Hej, patrzcie i radujcie się! Oto
przed Wami kolejny rozdział ZR. Tak, jak też jestem zaskoczona, że tak szybko
publikuję. Mam nadzieję, że mnie nie obedrzecie ze skóry xD. To nie
przedłużając, zapraszam <3.
Zbecone
przez Tay <3. Jak tam gdzieś brak logiki to jest to moja wina xD.
Liv opadła
bezszelestnie na dach rezydencji, poprawiając na twarzy maskę ANBU. Czuła się
odrobinę dziwnie w dawno nienoszonym stroju Skrytobójców, ale musiała przyznać,
że też trochę za nim tęskniła. Zadania przydzielane Joninom z uczniami znacznie
różniły się od tych, do których była przyzwyczajona, działając w tej elitarnej
formacji i czasem trąciły nudą.
Zielone oczy
łypnęły w kierunku stojących nieopodal mężczyzn, w których szybko rozpoznała
swojego zleceniodawcę i Shisuiego. Stali na werandzie i nie zwracali uwagi na
jej obecność, spokojnie kontynuując rozmowę, a raczej żywiołową dyskusję. Twarz
ojca Itachiego emanowała spokojem, gdy beznamiętnym tonem odpowiadał na pytania
wyraźnie zdenerwowanego Teleportera. Cokolwiek omawiali musiało to być niezwykle
ważne dla młodszego członka klanu.
Kilka godzin
temu Liv została wezwana przez Hokagę z informacją o nietypowej misji dla
Uchiha, a w międzyczasie miała załatwić małą robótkę dla Konohy. Nie rozumiała
dlaczego Fugaku poprosił właśnie o nią aby wypełniła zadanie, ale nalegał.
Widocznie to było ważne. Z tego co zrozumiała Tsunade potrzebował użytkownika
Latającego Boga Piorunów, a że nie mógł się posłużyć mającym inne zobowiązania
Shisuiem, to chciał żeby oddelegowano do tego ją.
Liv naprawdę
starała się nie podsłuchiwać, ale kiedy padło imię Itachiego mimowolnie
nadstawiła uszu. Przysunęła się bliżej krawędzi, wciąż pozostając w cieniu.
— Czy on wie, co
go czeka?
— Mój syn
doskonale rozumie co znaczą obowiązki wobec rodziny i klanu — odparł starszy
mężczyzna, krzyżując ramiona na piersi. Zmierzył rozmówcę srogim spojrzeniem,
spod zmarszczonych brwi.
— No tak, ale to
takie niespodziewane…
— Zarówno nasz
ród jak i cała Konoha skorzystają na takiej silnej więzi między naszymi
rodzinami. — Fugaku, położył dłoń na ramieniu Shisuiego, ściskając lekko. —
Cieszy mnie, że mój syn ma w tobie takiego dobrego przyjaciela, ale nie masz
się o co martwić. Itachi wie o mojej decyzji od jakiś dwóch miesięcy i ani razu
nie próbował na ten temat dyskutować.
— Jednak takie
małżeństwo…
— Koniec
dyskusji, już podjąłem decyzję i dziewczyna niedługo przybędzie do Konohy —
uciął brutalnie Fugaku, przenosząc wzrok na dach. Niemal czarne oczy spojrzały
prosto w te zielone, gdy raczyły dostrzec dziewczynę. — Długo czekasz, Liv?
— Nie, niedawno
się zjawiłam — odparła Senju, wciąż nie dowierzając w to, co usłyszała. Czuła
się upokorzona jak nigdy dotąd. Nie rozumiała jak ten dupek mógł przemilczeć
fakt, że ma już zaplanowane małżeństwo! Czyli, że co? Ona była tylko takim
skokiem w bok przed ożenkiem? Czy aż tak nienawidził jej klanu, że nie mógł
sobie podarować, żeby nie pozostawić na niej swojego piętna? Zmieliła w ustach
cisnące się na język przekleństwo i zeskoczyła tuż przed czekającego na nią
mężczyznę. — Słucham.
— Chciałbym
żebyś bezpiecznie odprowadziła Mizu do Kumo, a w drodze powrotnej zabrała Amai z
rodu Azume z Iwy. Rodzina Amai spodziewa się twojego przybycia za pięć dni, w
najgorszym wypadku za sześć. Oczekuję, że dostarczysz ją całą i zdrową.
Liv nawet nie
drgnęła powieka, kiedy słuchała tych instrukcji Fugaku. Z obojętnością patrzyła
w srogą twarz głowy rodu Uchiha, kiedy wyjaśniał gdzie dokładnie mieszka
przyszła małżonka syna.
— Czy to już
wszystko?
— Tak, Mizu
będzie czekać na ciebie, dzisiaj w południe, na głównym placu w Świątyni Ognia.
***
Kazama poprawił
się w głębokim fotelu, za znudzeniem obserwując grupę szepczących pobratymców.
Siedzieli skupieni wokół szerokiej ławy, z zawziętością godną lepszej sprawy,
przeglądając dokumenty i dla rozluźnienia, sącząc wino. Kazama zdecydowanie
wolał przebywać w samotności niż z tą bandą głupców. Przeczesał palcami włosy i
tłumiąc ziewnięcie, potarł szczękę. Powoli miał już dość tych ciągłych
poszukiwań jakiegokolwiek błędu w zapiskach dotyczących własności
poszczególnych rodów. Nie wiedział dlaczego inni z taką zaciętością
kontynuowali tę syzyfową pracę. Dla Kazamy było jasne. Jedyną spadkobierczynią
dziedzictwa Aiki była Liv i choćby ci idioci stanęli na głowie nic nie poradzą.
Kobieta zabezpieczyła swoje jedyne dziecko pod każdym względem, również
materialnym.
Prychnął cicho
skupiając wzrok na najbardziej zaangażowanej w sprawę Kaoru. Niemal wyczuwał skondensowany
gniew wypełniający pomieszczenie, gdy ze złością przerzucała kolejne strony
ksiąg. Nie rozumiał tej nienawiści jaką darzyła Liv. Na samo wspomnienie
nazwiska Senju dostawała białej gorączki.
— Nie rozumiem
dlaczego ją faworyzujesz.
Głos Kaoru
wyrwał go brutalnie z rozmyślań, zmuszając do podniesienia spojrzenia na
wpatrującą się w niego wilkiem towarzyszkę. Mógł się domyślić, że nie wytrzyma
żeby nie zacząć ponownie tej jałowej kłótni o łączące go więzi z córką Aiki.
Kątem oka zauważył, że grupa zajmująca się dokumentami nagle znikła,
zostawiając ich samych. Cóż, to nawet lepiej, nie chciał mieć świadków przy
kolejnej żenującej rozmowie z zazdrosną dziewczyną.
Kaoru należała
do jednego z silniejszych klanów demonów i od zawsze pałętała się przy boku
Kazamy. Gdziekolwiek się nie ruszył, po jakimś czasie pojawiła się i ona. Mężczyzna
doskonale zdawał sobie sprawę, że jest w nim zadurzona ale do momentu gdy nie
sprawiała kłopotów to miał to gdzieś. Westchnął ciężko słysząc jak nerwowo
potupuje, niezadowolona z braku reakcji.
— A ja nie
rozumiem dlaczego się wtrącasz w nie swoje sprawy — odpowiedział wymijająco,
podnosząc się z miejsca i poprawiając yukatę. Wygładził niewidoczne zagięcia, w
myślach dochodząc do wniosku, że przebywanie w towarzystwie tylu demonów
wpływało na niego rozstrajająco. Zdecydowanie nie lubił tłoku.
— Jesteś
zaślepiony — syknęła, zatrzymując Kazamę w pół kroku i zaciskając mu palce na
ramieniu. Złote oczy łypały na Chikage zza przydługiej białej grzywki, nie
kryjąc frustracji właścicielki. — Otumaniła cię i gdyby o to poprosiła byłbyś
dla niej gotów walczyć z całym światem — rzuciła z goryczą, przygryzając usta.
— Ale nigdy o to
nie poprosi — odparł z jadem, odtrącając trzymającą go dłoń. — Za to ty Kaoru
nie zawahałabyś się przed czymś takim, prawda? Bo jesteś ulepiona z innej
gliny. Powiem nawet dosadniej… — Złapał ją za podbródek, zbliżając twarz i
obserwując jak przełyka z trudem ślinę. — Znacznie gorszej, jeśli mam być
szczery.
— No tak, nikt
się nie może równać z tym twoim mieszańcem!
— Przeciągasz
strunę — warknął, w oka mgnieniu łapiąc Kaoru za gardło i dociskając do ściany.
Powieki Kazamy zmrużyły się złowróżbnie, gdy w odpowiedzi obnażyła kły.
— Myślisz, że gdyby
wiedziała to chociaż podziękowałaby ci za twoje poświęcenie? — wycharczała z
trudem, odsuwając mu rękawy i odsłaniając znajdujące się na przedramionach
blizny. — Takich śladów nie ukryjesz przed Łowcami, stanowisz dla nich łatwy do
zlokalizowania łup!
— O mnie się nie
martw, a lepiej zacznij o siebie, bo moja protekcja może się zakończyć szybciej
niż myślisz — wyszeptał złowieszczo, nachylając się jej do ucha i z satysfakcją
odnotowując, że się boi. Tak, ona wiedziała, że zbyt wielu demonom zalazła za
skórę i bez wsparcia Kazamy zginie. Wybuchowy charakterek miał swoje minusy.
— Jesteś słaby,
a wszystko za sprawą tej dziewczyny — wymamrotała, posyłając w stronę
pobratymca groźny uśmiech na co on, mocniej zacisnął palce, sprawiając, że się
zakrztusiła.
Chikage
przyjrzał się kipiącej złością Kaoru, dumając nad tym co powiedziała.
Instynktownie wyczuwał niemą groźbę, na którą nie mógł nie odpowiedzieć.
— Zbliż się do
niej… a zabiję.
— Nie możesz…
kodeks ci nie pozwala.
— Mogę —
roześmiał się drwiąco, wolną dłonią, dotykając rękojeści wiszącej u pasa broni.
— Czytanie ze zrozumieniem nie jest twoją mocną stroną, co, Kaoru?
— Ciekawe jak
zareagujesz gdy dotrą do ciebie najnowsze wieści. Nadal będziesz stał za nią
murem? — parsknęła złośliwie, rozmasowując obolałą szyję, kiedy wreszcie
zwolnił uścisk.
— Tak jak
mówiłem, zacznij się martwić o siebie, a teraz żegnam.
***
Słysząc głośne
kroki, Liv podniosła głowę znad przeglądanego zwoju. W ich kierunku zmierzał
Itachi z miną, która nie zachęcała do rozmowy. W jego ciemnych oczach szalała
istna burza z piorunami i miała dziwne, niedorzeczne uczucie, że to ona jest temu
winna. Nie widzieli się od ich małego incydentu, który miał miejsce u niej w domu.
Szczerze, to nie przejawiała ochoty aby roztrząsać to co się stało. Ot, burza
hormonów, którą oboje musieli ugasić. A to, że teraz wkładała dużo wysiłku, by
unikać jego osoby, nic nie znaczyło. Przecież nigdy nie byli przyjaciółmi.
Rywale, tyle. Zwłaszcza po wyjściu na jaw tych kilku interesujących faktów z
życia Uchihy. Teraz gdy wreszcie ochłonęła na tyle, żeby nie chcieć go zabić,
dochodziła do wniosku, że może dobrze się stało. Senju i Uchiha razem, takie połączenie
nigdy nie miało racji bytu.
Westchnęła
ciężko, zwijając rozkazy i chowając do kieszeni uniformu. Kiwnęła Hokage na
znak, że przyjmuje zadanie i ruszyła przed siebie. Poprawiła na twarzy maskę ANBU,
wskakując na najbliższy dach, kierując
się w stronę bram wioski.
Była już jedną
nogą poza granicami, gdy wokół niej pojawiło się stado kruków. Ptaki zaczęły
wirować dookoła, zasłaniając widoczność i uniemożliwiając dalszą drogę. Czuła
się jak w pierzastym cyklonie, uniemożliwiającym dalszą wędrówkę. Wyciągnęła
rękę w rękawiczce, próbując wystraszyć zwierzęta, ale jedynym co osiągnęła to
mocne dziabnięcie w palce. Mruknęła z dezaprobatą gdy nagle przyszło olśnienie,
a wraz z nim rozpoznanie, że to technika Uchihy. Mogła się domyślić, że nie
odpuści tak łatwo skoro już ją zauważył.
Przez krótką
chwilę naprawdę Liv kusiło by użyć Boga Piorunów i zostawić Itachiego samego,
jednak zaraz przyszło otrzeźwienie, że to byłaby zwykła ucieczka, a Senju nigdy
nie ucieka. Zmarszczyła brwi, zauważając jak powoli wychodzi z lasu i kroczy w
jej stronę.
— Liv, jak to
dobrze, że wreszcie zdecydowałaś się na poważną rozmowę — zakpił, wchodząc za
barierę stworzoną przez Chowańce.
— Nie mam czasu,
Uchiha. — Zignorowała jego przytyk, krzyżując ręce na piersi i patrząc na niego
ponaglająco. — Misję mam. Mów, co masz do powiedzenia i zabieraj to swoje
ciamadajstwo. — Wskazała na czarną chmurę.
— Trzeba było
pomyśleć o tym wcześniej, na przykład wtedy gdy mnie unikałaś.
— Uchiha, za
duże masz mniemanie o sobie. To, że za tobą nie biegam nie znaczy, że unikam. —
Uśmiechnęła się drwiąco pod maską, podpierając się pod boki. — A może ty miałeś
nadzieje, że po tym małym incydencie będę chodziła za tobą jak pies?
— Incydencie?
— Jak chcesz
możemy to nazwać epizodem, mi obojętne. — Machnęła lekceważąco dłonią wymijając
go i stając tuż przy stworzonej przez niego barierze.
— Senju! W co ty pogrywasz? — warknął wściekle,
łapiąc ją za ramię i odwracając przodem. — I mogłabyś zdjąć tę maskę, gdy ze mną
rozmawiasz!
Och, teraz przeszkadzał Itachiemu
kamuflaż Skrytobójcy? No cóż, jak tak bardzo chciał to spełni jego życzenie.
Odkryła twarz i spojrzała na niego, mrużąc oczy i uśmiechając się wrednie.
— Uchiha, może
czas byś nauczył się pokory? — zapytała, nonszalancko odgarniając swoje włosy.
— To, że raz uległam nie znaczy, że jestem twoja. Nic nas nie łączy.
— Naznaczyłaś
mnie — wywarczał, podsuwając pod nos Liv nadgarstek ze złotym tatuażem. Rzuciła
na niego przelotnie wzrokiem, wzruszając obojętnie ramionami. — Widziałem
twojego strażnika, który się pojawił, kiedy wpadliśmy w zasadzkę.
— No wiesz… my
demony dbamy o swoją własność — stwierdziła, ze znudzeniem oglądając swoje
paznokcie. Kątem oka widziała jak Uchiha powoli zaczyna się gotować z gniewu i
to był naprawdę uroczy widok. — Nie
martw się, ciebie to do niczego nie zobowiązuje, a teraz muszę już lecieć.
— Senju,
przestań udawać, że to nic dla ciebie nie znaczyło — syknął, chwytając ją za przód
uniformu i zaciskając na nim palce.
— Uchiha, ta
chwila zapomnienia minęła! — Brutalnie oswobodziła się z uścisku, mrużąc
ostrzegawczo powieki. Zazgrzytała z furią zębami, a następnie odetchnęła
głęboko uspakajając nerwy. Nie, nie da się sprowokować. — Nie lubię ładować się
w coś, gdzie już znajduje się ktoś trzeci.
— Ktoś trzeci…czyli
już wiesz…
— Jak widać. Nawet
będę miała ten zaszczyt, żeby osobiście przyprowadzić ci narzeczoną — zadrwiła,
dźgając go palcem w pierś. Chwilę później w oka mgnieniu złapała bruneta za
włosy, zbliżając twarz do jego i zaśmiała się złośliwie. Przesunęła opuszkami
wolnej dłoni po bladym policzku, a następnie wymruczała prosto w wargi
Itachiego, parząc je oddechem: — Nie bój
się, odstawię ją pod same drzwi. A teraz żegnam.
***
Wiosna na dobre zagościła w wiosce, rozpieszczając
mieszkańców przyjemnym ciepłem, oraz intensywną wonią kwiatów. Ogrody mieniły
się kolorowymi barwami rozwijających się pąków wśród soczystej zieleni. W
powietrzu unosił się radosny trel ptaków, a lekki wietrzyk poruszał konarami
drzew. W tym okresie wyjątkową popularnością cieszyły się weekendowe rodzinne
wycieczki do parku, do których zachęcała sprzyjająca pogoda.
Liv ziewając szeroko przysiadła na werandzie,
przyglądając się stojącym na mostku mężczyznom. Dziś miała dzień wolny od
treningów i zamierzała go spędzić na błogim lenistwie. Oparła się na
balustradzie, obserwując spacerującego ojca wraz z Fugaku Uchihą. Widok głowy
klanu Uchiha we własnym ogrodzie nie był dla Liv niczym nowym. Ich spotkania
odbywały się regularnie, w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Nie wiedziała czego
dotyczyły rozmowy i nigdy nie przejawiała ochoty aby się dowiedzieć, ale
przypuszczała, że dotyczą policji Konohy. Czasem wpadali do nich
funkcjonariusze tej placówki z jakimiś dokumentami dla Kamiramy. Przypuszczała,
że traktowali go jak swoistego konsultanta.
— Liv? — słysząc wołanie rodziciela, podniosła się i
powolnym krokiem zbliżyła do mężczyzn. Obrzuciła ich zaciekawionym spojrzeniem zastanawiając
się, o co może chodzić. Fugaku jak zwykle miał tę swoją nieprzystępną minę, ale
dochodziła do wniosku, że chyba nie potrafił inaczej i taki wyraz twarzy jest
dla niego naturalny. Natomiast Kamirama ze zmarszczonymi brwiami, śledził każdy
jej ruch. Dziwne.
— Tak?
— Właśnie dostałem informację, że muszę wyjechać na
tydzień — zaczął spokojnym tonem, uważnie przyglądając się reakcji córki. —
Wolałbym nie zostawiać cię samej i chciałem zapytać, czy na ten czas nie
przeniosłabyś się do rezydencji pana Uchiha.
Liv na moment zamurowało ze zdziwienia na tak
nietypową propozycję. Stała z uchylonymi ustami, nie do końca wiedząc, jak
zareagować. Ojciec często dostawał kilkudniowe misje, ale pierwszy raz
wyskoczył z pomysłem żeby podczas jego nieobecności przeniosła się pod obcy
dach. Do tej pory zawsze w spokoju sama zostawała w rezydencji i nie stanowiło
to dla nikogo problemu. Owszem, dlatego, że nie umiała gotować żyła na barowym
jedzeniu i zupkach instant, ale nie narzekała. W sumie jakby się zastanowić to
nawet lubiła te momenty gdy miała cały dom dla siebie.
— Dlaczego? Przecież zazwyczaj nie było z tym
problemu, że jestem sama — bąknęła z niezadowoleniem, krzyżując ręce na piersi.
Nie przejawiała zbytniego entuzjazmu na wprowadzenie się do nieznanych ludzi, a
tym bardziej, że mówiono tu o Uchihach.
— A może odczuwam wyrzuty sumienia, że zostawiając
cię, żywisz się śmieciowym jedzeniem? — zapytał z aż nadto widocznym sarkazmem.
— I biorąc pod uwagę niepokojące ruchy wokół osady wolałbym, żeby ktoś miał na
ciebie oko.
— Tato, ale mnie dobrze w domu… i chociaż dziękuję
za uprzejmość pana Uchihy, to jednak wolałabym zostać tutaj. — Liv zmarszczyła
się nieznacznie na wspomnienie o niepokojących ruchach. Przecież nie była
dzieckiem, a pełnoprawną kunoichi!
— Uważam…
— Spokojnie — wtrącił się Fugaku, zwracając do
Kamiramy. — Liv, jeśli nie chcesz to nie musisz się przenosić. Wiem, że
przebywanie wśród obcych ludzi może być trudne i dlatego załatwimy to w taki
sposób, że ktoś od nas będzie przynosił ci obiady. Dzięki temu codziennie ktoś
sprawdzi, czy wszystko w porządku i przy okazji cię dokarmi.
— Panie Fugaku, nie chcę sprawiać kłopotów i myślę…
— Niestety, ale ta oferta nie podlega negocjacjom. —
Uniósł do góry dłoń, przerywając monolog Liv. Parsknął śmiechem na samo
wspomnienie jakiejś sytuacji, zaraz maskując go kaszlem. — Moja żona jak tylko
usłyszała, że zostajesz sama w wielkiej rezydencji i nie jesz domowych
posiłków, chciała na siłę zaciągnąć cię do nas. Tylko cud sprawił, że udało jej
się to wyperswadować i zaproponować ten awaryjny układ, na który niechętnie
przystała. Jak sama widzisz, to jest mniejsze zło.
— Dziękuję i przepraszam za kłopot. — Liv doszła do
wniosku, że nie ma sensu się kłócić skoro nie zapowiadało się najgorzej. Raz
dziennie wytrzyma wizytę jakiegoś członka klanu Uchiha, a jeżeli pani Mikoto gotuje
tak dobrze jak słyszała, to przetrwa nawet cały nalot.
— Fugaku, uważam, że…
— No to załatwione — odezwał się Uchiha przerywając
mężczyźnie i odchodząc w stronę rezydencji. — Teraz napiłbym się z
przyjemnością herbaty, co ty na to Kamiramo?
— Oczywiście, zapraszam — zreflektował się ojciec
Liv, szybko idąc za nim.
***
Liv z
westchnieniem oparła się o najbliższe drzewo. Powoli obsuwając się po pniu,
opadła na trawę, zdejmując przybrudzoną maskę. Ze zmarszczonymi brwiami
odwróciła ją i przetarła jeszcze niezakrzepniętą na niej krew.
Sądziła że misja
zlecona przez Hokage zajmie mniej czasu i zostanie jej jeden cały dzień aby
przygotować się psychicznie na spotkanie narzeczonej Uchihy. Niestety, jak to
zwykle bywało raport jaki dostała przed misją był mocno wybrakowany. Mało, że
liczba osób przebywająca w kryjówce wroga została solidnie zaniżona, to jeszcze
nie zgadzały się plany budynku. Tak, zdecydowanie kochała uroki pracy w ANBU.
No, ale na szczęście już było po wszystkim i lider kartelu narkotykowego wraz z
najbliższymi współpracownikami został wyeliminowany.
Sięgnęła po
zawieszoną przy boku sakwę i wyciągnęła z niej kawałki suszonego mięsa. Powoli
przeżuwała niewielkie kęsy, przyglądając się wędrującym po niebie chmurom zza
których przebłyskiwał co chwilę srebrny sierp księżyca. Doszła do wniosku, że
północ to zbyt późna godzina na rozpalanie ogniska i drobna przekąska wystarczy,
aby zaspokoić głód. Kiedy skończyła posiłek wytarła dłonie o spodnie i
przymknęła powieki.
Oddelegowanie
Mizu do domu przebiegło szybko i sprawnie, a przede wszystkim w prawie całkowitej
ciszy. W zasadzie nie zamieniły ze sobą więcej niż dwa zdania i Liv się
domyślała, że było tak tylko dlatego, że nie została rozpoznana w uniformie
ANBU. Gdyby Mizu wiedziała kim jest towarzyszka, to jak nic zasypałaby ją
gradem pytań. A tak, strój Skrytobójcy skutecznie powstrzymał słowotok gościa
Uchihów, który tylko co jakiś czas łypał na maskę Liv, marszcząc przy tym brwi.
Senju mimowolnie
skrzywiła się ma myśl, że teraz czekała na nią najgorsza część tej wyprawy. Miała
się spotkać z potomkinią Shibito Azumy, o którym uczyła się na zajęciach w
akademii. Dowodził on siłami Iwy, walcząc przeciwko Konoha w Trzeciej Wielkiej
Wojnie Shinobi. Niemal udało mu się wraz ze swoimi oddziałami wtargnąć na ich tereny, i tylko interwencja Minato Namikaze — Żółtego Błysku, uchroniła wioskę od upadku. I chociaż Liv rozumiała, że to stare dzieje, to jednak pozostawał
niesmak, że teraz musiała przyprowadzić kogoś — w czyich żyłach płynęła jego krew,
do osady. Na dodatek ktoś taki miał się związać z jednym z najsilniejszych
klanów posiadającym unikalne Kekkei Genkai. Prychnęła zdegustowana otrząsając się
z tych rozmyślań. Powinna się przespać przed wizytą w Iwie, żeby jakoś przetrwać to nieszczególne zadanie i nie narobić głupot.
Zdaniem Liv
poranek nastał stanowczo za szybko. Czuła się lekko połamana od spania na
siedząco i zawilgnięta od rosy, na co aż jęknęła ze zgrozą. Tego właśnie
nienawidziła przy nocowaniu na świeżym powietrzu. Wszystko się lepi i
nieprzyjemnie przylega do ciała. Po krótkiej analizie doszła do wniosku, że nic
się nie stanie jak ogrzeje się trochę przy ogniu zanim ruszy w dalszą drogę. W
końcu nie sądziła aby wybranka Itachiego wstawała bladym świtem, to mogłoby przecież
nieodwracalnie zaszkodzić jej urodzie.
Zaśmiała się
drwiąco do własnych myśli, zbierając drewno. Jakoś wątpiła, aby Fugaku Uchiha
wybrał na synową normalną dziewczynę. Przyszła żona jego pierworodnego zapewne
reprezentowała klasę i styl, godny rodu Uchiha. Reprezentatywna, nauczona
obycia w towarzystwie, organizująca spotkania przy herbatce, taki klejnot w
koronie klanu.
Ze złością
upuściła gałęzie, w mgnieniu oka składając pieczęcie i dmuchając w nie zbyt
dużą kulą ognia. Nawet nie drgnęła, kiedy płomienie buchnęły jej tuż przed
twarzą, dając wyraz targającym emocjom. Jeszcze nie poznała tej całej Amai, a
już wiedziała, że kobiety nie polubi.
Liv pojawiła się
na głównej drodze, w północnej dzielnicy równo w południe. Całkowicie
zignorowała zaskoczonych jej pojawieniem się przechodniów i szybkim spojrzeniem
obrzuciła okolicę. Najpierw musiała zlokalizować jakiś patrol aby okazać
przepustkę oraz potwierdzić swoje przybycie. Gdy nie zauważyła nigdzie
charakterystycznych dla shinobi Skały uniformów, z westchnieniem przeczesała
włosy. Wyglądało na to, że nie miała wyboru i musiała odwiedzić budynek
administracji. Mamrotając cicho pod nosem, zniknęła w kłębie dymu.
Po odbębnieniu
formalności ruszyła ku centrum. Oczywiście nie obyło się bez pełnego wywiadu i
podejrzliwego spoglądania na jej mundur, dlatego Liv postanowiła zrezygnować z
maski, żeby nie drażnić już i tak czepliwych urzędników.
Z otrzymanych
informacji od Fugaku wynikało, że rezydencja narzeczonej Uchihy znajdowała się
zaraz przy głównym tarasie widokowym wioski. Z tego co słyszała była to
najzamożniejsza część Kumo i mieszkali tam sami najważniejsi ludzie w osadzie.
To tylko potwierdziło wydumaną tezę Senju o snobistycznej naturze przyszłej
pani Uchiha. Uśmiechając się ironicznie właśnie skręcała we właściwą uliczkę,
gdy usłyszała głośny krzyk, a później wołanie o pomoc. Bez zastanowienia
wskoczyła na dach najbliższego budynku aby mieć lepszy widok na okolicę i
błyskawicznie zlokalizowała małego krzykacza. Chłopak, najwyżej pięcioletni
zsunął się z otaczających Kumo skał i teraz wisiał na starych wysuszonych
korzeniach, jakieś pięćdziesiąt metrów nad ziemią. W dole zebrała się niewielka
liczba gapiów, ale jakoś nikt się nie kwapił żeby ruszyć na pomoc. Stali
jedynie, głośno komentując i pokazywali palcami na płaczącego nieszczęśnika.
Dzieciak wyglądał na solidnie przerażonego i nie było najmniejszych szans żeby
samemu udało mu się wspiąć z powrotem. Liv zmrużyła powieki przed palącym
słońcem i wtedy to się stało. Pędy puściły, a pięciolatek z piskiem poleciał w
dół jak kamień.
To trwało
sekundy. W oka mgnieniu Senju teleportowała się do małolata, aby za chwilę
zniknąć i pojawić się na pobliskim placu. Zignorowała zamarły z szoku tłum i przykucnęła,
próbując postawić go na nogi, ale ten bezwiednie wczepił się w uniform jak
małpka i za nic nie dało się go odsunąć. Na dodatek mały chyba się jeszcze nie
zorientował, że nic mu nie grozi, bo nadal się darł jak opętany, przyprawiając
Liv o ból głowy.
— Spokojnie, już
nic ci nie grozi — zaczęła w miarę łagodnym tonem, wciąż usiłując odczepić chłopca
od munduru. Starała się jeszcze kilkukrotnie przebić przez szloch, ale gdy to
nie dało żadnych większych rezultatów, westchnęła ciężko kapitulując i zerkając
na gapiów oraz poszukując wzrokiem ewentualnych opiekunów. Ku jej zdumieniu
nikt z dorosłych nie ruszył się z miejsca aby pięciolatka odebrać, a zamiast
tego, nagle — jakby skończyło się przedstawienie — zaczęli się rozchodzić do
domu. Aż zamrugała zaskoczona takim dziwnym zachowaniem. Gdy ostatni ludzie
zniknęli Liv z pola widzenia, a krzyk obok ucha ani na trochę nie ustawał nie
wytrzymała.
— Cisza! —
warknęła głośno i wyraźnie w stronę, wreszcie milczącego chłopca. Dziecko z
wyraźnym strachem wpatrywało się w twarz Senju, a ona ze skrzywieniem
dostrzegła kilka cienkich plastrów przy prowizorycznie opatrzonym rozciętym
łuku brwiowym i wyraźne zasinienie pod okiem. Widziała jak drży mu dolna warga
od hamowanego szlochu, więc się odezwała: — Spokojnie, nic ci nie zrobię ale
nie płacz. — Wolną ręką otarła spływające mu po policzkach łzy i uśmiechnęła
się pokrzepiająco. — Już wszystko dobrze, jesteś bezpieczny. Chodź, zaprowadzę
cię do twoich rodziców.
— Ale ja nie mam
rodziców. — Cichutki szept dziecka, sprawił, że Liv aż zatrzymała się w pół
kroku. Kątem oka widziała jak zawstydzony pięciolatek chowa twarz w jej szyję,
zupełnie jakby to była jego wina, że jest sierotą. Bez słowa pogłaskała go po
potarganych włosach, zastanawiając się co powinna dalej zrobić.
— Hakui! — Liv
drgnęła, słysząc głośny kobiecy krzyk i automatycznie odwracając się w stronę
głosu. Zanim się zorientowała, drobna brunetka była już przy nich i w jednym
momencie wyłuskała jej z ramion chłopca przyciskając go do piersi. — Tak się
martwiłam!
Senju przez
chwilę z konsternacją przyglądała się temu spektaklowi, dumając o co tu chodzi.
Niebieskie oczy dziewczyny z uwagą zlustrowały całą sylwetkę dzieciaka w
poszukiwaniu nowych zranień, a kiedy nic takiego nie znalazła odetchnęła z
wyraźną ulgą. Zachowywała się jak rodzina małego, a przecież mały wyraźnie
powiedział, że nie ma nikogo. Chociaż biorąc pod uwagę wiek nieznajomej to
mogła być prędzej jego siostrą niż matką. Wydawała się kilka lat młodsza od
Liv.
— Ta pani mnie
uratowała! Bo ja obsunąłem się ze skały, a ta pani się nagle pojawiła. Tak
puff!
— A co ty tam
robiłeś, Hakui! Tyle raz mówiłam żebyś tam nie chodził!
— Przecież
wiesz, że tam są gniazda! I ja muszę pilnować czy nic się nie stało pisklętom!
Dopiero
niecierpliwe potrząsanie za ramie wyrwało Liv z zamyślenia i zmusiło do
spojrzenia na wpatrzoną w nią dwójkę. Pięciolatek szczerzył się wesoło, jakby
cała dramatyczna sytuacja nigdy nie miała miejsca, a dziewczyna zerkała na
niego z delikatnym uśmiechem.
— Chciałam pani
najmocniej podziękować, za pomoc naszemu Hakui — odezwała się, czochrając włosy
chichoczącego chłopca. — Jestem jedną z wolontariuszek pracujących w sierocińcu
i opiekującą się tamtejszymi dziećmi. Niestety, personelu jest zbyt mało i ten
mały urwis to wykorzystuje, aby się nam wymknąć, a później jak widać, często
pakuje się w kłopoty.
— Nie ma za co.
— Liv uniosła dłoń i przystawiła do łuku brwiowego Hakui. Od tych
emocjonujących zdarzeń zauważyła, że rana zaczynała się ponownie otwierać więc postanowiła
ją szybko zatamować. Pomyślała, że jeżeli w tym ośrodku są takie nieudolne
pielęgniarki — prowizoryczny opatrunek, dawno już spadł — to lepiej żeby nie
miały do czynienia z otwartymi ranami. — Czas to załatać — mruknęła, a kiedy
oboje spojrzeli na nią z niezrozumieniem, pokręciła z westchnieniem głową. —
Nie bójcie się, chcę to tylko uleczyć.
Jak większość
kunoichi, Liv znała podstawowe justu pierwszej pomocy i nie minęło parę sekund
jak po ranie i zasinieniu nie było nawet śladu.
— Dobrze, skoro
jesteś już pocerowany… — Liv ze złośliwym uśmiechem uszczypała policzek
chłopca, na co ten zaśmiał się dźwięcznie. — To ja już pójdę.
Nie zdążyła
zrobić nawet dwóch kroków, gdy poczuła zaciśnięte na nadgarstku palce.
Zaskoczona odwróciła się i uniosła pytająco brwi, do uśmiechającej się ciepło
dziewczyny. Nie rozumiała czego mogą od niej jeszcze chcieć, miała misję do
wykonania.
— Nie może pani
tak po prostu odejść. Musimy się jakoś odwdzięczyć za pomoc.
— Mam na imię
Liv, i nie chcę… — przerwała w pół słowa, spoglądając uważnie na nieznajomą. W
końcu nie zaszkodziło zapytać, który dokładnie dom to rezydencja narzeczonej
Itachiego. Wszystko odbędzie się wtedy szybciej i sprawniej, a ona oszczędzi
sobie poszukiwań. — Cóż, ale skoro nalegacie to chyba jednak możecie mi jakoś
pomóc. Szukam Amai Azumy, czy możecie mi powiedzieć gdzie mieszka?
Senju
zmarszczyła lekko brew, gdy wyraźnie zaskoczona dziewczyna po chwili zaśmiała
się perliście i wsunęła jej rękę pod ramię.
— To twój
szczęśliwy dzień, Liv. Nie musisz więcej szukać, Amai Azuma to ja. A teraz
chodź, zapraszam cię na herbatę do naszego ośrodka.
***
Itachi
przystanął koło placu treningowego, słysząc znajome głosy. Bez dłuższego
zastanowienia popchnął furtkę i wkroczył za ogrodzenie, uprzednio upewniając
się, że nie zostanie zauważony. Stosując proste jutsu kamuflażu podszedł jak
najbliżej do ćwiczącej grupy i wtedy na jego twarzy odmalowało się zrozumienie.
Teraz wiedział
dlaczego Senju przyjęła kilkudniową misję. Hokage zagwarantowała jej uczniom
zastępstwo najlepsze z możliwych. Zaku ćwiczył techniki klanu Uchiha pod okiem
Shisuiego, a Yuchiro doskonalił władanie kataną z Samonem. Nie zauważył nigdzie
uczennicy Liv, ale chwila skupienia wystarczyła aby zlokalizował jej czakrę w
towarzystwie Shizune, prawej ręki Tsunade.
Senju musiała
użyć naprawdę przekonujących argumentów, aby Piąta zgodziła się oddelegować
ważnych ANBU do pracy z geninami. Zapewne miało to związek ze zwojem jaki
przeglądała tuż przed wyruszeniem. Nie zdziwiłby się gdyby Tsunade, korzystając
ze sposobności zaproponowała Liv dodatkową robotę, a ona ją przyjęła właśnie za
taką zapłatę. Opiekę dwóch zdolnych Skrytobójców nad uczniami.
Z zamyślenia
wyrwał go komunikat Samona, o zakończeniu spotkania. Spod zmarszczonych brwi
obserwował jak młodzi, ramię w ramię, opuszczają plac, Sam zniknął w kłębie
dymi i tylko Shisui został na miejscu. Mężczyzna wyraźnie się ociągał i kiedy
tylko chłopcy zniknęli z pola widzenia, bez ostrzeżenia zaatakował Itachiego
shurikenem.
— Chciałeś
czegoś, czy po prostu zatęskniłeś? — Shisui ze stoickim spokojem przyjął
pojawienie się kuzyna i złapał odrzuconą broń.
— A może po
prostu przechodziłem?
— Oczywiście,
akurat przez pole treningowe — mruknął z sarkazmem, chowając elementy
uzbrojenia.
— Myśl co
chcesz.
— Wiesz co?!
Nigdy nie spodziewałem się, że to powiem ale naprawdę jesteś cholernym dupkiem.
— Shisui niespodziewanie upuścił trzymaną torbę i w oka mgnieniu stanął przed
Itachim, chwytając go za przód ubrania. — Nie sądziłem, że jesteś aż taki
gruboskórny, by bawić się czyimiś uczuciami — wysyczał z jadem.
Brunet patrzył
na kipiącego furią przyjaciela, pierwszy raz widząc go w takich nerwach. Shisui
zawsze odznaczał się wyjątkowym opanowaniem, a teraz wyglądał tak, jakby tylko
włos dzielił go od wybuchu.
— A co jeśli to
nie była zabawa?! — Zdecydował się w końcu odpowiedzieć, strącając jego dłonie
z piersi. — Co jeśli rzeczywiście chciałem dla niej zrezygnować z obowiązków
wobec rodziny?!
— To do cholery
trzeba było to zrobić, albo cokolwiek powiedzieć!
— Nie zdążyłem…
— To nie jest
tłumaczenie! Wiedziałeś o tym od dwóch miesięcy, a jednak milczałeś! Wiesz co
ci powiem? Zepsułeś wszystko po mistrzowsku i Liv ma święte prawo aby cię
znienawidzić po czymś takim, rozumiesz?!
— Nic…
— Zamilcz i
słuchaj, geniuszu Konohy. — Shisui podszedł do Itachiego tak blisko, że niemal
stykali się nosami. — Jak sądzisz, jak mogła to odebrać? Pozwól, że cię
oświecę! Uznała, że to kolejna zagrywka żeby udowodnić wyższość Uchiha nad
Senju. Sprofanowałeś ją!
— Nawet ja nie
posunąłbym się do czegoś takiego i wiesz o tym! — Itachi aż spurpurowiał z
gniewu na usłyszany zarzut i chwycił kuzyna za przód uniformu. W ciemnych
oczach odmalowała się czysta wściekłość i tylko ostatnie krople opanowania,
powstrzymywały go od użycia pięści.
— Tak? To najwyższy
moment żebyś coś zrobił i to wyjaśnił!
— Niby jak?
Nawet jakbym chciał to Senju prędzej mnie nabije na pal, niż wysłucha!
— Jakbyś chciał…
czyli nie chcesz… i koło się zamyka.
— Do cholery,
przestań mnie łapać za słowa!
— Będę!
Spieprzyłeś to koncertowo i guzik mnie to interesuje jak, ale masz to naprawić!
Naważyłeś piwa to teraz je wypij z godnością!
Hm, dawno mnie tu nie było, ale lecę czytać notkę.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Yuzuki
Leć, leć... zobaczymy co powiesz xD. Buziaki^^
UsuńHey hi (głupi zacinający się komputerze) hello :D
OdpowiedzUsuńItachi !!!! Cholera Jak mogłeś !!!! JAZDA MI W TYM MOMENCIE PRZEPRASZAĆ LIV I TO NA KOLANACH !!! MAM GDZIEŚ CZY CI UWIERZY I BĘDZIESZ ŻYĆ CZY ZGINIESZ ŚMIERCIĄ MĘCZENNIKA PRZYWIĄZANEGO DO ROSNĄCEGO BAMBUSA, ALE MASZ JĄ PRZEPROSIĆ !!!
Dobra Anka spokój, pomyśl o szczeniaczkach, kociakach i książkach, a teraz spokój.
No dobra nie potrafię
Jak mogłeś... jak śmiałeś nie wspomnieć o tym że się żenisz !?!
Nawet jeśli Amai jest na pierwszy rzut oka spoko, to chamie masz przecież Liv, ale nieee nie będę się stawiać bo jestem super ułożonym zawsze działającym z zasadami Uchichą. Trza się było chociaż ten jeden raz postawić ojcu i wygłosić mega długi monolog na temat miłości i potęgi uczuć oraz, że ma cały klan aby wybierać sobie kogoś kto połączy te dwa rody i o tym że ty już kogoś kochasz ( nawet nie próbuj zaprzeczać bo ci nie uwierzę ), opisać tu Liv w samych superlatywach. A jak to nie wypali to strzelić focha i powiedzieć, że ty nie robisz i niech sobie sam się żeni !!!!
Teraz odnosząc się do Kazamy i Karo... nie Kauro, jak jej tam było właśnie Kaoru, kobieto wieź ty go(Kazame) jakoś przekonaj, ale musisz to zrobić w bardziej subtelny sposób niż narzekanie na Liv bo inaczej ci nie wyjdzie. Pewnie się teraz zastanawiasz dlaczego chce ci pomóc, prosta odpowiedź ty sobie weźmiesz Kazamę, Liv będzie mieć spokój i będzie mogła oddać się torturowaniu Itackiego za to, że jej nie powiedział, że się żeni a kiedy będzie już ją przebłaga na kolanach to będą sobie żyć długo i szczęśliwie roznosząc wioskę swoimi porannymi kłótniami.
A tak odnosząc się do tego imienia to przypomina mi ono o Karou z trylogii "Córka dymu i kości" Lani Taylor, to taka dygresja ale jak coś to polecam książkę.
Teraz takie moje nostradamusowanie ( przewidywania, bo ja tu jestem jako wielki jasnowidz ) : Liv i Amai się zaprzyjaźnią, kiedy Senju przyprowadzi ją do wioski natkną się na Shisuiego, Amai się zakocha i powie że ona chce tego Uchiche, Itacki strzeli swojemu ojcu monolog o tym, że jego wielką miłością jest Liv, ta da mu z liścia i potem pocałuje na oczach całej wioski i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie :D Co ty na to ? Nie najgorszy plan prawda ?
Dobra kończę ten mój wywód bez jakiegoś większego ładu i składu, przepraszam za długą nieobecność w komentarzach ( uroczyście oświadczam, że wszystko czytałam, nawet po dwa razy :P ), czekam na następny rozdział ( tutaj taka prośba ode mnie niech Itacki oberwie od Liv z liścia plosssę to będzie za to, ŻE NIKOMU NIE POWIEDZIAŁ O TYM, ŻE SIĘ ŻENI !!!!, plose ) wieżę, że nie każesz nam czekać na niego zbyt długo :P
Pozdrawiam ja, aka Hejter :D
Ps. Tego chyba nie wspomniałam ale super rozdział :P :D
O rany, jak Cię dawno tu u mnie nie było D:. No, ale masz wybaczone skoro czytałaś notki i nadal wiesz o co chodzi xD. Zawsze czytam z wielkim zacieszem na ustach Twoje komentarze, są po prostu bezbłędne. I powiem Ci, że Liv pewnie by poważnie rozważyła ten pomysł z bambusem^^. Zemsta godna Senju...
UsuńHuehuehuehue... widzę, że Kazama nie ma najmniejszych szans na Liv xD. A co do książki to już zanotowałam i jak tylko gdzieś spotkam ten tytuł to zerknę, bo nie czytałam. Podobają mi się Twoje dygresje :"D.
Co do wyczuwania moich intencji... powiem Ci, że nieźle prawisz. Kto wie, może akurat Ciebie nie uda mi się zaskoczyć. A plan rzeczywiście zacny i jak się domyślam, większość czytelników by mu przyklasnęła z przytupem.
Boru, boru... jakie Ty masz pomysły xD. Liv ma przywalić Itachiemu z liścia... (pacz jaka analogia, Wioska Liścia, atak z liścia, coś w tym jest) Nie powiem, Uchiha pewnie byłby zaskoczony taką "prymitywną, bez polotu" karą. I kto wie, może naprawdę Liv wykorzysta to jako element zaskoczenia XDD.
Dziękuję Ci za tak długi i zabawny komentarz, jak zwykle poprawiłaś mi humor na resztę dnia <3. Buziaki.
P.S. Wpadaj częściej z takimi rozkminami^^.
Popieram w przewidywaniach Jagoda Lee :) też tak to widze ale to byłoby chyba zbyt proste. Ale przecież Shisui nie moze zostać sam! :D
OdpowiedzUsuńCiekawa sprawa ze ślubem Itachiego, czekam na rozwój wydarzeń.
wielki plus za scene Shisui vs. Itachi :D
No widzę, że Shisui z Waszego punktu widzenia nie ma przyszłości jako stary kawaler xD. Chociaż aż żal, żeby taka dobra partia została sama. Ja tam bym się nim zaopiekowała...^^. Odpowiem tak, WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ...
UsuńCieszy mnie, że mała wymiana zdań kuzynostwa przypadła Ci do gustu. Miałam niezłą radochę z jej pisania. Pozdrawiam <3.
Nieeee?! Coś Ty wymyśliła z tym ślubem?! Myślałam że Itachi i Liv bedą żyli długo i szczęśliwie, ale nie, po co?! Nie wiem jak on to zrobi, ale ma ją przeprosić! Ma znowu być miedzy nimi ciekawie, niebezpiecznie i gorąco!
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny rozdział z niecierpliwoscią ;)
Jakby żyli długo i szczęśliwie byłoby raz, że nudno, dwa to nie w ich stylu XD. Nie zapominajmy, że pomiędzy Senju a Uchiha zawsze było tarcie, na różnych płaszczyznach życia^^. Co do przeprosin, kto wie... w każdym razie, Shisui nie da Itachiemu łatwo zapomnieć co zmalował^^. Pozdrawiam i dziękuję za komcia <3.
UsuńUf, no nie żebym oczekiwała widoczków sielskich anielskich, motylków, króliczków i jelonków bambi, ale tego nie spodziewałam się z całą pewnością. No drań z tego Uchiha, nie ma co. Ciekawe jak sprawy dalej się potoczą.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i życzę sporo weny:)
Dobrze, że się nie spodziewałaś romansu żywcem wyrwanego z Disneya albo harlequina :"D. Ta dwójka nic sobie nie ułatwia i z pewnością nie ułatwi XD. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam. Za wenę dziękuje i już upycham do szafy <3
Usuń