Coś na te afrykańskie upały. Takie nic, ale jednak
coś. Ku uciesze tłumu :”D. Żeby nie było, że się lenie. Znaczy w sumie chyba na
razie odpuszczę męczenie laptopa i wrócę do notatek ręcznych, bo kurna tylko
patrzeć jak sprzęt mi się ugotuje. Skoro ja się roztapiam, to on tym bardziej.
Tradycyjnie niebetowane.
Jest to kontynuacja TIME FOR LOVE, ale nie
przewiduję kolejnych części. Chyba, że skrobnę takie sytuacje z życia. Ciekawa scena,
czy inne wydarzenie, które umili Wam czekanie na tasiemce główne XD. Ale nie
obiecuję.
Nie przedłużając, zapraszam. Buziaki Kochani <3.
Liv wzięła
głęboki uspakajający oddech, zamykając szafkę. Z zasięgu wzroku znikły wszelkie
ozdoby walentynkowe, a puste ściany skutecznie przywracały ich do szarej,
codziennej rzeczywistości. Laba odeszła bezpowrotnie. Ponownie najważniejszym
celem placówki było wpajanie wiedzy nawet najbardziej odpornym nastolatkom, a
nie wątpliwej jakości rozrywka. Szkoła powoli wracała do normalnego
funkcjonowania po eksperymentach z walentynkami i należało skupić się na nauce.
Minęły te dziwne dwa dni, kiedy nauczyciele musieli znosić rozgadanych oraz
rozkojarzonych miłosną aukcją uczniów. Skończyło się przymykanie oczu na pewne
sprawy.
Liv zmarszczyła
odrobinę brwi, zaciskając mimowolnie zęby. Naprawdę się starała ignorować te
wwiercające się w plecy spojrzenia innych uczniów, ale powoli traciła
cierpliwość. Czuła się jak jakiś okaz w zoo, albo eksperyment naukowy. Do tego
dochodziły te irytujące szepty. Normalnie szum jak w ulu. Potarła uspakajająco
grzbiet nosa, drugą ręką poprawiając zsuwającą się z ramienia torbę. Doprawdy,
nie wiedziała jak to przetrwa.
Domyślała się
czym jest to spowodowane. Nie wiedziała jak, ale jakimś bliżej niewyjaśnionym
cudem, reszta populacji dowiedziała się, że ona i Itachi stanowią parę. Może
ktoś ich widział? Mało prawdopodobne, ale istniała taka szansa. Chociaż może
nie wiedzieli, a jedynie strzelali? W końcu po pierwszym dniu walentynkowej
akcji, już zostali mianowani najbardziej egzotycznym związkiem w szkole. Bo
takie zero jak ona — tak, radośnie pomijano osiągnięcia sportowe Senju — może
spotykać się z osobą o niemal boskim statusie. Plebs wmieszał się w szlachtę.
Ten fakt jednocześnie dawał nadzieję reszcie szkolnej społeczności, że nic nie
jest niemożliwe, a przy okazji budził żywą zazdrość. Bo dlaczego akurat ona? W
każdym razie, najrozsądniejszym wyjściem było ignorowanie tego całego
zamieszania
— Liv? Jak
dobrze, że cię znalazłem. — Zziajany profesor Dan, stanął przed zdumioną dziewczyną
podpierając się pod boki. Czas naglił, a tu większość drużyny jakby zapadła się
pod ziemię. Co on z tymi dziewczynami miał.
— Coś się stało,
profesorze?
— Zaraz stało —
prychnął z rozbawieniem, a uwadze Liv nie umknęło jak otaksował wzrokiem przechodzącą
obok nauczycielkę biologii, pełniącą jednocześnie funkcję dyrektorki tego przybytku.
Zdarzało się to
już kilkakrotnie, że gdy tylko na horyzoncie pojawiała się profesor Tsunade to
trener dziwnie gubił wątek, ale Senju nie wnikała. Nie należała do osób trudniących
się plotkarstwem. Zresztą, lubiła opiekuna więc życzyła mu jak najlepiej. Nawet
jeśli nieostrożnie ulokował swoje uczucia w groźnej blondynce. Może kręciło go
życie na krawędzi?
— W każdym
razie. Potrzebne mi są plany zajęć każdego członka drużyny, aby dopasować
dogodne godziny treningów. Chyba nie muszę przypominać o zbliżających się
rozgrywkach?
— Oczywiście, że
nie — zaperzyła się Liv, aż nadymając z oburzenia. Po katastrofalnym starcie w
zeszłym roku obiecała sobie, że w tym staną na podium. Choćby miała przypiekać
koleżanki żywym ogniem, to zmusi je do większej mobilizacji na zajęciach. Nie
brała pod uwagę innej możliwości niż zdobycie tytułu. — Zaraz napiszę
dziewczynom wiadomość żeby przyniosły trenerowi wszelkie dokumenty. Mają je
podrzucać do kantorku?
— Super. I tak,
kantorek będzie okej. Postaramy się nie angażować w całe przedsięwzięcie
dyrekcji, no chyba, że nie będzie wyjścia — stwierdził, wkładając plastikową
podkładkę do notowania pod pachę. Nie było tajemnicą, że nie przepadał za
zastępcą dyrektora, a to on najczęściej rozwiązywał takie sprawy. — Dziś
trening bez zmian.
— Rozumiem.
Itachi całą
swoją siłą woli ignorował wbity w siebie wzrok kuzyna, starając się w pełni
skupić na wędrujących po niebie chmurach za oknem. W zasadzie zastanawiał się
po cholerę przystał na propozycję Shisuiego. Chłopak wyciągnął go na trybuny
hali sportowej twierdząc, że muszą pogadać, a teraz milczał jak zaklęty.
Wzdychając ciężko, sięgnął do suwaka torby w poszukiwaniu odtwarzacza muzyki.
Cóż, skoro przyjaciel zamierzał w nieskończoność podziwiać jego profil to nie
będzie mu bronić. Nie będzie ani pierwszy ani ostatni, który się na niego gapi.
— Kurna, Itachi!
Nic, nie powiesz? Kompletnie? — odezwał się z jękiem Shisui, kopniakiem
odsuwając torbę poza zasięg bruneta. Nie, nie, nie. Nie pozwoli mu się schować
za słuchawkami.
— Na temat? —
Ciemne oczy łypnęły na kolegę z umiarkowanym zainteresowaniem.
— Jak to o czym?
Jaja sobie ze mnie robisz?
— Nie bardzo. —
Nie, Itachi nie należał do ludzi głupich ani naiwnych. Jednak, nie zamierzał
poruszać interesującego kuzyna tematu. Przynajmniej z własnej woli. Jakby nie
patrzeć, to jego prywatne sprawy.
— Dobra. Wolisz
prosto z mostu, niech będzie — westchnął Shisui, z irytacją przeczesując
grzywkę. — Wywalenie z toru kartingowego
Kakuzu i Hidana, pomogło?
— W czym?
— Wiesz, aż się
prosisz abym powiedział coś nie w moim stylu.
— A ty o
przestawienie nosa.
— Okej, okej. —
Shisui uniósł dłonie w obronnym geście, zaraz uśmiechając się chytrze.
Przeniósł wzrok na wchodzące na boisko uczennice, rozsiadając się wygodniej i
zaplatając ręce za głową. — Chociaż ja i tak wiem swoje. Twój dobry humor cię
zdradza, Łasic.
— To po co
głupio pytasz?
— Ciekawy byłem
jak mi odpowiesz, to wszystko.
— W końcu cię
zgubi ta ciekawość.
— Mhm… — mruknął
przymykając powieki i kładąc nogi na oparciu siedziska przed sobą. Mało się
przejął ostrzeżeniem kompana. Nieraz się spierali, ale jeszcze nigdy nie doszło
do rękoczynów. Poza tym, Shisui należał do ludzi, którzy lubili wiedzieć co w
trawie piszczy.
~oOo~
Liv westchnęła
ciężko, odgarniając z twarzy włosy nie do końca wysuszone po prysznicu. Odbyty
trening należał do jednych z intensywniejszych jakie ostatnio udało im się rozegrać,
ale koleżanki z drużyny zamiast skupić się w pełni na grze, wciąż snuły domysły
na temat jej związku z Uchihą. Ona zwyczajnie padała na pysk, a one zachowały
masę energii aby molestować ją pytaniami. I o ile — dla świętego spokoju —
udzieliłaby im jakiś mniej ważnych informacji, to one oczekiwały pełnej
relacji. Nie jakieś ogólne fakty, a szczegółowy wywiad. Padały również
absurdalne pytania. Bo kurna, jak niby miała odpowiedzieć na pytanie, jak
Itachi pachnie? Co czuje gdy dotyka jego ręki? Czy widziała go nago? Po tym
ostatnim, w szoku aż prawie zgubiła ręcznik. Kiedy zrozumiała, że te harpie nie
odpuszczą, zwyczajnie ewakuowała się z szatni.
— Cześć.
— Hm? — Liv
uniosła pytająco brwi na widok jakiegoś nieznajomego blondyna, opartego o
ścianę. Długie włosy związane w wysoką kitkę odsłaniały niebieskie oczy, które wpatrywały się w nią czujnie. — My się
znamy?
— Jeszcze nie —
przyznał, leniwie ruszając w stronę Liv. — Szukam Itachiego.
— Zły adres. To
jest damska szatnia — zauważyła przytomnie, marszcząc brwi. Wokół nieznajomego
unosiła się nieprzyjazna aura, która tylko wzmogła czujność Senju.
— Domyśliłem
się, że Konoha raczej nie stawia na koedukację w tym konkretnym przypadku —
prychnął chłopak, zatrzymując się przed Liv. — Może powiesz mi gdzie go znajdę?
— Dlaczego?
— Bo o to
proszę.
— A sprawdzałeś
w domu? Zważywszy na godzinę jest to najbardziej prawdopodobne. — Liv zmierzyła
spojrzeniem blondyna, dumając skąd tak właściwie wiedział, że zna Uchihę. No
dobra, w zasadzie każda dziewczyna ucząca się w tej placówce zdawała sobie
sprawę kim jest Itachi, ale ten typek specjalnie tu na kogoś czekał. Na nią?
Mało prawdopodobne, ale jednak. A może już nikogo w budynku nie znalazł, a
usłyszał ich grę to postanowił przyczaić się na korytarzu. Taka możliwość
również istniała i miała rację bytu.
— Nie znam
adresu.
— No to ci nie
pomogę, bo ja też nie znam. Przykro mi — rzuciła przez ramię, wymijając
nieznajomego. Cóż, nawet jeśliby chciała to nie potrafiła mu wskazać drogi. W
końcu nie była u Itachiego w domu i jakiś specjalnie się nie spieszyła, aby tam
trafić. Spotkanie reszty jego rodziny napawało Liv istnym przerażeniem i miała
nadzieję, że w razie co uda się tę wizytę odwlekać w nieskończoność. Zresztą,
tworzyli parę dopiero od kilku dni więc po co aż tak wybiegać w przyszłość?
Może ich relacje zamiast się rozwijać w pozytywną stronę, zostaną zduszone w
zarodku.
~oOo~
Liv z
westchnieniem zamknęła drzwi od pokoju, zaraz padając na łóżko. Czuła się
wyczerpana, a do tego dochodziło to zmęczenie psychiczne. Doprawdy, jeżeli
każdy trening miał tak wyglądać to serdecznie podziękuje. Bo okej, wysiłek
fizyczny na ćwiczeniach to sprawa normalna — trzeba szlifować kondycje — ale to
ciągłe maglowanie przez dziewczyny już nie. A już najzabawniejszy był użyty
argument, który niby miał zmusić Senju do spowiedzi. Jaki? A taki, że stanowią
drużynę. Naprawdę, słysząc ten absurd, zmierzyła wzrokiem każdą z koleżanek
zastanawiając się gdzie zgubiły mózgi przez te kilka dni. Co ma zespół do jej
prywatnych spraw? No dobrze, w ramach koleżeństwa rzuciłaby im jakieś
ciekawostki na otarcie łez, a raczej żeby nie pękły od spekulacji. Jednak
sprawy w jakie usiłowały się zagłębiać stanowczo wkraczały w intymną część
relacji Liv i Itachiego.
Aż podskoczyła
słysząc przytłumiony sygnał komórki, wydobywający się z porzuconej przy
drzwiach torby. Tłumiąc barwne przekleństwo przekręciła się na brzuch,
wlepiając w nią spojrzenie. Bardzo, ale to bardzo nie chciało się Liv po nią
wstawać i szybko analizowała czy może dzwoniącego olać. Po paru sekundach
wpatrywania, niechętnie się podniosła po irytujące urządzenie. Naprawdę chciała
zignorować telefonującego, ale bardzo prawdopodobnie, że dzwonił ojciec.
Zapewne po to
aby poinformować, że się spóźni, albo nie wróci wcale na noc bo zatrzymały go
sprawy w firmie. Jednym słowem, żadna nowość. Senju przyzwyczaiła się do nieobecności
Kamiramy, które się nasiliły gdy podrosła. Teraz ojciec czuł się
usprawiedliwiony ponieważ już nie była smarkulą, więc nie potrzebowała aż
takiej opieki.
Wzdychając
ciężko, zerknęła na wyświetlacz. Odczytując obcy numer, zmarszczyła nos, ale
odebrała. W końcu może to któraś z dziewczyn z drużyny coś chciała.
— Słucham?
— Zapomnieliśmy
się wymienić numerami.
— Ta? Jakoś ci
to nie przeszkodziło w zadzwonieniu — parsknęła, z powrotem kładąc się na
posłaniu. Dziwnie się czuła ze świadomością, że rozmawia z Uchihą. Niby sama
się zgodziła na kontynuowanie tej znajomości, ale mimo wszystko odczuwała
speszenie. Cholera, ten dupek nawet
przez telefon sprawiał, że traciła pewność siebie.
— Potrzeba matką
wynalazku.
— Chyba
szlifowania się w złodziejskim fachu — mruknęła świadoma, że albo jej numer
wygrzebał z kartoteki uczniowskiej, albo zdobył od którejś z koleżanek z
drużyny. W jednym i w drugim wypadku dla kogoś takiego jak Itachi to bułka z
masłem.
— Jak zwał tak
zwał… co robisz wieczorem?
— Już jest
wieczór — stwierdziła zerkając za okno. Nawet z tej pozycji widziała blask
latarni stojącej przy ulicy.
— Nie ułatwiasz.
— Naprawdę? —
zakpiła, uśmiechając się szeroko. Zaraz jednak spoważniała przypominając sobie o
incydencie pod szatnią. — Jakiś chłopak cię szukał w szkole. Ewidentnie uczeń
innej placówki.
— Jakiś… to
wiele ułatwia… jak wyglądał?
— Blondyn w
kitce — uściśliła, przewracając oczami na dźwięk drwiącego prychnięcia
chłopaka.
— Ah… to na
pewno Deidara. Zaraz się z nim skontaktuje. No, więc?
— Co, no więc?
— Plany na
wieczór?
— Spanie.
— Przed spaniem
musisz coś zjeść. Pizza?
— Jestem po
treningu, nie chce mi…
— Z dostawą do
domu.
— Może i bym
zjadła… — przytaknęła w zamyśleniu, zastanawiając się czy aby to nie za szybko
aby wpuszczać Uchihę do domu. Z drugiej strony, kiedy jak nie dziś? Ojciec
jeszcze nie wrócił, a więc Itachi uniknie przesłuchania… — Zaraz do ciebie
oddzwonię z odpowiedzią.
— Czekam.
Błyskawicznie
wybrała numer z listy kontaktów, aktywując połączenie. W oczekiwaniu
niecierpliwie stukała palcami o narzutę, wgapiając się w drzwi szafy. Nie mogła
postępować pochopnie, a już z pewnością prowokować losu. Konfrontację Itachiego
z ojcem należało jak najbardziej odwlec w czasie. Dopiero startowali ze
związkiem, więc nie chciała aby Kamirama wszystko zepsuł. Westchnęła ciężko na
samą myśl o wywiadzie jaki prędzej czy później czeka chłopaka. No chyba, że
wszystko się rozpadnie przed tym faktem.
— Halo? Cześć
tato… — poprawiła aparat przy uchu, słysząc jakieś rozmowy w tle. Wniosek był
prosty, ojciec wciąż pracuje. — Za ile wracasz?
— Nieprędko.
Mówiłem przecież, że do firmy przejeżdżają nowi inwestorzy.
— No tak, ale… —
Liv zmarszczyła nos z rozczarowania. Jakaś część niej pragnęła aby rodziciel
już wracał i żeby mogła z czystym sumieniem spławić Uchihę. Nie, nie dlatego,
że nie chciała go widzieć. Raczej właśnie dlatego, że nie miała nic przeciwko.
— Liv, naprawdę jestem
zajęty. Zamów sobie jakąś kolację i nie czekaj na mnie. Zamknij wszystkie zamki,
mam klucze. Pa.
— Pa… — mruknęła
skonsternowana, spoglądając na komórkę. Czyli teraz wypadało zadzwonić do
Itachiego. Tylko czy aby na pewno czuła się gotowa na zostanie z nim sam na
sam? Niby na torze kartingowym jej nie zjadł ani nie ugryzł, ale… Na samo
wspomnienie zrobiło się Liv gorąco, w reakcji na co schowała twarz w narzutę.
Może lepiej żeby odmówiła. Nie powinni się śpieszyć. Ledwie o tym pomyślała, a
na dole rozległ się dzwonek do drzwi.
— No co za licho
— wymamrotała, zbiegając po dwa stopnie na dół ściskając komórkę w ręce. Jak
tylko spławi intruza, zaraz zadzwoni do Itachiego wymigując się zmęczeniem.
Tak, to brzmiało logicznie zważywszy na intensywny trening, i tylko odrobine
brzmiało tchórzliwie. Kierując się tym postanowieniem, z rozmachem otworzyła
wejście.
Pierwszym co się
Liv rzuciło w oczy to duże, płaskie kartonowe pudło, które jak nic zawierało
pizze. Zbyt zdumiona dopiero po sekundzie przeniosła wzrok na dostawcę, bez
zdziwienia odnotowując, że stoi przed nią Uchiha. Czyli jak zwykle postąpił po
swojemu. Wzdychając cicho, uniosła drwiąco brew.
— Zdaje się, że
miałam oddzwonić.
—
Zniecierpliwiłem się siedząc w samochodzie. — Brodą wskazał na stojące na
podjeździe auto.
— Czyli w
zasadzie nie interesowała cię moja odpowiedź.
— Zamierzałaś
mnie zbyć — stwierdził z prostotą, patrząc Liv w oczy. — Pozwolisz mi wejść czy
zjemy na progu?
— Pizza wchodzi,
ty zostajesz? — spróbowała Senju, mimo wszystko robiąc chłopakowi przejście.
— Nic z tego.
Jestem w pakiecie.
— Ta, ta… prosto
do końca — westchnęła, zamykając i po chwili ruszyła za Itachim. No cóż, po
prostu musi się dostosować. Jakoś to będzie.
~oOo~
Liv spod rzęs
obserwowała siedzącego na pufie Itachiego. Brunet w żaden sposób nie
sygnalizował chęci opuszczenia jej domu, a przecież już zjedli. No dobrze, już
nie będzie taką zołzą i go nie wyrzuci. W końcu przyniósł żarcie. Tak, dziwnym
trafem Uchiha zamówił pizze, która była zjadliwa, a nawet w sumie smaczna. Nie
cudował ze składnikami, więc niczym nie podpadł Senju. Żadnych oliwek, kukurydzy
czy ostrych papryczek. Aż odetchnęła z ulgą, kiedy żadnego z tych dodatków nie
ujrzała po otworzeniu pudełka.
— Jesteś sama?
— A co, badasz
teren żeby mnie zamordować?
— Tak. To taki
mój znak rozpoznawczy, że najpierw karmię ofiarę — zakpił, zerkając na Liv znad
smukłej szklanki z colą.
— Są różne
skrzywienia. — Senju rozsiadła się wygodniej na kanapie, pilotem włączając
wieżę stereo. Doszła do wniosku, że grająca w tle muzyka jakoś rozładuje
napięcie gdy zapadnie pomiędzy nimi cisza. Kiedy znalazła jakąś interesującą
stację odłożyła sterownik i podkurczyła nogi pod siebie.
— Wciąż nosisz
tę bransoletkę.
— Hm?
Nawet nie
zwróciła uwagi, że przyglądając się Itachiemu bawi się zawieszoną na nadgarstku
ozdobą. Pamiętała, że przed drugim dniem walentynkowej aukcji zastanawiała się
czy czasem nie powinna jej zdjąć, ale w końcu zrezygnowała. Do momentu jak
Uchiha nic nie insynuował udawała, że nic się nie dzieję. Że to biżuteria jak
każda inna. W końcu, tajemniczy adorator dziwnie zamilkł, więc nie było o co
kopi kruszyć. Zapewne zrezygnował widząc, że w drogę wszedł mu
najpopularniejszy uczeń w szkole.
— No tak… podoba
mi się — powiedziała powoli, sondując reakcję rozmówcy. Gdyby Uchiha bardzo się
wściekał i boczył, to dla świętego spokoju pozbędzie się bransoletki. Jednak,
na pewno nie zrobi tego z własnej woli.
— Pasuje ci.
— I tylko tyle?
— zapytała autentycznie zaskoczona. Wzmianka o podarunku od tajemniczego
wielbiciela, według Liv prowadziła do jednego. Mianowicie do zasugerowania aby
ją zdjęła, a tu? Nic. Suche stwierdzenie faktu, które zamykało temat.
— Spodziewałaś
się czegoś innego? — Itachi odłożył naczynie na blat i przysiadł się do
dziewczyny na kanapę. Ujął za rękę i uniósł tak, aby dokładniej obejrzeć
ozdobę. Dłuższą chwilę patrzył jak czerwony kamień mieni się pod wpływem
światła, po czym uśmiechnął się złośliwie. — Pewnie awantury.
— No, nie
zupełnie, ale…
— Nie po to ci
to dałem żebyś teraz ściągała — poinformował spokojnie, pstrykając Liv w nos.
— Słucham?
— Pomyśl
logicznie.
Senju aż
zmrużyła powieki, kiedy dotarła do niej prawda, której się nie spodziewała
nawet najśmielszych snach. I w sumie Itachi miał rację, bo tylko takie
rozwiązanie zagadki dawało wyjaśnienie dlaczego nie ma nic przeciwko, że
bransoletka wciąż tkwi na jej przegubie. Do tego, nadziała się na Uchihę zaraz
po rozpakowaniu pudełeczka z biżuterią. Czyżby z ukrycia obserwował reakcje?
— To dlatego tam
byłeś…
— No cóż… nie
zdążyłem się ewakuować z miejsca przestępstwa.
— Kwiaty to też
twoja sprawka?
— Zgadnij.
— No, kto by
pomyślał, że z Uchihy taki romantyk.
— W twoich
ustach to brzmi jak coś złego — westchnął Itachi, spoglądając na nią spod rzęs.
— Nie, ja raczej
się zastanawiam jak ten fakt jeszcze nie krąży po szkole jako najgorętsza
plotka — zamyśliła się, odchylając na oparciu.
— A jesteś na bieżąco
z plotkami?
— Nie, ale
niektóre docierają nawet do mnie — mruknęła, zerkając na chłopaka.
— I nie oddają
nic prawdy.
— Skąd wiesz?
— Proszę cię… —
prychnął, nawet nie zamierzając rozwijać tematu.
Cóż, Liv się
Itachiemu poniekąd nie dziwiła. To musiało być męczące, kiedy codziennie słyszy
się o sobie coś nowego. Kolejne barwne historie. Co, gdzie, z kim. Wiadomo, z
czasem zaczynasz to ignorować, bo ileż można się irytować. Wpuszczasz jednym
uchem, wypuszczasz drugim.
A te napady w
szkole… tak, tu Senju gratulowała chłopakowi cierpliwości. Ona chyba by nie
wytrzymała. Nawet spokojnie przez korytarz nie można przejść, bo już jakieś
rozchichotane idiotki rzucają się na szyję lub próbują namolnego podrywu.
— No dobrze,
tamten temat nie jest zbyt interesujący.
— Strasznie dużo
gadasz.
— A co niby mamy
innego robić?
— Znalazłoby się
kilka ciekawych zajęć. — Przybliżył się do Liv na co ta położyła mu dłoń na
piersi, zmuszając do powrotu do poprzedniej pozycji.
— Jasne…
— Na przykład…
mogłabyś mnie oprowadzić po domu i pokazać swój pokój — kontynuował niezrażony,
a kącik ust zadrżał mu lekko pod wpływem hamowanego śmiechu. Nadal wytyczała
granice. A już myślał, że po incydencie na torze kartingowym będzie łatwiej.
— Jeżeli tak ci
na tym zależy to chodź — mruknęła, wstając i nie czekając na towarzysza,
skierowała się do wyjścia. W zasadzie powinna być chłopakowi wdzięczna, bo
jeszcze chwila na tej kanapie, a chyba znowu dała się ponieść emocjom. Ten
dupek zwyczajnie mącił jej w głowie, świetnie się przy tym bawiąc. I chociaż za
wszelką cenę starała się to ukryć, to jednak bliskość Itachiego robiła swoje.
Co do wystroju
wnętrz to nie było w domu nic niezwykłego, żadnej awangardy. Nic co komukolwiek
zapadłoby w pamięć. Salon połączony z kuchnią, ale oddzielony murkiem z
krzesłami barowymi. Pomieszczenia utrzymane w kremowo kawowych barwach, które
doradził im dekorator. Bo modnie, bo jasno. Na parterze znajdowała się jeszcze
duża łazienka oraz gabinet ojca. Natomiast na piętrze, mieli garderobę,
mniejszą łazienkę, a także trzy sypialnie. Jej, ojca i gościnna. Dom posiadał
też garaż i piwnice, ale jakoś nie poczuwała się aby te pomieszczenia
pokazywać. Ogółem standardowa rodzinna rezydencja.
— A tu jest mój
pokój. — Otworzyła drzwi, gestem zapraszając Uchihę do środka. Nie czuła się stremowana,
że naruszał jej terytorium. Nie było w tym pomieszczeniu nic czego powinna się
wstydzić.
— Żadnych plakatów?
Nic? — zapytał z rozczarowaniem, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Sypialnia
Liv nie wyróżniała się niczym szczególnym, no może tym, że brakowało w nich młodzieżowych
akcentów. Drewniane, funkcjonalne meble, szerokie wygodne łóżko, wieża stereo
na komodzie i laptop na biurku. No, i biały włochaty dywan na drewnianych
panelach. Jedynie komputer nie wyglądał normalnie, bo właścicielka najwyraźniej
postanowiła zaszaleć z kolorem. Obudowa w iście krwiście czerwonym kolorze od
razu przyciągała oko.
— Niby jakie
plakaty miałabym mieć?
— Akatsuki.
— Tej kapeli? —
Tak, Senju wiedziała o kim mowa. W końcu to najpopularniejsza grupa muzyczna
ostatnich lat. Zdobywali najważniejsze wyróżnienia oraz nagrody rynku
muzycznego. — Nie, klej zostawiłby plamy na ścianach — stwierdziła, opierając
się ramieniem o futrynę.
— Mało która
nastolatka się tym przejmuje — zauważył Itachi, siadając na brzegu łóżka.
— Te zakochane w
Akatsuki bez pamięci, na pewno — parsknęła z politowaniem, podchodząc do okna i
wyglądając na podwórze. Śnieg wreszcie przestał padać, a więc nie istniało
niebezpieczeństwo, że Uchiha utknie. Jakoś nie chciała się zastanawiać jak
wytłumaczy ojcu obcy samochód na podjeździe, bo ewentualność, że Itachi
zostanie wtedy na noc wykluczała. Jakby coś się działo, to wepchnie go do
taksówki.
—Ja nie jestem w
nich zakochany, a plakat mam — zauważył, poklepując miejsce obok siebie aby
usiadła.
— Czyj? Hidana?
— zaśmiała się Liv, stając przed Itachi i patrząc na niego z góry. Nie było
tajemnicą, że to do tego muzyka wzdychało najwięcej dziewcząt. Przystojny,
zwariowany, a do tego dziwnie nieokrzesany. Taka mieszanka sprawiała, że
kobiety lgnęły do niego jak pszczoły do miodu.
— Wolę Nagato —
sprostował, łapiąc Senju za rękaw i mocno ciągnąc w swoją stronę. Tego się zdecydowanie nie spodziewała. W zasadzie
zdążyła tylko sapnąć, zanim runęła na materac.
Itachi z rozbawieniem
patrzył jak Liv wisi nad nim z niezadowoloną miną, kiedy w ostatniej chwili
podparła się na dłoniach żeby nie upaść na niego całym ciężarem. Nawet jakby
nie zaasekurowała jakoś tego upadku, to i tak by przeżył. Chociaż gdyby
posunęła kolano wyżej, to mogłoby być problematycznie.
— Uchiha… to nie
było śmieszne.
— Macie podobny
kolor włosów — zauważył kontynuując wątek Akatsuki i dotykając opuszkami kosmyków
Liv. Nie wiedział czy potraktowała to jako komplement czy nie, ale to właśnie
ta barwa zwróciła jego uwagę. Jedyna w swoim rodzaju.
— Super —
wymamrotała, mrużąc groźnie oczy. — Ale, czy mógłbyś pozwolić mi już wstać?
— Niewygodnie
ci?
— Nie, raczej
mam na uwadze to żebyś wrócił do domu żywy.
— Dlaczego? —
zainteresował się, spoglądając na dziewczynę uważniej.
— Słyszałam
klucz w zamku, a to znaczy… — Aż zaśmiała się głośno na widok przerażenia w
oczach Uchihy, gdy nerwowo popchnął ją obok na materac, samemu gwałtownie
podnosząc się do siadu. Patrząc jak wygładza koszulkę, zakryła dłonią usta
wciąż chichocząc w najlepsze. Matko, nigdy by nie pomyślała, że Itachi aż tak się
poderwie na baczność.
— Rude są
wredne, myślałam, że wiesz — zakpiła, podpierając się na łokciu. Zachowanie
Itachiego tak ją rozbawiło oraz w pewien sposób rozczuliło, że wciąż czuła łzy
pod powiekami. Naprawdę, powinna to była nagrać dla potomnych.
— Blefowałaś…
— Jak to odkryłeś,
Sherlocku?
— Liv… — W oka
mgnieniu podciął Senju rękę tak, że wylądowała głową na materacu i nachylił się
nad zdumioną dziewczyną. — Jak będziesz tak robić to następnym razem nie
zareaguję, a to się zemści.
— Mianowicie?
— A tak, że
żaden ojciec nie ucieszy się na widok córki całującej się z obcym chłopakiem.
— Ale my się nie
całujemy.
— Jeszcze. I
wszystko przed nami.
Rzadko komentuję jakiekolwiek strony, blogi czy inne. Jednak tutaj po prostu muszę skomentować. Komentuję tutaj po raz pierwszy, ponieważ bloga znalazłam jakoś tydzień temu (dziwię się, że tak późno :D). Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek natknę się na opowiadanie, które w stu procentach spełni moje oczekiwania. Dokładniej z nieznanych mi powodów uwielbiam przeciągany wątek miłosny a także bohaterów, którzy mają to "coś" (nie wiem jak to opisać, dlatego po prostu skrócę xD). Jednak po znalezieniu twojego bloga mogę stwierdzić, że to, co piszesz jest genialne oraz idealnie trafia w to, co zawsze chciałam przeczytać. Co do rozdziału - jak zawsze świetny i czekam na dalsze części ^^ Pozdrawiam i życzę weny!
OdpowiedzUsuńAwww... zawsze z przyjemnością witam nowych użytkowników mojego bloga. Witaj, siadaj, rozgość się, a ja skoczę po herbatę :"D.
UsuńOch, i do tego twierdzisz, że uwielbiasz tasiemce miłosne? Boru, boru... znalazłam idealnego odbiorce moich opowiadań <3.
Dziękuję, że się tu pojawiłaś i czytasz. Świeże oko zawsze w cenie i mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej. Pozdrawiam cieplutko i do napisania.
CUDO ♥ Zakochałam się w tym opowiadaniu jak dziewczyny z Konoha w Itachim xD
OdpowiedzUsuńMój mózg w ostatnim czasie za bardzo nie funkcjonuje, więc pozwolisz, ze w skrócie tylko pozachwycam się pomysłem zrobienia z Akatsuki zespołu (az mi się mało krzesło nie odsunęło spod tyłka, jak się zaczęłam na ten wątek śmiać xp) i rozmów prowadzonych między Łasicem a Liv ♥ Absolutne mistrzostwo sarkazmu z solidną dozą humoru - poprawiłaś mi tym nastrój, a raczej dopełniłaś mój przyjemny wieczór, za co pięknie dziękuję ♥♥♥ Cisza, spokój, czekolada i taki przyjemny rozdział do poczytania - czego mozna chcieć więcej? ... Cóz, no moze nie pogardziłabym jeszcze takim Itachim w zestawie z pizzą xp Uwielbiam to, jak kreujesz jego postać w tym opowiadaniu. Liv tez jest świetna, tak bardzo przypomina mnie, ze az czasami cięzko mi w to uwierzyć x''p
No, to na koniec zdradź mi tylko jeszcze, gdzie mozna zamówić pizzę z Uchihą z dostawą do domu? x''D Sama chętnie złozyłabym zamówienie :D
Weny, weny, weny i jeszcze raz weny! Mam nadzieję, ze nie będziesz więcej tak zaniedbywać tego opowiadania, bo jest prawdziwie urocze, a ja jestem jego wielką fanką i z chęcią poczytałabym o dalszych przygodach naszej parki (w szczególności wyczekiwanej konfrontacji Itachiego z Kamiramą albo Liv z rodzicami Itachiego xp). Mam nadzieję zobaczyć coś od ciebie niedługo ♥
~Kita-pon
Mówisz, że się zakochałaś? Przyznaję, że to opowiadanie jest odprężające, ale sądziłam, że Jesteś wierna opku z Madarą^^. Ach Ty niewierna i niestała istoto. Protoplasta Uchiha płacze przez Ciebie w kącie.
UsuńA tak se pomyślałam, że Akatsuki to taka medialna nazwa, że szkoda tego nie wykorzystać. I co jest popularne wśród nastolatków? Boysbandy XD. Idąc tym tokiem rozumowania powstało to...
Liv Ciebie przypomina? Huehuehue... może to jakaś Twoja daleka krewna, albo co. No, ale co do uwagi o pizzerii która zatrudnia Uchihę... oj, chłopak byłby dla nich żyłą złota. Nawet te na diecie zamawiałyby niezdrowe żarcie aby choć chwilę na niego popatrzeć^^. Kobito po co Ci numer do tego przybytku jak i tak się nie dodzwonisz... to je gorąca linia miełości XD.
Dzięki za wsparcie w walce z niemocą twórczą i mam nadzieję, że wysmażę jeszcze kilka rozdziałów, które aż tak wprawią Cię w dobry nastrój. Idą chłodne wieczory więc nic tylko pisać takie puchate historie^^.
P.S. Marzy Ci się krwawe starcie z Kamiramą? Oj, nie ładnie :"D.
Lubie takie luźniejsze opowiadania :D bardzo fajnie to wyszło, szkoda tylko, że nie ma dalszego ciągu :D
OdpowiedzUsuńOj, bo Ty chcesz wszystko tak dosłownie... daję szansę Twojej wyobraźni, doceń^^.
Usuńuuuuuuuuuuuuuuuuuuu ♥
OdpowiedzUsuńszkoda, że nie było żadnych buziaków ale rozumiem, że trzeba budować napięcie
Buziaki... któż to wie czy były czy nie. Jednak Uchiha zwykle nie rzuca słów na wiatr :"D.
Usuńtroche sie wylenilam i nie wchodzilam na twojego bloga z 2 msc w kazdym razie nowy szablon jest swiatny na prawde bardzo ładny co do poprzedniego postu liczylam na jakies sceny walki miedzy kazama a lasica ale widac nie mozna miec wszystkiego tamten rozdzial wydawal mi sie o niczym ale i takie sa potrzebne co do tej notki to jest zarabista po prostu miod na moje serrce bardzo milo i przyjemnie sie czytalo troche szkoda ze przerwalas w takim momencie choc i to ma swoj urok nie moge sie doczekac twoich kolejnych postów
OdpowiedzUsuńAnonimka :-)
Prawda, że nowa szata tak ładnie odświeżyła mojego bloga? Zupełnie jak malowanie, dom. Taka analogia.
UsuńOj, walka jest spoko, ale w opisie już mniej spoko. Ale, ale... nowy wpis z ZR powinien odrobinę Cię rozgrzać informacyjnie, a raczej wydarzeniowo.
To opowiadanie z założenia ma być przyjemne. Miłość, szczęście, młodość i te sprawy.
Dziękuję za Twój komentarz i mam nadzieję, że takie zniknięcia nie będą Ci się zdarzać częściej. Pozdrawiam <3