Okej, wiem, że krótkie. Jednak, wrzucam to co udało
się uratować z dysku. Resztę dosztukowuję, więc proszę o cierpliwość. Staram
się jak mogę, mam nadzieję, że to docenicie i mnie nie zjecie :x. Buziaki.
Niebetowane, bo kiedy…
Ziewając szeroko
Liv, otworzyła z rozmachem drzwi od budynku i wtoczyła się do środka. Musiała
się porządnie zaprzeć żeby wygrać z wiatrem, oraz zamknąć wejście przed
szalejącą na zewnątrz zadymką. Mamrotając pod nosem na głupie zamiecie, wciąż
na wpół przytomnie otupała buty, mimochodem strzepując z kaptura zalegający na
nim śnieg. Czuła się podle. Nie mogła zasnąć do trzeciej w nocy i odnosiła
wrażenie, że przypomina chodzące zombie.
Dochodziła
połowa lutego, a dopiero teraz Japonie nawiedził gęsty biały puch. O ile Senju
nienawidziła noszenia ubrań na tak zwaną cebulkę, to do śniegu nic nie miała.
Zaryzykowałaby nawet stwierdzenie, że go lubiła. Widok zasypanych śniegiem
uliczek oraz opatulonych nim roślin zawsze poprawiał jej humor.
Z westchnieniem
zdjęła zaplątany na szyi szalik i byle jak, wepchnęła materiał do rękawa kurtki.
Zamierzała właśnie schować ją do swojej szafki, gdy niespodziewanie za plecami
Liv rozległ się głośny pisk, na co aż podskoczyła zaskoczona.
— Co jest do
diabła — warknęła, momentalnie odwracając się w stronę hałasu. Nie trzeba było
długo czekać żeby oczy Liv wyłapały powód zamieszania. A gdy tylko go
dostrzegła na twarz wypłynął jej grymas obrzydzenia, a powieki zmrużyły się z
irytacji.
W sporych
rozmiarów kółeczku, stało stado dziewcząt i z wypiekami na policzkach,
wskazywały na porozwieszane na ścianach plakaty. Senju wystarczył jeden rzut
oka, aby zrozumieć jaki dzień zbliżał się wielkimi krokami. Głęboki czerwony
kolor brystolu, z rozmieszczonymi w strategicznych miejscach sercami dawał
jasno do zrozumienia, że nadeszło tak długo wyczekiwane przez młodzież święto —
walentynki. A jakby Liv wciąż miała wątpliwości czy to na pewno o nim mowa, to
napełnione helem balony, z motywem tematycznym dryfujące pod sufitem, z
szybkością błyskawicy naprowadzały każdego na właściwe tory rozumowania.
Liv wzdychając
cierpiętniczo odwróciła się na pięcie od rozentuzjazmowanego tłumu i gwałtownym
ruchem, wepchnęła okrycie do półki. Ten dzień zapowiadał się zdecydowanie źle.
~oOo~
Liv ze
znudzeniem grzebała w torbie, szukając komórki. Jako jedna z nielicznych nie
wgapiała się z zachwytem w znajdujące się na podium auli osoby, bardziej
zainteresowana własnym bagażem. Furcząc z niezadowolenia oparła go na zgiętym kolanie,
nawet nie zawracając sobie głowy słuchaniem przemowy przewodniczącej szkoły na
temat wyjątkowości święta zakochanych i obowiązujących w tym czasie zabaw.
Senju znała tę
gadkę prawie na pamięć i nie zamierzała tracić cennego czasu na wysłuchiwanie
tych wyssanych z palca bredni. Wszelkie takie akcje uważała za bezsens w którym
za żadne skarby świata nie chciała brać udziału. I naprawdę się dziwiła, że w
takim myśleniu jest odosobniona.
Z pomrukiem
satysfakcji wreszcie odnalazła aparat telefoniczny, który zwiastował koniec udręki
Senju. Wszystko było lepsze niż słuchanie pieprzenia o miłości, kupidynach i
randkach. I w tym konkretnym przypadku, Liv zamierzała się oddać jakiejś
pasjonującej grze na komórce. Wyjątkowo ambitny plan jednak nie przewidział
jednego. Mianowicie sabotażu sprzętu. Gdy tylko wzrok Liv padł na wyświetlacz,
mina jej gwałtownie zrzedła. Bateria telefonu była na wyczerpaniu, a to
oznaczało, że jeżeli nie chciała stracić kontaktu ze światem, to o graniu mogła
zapomnieć. Burcząc pod nosem, z impetem wrzuciła urządzenie z powrotem do torby
i zamiast tego wyciągnęła butelkę z wodą.
Odkręcając
korek, z braku lepszego zajęcia spojrzała na przewodniczą oraz stojącą przy
niej dyrektorkę. Uczennica z pasją opowiadała o organizowanych w szkole akcjach
promujących święto zakochanych, a towarzysząca kobieta spod rzęs obserwowała
zgromadzoną młodzież. Z rękami splecionymi z tyłu pleców, przechadzała się po podeście.
To właśnie Tsunade wzbudziła niepokój Liv.
Blondynka z
dziwnym, podejrzanym uśmiechem rozglądała się po uczniach, niczym jastrząb
szukający ofiary. Bystre brązowe oczy lustrowały każdego od góry do dołu, a
przy poniektórych osobach pojawiał się w nich złowieszczy błysk, który nie
wróżył nic dobrego.
— Wraz z
dyrekcją mamy dla was niespodziankę z której każdy może skorzystać. Otóż,
oprócz tradycyjnych corocznych zabaw, poczty miłosnej i zakochanego radiowęzła,
gdzie zamawialiście utwory dla ukochanej lub ukochanego… — Dziewczyna poprawiła
zsuwające się z nosa okulary i z uśmiechem rozejrzała po spiętych w oczekiwaniu
na dalszy ciąg uczennicach. — Przygotowaliśmy nowość, miłosną licytację!
Liv aż się
skrzywiła na hałas jaki rozległ się w auli. Prawie wszystkie uczennice
piszczały z radości, błyskawicznie omiatając wzrokiem chłopców. Wyglądały
niczym głodne harpie szykujące się do skoku. Senju aż się uśmiechnęła, kiedy
kilkoro uczniów cofnęło się z przerażenia od tych wlepionych w nich ślepi. Nikt
nie twierdził, że bycie obiektem westchnień jest łatwe.
— Proszę o
spokój — zaapelowała przewodnicząca, a kiedy wreszcie ucichły wszystkie szumy,
odchrząknęła. — Zebrane w ten sposób fundusze podreperują budżety działających
w szkole kółek zainteresowań, więc jak sami widzicie jest to szczytny cel. Jako,
że zabawa debiutuje w naszej placówce, to wraz z gronem pedagogicznym zdecydowaliśmy
kto zostanie zlicytowany. Wśród wszystkich uczniów wyselekcjonowaliśmy w sumie
dziesięć osób, pięciu chłopców i pięć dziewcząt. Kandydaci zostali wyłonieni z
grup sportowych oraz prężnie działających kółek zainteresowań. Właściwa zabawa
rozpocznie się jutro w tej auli, gdzie każda z osób zostanie zaprezentowana tu
przed wami. — Odebrała podaną przez dyrektorkę kartkę i machnęła nią przed słuchaczami.
— Tu mam listę wybranych nazwisk, ale zanim je wyczytam to opowiem coś więcej
na temat samej akcji. Tym co tak naprawdę licytujecie, to czas. Każdy z
wytypowanych przez nas uczniów jest w czymś szczególnie utalentowany i jeśli
tylko zechcecie to może się z wami tym talentem podzieli. Oczywiście nie
interweniujemy w to jak wykorzystacie wylicytowaną wygraną. Zaznaczam tylko, że
macie na to dwa dni. Przez tyle dany uczeń lub uczennica będzie do waszej
wyłącznej dyspozycji.
Liv uśmiechnęła się cierpko, zerkając po
znajomych twarzach. Najwięcej osób znała z kółek sportowych, ale to logiczne
jeżeli się weźmie pod uwagę, że sama aktywnie w nich działała. Ogólnie,
praktycznie każdy przyjął informacje o akcji ze spokojem, tylko co poniektórzy
szeptali coś między sobą.
Bez specjalnego
zainteresowania wymienianymi nazwiskami, Liv uniosła trzymaną butelkę. Nie była
ciekawa kto został wytypowany. W końcu nie znała nikogo, kogo chciałaby sobie
wykupić.
— … czirliderek.
I ostatnia osoba, kapitan damskiej drużyny piłki ręcznej, Liv Senju.
Liv słysząc własne nazwisko aż
zakrztusiła się pitą w tym momencie wodą.
~oOo~
Liv
jęknęła żałośnie słysząc irytujący dźwięk budzika i nakryła głowę kołdrą. Nie
chciała iść dzisiaj do szkoły. Aż ją mdliło na samą myśl w jakiej farsie będzie
musiała wziąć udział.
Najgorsze w tym
wszystkim było to, że interwencja u samej dyrektorki nic nie dała, a wręcz
wszystko pogorszyła. Kobieta kategorycznie odmówiła wykreślenia Liv z listy, a
gdy ta nie przestała marudzić, z diabelskim błyskiem w oku, przy Senju
zadzwoniła do jej ojca oraz poinformowała o całej organizowanej akcji. Nie zapomniała
wspomnieć ile dobrego takie przedsięwzięcie zrobi dla szkoły i lichego budżetu
placówki. Na koniec zaprosiła mężczyznę na kawę w weekend i z uśmiechem odłożyła
słuchawkę.
— Liv! Wstawiaj,
bo się spóźnisz! — rozległ się z parteru donośny głos ojca, brutalnie wyrywając
dziewczynę z własnych niewesołych myśli.
— Tato, jakoś
źle się czuję…!
— Nie kombinuj!
Schodzisz sama, czy mam ci pomóc? — Groźba Kamiramy zawisła w powietrzu
sprawiając, że Liv momentalnie otworzyła powieki, błyskawicznie wyskakując z
pościeli.
— Nie trzeba! —
Senju doskonale pamiętała jakie brutalne pobudki potrafi serwować rodziciel.
Kiedyś gdy nie zareagowała dostatecznie szybko na polecenia, została zwalona z
łóżka razem z materacem. Mało, że poobijała sobie tyłek to w tym spotkaniu ucierpiała
również jej duma.
Ziewając szeroko
odgarnęła z twarzy potargane włosy, wlekąc się na dół. Bez zdziwienia zastała
Kamiramę z kubkiem kawy w jednej ręce, a w drugiej z poranną gazetą. Czujne
oczy mężczyzny przesuwały się po treści, przy popijaniu czarnego jak smoła
napoju, całkowicie ignorując pałętającą się w piżamie latorośl.
Dziewczyna z
obojętną miną obrzuciła wzrokiem czekające na nią kanapki i wyciągnęła z
lodówki mleko. W myślach wciąż analizowała jak przekonać rodzica żeby zezwolił
jej na opuszczenie walentynkowej aukcji. Nie widząc lepszego rozwiązania
postanowiła wziąć Kamiramę na litość. Owszem istniały marne szanse, że mężczyzna
to kupi, ale Liv była zdesperowana.
Z hałasem
postawiła karton na stole, w między czasie z irytującym rzegotem odsuwając
krzesło i z cierpiętniczym westchnieniem osunęła się na siedzisko. Już
otwierała usta aby wygłosić mega długi monolog jak to beznadziejnie się czuje,
gdy niespodziewanie ojciec zabrał głos.
— Możesz
przestać, bo to na mnie nie działa — poinformował oschle, kartkując brukowiec.
— Sukienka, którą masz włożyć na aukcję, czeka na kanapie w salonie.
— Zaraz…
sukienka?! — sapnęła spanikowana, wgapiając się w mężczyznę z niedowierzaniem.
Szybko przełknęła ugryzioną wcześniej kanapkę, jęcząc błagalnie: — Ale tato…
— Reprezentujesz
nazwisko Senju, więc masz wyglądać z klasą. Moje dziecko ma zostać wylicytowane
za jak największą kwotę. — Kamirama łypnął na córkę zza gazety, krzywiąc się
mimowolnie. — I na litość boską, zrób coś z tymi włosami — mruknął autorytarnym
tonem, składając dziennik i odkładając go na blat.
— To może w
ogóle powinnam iść nago — krzyknęła, z nerwami przygładzając poczochraną
czuprynę.
— Nie przeginaj
młoda panno.
— Świetnie —
wymamrotała ze złością, stanowczym ruchem odsuwając od siebie talerz z resztą
śniadania. Zdecydowanie straciła apetyt. — Sprzedana jak krowa na targu i to
przez własnego ojca…
— Nie dramatyzuj
— prychnął i oparł brodę na splecionych dłoniach, świdrując pociechę wzrokiem.
— Poza tym, kiedy zamierzałaś mi
powiedzieć?
— O aukcji?
Nigdy — burknęła, sztyletując ojca spojrzeniem z obrażoną miną. Nie rozumiała
jak Kamirama mógł tak swobodnie ignorować jej zdanie. Przecież to tylko durna
zabawa i powinien zaakceptować fakt, że nie chce brać w niej udziału.
— O tym, że masz
chłopaka — wyjaśnił z poirytowaniem, mając dość docinków. Wyprostował się
zerkając na zegar, po czym potarł linię szczęki jakby nad czymś dumając.
Liv aż zamrugała
zaskoczona, przez dłuższą chwilę trawiąc usłyszane słowa. Gdy wreszcie
przeanalizowała wypowiedź ojca, roześmiała się głośno.
— Nie wiem z czym
ta kawa była, ale dodałeś zdecydowanie za dużo, tato…
— Panuj nad
językiem, albo dwa razy się zastanowię nad kwotą twojego kieszonkowego. Może też
jest go za dużo — zagroził poważnie, mrużąc ostrzegawczo powieki. Sroga mina
Kamiramy jasno sugerowała, że nie ma teraz ochoty na żarty. — Więc?
— Nie mam
chłopaka — warknęła ze złością, krzyżując ramiona na piersi. — Skąd w ogóle
taki pomysł?
— Racz się
odwrócić, to się dowiesz — uciął wstając i podchodząc do zlewu.
Liv zgrzytając
zębami z niezadowolenia wpatrywała się w plecy ojca. Myślała, że chociaż
poranek w domu będzie znośny, ale najwyraźniej się przeliczyła. Do tego za
cholerę nie wiedziała o co może chodzić Kamiramie z tym durnym pytaniem, a on
wcale nie pomagał. Wyglądało na to, że jedynym sposobem aby się tego dowiedzieć
było zerknięcie we wskazane przez niego miejsce.
Mamrotają pod
nosem, obróciła się na krzesełku i przerzuciła ramię przez oparcie. Nie musiała
długo szukać. To co dostrzegła na stole w salonie sprawiło, że oczy Liv zrobiły
się wielkie jak spodki, a szczęka z hukiem wylądowała na podłodze.
Zanim się
spostrzegła już stała przy sporych rozmiarów bukiecie, wyłuskując spomiędzy
gałązek niewielki liścik.
— Od kogo je
dostałeś? — zapytała, przesuwając palcem po czerwonym płatku róży. Schyliła się
delikatnie i zaciągnęła słodkim zapachem, aż przymykając z przyjemności
powieki. Nie wiedziała jakim cudem nie wyczuła ich zapachu przechodząc do
kuchni. Zwłaszcza, że lubiła ten zapach. Może nie był jej faworytem, ale zawsze
z przyjemnością wciągała go w płuca. Nie potrafiła zliczyć, ile razy zwalniała mijając
stoiska kwiaciarek, zaciągając się aromatem przedawanych przez nie towarów.
— Nie wiem czy
wiesz, ale to nie facetom kupuje się kwiaty w dzień zakochanych — rzucił z
sarkazmem, kręcąc głową i oparł się biodrem o szafkę przy zlewie.
— Czyli, że dla
mnie?
— Wiesz, zawsze
myślałem, że mam inteligentną córkę, a tu takie rozczarowanie… — Kamirama
westchnął z politowaniem pocierając skronie, ruszając do swojej sypialni. — Czytaj
ten cholerny liścik i się zbieraj. Po drodze do biura podrzucę cię do szkoły,
żebyś czasem gdzieś nie zabłądziła.
Kiedy tylko
ojciec zniknął za zakrętem, powoli, jakby zawahaniem rozłożyła bilecik i aż
sapnęła zaskoczona znajdującą się wewnątrz treścią.
„ Dla najbardziej złośliwej dziewczyny jaką znam.
Rozumiem, że bransoletka się spodobała.”
— I co? To
wszystko? — prychnęła z rozdrażnieniem oglądając z każdej strony trzymany
świstek. — Tak bez podpisu?
Dopiero po
dłuższej chwili dotarł do Liv sens odczytanych słów, na co wciągnęła ze świstem
powietrze upuszczając bilecik. Bukiet przysłał ten sam człowiek, co w
święta podarował jej biżuterię.
Miód na moje nerwy :-) Super nawiązanie do wcześniejszej części.
OdpowiedzUsuńJedyny minus, że narobiłaś mi apetytu na ciąg dalszy.
Jak przebiegnie licytacja? Bo raczej nie ma wątpliwości kto wylicytuje Liv :-D
Cieszy mnie, że Ci się podobało <3. Plany są wielkie żeby zamknąć się w trzech częściach tego tworu i mam nadzieję, że się zmieszczę XD. I myślę, że na następną część nie trzeba będzie tak długo czekać (no chyba, że chcecie zbecone... to wtedy już gorzej :x). Dlatego chyba nie uschniesz z niecierpliwości^^. O licytacji NIC NIE POWIEM. Wszystko wyjdzie w praniu XD.
UsuńNa całe szczęście wciąż w dużej mierze tworzę na kartkach za pomocą długopisu, więc dużo materiałów nie przepadło :"D. Trzeba dziękować durnemu ja, które lubi bazgrać długopisem (ale skryba to by mi się przydał do kompa...). W każdym razie, dziękuję za komentarz i pozdrawiam gorąco.