, kiedy wyjaśniał gdzie dokładnie mieszka przyszła małżonka syna.
— Czy to już wszystko?
— Tak, Mizu będzie czekać na ciebie, dzisiaj w południe, na głównym placu w Świątyni Ognia.

***

Kazama poprawił się w głębokim fotelu, za znudzeniem obserwując grupę szepczących pobratymców. Siedzieli skupieni wokół szerokiej ławy, z zawziętością godną lepszej sprawy, przeglądając dokumenty i dla rozluźnienia, sącząc wino. Kazama zdecydowanie wolał przebywać w samotności niż z tą bandą głupców. Przeczesał palcami włosy i tłumiąc ziewnięcie, potarł szczękę. Powoli miał już dość tych ciągłych poszukiwań jakiegokolwiek błędu w zapiskach dotyczących własności poszczególnych rodów. Nie wiedział dlaczego inni z taką zaciętością kontynuowali tę syzyfową pracę. Dla Kazamy było jasne. Jedyną spadkobierczynią dziedzictwa Aiki była Liv i choćby ci idioci stanęli na głowie nic nie poradzą. Kobieta zabezpieczyła swoje jedyne dziecko pod każdym względem, również materialnym.
Prychnął cicho skupiając wzrok na najbardziej zaangażowanej w sprawę Kaoru. Niemal wyczuwał skondensowany gniew wypełniający pomieszczenie, gdy ze złością przerzucała kolejne strony ksiąg. Nie rozumiał tej nienawiści jaką darzyła Liv. Na samo wspomnienie nazwiska Senju dostawała białej gorączki.
— Nie rozumiem dlaczego ją faworyzujesz.
Głos Kaoru wyrwał go brutalnie z rozmyślań, zmuszając do podniesienia spojrzenia na wpatrującą się w niego wilkiem towarzyszkę. Mógł się domyślić, że nie wytrzyma żeby nie zacząć ponownie tej jałowej kłótni o łączące go więzi z córką Aiki. Kątem oka zauważył, że grupa zajmująca się dokumentami nagle znikła, zostawiając ich samych. Cóż, to nawet lepiej, nie chciał mieć świadków przy kolejnej żenującej rozmowie z zazdrosną dziewczyną.
Kaoru należała do jednego z silniejszych klanów demonów i od zawsze pałętała się przy boku Kazamy. Gdziekolwiek się nie ruszył, po jakimś czasie pojawiła się i ona. Mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę, że jest w nim zadurzona ale do momentu gdy nie sprawiała kłopotów to miał to gdzieś. Westchnął ciężko słysząc jak nerwowo potupuje, niezadowolona z braku reakcji.
— A ja nie rozumiem dlaczego się wtrącasz w nie swoje sprawy — odpowiedział wymijająco, podnosząc się z miejsca i poprawiając yukatę. Wygładził niewidoczne zagięcia, w myślach dochodząc do wniosku, że przebywanie w towarzystwie tylu demonów wpływało na niego rozstrajająco. Zdecydowanie nie lubił tłoku.
— Jesteś zaślepiony — syknęła, zatrzymując Kazamę w pół kroku i zaciskając mu palce na ramieniu. Złote oczy łypały na Chikage zza przydługiej białej grzywki, nie kryjąc frustracji właścicielki. — Otumaniła cię i gdyby o to poprosiła byłbyś dla niej gotów walczyć z całym światem — rzuciła z goryczą, przygryzając usta.
— Ale nigdy o to nie poprosi — odparł z jadem, odtrącając trzymającą go dłoń. — Za to ty Kaoru nie zawahałabyś się przed czymś takim, prawda? Bo jesteś ulepiona z innej gliny. Powiem nawet dosadniej… — Złapał ją za podbródek, zbliżając twarz i obserwując jak przełyka z trudem ślinę. — Znacznie gorszej, jeśli mam być szczery.
— No tak, nikt się nie może równać z tym twoim mieszańcem!
— Przeciągasz strunę — warknął, w oka mgnieniu łapiąc Kaoru za gardło i dociskając do ściany. Powieki Kazamy zmrużyły się złowróżbnie, gdy w odpowiedzi obnażyła kły.
— Myślisz, że gdyby wiedziała to chociaż podziękowałaby ci za twoje poświęcenie? — wycharczała z trudem, odsuwając mu rękawy i odsłaniając znajdujące się na przedramionach blizny. — Takich śladów nie ukryjesz przed Łowcami, stanowisz dla nich łatwy do zlokalizowania łup!
— O mnie się nie martw, a lepiej zacznij o siebie, bo moja protekcja może się zakończyć szybciej niż myślisz — wyszeptał złowieszczo, nachylając się jej do ucha i z satysfakcją odnotowując, że się boi. Tak, ona wiedziała, że zbyt wielu demonom zalazła za skórę i bez wsparcia Kazamy zginie. Wybuchowy charakterek miał swoje minusy.
— Jesteś słaby, a wszystko za sprawą tej dziewczyny — wymamrotała, posyłając w stronę pobratymca groźny uśmiech na co on, mocniej zacisnął palce, sprawiając, że się zakrztusiła.
Chikage przyjrzał się kipiącej złością Kaoru, dumając nad tym co powiedziała. Instynktownie wyczuwał niemą groźbę, na którą nie mógł nie odpowiedzieć.
— Zbliż się do niej… a zabiję.
— Nie możesz… kodeks ci nie pozwala.
— Mogę — roześmiał się drwiąco, wolną dłonią, dotykając rękojeści wiszącej u pasa broni. — Czytanie ze zrozumieniem nie jest twoją mocną stroną, co, Kaoru?
— Ciekawe jak zareagujesz gdy dotrą do ciebie najnowsze wieści. Nadal będziesz stał za nią murem? — parsknęła złośliwie, rozmasowując obolałą szyję, kiedy wreszcie zwolnił uścisk.
— Tak jak mówiłem, zacznij się martwić o siebie, a teraz żegnam.

***

Słysząc głośne kroki, Liv podniosła głowę znad przeglądanego zwoju. W ich kierunku zmierzał Itachi z miną, która nie zachęcała do rozmowy. W jego ciemnych oczach szalała istna burza z piorunami i miała dziwne, niedorzeczne uczucie, że to ona jest temu winna. Nie widzieli się od ich małego incydentu, który miał miejsce u niej w domu. Szczerze, to nie przejawiała ochoty aby roztrząsać to co się stało. Ot, burza hormonów, którą oboje musieli ugasić. A to, że teraz wkładała dużo wysiłku, by unikać jego osoby, nic nie znaczyło. Przecież nigdy nie byli przyjaciółmi. Rywale, tyle. Zwłaszcza po wyjściu na jaw tych kilku interesujących faktów z życia Uchihy. Teraz gdy wreszcie ochłonęła na tyle, żeby nie chcieć go zabić, dochodziła do wniosku, że może dobrze się stało. Senju i Uchiha razem, takie połączenie nigdy nie miało racji bytu.
Westchnęła ciężko, zwijając rozkazy i chowając do kieszeni uniformu. Kiwnęła Hokage na znak, że przyjmuje zadanie i ruszyła przed siebie. Poprawiła na twarzy maskę ANBU, wskakując na najbliższy dach,  kierując się w stronę bram wioski.
Była już jedną nogą poza granicami, gdy wokół niej pojawiło się stado kruków. Ptaki zaczęły wirować dookoła, zasłaniając widoczność i uniemożliwiając dalszą drogę. Czuła się jak w pierzastym cyklonie, uniemożliwiającym dalszą wędrówkę. Wyciągnęła rękę w rękawiczce, próbując wystraszyć zwierzęta, ale jedynym co osiągnęła to mocne dziabnięcie w palce. Mruknęła z dezaprobatą gdy nagle przyszło olśnienie, a wraz z nim rozpoznanie, że to technika Uchihy. Mogła się domyślić, że nie odpuści tak łatwo skoro już ją zauważył.
Przez krótką chwilę naprawdę Liv kusiło by użyć Boga Piorunów i zostawić Itachiego samego, jednak zaraz przyszło otrzeźwienie, że to byłaby zwykła ucieczka, a Senju nigdy nie ucieka. Zmarszczyła brwi, zauważając jak powoli wychodzi z lasu i kroczy w jej stronę.
— Liv, jak to dobrze, że wreszcie zdecydowałaś się na poważną rozmowę — zakpił, wchodząc za barierę stworzoną przez Chowańce.
— Nie mam czasu, Uchiha. — Zignorowała jego przytyk, krzyżując ręce na piersi i patrząc na niego ponaglająco. — Misję mam. Mów, co masz do powiedzenia i zabieraj to swoje ciamadajstwo. — Wskazała na czarną chmurę.
— Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej, na przykład wtedy gdy mnie unikałaś.
— Uchiha, za duże masz mniemanie o sobie. To, że za tobą nie biegam nie znaczy, że unikam. — Uśmiechnęła się drwiąco pod maską, podpierając się pod boki. — A może ty miałeś nadzieje, że po tym małym incydencie będę chodziła za tobą jak pies?
— Incydencie?
— Jak chcesz możemy to nazwać epizodem, mi obojętne. — Machnęła lekceważąco dłonią wymijając go i stając tuż przy stworzonej przez niego barierze.
 — Senju! W co ty pogrywasz? — warknął wściekle, łapiąc ją za ramię i odwracając przodem. — I mogłabyś zdjąć tę maskę, gdy ze mną rozmawiasz!
Och, teraz przeszkadzał Itachiemu kamuflaż Skrytobójcy? No cóż, jak tak bardzo chciał to spełni jego życzenie. Odkryła twarz i spojrzała na niego, mrużąc oczy i uśmiechając się wrednie.
— Uchiha, może czas byś nauczył się pokory? — zapytała, nonszalancko odgarniając swoje włosy. — To, że raz uległam nie znaczy, że jestem twoja. Nic nas nie łączy.
— Naznaczyłaś mnie — wywarczał, podsuwając pod nos Liv nadgarstek ze złotym tatuażem. Rzuciła na niego przelotnie wzrokiem, wzruszając obojętnie ramionami. — Widziałem twojego strażnika, który się pojawił, kiedy wpadliśmy w zasadzkę.
— No wiesz… my demony dbamy o swoją własność — stwierdziła, ze znudzeniem oglądając swoje paznokcie. Kątem oka widziała jak Uchiha powoli zaczyna się gotować z gniewu i to był naprawdę uroczy widok. —  Nie martw się, ciebie to do niczego nie zobowiązuje, a teraz muszę już lecieć.
— Senju, przestań udawać, że to nic dla ciebie nie znaczyło — syknął, chwytając ją za przód uniformu i zaciskając na nim palce.
— Uchiha, ta chwila zapomnienia minęła! — Brutalnie oswobodziła się z uścisku, mrużąc ostrzegawczo powieki. Zazgrzytała z furią zębami, a następnie odetchnęła głęboko uspakajając nerwy. Nie, nie da się sprowokować. — Nie lubię ładować się w coś, gdzie już znajduje się ktoś trzeci.
— Ktoś trzeci…czyli już wiesz…
— Jak widać. Nawet będę miała ten zaszczyt, żeby osobiście przyprowadzić ci narzeczoną — zadrwiła, dźgając go palcem w pierś. Chwilę później w oka mgnieniu złapała bruneta za włosy, zbliżając twarz do jego i zaśmiała się złośliwie. Przesunęła opuszkami wolnej dłoni po bladym policzku, a następnie wymruczała prosto w wargi Itachiego, parząc je oddechem:  — Nie bój się, odstawię ją pod same drzwi. A teraz żegnam.

***

Wiosna na dobre zagościła w wiosce, rozpieszczając mieszkańców przyjemnym ciepłem, oraz intensywną wonią kwiatów. Ogrody mieniły się kolorowymi barwami rozwijających się pąków wśród soczystej zieleni. W powietrzu unosił się radosny trel ptaków, a lekki wietrzyk poruszał konarami drzew. W tym okresie wyjątkową popularnością cieszyły się weekendowe rodzinne wycieczki do parku, do których zachęcała sprzyjająca pogoda.
Liv ziewając szeroko przysiadła na werandzie, przyglądając się stojącym na mostku mężczyznom. Dziś miała dzień wolny od treningów i zamierzała go spędzić na błogim lenistwie. Oparła się na balustradzie, obserwując spacerującego ojca wraz z Fugaku Uchihą. Widok głowy klanu Uchiha we własnym ogrodzie nie był dla Liv niczym nowym. Ich spotkania odbywały się regularnie, w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Nie wiedziała czego dotyczyły rozmowy i nigdy nie przejawiała ochoty aby się dowiedzieć, ale przypuszczała, że dotyczą policji Konohy. Czasem wpadali do nich funkcjonariusze tej placówki z jakimiś dokumentami dla Kamiramy. Przypuszczała, że traktowali go jak swoistego konsultanta.
— Liv? — słysząc wołanie rodziciela, podniosła się i powolnym krokiem zbliżyła do mężczyzn. Obrzuciła ich zaciekawionym spojrzeniem zastanawiając się, o co może chodzić. Fugaku jak zwykle miał tę swoją nieprzystępną minę, ale dochodziła do wniosku, że chyba nie potrafił inaczej i taki wyraz twarzy jest dla niego naturalny. Natomiast Kamirama ze zmarszczonymi brwiami, śledził każdy jej ruch. Dziwne.
— Tak?
— Właśnie dostałem informację, że muszę wyjechać na tydzień — zaczął spokojnym tonem, uważnie przyglądając się reakcji córki. — Wolałbym nie zostawiać cię samej i chciałem zapytać, czy na ten czas nie przeniosłabyś się do rezydencji pana Uchiha.
Liv na moment zamurowało ze zdziwienia na tak nietypową propozycję. Stała z uchylonymi ustami, nie do końca wiedząc, jak zareagować. Ojciec często dostawał kilkudniowe misje, ale pierwszy raz wyskoczył z pomysłem żeby podczas jego nieobecności przeniosła się pod obcy dach. Do tej pory zawsze w spokoju sama zostawała w rezydencji i nie stanowiło to dla nikogo problemu. Owszem, dlatego, że nie umiała gotować żyła na barowym jedzeniu i zupkach instant, ale nie narzekała. W sumie jakby się zastanowić to nawet lubiła te momenty gdy miała cały dom dla siebie.
— Dlaczego? Przecież zazwyczaj nie było z tym problemu, że jestem sama — bąknęła z niezadowoleniem, krzyżując ręce na piersi. Nie przejawiała zbytniego entuzjazmu na wprowadzenie się do nieznanych ludzi, a tym bardziej, że mówiono tu o Uchihach.
— A może odczuwam wyrzuty sumienia, że zostawiając cię, żywisz się śmieciowym jedzeniem? — zapytał z aż nadto widocznym sarkazmem. — I biorąc pod uwagę niepokojące ruchy wokół osady wolałbym, żeby ktoś miał na ciebie oko.
— Tato, ale mnie dobrze w domu… i chociaż dziękuję za uprzejmość pana Uchihy, to jednak wolałabym zostać tutaj. — Liv zmarszczyła się nieznacznie na wspomnienie o niepokojących ruchach. Przecież nie była dzieckiem, a pełnoprawną kunoichi!
— Uważam…
— Spokojnie — wtrącił się Fugaku, zwracając do Kamiramy. — Liv, jeśli nie chcesz to nie musisz się przenosić. Wiem, że przebywanie wśród obcych ludzi może być trudne i dlatego załatwimy to w taki sposób, że ktoś od nas będzie przynosił ci obiady. Dzięki temu codziennie ktoś sprawdzi, czy wszystko w porządku i przy okazji cię dokarmi.
— Panie Fugaku, nie chcę sprawiać kłopotów i myślę…
— Niestety, ale ta oferta nie podlega negocjacjom. — Uniósł do góry dłoń, przerywając monolog Liv. Parsknął śmiechem na samo wspomnienie jakiejś sytuacji, zaraz maskując go kaszlem. — Moja żona jak tylko usłyszała, że zostajesz sama w wielkiej rezydencji i nie jesz domowych posiłków, chciała na siłę zaciągnąć cię do nas. Tylko cud sprawił, że udało jej się to wyperswadować i zaproponować ten awaryjny układ, na który niechętnie przystała. Jak sama widzisz, to jest mniejsze zło.
— Dziękuję i przepraszam za kłopot. — Liv doszła do wniosku, że nie ma sensu się kłócić skoro nie zapowiadało się najgorzej. Raz dziennie wytrzyma wizytę jakiegoś członka klanu Uchiha, a jeżeli pani Mikoto gotuje tak dobrze jak słyszała, to przetrwa nawet cały nalot.
— Fugaku, uważam, że…
— No to załatwione — odezwał się Uchiha przerywając mężczyźnie i odchodząc w stronę rezydencji. — Teraz napiłbym się z przyjemnością herbaty, co ty na to Kamiramo?
— Oczywiście, zapraszam — zreflektował się ojciec Liv, szybko idąc za nim.

***

Liv z westchnieniem oparła się o najbliższe drzewo. Powoli obsuwając się po pniu, opadła na trawę, zdejmując przybrudzoną maskę. Ze zmarszczonymi brwiami odwróciła ją i przetarła jeszcze niezakrzepniętą na niej krew.
Sądziła że misja zlecona przez Hokage zajmie mniej czasu i zostanie jej jeden cały dzień aby przygotować się psychicznie na spotkanie narzeczonej Uchihy. Niestety, jak to zwykle bywało raport jaki dostała przed misją był mocno wybrakowany. Mało, że liczba osób przebywająca w kryjówce wroga została solidnie zaniżona, to jeszcze nie zgadzały się plany budynku. Tak, zdecydowanie kochała uroki pracy w ANBU. No, ale na szczęście już było po wszystkim i lider kartelu narkotykowego wraz z najbliższymi współpracownikami został wyeliminowany.
Sięgnęła po zawieszoną przy boku sakwę i wyciągnęła z niej kawałki suszonego mięsa. Powoli przeżuwała niewielkie kęsy, przyglądając się wędrującym po niebie chmurom zza których przebłyskiwał co chwilę srebrny sierp księżyca. Doszła do wniosku, że północ to zbyt późna godzina na rozpalanie ogniska i drobna przekąska wystarczy, aby zaspokoić głód. Kiedy skończyła posiłek wytarła dłonie o spodnie i przymknęła powieki.
Oddelegowanie Mizu do domu przebiegło szybko i sprawnie, a przede wszystkim w prawie całkowitej ciszy. W zasadzie nie zamieniły ze sobą więcej niż dwa zdania i Liv się domyślała, że było tak tylko dlatego, że nie została rozpoznana w uniformie ANBU. Gdyby Mizu wiedziała kim jest towarzyszka, to jak nic zasypałaby ją gradem pytań. A tak, strój Skrytobójcy skutecznie powstrzymał słowotok gościa Uchihów, który tylko co jakiś czas łypał na maskę Liv, marszcząc przy tym brwi.
Senju mimowolnie skrzywiła się ma myśl, że teraz czekała na nią najgorsza część tej wyprawy. Miała się spotkać z potomkinią Shibito Azumy, o którym uczyła się na zajęciach w akademii. Dowodził on siłami Iwy, walcząc przeciwko Konoha w Trzeciej Wielkiej Wojnie Shinobi. Niemal udało mu się wraz ze swoimi oddziałami wtargnąć na ich tereny, i tylko interwencja Minato Namikaze — Żółtego Błysku, uchroniła wioskę od upadku. I chociaż Liv rozumiała, że to stare dzieje, to jednak pozostawał niesmak, że teraz musiała przyprowadzić kogoś  w czyich żyłach płynęła jego krew, do osady. Na dodatek ktoś taki miał się związać z jednym z najsilniejszych klanów posiadającym unikalne Kekkei Genkai. Prychnęła zdegustowana otrząsając się z tych rozmyślań. Powinna się przespać przed wizytą w Iwie, żeby jakoś przetrwać to nieszczególne zadanie i nie narobić głupot.
Zdaniem Liv poranek nastał stanowczo za szybko. Czuła się lekko połamana od spania na siedząco i zawilgnięta od rosy, na co aż jęknęła ze zgrozą. Tego właśnie nienawidziła przy nocowaniu na świeżym powietrzu. Wszystko się lepi i nieprzyjemnie przylega do ciała. Po krótkiej analizie doszła do wniosku, że nic się nie stanie jak ogrzeje się trochę przy ogniu zanim ruszy w dalszą drogę. W końcu nie sądziła aby wybranka Itachiego wstawała bladym świtem, to mogłoby przecież nieodwracalnie zaszkodzić jej urodzie.
Zaśmiała się drwiąco do własnych myśli, zbierając drewno. Jakoś wątpiła, aby Fugaku Uchiha wybrał na synową normalną dziewczynę. Przyszła żona jego pierworodnego zapewne reprezentowała klasę i styl, godny rodu Uchiha. Reprezentatywna, nauczona obycia w towarzystwie, organizująca spotkania przy herbatce, taki klejnot w koronie klanu.
Ze złością upuściła gałęzie, w mgnieniu oka składając pieczęcie i dmuchając w nie zbyt dużą kulą ognia. Nawet nie drgnęła, kiedy płomienie buchnęły jej tuż przed twarzą, dając wyraz targającym emocjom. Jeszcze nie poznała tej całej Amai, a już wiedziała, że kobiety nie polubi.
Liv pojawiła się na głównej drodze, w północnej dzielnicy równo w południe. Całkowicie zignorowała zaskoczonych jej pojawieniem się przechodniów i szybkim spojrzeniem obrzuciła okolicę. Najpierw musiała zlokalizować jakiś patrol aby okazać przepustkę oraz potwierdzić swoje przybycie. Gdy nie zauważyła nigdzie charakterystycznych dla shinobi Skały uniformów, z westchnieniem przeczesała włosy. Wyglądało na to, że nie miała wyboru i musiała odwiedzić budynek administracji. Mamrotając cicho pod nosem, zniknęła w kłębie dymu.
Po odbębnieniu formalności ruszyła ku centrum. Oczywiście nie obyło się bez pełnego wywiadu i podejrzliwego spoglądania na jej mundur, dlatego Liv postanowiła zrezygnować z maski, żeby nie drażnić już i tak czepliwych urzędników.
Z otrzymanych informacji od Fugaku wynikało, że rezydencja narzeczonej Uchihy znajdowała się zaraz przy głównym tarasie widokowym wioski. Z tego co słyszała była to najzamożniejsza część Kumo i mieszkali tam sami najważniejsi ludzie w osadzie. To tylko potwierdziło wydumaną tezę Senju o snobistycznej naturze przyszłej pani Uchiha. Uśmiechając się ironicznie właśnie skręcała we właściwą uliczkę, gdy usłyszała głośny krzyk, a później wołanie o pomoc. Bez zastanowienia wskoczyła na dach najbliższego budynku aby mieć lepszy widok na okolicę i błyskawicznie zlokalizowała małego krzykacza. Chłopak, najwyżej pięcioletni zsunął się z otaczających Kumo skał i teraz wisiał na starych wysuszonych korzeniach, jakieś pięćdziesiąt metrów nad ziemią. W dole zebrała się niewielka liczba gapiów, ale jakoś nikt się nie kwapił żeby ruszyć na pomoc. Stali jedynie, głośno komentując i pokazywali palcami na płaczącego nieszczęśnika. Dzieciak wyglądał na solidnie przerażonego i nie było najmniejszych szans żeby samemu udało mu się wspiąć z powrotem. Liv zmrużyła powieki przed palącym słońcem i wtedy to się stało. Pędy puściły, a pięciolatek z piskiem poleciał w dół jak kamień.
To trwało sekundy. W oka mgnieniu Senju teleportowała się do małolata, aby za chwilę zniknąć i pojawić się na pobliskim placu. Zignorowała zamarły z szoku tłum i przykucnęła, próbując postawić go na nogi, ale ten bezwiednie wczepił się w uniform jak małpka i za nic nie dało się go odsunąć. Na dodatek mały chyba się jeszcze nie zorientował, że nic mu nie grozi, bo nadal się darł jak opętany, przyprawiając Liv o ból głowy.
— Spokojnie, już nic ci nie grozi — zaczęła w miarę łagodnym tonem, wciąż usiłując odczepić chłopca od munduru. Starała się jeszcze kilkukrotnie przebić przez szloch, ale gdy to nie dało żadnych większych rezultatów, westchnęła ciężko kapitulując i zerkając na gapiów oraz poszukując wzrokiem ewentualnych opiekunów. Ku jej zdumieniu nikt z dorosłych nie ruszył się z miejsca aby pięciolatka odebrać, a zamiast tego, nagle — jakby skończyło się przedstawienie — zaczęli się rozchodzić do domu. Aż zamrugała zaskoczona takim dziwnym zachowaniem. Gdy ostatni ludzie zniknęli Liv z pola widzenia, a krzyk obok ucha ani na trochę nie ustawał nie wytrzymała.
— Cisza! — warknęła głośno i wyraźnie w stronę, wreszcie milczącego chłopca. Dziecko z wyraźnym strachem wpatrywało się w twarz Senju, a ona ze skrzywieniem dostrzegła kilka cienkich plastrów przy prowizorycznie opatrzonym rozciętym łuku brwiowym i wyraźne zasinienie pod okiem. Widziała jak drży mu dolna warga od hamowanego szlochu, więc się odezwała: — Spokojnie, nic ci nie zrobię ale nie płacz. — Wolną ręką otarła spływające mu po policzkach łzy i uśmiechnęła się pokrzepiająco. — Już wszystko dobrze, jesteś bezpieczny. Chodź, zaprowadzę cię do twoich rodziców.
— Ale ja nie mam rodziców. — Cichutki szept dziecka, sprawił, że Liv aż zatrzymała się w pół kroku. Kątem oka widziała jak zawstydzony pięciolatek chowa twarz w jej szyję, zupełnie jakby to była jego wina, że jest sierotą. Bez słowa pogłaskała go po potarganych włosach, zastanawiając się co powinna dalej zrobić.
— Hakui! — Liv drgnęła, słysząc głośny kobiecy krzyk i automatycznie odwracając się w stronę głosu. Zanim się zorientowała, drobna brunetka była już przy nich i w jednym momencie wyłuskała jej z ramion chłopca przyciskając go do piersi. — Tak się martwiłam!
Senju przez chwilę z konsternacją przyglądała się temu spektaklowi, dumając o co tu chodzi. Niebieskie oczy dziewczyny z uwagą zlustrowały całą sylwetkę dzieciaka w poszukiwaniu nowych zranień, a kiedy nic takiego nie znalazła odetchnęła z wyraźną ulgą. Zachowywała się jak rodzina małego, a przecież mały wyraźnie powiedział, że nie ma nikogo. Chociaż biorąc pod uwagę wiek nieznajomej to mogła być prędzej jego siostrą niż matką. Wydawała się kilka lat młodsza od Liv.
— Ta pani mnie uratowała! Bo ja obsunąłem się ze skały, a ta pani się nagle pojawiła. Tak puff!
— A co ty tam robiłeś, Hakui! Tyle raz mówiłam żebyś tam nie chodził!
— Przecież wiesz, że tam są gniazda! I ja muszę pilnować czy nic się nie stało pisklętom!
Dopiero niecierpliwe potrząsanie za ramie wyrwało Liv z zamyślenia i zmusiło do spojrzenia na wpatrzoną w nią dwójkę. Pięciolatek szczerzył się wesoło, jakby cała dramatyczna sytuacja nigdy nie miała miejsca, a dziewczyna zerkała na niego z delikatnym uśmiechem.
— Chciałam pani najmocniej podziękować, za pomoc naszemu Hakui — odezwała się, czochrając włosy chichoczącego chłopca. — Jestem jedną z wolontariuszek pracujących w sierocińcu i opiekującą się tamtejszymi dziećmi. Niestety, personelu jest zbyt mało i ten mały urwis to wykorzystuje, aby się nam wymknąć, a później jak widać, często pakuje się w kłopoty.
— Nie ma za co. — Liv uniosła dłoń i przystawiła do łuku brwiowego Hakui. Od tych emocjonujących zdarzeń zauważyła, że rana zaczynała się ponownie otwierać więc postanowiła ją szybko zatamować. Pomyślała, że jeżeli w tym ośrodku są takie nieudolne pielęgniarki — prowizoryczny opatrunek, dawno już spadł — to lepiej żeby nie miały do czynienia z otwartymi ranami. — Czas to załatać — mruknęła, a kiedy oboje spojrzeli na nią z niezrozumieniem, pokręciła z westchnieniem głową. — Nie bójcie się, chcę to tylko uleczyć.
Jak większość kunoichi, Liv znała podstawowe justu pierwszej pomocy i nie minęło parę sekund jak po ranie i zasinieniu nie było nawet śladu.
— Dobrze, skoro jesteś już pocerowany… — Liv ze złośliwym uśmiechem uszczypała policzek chłopca, na co ten zaśmiał się dźwięcznie. — To ja już pójdę.
Nie zdążyła zrobić nawet dwóch kroków, gdy poczuła zaciśnięte na nadgarstku palce. Zaskoczona odwróciła się i uniosła pytająco brwi, do uśmiechającej się ciepło dziewczyny. Nie rozumiała czego mogą od niej jeszcze chcieć, miała misję do wykonania.
— Nie może pani tak po prostu odejść. Musimy się jakoś odwdzięczyć za pomoc.
— Mam na imię Liv, i nie chcę… — przerwała w pół słowa, spoglądając uważnie na nieznajomą. W końcu nie zaszkodziło zapytać, który dokładnie dom to rezydencja narzeczonej Itachiego. Wszystko odbędzie się wtedy szybciej i sprawniej, a ona oszczędzi sobie poszukiwań. — Cóż, ale skoro nalegacie to chyba jednak możecie mi jakoś pomóc. Szukam Amai Azumy, czy możecie mi powiedzieć gdzie mieszka?
Senju zmarszczyła lekko brew, gdy wyraźnie zaskoczona dziewczyna po chwili zaśmiała się perliście i wsunęła jej rękę pod ramię.
— To twój szczęśliwy dzień, Liv. Nie musisz więcej szukać, Amai Azuma to ja. A teraz chodź, zapraszam cię na herbatę do naszego ośrodka.

***

Itachi przystanął koło placu treningowego, słysząc znajome głosy. Bez dłuższego zastanowienia popchnął furtkę i wkroczył za ogrodzenie, uprzednio upewniając się, że nie zostanie zauważony. Stosując proste jutsu kamuflażu podszedł jak najbliżej do ćwiczącej grupy i wtedy na jego twarzy odmalowało się zrozumienie.
Teraz wiedział dlaczego Senju przyjęła kilkudniową misję. Hokage zagwarantowała jej uczniom zastępstwo najlepsze z możliwych. Zaku ćwiczył techniki klanu Uchiha pod okiem Shisuiego, a Yuchiro doskonalił władanie kataną z Samonem. Nie zauważył nigdzie uczennicy Liv, ale chwila skupienia wystarczyła aby zlokalizował jej czakrę w towarzystwie Shizune, prawej ręki Tsunade.
Senju musiała użyć naprawdę przekonujących argumentów, aby Piąta zgodziła się oddelegować ważnych ANBU do pracy z geninami. Zapewne miało to związek ze zwojem jaki przeglądała tuż przed wyruszeniem. Nie zdziwiłby się gdyby Tsunade, korzystając ze sposobności zaproponowała Liv dodatkową robotę, a ona ją przyjęła właśnie za taką zapłatę. Opiekę dwóch zdolnych Skrytobójców nad uczniami.
Z zamyślenia wyrwał go komunikat Samona, o zakończeniu spotkania. Spod zmarszczonych brwi obserwował jak młodzi, ramię w ramię, opuszczają plac, Sam zniknął w kłębie dymi i tylko Shisui został na miejscu. Mężczyzna wyraźnie się ociągał i kiedy tylko chłopcy zniknęli z pola widzenia, bez ostrzeżenia zaatakował Itachiego shurikenem.
— Chciałeś czegoś, czy po prostu zatęskniłeś? — Shisui ze stoickim spokojem przyjął pojawienie się kuzyna i złapał odrzuconą broń.
— A może po prostu przechodziłem?
— Oczywiście, akurat przez pole treningowe — mruknął z sarkazmem, chowając elementy uzbrojenia.
— Myśl co chcesz.
— Wiesz co?! Nigdy nie spodziewałem się, że to powiem ale naprawdę jesteś cholernym dupkiem. — Shisui niespodziewanie upuścił trzymaną torbę i w oka mgnieniu stanął przed Itachim, chwytając go za przód ubrania. — Nie sądziłem, że jesteś aż taki gruboskórny, by bawić się czyimiś uczuciami — wysyczał z jadem.
Brunet patrzył na kipiącego furią przyjaciela, pierwszy raz widząc go w takich nerwach. Shisui zawsze odznaczał się wyjątkowym opanowaniem, a teraz wyglądał tak, jakby tylko włos dzielił go od wybuchu.
— A co jeśli to nie była zabawa?! — Zdecydował się w końcu odpowiedzieć, strącając jego dłonie z piersi. — Co jeśli rzeczywiście chciałem dla niej zrezygnować z obowiązków wobec rodziny?!
— To do cholery trzeba było to zrobić, albo cokolwiek powiedzieć!
— Nie zdążyłem…
— To nie jest tłumaczenie! Wiedziałeś o tym od dwóch miesięcy, a jednak milczałeś! Wiesz co ci powiem? Zepsułeś wszystko po mistrzowsku i Liv ma święte prawo aby cię znienawidzić po czymś takim, rozumiesz?!
— Nic…
— Zamilcz i słuchaj, geniuszu Konohy. — Shisui podszedł do Itachiego tak blisko, że niemal stykali się nosami. — Jak sądzisz, jak mogła to odebrać? Pozwól, że cię oświecę! Uznała, że to kolejna zagrywka żeby udowodnić wyższość Uchiha nad Senju. Sprofanowałeś ją!
— Nawet ja nie posunąłbym się do czegoś takiego i wiesz o tym! — Itachi aż spurpurowiał z gniewu na usłyszany zarzut i chwycił kuzyna za przód uniformu. W ciemnych oczach odmalowała się czysta wściekłość i tylko ostatnie krople opanowania, powstrzymywały go od użycia pięści.
— Tak? To najwyższy moment żebyś coś zrobił i to wyjaśnił!
— Niby jak? Nawet jakbym chciał to Senju prędzej mnie nabije na pal, niż wysłucha!
— Jakbyś chciał… czyli nie chcesz… i koło się zamyka.
— Do cholery, przestań mnie łapać za słowa!
— Będę! Spieprzyłeś to koncertowo i guzik mnie to interesuje jak, ale masz to naprawić! Naważyłeś piwa to teraz je wypij z godnością! 

10 komentarzy:

  1. Hm, dawno mnie tu nie było, ale lecę czytać notkę.

    Pozdrawiam,
    Yuzuki

    OdpowiedzUsuń
  2. Hey hi (głupi zacinający się komputerze) hello :D
    Itachi !!!! Cholera Jak mogłeś !!!! JAZDA MI W TYM MOMENCIE PRZEPRASZAĆ LIV I TO NA KOLANACH !!! MAM GDZIEŚ CZY CI UWIERZY I BĘDZIESZ ŻYĆ CZY ZGINIESZ ŚMIERCIĄ MĘCZENNIKA PRZYWIĄZANEGO DO ROSNĄCEGO BAMBUSA, ALE MASZ JĄ PRZEPROSIĆ !!!
    Dobra Anka spokój, pomyśl o szczeniaczkach, kociakach i książkach, a teraz spokój.
    No dobra nie potrafię
    Jak mogłeś... jak śmiałeś nie wspomnieć o tym że się żenisz !?!
    Nawet jeśli Amai jest na pierwszy rzut oka spoko, to chamie masz przecież Liv, ale nieee nie będę się stawiać bo jestem super ułożonym zawsze działającym z zasadami Uchichą. Trza się było chociaż ten jeden raz postawić ojcu i wygłosić mega długi monolog na temat miłości i potęgi uczuć oraz, że ma cały klan aby wybierać sobie kogoś kto połączy te dwa rody i o tym że ty już kogoś kochasz ( nawet nie próbuj zaprzeczać bo ci nie uwierzę ), opisać tu Liv w samych superlatywach. A jak to nie wypali to strzelić focha i powiedzieć, że ty nie robisz i niech sobie sam się żeni !!!!
    Teraz odnosząc się do Kazamy i Karo... nie Kauro, jak jej tam było właśnie Kaoru, kobieto wieź ty go(Kazame) jakoś przekonaj, ale musisz to zrobić w bardziej subtelny sposób niż narzekanie na Liv bo inaczej ci nie wyjdzie. Pewnie się teraz zastanawiasz dlaczego chce ci pomóc, prosta odpowiedź ty sobie weźmiesz Kazamę, Liv będzie mieć spokój i będzie mogła oddać się torturowaniu Itackiego za to, że jej nie powiedział, że się żeni a kiedy będzie już ją przebłaga na kolanach to będą sobie żyć długo i szczęśliwie roznosząc wioskę swoimi porannymi kłótniami.
    A tak odnosząc się do tego imienia to przypomina mi ono o Karou z trylogii "Córka dymu i kości" Lani Taylor, to taka dygresja ale jak coś to polecam książkę.
    Teraz takie moje nostradamusowanie ( przewidywania, bo ja tu jestem jako wielki jasnowidz ) : Liv i Amai się zaprzyjaźnią, kiedy Senju przyprowadzi ją do wioski natkną się na Shisuiego, Amai się zakocha i powie że ona chce tego Uchiche, Itacki strzeli swojemu ojcu monolog o tym, że jego wielką miłością jest Liv, ta da mu z liścia i potem pocałuje na oczach całej wioski i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie :D Co ty na to ? Nie najgorszy plan prawda ?
    Dobra kończę ten mój wywód bez jakiegoś większego ładu i składu, przepraszam za długą nieobecność w komentarzach ( uroczyście oświadczam, że wszystko czytałam, nawet po dwa razy :P ), czekam na następny rozdział ( tutaj taka prośba ode mnie niech Itacki oberwie od Liv z liścia plosssę to będzie za to, ŻE NIKOMU NIE POWIEDZIAŁ O TYM, ŻE SIĘ ŻENI !!!!, plose ) wieżę, że nie każesz nam czekać na niego zbyt długo :P
    Pozdrawiam ja, aka Hejter :D
    Ps. Tego chyba nie wspomniałam ale super rozdział :P :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, jak Cię dawno tu u mnie nie było D:. No, ale masz wybaczone skoro czytałaś notki i nadal wiesz o co chodzi xD. Zawsze czytam z wielkim zacieszem na ustach Twoje komentarze, są po prostu bezbłędne. I powiem Ci, że Liv pewnie by poważnie rozważyła ten pomysł z bambusem^^. Zemsta godna Senju...
      Huehuehuehue... widzę, że Kazama nie ma najmniejszych szans na Liv xD. A co do książki to już zanotowałam i jak tylko gdzieś spotkam ten tytuł to zerknę, bo nie czytałam. Podobają mi się Twoje dygresje :"D.
      Co do wyczuwania moich intencji... powiem Ci, że nieźle prawisz. Kto wie, może akurat Ciebie nie uda mi się zaskoczyć. A plan rzeczywiście zacny i jak się domyślam, większość czytelników by mu przyklasnęła z przytupem.
      Boru, boru... jakie Ty masz pomysły xD. Liv ma przywalić Itachiemu z liścia... (pacz jaka analogia, Wioska Liścia, atak z liścia, coś w tym jest) Nie powiem, Uchiha pewnie byłby zaskoczony taką "prymitywną, bez polotu" karą. I kto wie, może naprawdę Liv wykorzysta to jako element zaskoczenia XDD.
      Dziękuję Ci za tak długi i zabawny komentarz, jak zwykle poprawiłaś mi humor na resztę dnia <3. Buziaki.
      P.S. Wpadaj częściej z takimi rozkminami^^.

      Usuń
  3. Popieram w przewidywaniach Jagoda Lee :) też tak to widze ale to byłoby chyba zbyt proste. Ale przecież Shisui nie moze zostać sam! :D
    Ciekawa sprawa ze ślubem Itachiego, czekam na rozwój wydarzeń.
    wielki plus za scene Shisui vs. Itachi :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzę, że Shisui z Waszego punktu widzenia nie ma przyszłości jako stary kawaler xD. Chociaż aż żal, żeby taka dobra partia została sama. Ja tam bym się nim zaopiekowała...^^. Odpowiem tak, WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ...
      Cieszy mnie, że mała wymiana zdań kuzynostwa przypadła Ci do gustu. Miałam niezłą radochę z jej pisania. Pozdrawiam <3.

      Usuń
  4. Nieeee?! Coś Ty wymyśliła z tym ślubem?! Myślałam że Itachi i Liv bedą żyli długo i szczęśliwie, ale nie, po co?! Nie wiem jak on to zrobi, ale ma ją przeprosić! Ma znowu być miedzy nimi ciekawie, niebezpiecznie i gorąco!
    Czekam na kolejny rozdział z niecierpliwoscią ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby żyli długo i szczęśliwie byłoby raz, że nudno, dwa to nie w ich stylu XD. Nie zapominajmy, że pomiędzy Senju a Uchiha zawsze było tarcie, na różnych płaszczyznach życia^^. Co do przeprosin, kto wie... w każdym razie, Shisui nie da Itachiemu łatwo zapomnieć co zmalował^^. Pozdrawiam i dziękuję za komcia <3.

      Usuń
  5. Uf, no nie żebym oczekiwała widoczków sielskich anielskich, motylków, króliczków i jelonków bambi, ale tego nie spodziewałam się z całą pewnością. No drań z tego Uchiha, nie ma co. Ciekawe jak sprawy dalej się potoczą.
    Pozdrawiam i życzę sporo weny:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że się nie spodziewałaś romansu żywcem wyrwanego z Disneya albo harlequina :"D. Ta dwójka nic sobie nie ułatwia i z pewnością nie ułatwi XD. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam. Za wenę dziękuje i już upycham do szafy <3

      Usuń