Okej, stwierdzam
wszem i wobec, że coraz mocniej kocham Kazamę XD. Tak, tak… uwielbiam własną,
wykreowaną przez siebie postać, ale co zrobić. Nie potrafię się mu oprzeć, no.
Trąci to odrobinę narcyzmem czy coś, ale nic nie poradzę. Stwierdzam jedyne
bezwstydne fakty. Zwyczajnie ma to coś co chwyta mnie za serducho. Cholera, a
jako autor powinnam być bezstronna :”D. Jestem zepsuta do cna, o.
Uwaga na
latające przecinki i inne takie. Niebecone, a autor ślepy :3. Będzie wyłapywać
na bieżąco.
~oOo~
Liv aż przełknęła nerwowo ślinę dostrzegając, że
mimo usilnych starań ojca z mediacji nic nie będzie. Misja dyplomatyczna z góry
była skazana na klęskę, ponieważ żadna ze stron nie miała zamiaru ustąpić. Żaden
klan nie wykazywał najmniejszej krzty dobrej woli aby uniknąć konfliktu
zbrojnego. Oni wręcz skakali sobie do gardeł, a nie rozmawiali.
Doskonale widziała nawet po Kamiramie, że i on
zaczyna rozumieć, że to zwyczajna walka z wiatrakami. Jego coraz bardziej
chmurne oblicze zwiastowało jedno. Przybycie tu i próba załagodzenia konfliktu
była błędem. Błędem za który przyjdzie im zapłacić. Ogromnym, tym bardziej, że
z tego na co się zanosiło znajdą się prosto w oku cyklonu. Zwaśnionych rodów
nie interesowało, że delegacja Konohy zostanie wciągnięta w walki. Łaknęli
zemsty, krwi przeciwników. Teraz, natychmiast. A to, że shinobi Liścia są w
samym epicentrum wojny ich nie obchodziło, bo nikt ich nie zapraszał. Już
głośno stwierdzili, że ten kto wygra nie bierze jeńców.
Kamirama co jakiś czas zerkał na towarzyszących mu
żołnierzy, coraz mocniej zaciskając wargi. Nawet oni domyślali się, że nie
wyjdą z tego bez szwanku, bo co jakiś czas dyskretnie sprawdzali uzbrojenie. I
chociaż przydzielono mu najbardziej elitarną jednostkę to jednak fakt
pozostawał faktem, siły wroga były przytłaczające. Zwłaszcza jak znajdą się w
kleszczach.
— Czyli rezygnujecie z przedstawionej wam oferty i
wybieracie wojnę — upewnił się, wstając od stołu i kładąc rękę na ramieniu
czekającej córki. Gdyby wiedział, że negocjacje spalą na panewce to nigdy nie
wciągałby w to Liv. Co z tego, że tak się cieszyła z tej wyprawy… powinien
postawić przede wszystkim na bezpieczeństwo, bo teraz za miękkość serca
przyjdzie mu zapłacić.
— Nigdy nie zapomnieliśmy zniewag klanu Ito —
odwarknął przywódca rodu Sato, gwałtownie podrywając się z krzesła i wyjmując
katanę.
— To nie my zajęliśmy dolinę Słońca, tchórzliwy
psie! — wykrzyknął drugi lider, również sięgając po broń.
— Po wyjściu z tego budynku koniec pertraktacji, od
teraz będą rozmawiać nasze miecze.
— Rozumiem — przytaknął Kamirama, oddalając się w
stronę wyjścia z namiotu. — W takim razie, pozwólcie nam odejść. Nie
przybyliśmy aby z wami walczyć.
— Konoha poniesie karę za swoją arogancję. Próbowała
wmawiać nam co jest dobre, a co złe, mimo że sama ma wiele za uszami. Dlatego
poniesie tego konsekwencję.
— Takiej odpowiedzi się spodziewałem, panie Sasaki —
mruknął z rezerwą Kamirama i zatrzymując się na parę sekund, uważnie przyjrzał
się obu mężczyznom. Chociaż tego nie chciał, przyszła pora na plan B. Plan
jednego z doradców Trzeciego Hokage, Danzo Shimury, który zakładał
eksterminację obu nacji. — Idę do swoich ludzi.
— Idź gdzie chcesz, Senju. — Głowa rodu Sato, nawet
nie zaszczyciła go spojrzeniem wciąż łypiąc na rywala. — Zwycięzca bierze
wszystko i z pewnością cię znajdzie.
Liv mocno zaciągnęła się mroźnym powietrzem, powoli
dreptając w stronę czekających na nich towarzyszy. Brnąc przez głęboki,
skrzypiący śnieg zastanawiała się czy ludzie wychowani w tym kraju odczuwają
jeszcze zimno. Ona niemal dygotała od chłodu, a para wydobywająca się z ust
dobitnie uświadamiała, że temperatura jest sporo poniżej zera. Nawet grube
futro jakie miała na sobie nie pomagało w zapewnieniu ciału optymalnej
ciepłoty. Jeszcze to słońce odbijające się od śniegu niemal doprowadzające do
ślepoty. Już bolały ją oczy, a co dopiero będzie później?
Idąc z ojcem ramię w ramię, mimowolnie zerkała na
szykujących się do bitwy popleczników klanu Sasaki oraz Sato. Musieli już się
dowiedzieć o decyzjach jakie zapały w namiocie, ponieważ każdy z nich trzymał w
dłoniach miecz wygrażając nim w kierunku wroga. Krzyki i obelgi niosły się w
powietrzu, podgrzewając już i tak napiętą do granic atmosferę.
— Botan… — Kamirama zwrócił się do zastępcy,
zmęczonym ruchem przecierając powieki. — Tak jak się umawialiśmy. Ja i reszta
zajmujemy się tym problemem, ty zabierasz moją córkę do Wioski.
— Odstawię ją całą i zdrową — Botan skłonił się
nisko, szybko przerzucając przez ramię niewielki plecak.
— Nigdzie nie idę — sapnęła Liv, gromiąc ojca
spojrzeniem. Jak on mógł w ogóle przypuszczać, że ucieknie? Poza tym, ona nic
nie wiedziała o żadnym innym planie. Mieli negocjować, a później odejść.
Dlaczego więc inni zostawali? — Wrócimy razem.
— Nie, Liv. Koniec dyskusji — rozkazał autorytarnym
tonem, popychając ją delikatnie w przód. Smarkula nawet nie zdawała sobie
sprawy co za parę minut stanie się na tej polanie. To będzie jedna wielka
rzeźnia, a oni, shinobi Liścia wezmą w niej czynny udział. — Idźcie przodem.
Przeczeszecie nam szlak, a do tego rozbijecie obozowisko w dolinie.
— Ale…
— Powiedziałem coś.
Liv przez chwilę zaciskała z niezadowolenia usta, z
trudem powstrzymując się od kłótni. Miała złe przeczucia i ostatnim o czym
marzyła to rozstanie z rodzicielem.
— W takim razie zaczekamy na was w tej dolinie —
wymamrotała przez zęby, krzyżując ręce na piersi. Na tyle była w stanie
ustąpić, ale nic więcej. Wbiła w twarz Kamiramy zdecydowane spojrzenie,
wysyłając mu jasny komunikat: że nigdzie dalej nie pójdzie bez niego i niech
nawet tego nie wymaga.
— W porządku — przytaknął, a Liv ze zgrozą
odnotowała jakąś dziwną miękkość w głosie oraz wzroku mężczyzny. Zdecydowanie
coś było na rzeczy skoro ojciec pozwolił aby to zauważyła. — Ale nie odstępuj
Botany na krok.
— Dobrze — wyjąkała, odrobinę zmieszana tym
ustępstwem. Tak naprawdę nie spodziewała się wygranej. Chciała się już
odwrócić, gdy niespodziewanie ojciec przyciągnął ją i mocno przytulił.
Przyciskając policzek do jego piersi wsłuchiwała się w miarowe bicie serca,
które swoim spokojem powinno ją uspokoić, ale uzyskało całkiem odwrotny efekt.
Taka demonstracja uczuć nie była podobna do Kamiramy. Przerażona tym faktem
pociągnęła smętnie nosem i zanim się spostrzegła, poczuła czające się pod
powiekami łzy, tylko czekające na moment aby się uwolnić i spłynąć po
policzkach.
— Kocham cię, Liv — cichy szept, który owiał jej
ucho aż wywołał zimny dreszcz, a gula w gardle urosła do monstrualnych
rozmiarów niemal ją dławiąc.
— Ja ciebie też, ojcze.
Liv poprawiła zsuwający się kaptur, pociągając mocno
nosem. Stopy jest przemarzły do szpiku kości, a oczy już jawnie łzawiły od
patrzenia na skrzący się śnieg. Od polany gdzie toczyła się bitwa zdążyli się
oddalić na tyle, że nie docierały do nich wybuchy oraz krzyki walczących, a
przede wszystkim nie musieli się martwić o jakąś zagubioną strzałę lub kunai.
Jednak co irytujące, nawet zastępca ojca dziwnie umilkł. Do tej pory zabawiał
ją rozmową, a teraz nabrał wody w usta.
— Daleko jeszcze do tej doliny? — zapytała, próbując
przekrzyczeć głośne wycie wiatru. Kiedy nie dostała żadnej odpowiedzi,
zmarszczyła brwi gwałtownie się obracając. Co jak co, ale Botan nie odważyłby
się ignorować córki swojego przełożonego, tego była pewna.
To co ujrzała kilkanaście metrów dalej, zmroziło Liv
krew w żyłach, a ona zbladła jak ściana. Towarzyszący jej mężczyzna leżał twarzą
w zaspie i się nie ruszał. Gdyby należała do optymistów pomyślałaby, że może
zasłabł, ale wystający z jego pleców wielki, czarny shuriken skutecznie
niszczył tę hipotezę.
— Botan?
Przez kilkanaście cennych sekund, kunoichi trwała
tak w bezruchu niedowierzając oczom. Botan należał do elitarnej jednostki Skrytobójców
w której przylgnął do niego pseudonim, Duch. Był w stanie podejść na odległość
wyciągniętej dłoni do płochliwej łani, tak że nawet się nie spostrzegła. Nikt
tak jak on nie potrafił się skradać ani wyczuwać przeciwnika, a teraz leżał
martwy.
Fakt ten docierał do Liv przez kilka minut, ponieważ
umysł wciąż nie akceptował tego co widzi. To było tak surrealistyczne, że aż
nie potrafiła tego ogarnąć. Wgapiając się w zastępcę ojca, niespodziewanie
dostrzegła wyłaniających się ze śnieżnych zasp ludzi. Patrząc jak nagle
pojawiają się w zasięgu wzroku, zrozumiała. To wszystko zostało zaplanowane.
Któryś z liderów domyślał się, że część oddziału Konohy spróbuje odejść i żeby
temu zapobiec zastawili pułapkę, umieszczając część swoich ludzi na drodze do
Liścia.
Wciąż mrużąc powieki od skrzącego się śniegu,
wpatrywała się wrogo w dowódcę nieprzyjaznych ninja. Rozpoznała go po dumnej
postawie, ale również po tym, że reszta co jakiś czas zerkała w jego stronę
czekając na sygnał do ataku. Lustrzane okulary słoneczne zsunął na czubek nosa
uśmiechając się kpiąco, powoli idąc w jej stronę.
— Dziecko. Tyle ludzi aby sprzątnąć dzieciaka —
zaśmiał się głośno, a towarzyszący mu ludzie zawtórowali.
Liv słysząc ten wredny rechot, zazgrzytała nerwowo
zębami zastanawiając się czy już powinna uciąć mu głowę czy może trochę
poczekać. Irytacja obstawiała tę pierwszą opcję, ale rozsądek nakazywał spokój.
Idąc tym tropem, Senju postanowiła się wstrzymać.
— Do tego niegroźna dziewczynka — prychnął, kiedy
zatrzymał się dwa metry przed nią i dojrzał twarz spod kaptura. — No, ale mus
to mus. Popatrzmy na to jak na przysługę, dzięki temu nie będziesz sierotą.
— Mój ojciec żyje i zaraz tu będzie — warknęła,
zaciskając pięści i dumnie unosząc brodę. Nawet nie brała pod uwagę, że ta
grupa prymitywów może pokonać słynnego Kamiramę Senju. — A wtedy będziesz
błagał o śmierć.
— Obawiam się, że tatuś ma teraz większy kłopot na
głowie, i to on właśnie błaga — stwierdził z zatrważającą pewnością siebie, na
co Liv aż wciągnęła głośniej powietrze. — Niełatwo walczyć z własnymi ludźmi,
którzy okazali się zdrajcami, prawda?
— Kłamiesz! Ta grupa…
— Ta grupa została przekupiona dawno temu przez
mojego pana — uciął ze złudną łagodnością wchodząc Liv w słowo i robiąc krok w
jej stronę.
— Łżesz! — krzyknęła, błyskawicznie sięgając po
zawieszoną u pasa katanę.
— Kobo, koniec gadania — odezwał się któryś ze
stojących z tyłu mężczyzn. Wydawali się zniecierpliwieni całym przedstawieniem.
— Przykro mi, mała. Ludzie się denerwują.
— Ja… nie pójdę grzecznie nie śmierć!
— Wolna wola…
Niespodziewanie do ich uszu doszedł dźwięk głośnego
łopotania, na który momentalnie unieśli wzrok na niebo. To co ujrzeli sprawiło,
że poniektórzy rozdziawili usta ze zdziwienia. Coś monstrualnego pojawiło się
na horyzoncie i nikt nie potrafił zgadnąć czym jest. Ciemny, ogromny kształt
mknął prosto na nich, pikując niczym polujący jastrząb.
— Co to jest?
— Mknie prosto na nas!
— Jesteśmy na jeziorze! Jak w nas uderzy…!
— W nogi!
— Rozproszyć się! — krzyknął herszt bandy, próbując
opanować spanikowanych ludzi. Całkowicie stracił zainteresowanie córką Senju,
skupiając się na drapieżniku atakującym oddziały. Uznał go za większe
zagrożenie, niż stojąca przy nim małolata.
Liv uśmiechnęła się delikatnie rozpoznając kogo
ojciec wysłał na ratunek gdy zrozumiał, że został zdradzony. Jeszcze nigdy na
widok Ryuujina nie odczuwała takiej ulgi. Bo skoro smok przybył aż tu to znak,
że Kamirama żyje. Gdyby znalazł się na skraju śmierci to nie wykrzesałby aż
tyle czakry aby go wezwać.
— Nic z tego. Masz przyjąć podarunek od Kamiramy
Senju — syknęła Liv, odrywając wzrok od przerzedzającego szeregi wroga
Chowańca. Nie mogła tylko stać i patrzeć. Była kunoichi Konohy, a to
zobowiązywało. Jednym susem doskoczyła do mężczyzny, bez wahania zagłębiając
ostrze w jego piersi. — Tego Kamiramy, którego śmiałeś uznać za trupa.
Nie czuła nic, wyciągając katanę z bezwładnego ciała.
W końcu miała przed sobą wroga Konohy, który nie zawahałby się zaatakować ich
wioski. Dla takich nie było litości. I chociaż to starała się sobie wmawiać to
jednak, dłoń dzierżąca rękojeść lekko drżała.
Nagle aż przewróciła się na plecy pod wpływem
wstrząsu, gdy Ryuujin doszedł wo wniosku, że koniec zabawy. Silnym podmuchem
błoniastych skrzydeł, zapędził wrogów w jedno miejsce — niczym pies pasterki,
zaganiający owce — a następnie zrealizował szybki i morderczy plan. Całym
ciężarem uderzył w taflę lodu sprawiając, że pękła niczym lustro pod
spanikowanymi ludźmi a woda ochoczo pochłonęła ich ciała.
Liv wiedziała, że nie mieli najmniejszych szans na
przeżycie, Ryuujin o to zadbał. Można powiedzieć, że się zabezpieczył w chytry
i bezlitosny sposób. Mroźnym oddechem zamknął ich w lodowej trumnie, ponownie
zamrażając jezioro.
— Ryuu! — wrzasnęła, biegnąc do szykującego się do
odlotu Chowańca. Musiał ją zabrać do ojca! Gdy zamiast całkiem się zatrzymać,
jedynie odwrócił łeb w jej stronę przyśpieszyła. — Czekaj! Zabierz mnie do
taty!
Spojrzenie jakie na te słowa podarował Liv spowodowało,
że aż się potknęła. Upadek sprawił, że aż wypuściła katanę z ręki ale nie
zwróciła na to nawet uwagi. Nie kłopocząc się podnoszeniem broni błyskawicznie
poderwała się na kolana, chwiejnie stając na nogi. Bo coś było nie tak. Ryuu
nigdy tak nie patrzył. Zawsze w jego wzroku czaiła się pycha, duma, irytacja,
ale nie… współczucie. A teraz to wyraźnie czaiło się w smoczych ślepiach.
— Ryuu, podpisaliśmy kontrakt! Zatrzymaj się!
— Senju… — Smok zawisł tuż nad nią, a łopoczące
skrzydła wzbijały dookoła tumany śniegu. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w
zmarzniętą twarz dziewczyny, po czym kontynuował. — Słyszałem co powiedziałaś
do tamtego mężczyzny, ale… Jestem tu bo wypełniałem ostatnią wolę, Kamiramy.
— Jaką ostatnią wolę?! Co ty bredzisz?! Masz mnie
zabrać do niego, to rozkaz! — zawołała, próbując przekrzyczeć hałas jaki
wytwarzał smok.
— Nie mam do kogo cię zabrać, Liv! — ryknął
sprawiając, że się przewróciła pod wpływem siły użytego tonu. — Jego już nie
ma! Poświęcił się dla dobra Konohy!
— Kłamiesz!
— Myśl co chcesz, ale nie masz tu już czego szukać.
Wracaj do wioski — odparł, a następnie rozpłynął się w powietrzu.
~oOo~
Kazama powoli szedł w stronę kunoichi, nie zwracając
uwagi na resztę pola bitwy. Nie obchodziło go kto tu zginął — w końcu ludzie to
taki gatunek który lubował się w wojnach. Jemu nic do tego o ile nie wchodzili
mu w drogę. — No może poza pewnym wyjątkiem, ale on interesował Chikage tylko z
jednego powodu. Powodu, który ściągnął go aż tu, do tej nieprzyjaznej krainy,
gdzie nigdy nie zapadał zmrok, a zima trwała cały rok.
Ostrożnie szedł po brzegu głębokiego leju w ziemi —
zapewne stworzonego przez Kamiramę, bo tylko on dysponował tak destrukcyjną
techniką — uważając, aby nie zsunąć się w otchłań. Ostatnim o czym marzył to
wygrzebywać się z tej dziury. Nie miał na to ani czasu ani ochoty.
Krzywiąc się na samą myśl, uklęknął nad leżącą w
śniegu postacią, przykładając palce do szyi. Lodowata skóra nie napawała
entuzjazmem, ale bijący puls już tak. Obrzucił kontrolnym spojrzeniem jej sine
usta oraz bladą jak płótno twarz w myślach dziękując losowi, że zdążył na czas.
Jeszcze chwila w tym śniegu, a nie udałoby się
wyrwać dziewczyny ze szponów śmierci.
Zamierzał już ją podnieść, gdy coś przyciągnęło jego
wzrok. Uwadze demona nie umknął fakt, że nieprzytomna coś trzyma w zaciśniętej
pieści zupełnie jak dziecko tulące ukochanego misia. Bez wahania rozprostował
skostniałe palce Liv, wyjmując z nich kawałek materiału i podnosząc na wysokość
oczu. Nie musiał się specjalnie przyglądać aby rozpoznać w nim fragment
uniformu Kamiramy Senju co wszystko wyjaśniało. Wzdychając ciężko, bez
ociągania wciągnął dziewczynę na plecy, szybko poprawiając zsuwające się
bezwładnie ciało i schował materiał za pazuchę. Doszedł do wniosku, że zapewne
będzie to chciała. I nie dziwne, w końcu wyłącznie to zostało po jej ojcu.
~oOo~
Kaoru cicho niczym kot zakradła się za potężny słup
świątyni, dyskretnie obserwując idącą postać. Zadanie o tyle trudne, że marmurowa
posadzka charakteryzowała się kilkoma obluzowanymi płytami, które po
nieopatrznym nadepnięciu hałasowały jak sto diabłów. Ale na szczęście ona znała
to miejsce jak własną kieszeń i nawet z zamkniętymi oczami zachowywałaby się
bezszelestnie. Patrząc na jasną pelerynę przybysza uśmiechnęła się pod nosem,
jednak ten szybko zamienił się w grymaś irytacji.
W chłopaku Kaoru bezbłędnie rozpoznała przyszłego
lidera demonów, ale ku jej frustracji nie był sam. Na plecach niósł tego
przeklętego mieszańca. Bękarta zawracającego mu głowę już od kilku lat, przez
co nie miał czasu aby dostrzec ją. To że zawsze jest przy nim, gotowa aby
służyć pomocą.
Mrużąc z
rozdrażnienia powieki, śledziła spojrzeniem jak zatrzymuje się przy brzegu
gorącego źródła ostrożnie kładąc nieprzytomną na ładnie rzeźbionej ławeczce. Na
tej cholernej ławeczce na której zwykł przesiadywać i dumać, gdy ta wywłoka
była wysyłana na misje. Tak, Kaoru zawsze wiedziała gdy Liv dostawała zlecenie.
Po pierwsze dzięki szpiegom, a po drugie wystarczyło popatrzyć na Chikage. Dało
się to zauważyć, bo zwykle wtedy był nieobecny duchem. Zupełnie jakby nawet w
myślach nad nią czuwał. W takich chwilach najbardziej nienawidziła córki Aiki.
Mimowolnie zacisnęła dłonie, dostrzegając jak
łagodnym ruchem odgarnął z twarzy dziewczyny kosmyki, a następnie zrzucił z
siebie wierzchnie ubranie zostając jedynie w nisko opuszczonych, jasnych
spodniach. I o ile nie narzekała mogąc podziwiać roznegliżowanego Kazamę, to
towarzystwo w jakim przebywał pozostawiało niesmak. Bo to ona powinna być tam z
nim, a nie ten dziwoląg. Ktoś kto nie miał prawa istnieć. Ni człowiek, ni
demon. Wybryk natury.
I jeżeli sądziła, że nie może być gorzej to się
myliła. To co zobaczyła później sprawiło, że o mały włos się nie zapowietrzyła.
Kazama podarował mieszańcowi własną krew. Krew lidera, której nie ofiarowuje
się byle komu. A przede wszystkim, nie podzielił się nią z Kaoru, gdy ta
wróciła ledwo żywa z wyprawy. Wycieńczoną i obolałą odesłał do medyka, zamiast
samemu udzielić pomocy.
Oczywiście sposób w jaki podał krew Senju również
mocno ubódł dziewczynę. Z ust do ust. Najintymniejszy ze sposobów,
zarezerwowany jedynie dla kochanków wśród demonów. Ten widok tak wstrząsnął
podglądaczką, że resztę widziała już jak za mgłą.
Kazama wyprostował się ściągając z Liv ciężkie futro
i ponownie wziął na ręce, wchodząc do wody. Stawiając ostrożnie stopy, powoli
zanurzał się pozwalając aby ciepło objęło całe zmarznięte ciało Senju, na nowo
pobudzając krążenie. Nie wymyślił lepszego sposobu na szybkie podniesienie jej
temperatury niż wizyta w jednej ze świątyń ich gatunku. To tu najczęściej
medytował wpatrując się w lazurową toń i wyłącznie w tym miejscu, potrafił się
w pełni wyciszyć oraz zrelaksować.
Obrzucił spojrzeniem twarz Liv, obserwując jak powoli
wracają na nią kolory, a zsiniałe usta ponownie nabrały zdrowego różu. Jednak
cienie pod oczami tak szybko nie znikną, tak samo jak rana w sercu po stracie
ojca. Wzdychając ciężko, przycisnął Senju do piersi i odchylił głowę, wpatrując
się w bogato zdobiony sufit świątyni.
— Kaoru, chcę zostać sam — odezwał się, przymykając
powieki. Od początku doskonale zdawał sobie sprawę z niechcianej obecności, ale
nie miał sił aby się kłócić. Dlatego też z początku postanowił ją zignorować.
Uleczenie Liv było priorytetem i pozbycie się namolnej dziewczyny należało do
spraw drugorzędnych. Teraz jednak, gdy zrealizował pierwotne założenia potrzebował
spokoju, żeby przemyśleć kilka spraw, a sapiąca przy kolumnie Kaoru niczego nie
ułatwiała. — Słyszałaś? — Nie minęła sekunda, a w odpowiedzi usłyszał ciche
przekleństwo oraz głośny tupot, oddalających się stóp.
~oOo~
Kazama przeczesał palcami wilgotne włosy, przenosząc
wzrok na ciemniejące niebo za oknem. Zanosiło się na porządną ulewę i odczuwał
nieme zadowolenie, że nie będzie musiał na niej moknąc bardziej niż to
konieczne. Ceremonia skończyła się akurat tak aby każdy zdążył wrócić do domu
przed najmocniejszym deszczem. Tłum żałobników w tym nie tylko mieszkańców, ale
i wiele delegacji zjechało się na tę smutną uroczystość, aby w milczeniu
pożegnać zasłużonego dla Konohy shinobi.
W pamięci Kazamy najbardziej wyryło się wspomnienie
pustego wzroku Liv, gdy patrzyła na nagrobek. Wydawała się przebywać w zupełnie
innym świecie, a co najgorsze nie uroniła nawet jednej łzy. Nie należał do
zwolenników obnażania się ze swoimi uczuciami, ale to akurat bardzo pomogłoby
dziewczynie. Dzięki temu wylałaby cały żal i mogłaby zacząć do nowa.
Cicho uchylił drzwi od gabinetu, bezszelestnie
wchodząc do środka. Tak jak się spodziewał, to tu Senju skryła się po pogrzebie
ojca. Wzrok demona błyskawicznie przyzwyczaił się do panującego wewnątrz mroku,
rozjaśnianego jedynie płomieniami kominka. To w jego nikłym blasku, dostrzegł
stojącą przy biurku Liv pochyloną nad ogromnym zwojem. Opuszkami palców
przesuwała po zapisanej treści, co chwilę zaciskając usta. Nie musiał
podchodzić bliżej aby domyślić się czym on jest. Wpatrywała się w zwój
kontraktowy.
Marszcząc brwi podszedł do fotela i opadł z hałasem
na siedzisko, ujawniając swoją obecność. Jakby nie patrzeć przyszedł tu w
konkretnej sprawie, więc nie ma co się czaić tylko trzeba przejść do konkretów.
— Nadal nie jesteś w stanie przyzwać tego wielkiego
nietoperza? — zapytał od niechcenia spoglądając na Liv spod rzęs, gdy z
ociąganiem odwróciła się do niego przodem. Milczenie dziewczyny było najlepszą
odpowiedzią i skłamałby jeśli nie takiej właśnie się spodziewał. — Rozumiem…
— Może to i lepiej…
— Może tak, a może nie — odparł, czujnie obserwując
jak zaciska dłoń na ciemniej koszuli w okolicach serca. To przelało czarę. Wstał,
w oka mgnieniu pokonał dzielącą ich odległość i bez wahania przyciągnął,
zamykając w swoich ramionach. Nawet nie drgnął gdy najpierw zamarła w szoku aby
później podjąć próbę wyswobodzenia się. Jednak zamiast ustąpić, wzmocnił
uścisk. — Masz w tej chwili przestać to robić.
— Puść… Nie potrzebuję litości.
— Liv, ból który odczuwasz towarzyszy w życiu
każdemu kto poniesie taką stratę — wyszeptał, nachylając się i przycisnął
policzek do jej włosów. — Nie walcz z nim.
— Ty nic nie rozumiesz… — powiedziała cicho z trudem
hamując łzy, w końcu odpuszczając i opierając się na Kazamie. — Boję się, że
gdy przestanę z nim walczyć to się rozpadnę.
— Nie pozwolę na to, więc mi zaufaj.
— Ja nie…
— Czy kiedykolwiek cię zawiodłem?
— To nie tak… Musisz…
— Ciii… — wymruczał kojąco, mocniej przytulając ją
do siebie gdy wreszcie długo wstrzymywana tama łez pękła. Przymknął powieki
oddychając głębiej i wsłuchując się w łkanie dziewczyny. I chociaż patrzenie na
cierpienie Liv raniło mu serce to wiedział, że musi wytrzymać. Tylko w ten
sposób mogła się oczyścić ze wszystkich negatywnych emocji zżerających od
środka. Wyłącznie odbycie żałoby pozwoli
jej zamknąć ten bolesny rozdział życia i rozpocząć następny. A wtedy będzie
przy niej. I prędzej czy później nadejdzie czas aby ofiarować to co kryło się w
ciążącym mu w kieszeni zwoju.
~oOo~
Shisui
aż przystanął na moment, z niedowierzaniem unosząc brwi. Przez sekundę przeszło
mu przez myśl aby przetrzeć oczy, bo to jakieś złudzenie optyczne ale dzielnie
się powstrzymał. W końcu raczej nic nie zaburzyło jego percepcji, a już na
pewno nie genjutsu które wyczułby na kilometr. W każdym razie, na polanie przy
tarasie widokowym na kamiennych głowach Hokage leżała Amai. Beztroska,
roześmiana Amai zupełnie jakby jutra miało nie być. I o ile to nie wzbudzało
podejrzeń to to z kim spędzała czas już tak.
Bynajmniej nie
wylegiwała się sama, a ze swoim absztyfikantem. Wspólnie kontemplowali chmury,
nie dostrzegając reszty świata. Namiętnie dyskutowali o rozpoznanych na niebie
kształtach, śmiejąc się przy tym w głos. Kilka minut obserwacji wystarczyło aby
doszedł do zatrważających wniosków. Oni jawnie flirtowali, nie kryjąc się z tym
przed nikim. Teraz już musiał zamrugać żeby się upewnić, że to dzieje się
naprawdę. Owszem, zdawał sobie sprawę, że serce kuzyna narzeczonej zabiło do
kogoś innego, ale na Boga. Za żadne skarby nie przypuszczał, że Amai może
jawnie przyprawiać Itachiemu rogi. Co tu się u licha działo? Gdzie się podziała ta skromna i uczciwa
dziewczyna mieszkająca z nimi w rezydencji? Nie było go raptem parę dni, a tu
takie cuda. Cholera, może nawet Hokage zmienili?
— Hej, Amai —
przywitał się głośno, szybko pokonując dzielącą ich odległość. Cóż, nie
zamierzał snuć domysłów. Najzwyczajniej wybada sytuację aby mieć pewność. — Cóż
za spotkanie!
— O, Shisui! Jak
dobrze, że wróciłeś. — Azuma poderwała się do siadu, posyłając w stronę
Teleportera promienny uśmiech. — Ach, gdzie moje maniery! Pozwól, że kogoś ci
przedstawię. To mój przyjaciel, Sanosuke. — Na te słowa towarzyszący jej szatyn
podniósł się z trawy, wyciągając dłoń do Uchihy.
— Hej, Amai dużo
o tobie opowiadała.
— Tak? To miłe —
odparł z rozbawieniem, czujnie obserwując dziewczynę kątem oka. Nie wydawała
się nawet odrobinę zmieszana. Zupełnie jakby to wszystko było naturalne.
Dziwne. — Amai, idę do rezydencji, zabierzesz się?
— Ach, ty nic
nie wiesz — zawołała domyślnie, pocierając policzek. — Już nie mieszkam w
dzielnicy Uchiha. Przeprowadziłam się bliżej szpitala.
Szok po
usłyszeniu tej informacji, błyskawicznie zamaskował niedowierzającym uśmiechem.
Bo no cóż, spodziewał się, że związek Itachiego i Amai nie potrwa za długo, ale
nie przypuszczał, że rozpadnie się aż tak szybko. Jasny gwint.
— No nie… tylko
chwilę nie ma mnie w wiosce, a już takie zmiany. Nie wierzę, jak mogłaś nas tak
porzucić? Z kim ja będę popołudniową herbatkę pił? — Sytuacja powoli się
rozjaśniała, ale wciąż dużo niewiadomych kłębiło się w umyśle Uchihy.
— Nie dramatyzuj
— parsknęła Amai, ujmując wyciągniętą dłoń Sanosuke i stając na nogi. — I tak
ciągle byłeś na misjach.
— W sumie —
przytaknął z zamyśleniem, podczas gdy w głowie trybiki pracowały mu pełną parą.
Skoro Azuma wyprowadziła się z rezydencji to znaczy, że zaręczyny zerwane. A
skoro zerwane to Itachi ma wolne pole manewru jeżeli chodzi o Liv. Genialnie. O
ile ten baran nic nie spieprzy… ale, zawsze istniała nadzieja, że może nie.
Ach, czekało go tyle pracy!
— Halo! Mówię do
ciebie!
— Wybacz, Amai.
Zamyśliłem się.
— Widziałam. No,
ale nie ważne. Pytałam czy idziesz z nami do Ichiraku na ramen.
— Nie, nie.
Musze lecieć. Raporty, praca i te sprawy. Bawcie się dobrze.
— No to my
idziemy, to do zobaczenia.
— Mhm… pa pa… —
Mówiąc to, Shisui myślami był już gdzie indziej, a mianowicie przy kuzynie.
Jeżeli odpowiednio zagrają zesłanymi przez los kartami to uda się naprawić
relacje łączące Itachiego i Liv. O ile wszystkiego nie zepsuje fakt, że męską
decyzję o rozpadzie narzeczeństwa podjęła Amai, a nie ten uparty osioł.
Cholera, niedobrze.
No i jeszcze
Kazama… Choć kuzyn go nie doceniał to Shisui wiedział, że demon nie odpuści.
Zbyt długo darzył Senju uczuciem, aby teraz o nią nie zawalczyć. Ich wspólna
przeszłość zbudowała silne więzi i teraz wyraźnie sprzyjała Chikage.
~oOo~
Liv
z rozdrażnieniem zamknęła drzwi gabinetu Hokage, tylko cudem powstrzymując się
przed trzaśnięciem nimi z hukiem. A co takiego wprawiło ją w zły nastrój? Otóż
prosta decyzja przełożonej o konfiskacie zdobycznej broni czakry, która według
niej musiała zostać dogłębnie zbadana. Na nic zdawały się tłumaczenia, że to
tylko pospolity oręż zmieniający formę dzięki manipulacji energią. Nie, Tsunade
i jej doradcy wiedzieli lepiej. Trzeba zabrać, rozebrać na części pierwsze i poddać
testom.
Na
samą myśl o takich działaniach, Liv aż zazgrzytała zębami. Czy naprawdę choć
raz nie mogli odpuścić? Pewnie nie, bo gamoń Uchiha jak zwykle nie omieszkał
podzielić się w raporcie swoimi wątpliwościami i hipotezami. Co prawda nie
widziała na oczy rzeczonego dokumentu, ale na pewno tak było! Już ona dobrze
znała to diabelskie nasienie! Na pewno zrobił to z zawiści!
—
Sensei, Liv!
Słysząc
natrętny głos Zaku aż przewróciła teatralnie oczami. Jak w ogóle śmiała
przypuszczać, że nie zauważą jej powrotu do Konohy? Naiwność.
—
Słucham, i nie krzycz — mruknęła, odwracając się do nadbiegającego ucznia. Za
nim w pewnym oddaleniu dostrzegła pozostałą dwójkę podopiecznych, nieśpiesznie
podążającą w ich kierunku. Miłym zaskoczeniem dla Liv był widok Yuchiro. Czyżby
coś się zmieniło i na nowo zintegrował się z drużyną? A może młody Uchiha wymyślił
sposób na kolegę? Może jakaś technika krępująca, albo co.
—
Chodźmy wszyscy na pole treningowe! — Zaku niezrażony prośbą o niższy ton
kontynuował z entuzjazmem, łapiąc Senju za nadgarstek i usiłując zaciągnąć w
wymienione miejsce. — Znam nowe jutsu! Super mega techniki. Kuzyn mnie nauczył
— poinformował z nieskrywaną dumą.
—
Do jutra nie zapomniesz, a sensei jest pewnie zmęczona — skarciła chłopaka
Shion, spoglądając przepraszająco na Liv. — Przepraszam, od rana próbuję mu to
wyperswadować.
—
Żmudne twoje starania, ale doceniam wysiłek — westchnęła Liv, ściskając
pocieszająco ramie uczennicy. — Idziemy, bo i tak nie da nam spokoju.
—
I słusznie — przytaknął młody Uchiha, aż dreptając w miejscu z niecierpliwości.
Widać było, że gdyby tylko znał jutsu czasoprzestrzenne to nie zawahałby się go
użyć, aby już znaleźli się na polu numer cztery. — Normalnie oczy wam wyjdą, w
szoku nad moim geniuszem.
—
I skromnością.
—
Coś mówiłaś, sensei Liv?
—
Nie, nic — zapewniła prędko, dochodząc do wniosku, że nie ma najmniejszego
sensu wdawać się w zbędną dyskusję. Chłopak był zbyt podniecony wizją
pochwalenia się nabytymi umiejętnościami aby w ogóle coś zauważyć. Zresztą,
uczeń odrobinę ją zaintrygował. Świadomość, że Teleporter podzielił się jakimś
unikalnym jutsu z kuzynem elektryzowała.
~oOo~
Parę
dni później, Liv nawet nie siląc się na uprzejmości odwróciła się na pięcie
wychodząc z gabinetu Piątej. Poirytowana durnymi podejrzeniami Hokage i jej
doradców, z rozmachem otworzyła drzwi o mały włos nie zwalając z nóg czającego
się za nimi Samona.
Mężczyzna
tylko dzięki niesamowitemu refleksowi Skrytobójcy uniknął nokautu, w porę
odskakując w tył.
—
Rany, Liv — sapnął zgorszony, przyglądając się ponuremu obliczu przyjaciółki. —
Wyrwiesz je z zawiasów.
—
Trudno — warknęła przez ramię, nawet nie zwalniając kroku.
Kiedy
Senju nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem, szybko ocknął się ze zdumienia
zaraz ją doganiając. Już dawno nie widział Liv aż takiej niezadowolonej.
Chociaż nie. Po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że nazywanie tego grymasu
na twarzy dziewczyny niezadowoleniem jest istnym nieporozumieniem. Kunoichi
buchała gniewem, a w oczach malowało się prawdziwe wkurzenie. Dziś zdecydowanie
każdy powinien się mieć na baczności, bo wystarczyło jedno nieprzemyślane słowo
i Senju wybuchnie.
—
Kolejne zadanie z Uchihą? — zapytał domyślnie, bo tylko taki powód przyszedł mu
do głowy. Wciskając dłonie w kieszenie luźnych spodni uniformu, zerknął na
błękitne niebo. Zapowiadał się piękny, słoneczny poranek.
—
Nie tym razem — syknęła, mieląc w ustach przekleństwo. Chwilę później nagle się
zatrzymała i przymknęła powieki, biorąc długi, głęboki oddech aby się uspokoić.
—
Hm… w takim razie pewnie chodzi o tę twoją zabawkę.
—
Zabawkę? — Łypnęła na towarzysza podejrzliwie, wciąż nie zaprzestając prób
wyciszenia emocji.
—
No tak. Tę dzidę co przywiozłaś z ostatniej misji.
—
Lance, buraku.
—
Nieważne. — Machnął lekceważąco dłonią, bo to jak nazwą ten kijek było mało
istotne. — Podczas konsultacji na jej temat, nadarzyła się okazja abym się z
nią zapoznał. Podejrzana rzecz. Zwłaszcza, że z tego co zaobserwowaliśmy, bez
zarzutu działa wyłącznie w rękach Piątej.
—
Nie moja wina, ze widocznie reszta z was jest zbyt tępa aby prawidłowo użyć tej
broni — prychnęła ze znawstwem, schodząc z drogi jakiejś kobiecie z wózkiem.
—
Padły różnie teorie, ale żadna tak wyszukana jak twoja — zakpił, mrużąc oczy.
—
Najprostsze rozwiązania są zawsze najlepsze — podsumowała ze znawstwem,
ponawiając chód.
—
Tak i tym najprostszym, pomijającym ewentualną niekompetencję jest to, że
reaguję na czakrę. Uściślę, że konkretną.
—
Fajnie, ale w moich rękach również działała bez zarzutu.
—
No właśnie.
Senju
na te słowa uniosła pytająco brew, bo nie nadążała za tokiem rozumowania
przyjaciela. Bo jeżeli reagował również na nią to znak, że lanca nie była
przeznaczona wyłącznie dla jednej osoby. Czyli zwyczajnie spudłowali
obstawiając tę hipotezę.
—
To chyba nigdy się nie zmieni, nie? — parsknął z rozbawieniem, mierzwiąc Liv
włosy. — Ciągle zapominasz, że w twoich żyłach i Tsunade płynie ta sama krew
Senju.
—
Och.
—
No, och, och… — potaknął, zakładając ręce za głowę i wystawiając twarz do
słońca. — Tak więc za szybko jej nie odzyskasz zwłaszcza po tym zaproszeniu do
Krainy Śniegu.
—
O tym też wiesz?
—
Pracuję w ANBU, mała. Nic się przede mną nie ukryje.
~oOo~
Shisui
poprawił się odrobinę na gałęzi, wytężając słuch. Najchętniej podkradłby się bliżej,
ale jak nic zostałby zauważony, a wtedy całą akcję by szlag trafił. Chociaż i
teraz nie wróżył jej zbytniego powodzenia. Po pierwsze, nie przypuszczał aby
kuzyn wyciągnął wnioski z ostatnich wydarzeń żeby teraz wiedzieć, że tylko
błaganiem na kolanach cokolwiek ugra. Bo wyjaśnienia wyłącznie go pogrążą. Zresztą,
jak można tłumaczyć zatajenie posiadania narzeczonej? No właśnie, nie można. Po
drugie, czemu na spotkanie takiej rangi wybrali pole treningowe! Parków mało? Kawiarnie
też są niegodne Uchiha, czy jak? Chyba, że Itachi działał pod wpływem impulsu…
ale nie, niemożliwe.
—
Senju, chcę porozmawiać. — Itachi stanął na brzegu rzeczki, spod oka obserwując
jak Liv bezskutecznie usiłuje zmienić jej bieg samą siłą woli bez użycia
pieczęci. I choć woda nie należała do głębokich — dziewczyna stała w niej po
kolana — to jednak zadanie należało do wyjątkowo trudnych, bo nurt miała
wyjątkowo silny.
—
Nie mam czasu — prychnęła w odpowiedzi, nawet nie zaszczycając bruneta
spojrzeniem. Zamiast tego otarła z czoła pot, spoglądając na horyzont.
Shisui słysząc tę wymianę zdań, odczuł
przemożną ochotę aby przywalić czołem w drzewo. Najlepiej czołem kuzyna, bo jak
zwykle popełnił błąd już na wstępie. Kiedy do diaska ten baran przestanie mówić
do Liv po nazwisku?! Nie wiedział, że z automatu to budzi w niej agresję?
—
Powinno cię to zainteresować, bo dotyczy zaproszenia do Krainy Śniegu.
—
Owszem, o tym chętnie posłucham. Zamieniam się w słuch — odparła, w końcu odwracając się do Itachiego. Przez
chwilę mierzyła go nieprzychylnym wzrokiem, po czym westchnęła ciężko wychodząc
na brzeg.
Shisui
teraz już jawnie zazgrzytał nerwowo zębami, krzyżując ręce na piersi. Czyli ten
gamoń nie przyszedł łagodzić stosunków, a został wysłany przez Hokage. A już
myślał, że ta dwójka cokolwiek mu ułatwi. Ale nie, bo po co. Przecież dobrze
jest jak jest...
Reszty
rozmowy już nawet nie podsłuchiwał, teleportując się do domu. Nie widział
potrzeby, bo doskonale zdawał sobie sprawę, co chciała Piąta od Senju. Nakazała
dziewczynie sprawdzenie wszystkich dzienników ojca, czy jest tam cokolwiek
związane z tą krainą. Być może tam znajdą wskazówkę kim jest tajemniczy nadawca
listu.
Ogółem wiele
osób oddelegowano do pracy nad tym zadaniem. Kakashi Hatake został wysłany na
rekonesans, a on wraz z kilkoma ANBU analizował dokumenty Danzo w poszukiwaniu czegoś
co może rzucić jakieś światło na zaistniałą sytuację. Co by nie mówić o
Shimurze to jednak szpiegów rozlokował wszędzie. I jeżeli ktokolwiek coś
wiedział na ten temat to właśnie on.
Achhhh.... No i jak tu nie kochać tego Kazamy - no nie da się :P Nawet Itachi mimo mojego uwielbienia do niego to tu no cóż... nie dorasta mu do pięt. Mam nadzieję że następnym razem bardziej skupisz się na teraźniejszych wydarzeniach i rozwiniesz wątek naszego trójkącika, bo czuję ogromnyyy niedosyt :P Może pokusisz się o jakąś konfrontacje " Kazama v Itachi bo czekam na nią zniecierpliwością od dawna. No i nie każ czekać na następny rozdział tak długo- dodaj choćby jutro :)
OdpowiedzUsuńAnn pozdrawia :*
Mówiłam, że dużo Kazamy będzie i słowa dotrzymałam. Ten demon jest do schrupania. Co do Twoich nadziei to zobaczymy... Ci panowie średnio się trawią, chociaż jakby popatrzeć z boku to wyjątkowo nie skaczą sobie do gardeł^^. Aż dziwne, nie?
UsuńDzięki za komentarz i pozdrawiam cieplutko <3
Mam myśl odnośnie Shisuiego :D Tak się stara pogodzić i wyswatać kuzyna z Liv ze zapomina o swoim życiu haha oczywiście swoim zaangażowaniem denerwuje Itachiego :D i tu uruchomił się mój mózg podsuwając mi pewną myśl :D Jakby tak to Shisui poznał jakąś (albo już poznał a ukrywa) swoją Dame Serca hahaha Itachi ich zauważa i postanawia wkroczyć dokuczając kuzynowi w ten sam sposób :D Co sądzisz?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Nawet Amai mówi ze ciągle jest na misjach :D
UsuńChłopak wcale nie ma własnego życia, tylko zajmuje się niedorozwiniętym uczuciowo kuzynem. Nie ma czego zazdrościć, bez kitu.
UsuńZemsta Itachiego? Nie, myślę, że akurat Łasic jest pomad takie zabawy XD.
A Shisui to pracujący człowiek, co zrobić. Klan ma na utrzymaniu XDDD.
Rozdział cudowny tylko dlaczego tak mało Itachiego ?! Wiem że Kazama coraz więcej zyskuje i owszem jest cudowny ale jednak wolę Liv z Itachim. Ale przez ich upartość mam aż ochotę zgrzytać zębami, dobrze ze jest tam jeszcze Shisui, jest dla nich nadzieja. Cały czas ciekawiło mnie jak umarł ojciec Liv i wow, jestem pod wrażeniem pomysłu i wykonania. Kazama dzięki przeszłości ma sporą przewagę i aż dziwię się że Liv nigdy z nim nic ten tego ekhem nie zabrnęła tak daleko jak z Itachim, no chyba że się jeszcze czegoś dowiemy 😀 Widzę ze Amai zostaje w wiosce, to dobrze może nakłoni Liv to jakiegoś działania albo ułożą z Shisuim wspólny plan 😀 A co do wspomnień to ciekawa jestem jak wyglądało pierwsze spotkanie Liv i Itachiego i co sobie wtedy pomyśleli o sobie kiedy jeszcze się tak nie znali . Rozdział bardzo ważny, nawet jeśli akcja niewiele ruszyła do przodu. Czekam na więcej i błagam nie każ nam długo czekać. Teraz już oprócz regularnego czytania będę tez zostawiać komentarze. Wysyłam dużo weny i błagam o więcej wspólnych scen Liv i Itachiego 😍 Scarlett M.
OdpowiedzUsuńNie da się zadowolić wszystkich, ot co.
UsuńItachi troszkę odpłynął w cień bo nie może być cukierkowo i lekko tym naszym uparciuchom. Życie jest okrutne i złe, a już zwłaszcza wtedy gdy spodziewasz się słońca, a tam ciach, stoisz prosto pod rynną. (Taki bełkot odautorski XD).
Co nie? Też się zastanawiam czemu do diaska Liv nigdy nie była z Kazamą. Czy ona nie ma nic litości nad nim? Trzeba to rozkminić XD.
W sumie to mogłoby być ciekawe... takie pierwsze wnioski. No bo wiadomo, niby coś tam się znali za młodu bo tatusiowie się kumali, ale no... hm... ciekawy i intrygujący pomysł.
Tak, pisz komentarze! Komentarze wenują autora! Mówię Ci, takie cuda działają. Dziękuję Ci za komentarz i pozdrawiam ciepło.
P.S. Sceny Itachi&Liv... chyba nie mam koncepcji chwilowo XD. Szukam inspiracji D:...
Jeeeeeeeeej <3
OdpowiedzUsuńKocham to, ale błagam dziewczyno zlituj się i daj więcej Itasia i Liv ♥
Pomyślimy zobaczymy^^. Może nie będę sie AŻ tak nad Wami znęcać <3
UsuńWrócił Shisui! Juhuuu!!! I znowu będzie knucie, i intrygi, i rozkminy jak by tu pogodzić pewną pierwszoplanową parę głupków :) a Liv i Itachi raczej nie przejawiają skłonności do współpracy, co zresztą wiadomo nie od dziś. Cóż, mogliby raz na ruski rok ułatwić teleporterowi robotę i chociaż udawać, że żyją w przyjaźni. Wtedy Shisui mógłby zacząć czarować konohańskie dziewczęta :) A tak to pewnie cierpi chłopak na notoryczny ból głowy kiedy te wszystkie spiski palą na panewce
OdpowiedzUsuńKto to u licha jest Sanosuke?
Tajemniczy adorator panny Amai został najwyraźniej ujawniony. Super, tylko, że za nic nie potrafię sobie przypomnieć czy postać o takim imieniu występowała gdzieś, wcześniej?
Pozdrawiam i weny życzę :)
Huehuehue... Shisui wrócił do gry! Czuję ten Twój entuzjazm nawet przez ekran <3.
UsuńPodoba mi się Twoje podsumowanie. Przez głupie zawirowania u kuzyna nie ma czasu na konoszańskie dziewoje... umarłam ze śmiechu xD.
Nie, nie... nie było takiej postaci, ale postanowiłam temu tajemniczemu shinobi z ptaszarni Konoha nadać imię. Niech ma i się cieszy. Niech już nie będzie panem X, ale nie ukrywam, że on jest postacią epizodyczną. Nie chcę się zagłębiać w nową postać. Niech ten pan będzie tłem Amai XD.
Dziękuję za opinię, wenę przygarniam i pozdrawiam cieplutko <3
Tym rozdziałem rozwiązałaś jedną z zagadek jakie mnie nurtowały- w jaki sposób zginął ojciec Liv. Kazama jest blisko niej, jest mega cierpliwy, jest zawsze wtedy, kiedy ona go potrzebuje. Normalnie aż się człowiek dziwi, że Liv jeszcze z nim nie jest. Co do Itachiego, to z chęcią bym go przytrzymała Shisuiemu, kiedy będzie tłukł jego zakutym łbem o drzewo. Itachi albo jest jakiś ułomny, albo coś kombinuje.
OdpowiedzUsuńJa wszystko prędzej czy później wyjaśnię! Cierpliwości. A przynajmniej taki mam plan XD.
UsuńDlaczego nie są razem? Bo kuźwa Liv jest bez serca i do tego ślepa. Heh, ale czy tak właśnie nie jest w życiu? Ignorujemy tych właściwych a wybieramy dupków (sorry Uchiha XD).
Ach, w tym zdaniu widać tę więź pomiędzy kuzynami, nie? Skoro nie można słowami to trzeba czynem przekonać przyjaciela. Cóż za poświecenie... I za to kochamy Teleportera :"D.
Kazama jest twoj? Nie to ze to neguje czy cos ale ja zawsze mialam przed oczami wizje Chikage Kazamy z Shinsengumi no Kitan ale nic... w kazdym razie i tego i twojego uwielbiam i choc z poczatku bylam nastawiona do niego ba 'okej zyj gdzies w cieniu opowiadania jako ciekawa postac drugoplanowa' a Itachiego wywyzszalam pod wyzyny nieba to o tyle panu Uchiha podziekowalabym teraz za wspolprace i zyczylabym dalszych sukcesow na drodze zycia a na pierwszy plan wysunelabym Kazame gdyz moja milosc do niego jest nieustajaca i niemozliwa do pomierzenia xD i z kazdym odcinkiem jest gorzej - tylko coraz bardziej go lubie. Nawet jesli w danym rozdziale nie wystepuje ( ^ิ,_^ิ) bo wtedy za nim tesknie i jak Itas cos zwali to wlacza mi sie myslenie 'a Kazama zrobilby to lepiej' xp
OdpowiedzUsuńSorry za brak polskich znakow ale pisze z telefonu (°ㅂ° ╬)
Mam nadzieje ze w nastepnej czesci pojawi sie Kazama (nie tylko we wspomnieniach) (´へωへ`*)
Tymczasem weny weny weny! 🐰💕
~Kita-pon
Jak zwykle czujna. Ja to nie wiem, chyba zacznę Ci jakiś gwiazdki jako ordery wysyłać. Dobrą masz wizję, bo wizualnie jest to ten pan, ale charakter raczej ma mój. Opakowanie i tożsamość se przywłaszczyłam, a co. Kto Bogatemu zabroni.
UsuńKazama ukradł show Itachiemu, taka prawda. Jeżeli Uchiha nie zepnie pośladów to nikt nie zostanie w jego fanklubie XD.
Brak polskich znaków wybaczam. W końcu lepiej bez nich niż bez Twojego komentarza. Tego bym nie przeżyła D:. Dzięki za opinię i wenę <3. Pozdrawiam
Mimo że postać Kazamy jest bardzo intrygująca ja jednak jestem tradycyjnie TeamItachi. Jakkolwiek super postacią okazał sie Kazama zachowuję wiernosć Itasiowi bo jednak Uchicha to Uchicha, a to mówi samo za siebie. Czekam na dalszy rozwój akcji i może jakąś ciekawą konfrontację między Itachim a Kazamą :P
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Huhuehuehue... taka wierność to skarb. Rozdział się powoli tworzy - wolniej niż bym chciała, ale no życie ssie. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam cieplutko <3
UsuńSuper szybkie załapanie, że wyszedł nowy rozdział... Don't ask...
OdpowiedzUsuńCzytając o tej broni miałam wizję miotły Harry'ego... Wtedy dostał ją od Syriusza i też ją sprawdzali!
Uchiha jak zwykle niezgłębiony... Nie wiadomo nad czym tam myśli...
Senju... To Senju, wszyscy wiedzą jaka jest...
Shisui. Boże jak ja go kocham. Jeśli go uśmiercisz, to obiecuję, że zacznę cię nawiedzać i gnębić!
Żartuję, tylko gnębić :)
Życzę weny i pozdrawiam! ♥
Refleks, to chyba Twój atut XD. No, ale już się nie śmieję. Ważne, że w końcu tu do mnie zajrzałaś i zostawiłaś po sobie ślad^^.
UsuńOooo... rzeczywiście, teraz mi to uświadomiłaś jak podobnie to wyszło XD. Lanca i miotła... prawie podobne, w końcu obie te rzeczy są długie XD.
Niezgłębiony Itachi... coś w tym jest. Chociaż może on już odpuścił? Któż to wie...
Trafne podsumowanie Liv :"D.
Shisui i życie wieczne... pomyślimy XD. Może będzie długowieczny jak Madara? Nie no, tak se żartuję. Nie planuję zakładać mu stryczka na szyję, ale misję ninja są niebezpieczne :>.
Dziękuję Ci za komentarz i pozdrawiam cieplutko <3.
Ah przeczytałam wszystkie rozdziały i normalnie cudo ! Jeden z najlepszych blogów na jakie trafilam =) ja też kibicuję Liv i Itachiemu i czekam z niecierpliwością na next rozdział ;)!
OdpowiedzUsuńCieszy mnie, że dołączyłaś do grona moich cudownych czytelników. Dziękuję za miłe słowa, są wielce budujące i motywujące do dalszej pracy.
UsuńTeam Liv&Itachi dostał świeżą krew, może dzięki temu podoła walce z Teamem Kazamy XD.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam cieplutko :3