Hej!
Przybyłam z nowym wpisem ZR. Już wyobrażam sobie ten
szok i niedowierzanie na Waszych twarzach… Przyznaję, że przyszła najwyższa
pora aby coś napisać w związku z tym opowiadaniem. W końcu to twór wiodący na
blogu. Tak więc, jest. Mam nadzieję, że w miarę sycący i znośny. Plan wyglądał
następująco: akcję trochę popchnąć do przodu, żeby zbliżyć się do właściwego
finału. Znaczy, nie takiego końca, ale przynajmniej znacząco zmniejszyć dystans
do finiszu. Najwyższa pora, nie uważacie? Jeszcze kilka rzeczy trzeba wyjaśnić,
ale spokojna Wasza rozczochrana. Nie porzucę nadgryzionych wątków. To byłoby
niesprawiedliwe i głupie. Skoro powiedziałam A to wypada powiedzieć też B.
Co by tu dodać… chyba nic. Pogaduszkę zakończyłam
:).
W takim razie pozostaje mi jedno, mianowicie
zaprosić do czytania. Uważajcie na kwiatki w tekście, wiadomo, niebetowane.
Cóż, ja w zasadzie z tym się już pogodziłam. Wy też niestety musicie <3.
Pozdrawiam i dziękuje za wytrwałość w czekaniu na
wpis. Dla Was tu jeszcze wracam.
Liv wzdychając
ciężko opadła na posłanie, przykrywając ramieniem oczy. Czuła się zagubiona. To
wszystko było jak zły sen, cholerny koszmar na jawie. I nie łudziła się, że ktoś
patrzący z boku uznałby ją za osobę wyjątkowo wyrachowaną oraz egoistyczną.
Przeżywała coś co inne kobiety uznałyby za spełnienie wszelkich marzeń. Przepis
na wieczne szczęście, bo oba wybory to gwarantowały… przynajmniej w pewnym
stopniu.
Dostała na tacy
dwóch niesamowitych mężczyzn, a wciąż nie potrafiła podjąć decyzji. Co gorsza
nie chciała żadnej podjąć, bo każdej się bała. Może właśnie na tym polegał
właściwy problem? Skoro strach ją hamował to może żadnego z nich tak naprawdę
nie kochała. Może to był główny problem? Skoro tak mocno pielęgnowała urazy…
Kunoichi gotowa na śmierć, nie potrafiła postawić wszystkiego na jedną kartę w
życiu uczuciowym… Śmieszne… Senju parsknęła drwiąco pod nosem, palcami masując
skroń.
Dwa wybory… tak
różne… tak trudne… Nic nie ułatwiające… Cholera… Kazama… Aż poczuła ogarniające ją gorąco, na
wspomnienie sytuacji na tarasie. Demon ją onieśmielał swoim uczuciem. Niemal
przytłaczał. Tyle poświecił — wolność, życie… Zawsze gotowy do pomocy, wierny
jak nikt inny, a do tego tak niesłychanie cierpliwy. Tyle lat czekania, bez
nacisku, czy słowa skargi. Czasem — zawsze — patrząc na mężczyznę, utwierdzała
się w przekonaniu, że na niego nie zasługuje. Że Chikage ulokował uczucie w
złym obiekcie, który go unieszczęśliwi. Ale… ta próżna część duszy, wiedziała,
że życie u boku Kazamy byłoby łatwiejsze oraz słodsze. Poczucie bezpieczeństwa,
stabilizację, ciepło dostałaby w pakiecie. Traktowana jak najcenniejszy skarb…
jednocześnie, wszystko w granicach rozsądku, bo nikt o takiej dumie i charyzmie nie dałby się zmienić w
salonowego pieska. Przesunęła palcami po opuchniętych od pocałunku ustach.
A co do
zaoferowania miał Uchiha? Uczuciowy rollercoaster. Gniew, ambicja, zazdrość,
frustracja, pożądanie i inne podobne emocje gotowały się w niej podczas
interakcji z Itachim, wybuchając gwałtowniej niż najpotężniejsze techniki
detonujące. Każdy dzień przynosiłby nowe wyzwania…
Westchnęła
ciężko, przekręcając się na brzuch. Dlaczego nic już nie jest takie proste jak
przed misją z córką Władcy Kraju Ognia… Kazama siedział wśród swoich, a Itachi
wykonywał zadania nie wchodząc jej w drogę. Każdy miał swój świat i było
dobrze. Prosto, bezpiecznie…
— Senju… Nie
udawaj że nie słyszysz…
— Hm? — Liv
leniwie podniosła ciężkie powieki, ze zdumieniem odnotowując pochylonego nad
sobą Uchihę. Ziewając szeroko aż zmrużyła oczy, kiedy bezceremonialnym ruchem
rozsunął zasłony wpuszczając do środka rażące światło dnia.
— Wstawaj, zaraz
wyruszamy.
— Zaspałam? —
wymamrotała niepewnie, nerwowym ruchem przyklepując potargane włosy i już
przytomniej patrząc na partnera. Ubrany i gotowy do drogi, niecierpliwie krążył
po komnacie wrzucając jej rzeczy do plecaka. — Sama umiem się spakować.
— Trzeba było
pomyśleć o tym wczoraj, a nie gzić się z Chikage na tarasie.
— O… — Widział…
Pięknie, cudownie, fantastycznie, pomyślała z jękiem, szybko wciągając
skarpetkę. Doprawdy, czy oni — Kazama i Itachi — mieli jakieś czujki, które
ściągały ich przy najbardziej niesprzyjających okolicznościach?
— Szlag! —
Itachi zacisnął mocniej szczękę, pocierając nasadę nosa jakby dla uspokojenia.
Gdy w miarę się opanował, przerzucił tobołek Liv przez ramię i stojąc już w
drzwiach, warknął: — Zapomnij. Nie było tematu. Czekam przy głównych wrotach.
~oOo~
Kazma rozsiadł
się wygodniej w zajmowanym fotelu, uważnie przyglądając się pobratymcom. Minęło
dwa dni odkąd wrócił i coś zdecydowanie nie grało w zachowaniu towarzyszy. Szepty,
unikanie kontaktu wzrokowego, a także jawne lekceważenie wzbudzały w Chikage
irytację, ale nie zamierzał interweniować, bo to od jakiegoś czasu było normą.
Nigdy nie zwracał uwagi na ich humorki i nie planował czegoś w tym temacie zmieniać.
Nie zniży się do ich poziomu. Chyba że staną się bezczelni, ale na to się nie zanosiło,
przynajmniej na razie. Jednak odnosił wrażenie, że zaczynali się jednoczyć
przeciwko niemu. Kiedyś samotne wilki, czyhające na stołek lidera, a teraz
chyba powoli docierało do nich, że wyłącznie w grupie mają z nim jakiekolwiek
szanse.
Przeniósł
spojrzenie na bogato zdobiony sufit, lekko pocierając palcami podbródek w
zamyśleniu. Instynktownie wyczuwał, że podczas jego nieobecności nie próżnowali,
knując oraz spiskując. I o ile doskonale zdawał sobie sprawę, że większość z
obecnych w pomieszczeniu demonów pragnęłoby przejęcia władzy to nikt z nich nie
jest na tyle odważny aby się wychylić i dążyć do bezpośredniego starcia. Jak
tchórze czekają na odpowiednią chwilę, a raczej osłabienie przeciwnika. Aż
parsknął z politowaniem na tę myśl.
— Powinniśmy
wszcząć śledztwo, a nie siedzieć z założonymi rękami. Ktoś morduje naszych!
Kazama oderwał
wzrok od niezbyt udanej płaskorzeźby, skupiając się na stojącym przed nim
demonie. Od pewnego czasu temu konkretnemu osobnikowi poświęcał więcej uwagi,
przypatrując się jego poczynaniom. Młody chłopak, inteligentny, ale wyjątkowo
buńczuczny oraz skory do bójki, a przy tym niezwykle arogancki. Uważał, że cały
świat powinien się kłaniać ich rasie. Dyplomacja nie istniała, a sprawy
należało stawiać na ostrzu noża. Chwilami aż się zastanawiał jak ktoś tak
inteligentny może być jednocześnie tak głupi.
— Widziałeś
jakiegoś trupa?
— Nie, ale…
— Czy
dostrzegłeś jakieś zwirowania na czarnym rynku?
— To znaczy?
— Skoro nawet
nie wiesz o czym mówię, to znak, że ta sprawa nie jest na twoim poziomie —
westchnął z politowaniem, machnięciem dając znać, że to koniec dyskusji.
Doprawdy, jak z dziećmi. Każdy chce rządzić, ale nikt nie ma ku temu żadnych
predyspozycji…
Kiedy tak
patrzył na purpurowego ze złości chłopaka, dotarł do niego ledwie słyszalny
szept z którego łatwo wywnioskował, że większość obecnych uważała, że nie
należycie skupił się na szukaniu sprawcy. Że zapomina o obowiązkach władcy,
kiedy tylko ona jest w pobliżu. Ta, nikt nie musiał uściślać kogo obwiniali za
brak postępów w śledztwie. Córka Aiki była wszystkiemu winna, zawsze. Aż
zmrużył groźnie powieki na ten zarzut, ale z racji pilniejszych spraw
postanowił nie wdawać się w jałową dyskusję. Trudno, niech czyny mówią same za
siebie. On nie miał sobie nic do zarzucenia.
— To na czyim
skoro nic nie robi…my — wysyczał przez zęby młody demon, w ostatniej chwili się
reflektując.
— A jak sądzisz,
co robiłem podczas tej miesięcznej wędrówki? — Kazama podparł się na łokciu,
patrząc młodemu prosto w oczy. Brawura smarkacza powoli uszczuplała zasoby
cierpliwości Chikage i jeżeli nie zacznie zważać na słowa to wytłumaczy mu
gdzie jest jego miejsce w szeregu. Uśmiechnął się drwiąco, kiedy tamten w lot
zrozumiał nieme ostrzeżenie i momentalnie spuścił wzrok na buty, odrobinę się
cofając.
— I jeżeli to
cię uspokoi to już kogoś wysłałem w tamte okolice. A teraz, precz z oczu. Czy
ktoś jeszcze ma jakieś obiekcje co do moich działań? — Gdy odpowiedziała mu
pełna napięcia cisza, prychnął drwiąco wstając z fotela, omiótł spojrzeniem
wszystkich obecnych, zaraz opuszczając pomieszczenie.
Potrzebował
chwili odpoczynku od tej chorej atmosfery. Zewsząd czaiła się zdrada, a on
niestety musiał się kisić w tym kotle i jeszcze udawać, że jest w porządku.
Kiedyś wszystko było inaczej. Tworzyli wspólnotę i kierowały nimi te same cele.
Wspólne tradycje oraz zasady, które wyznawali od wieków, wykluczały jakikolwiek
bunt przeciw liderowi. To on stanowił prawo i każdy to akceptował. A teraz nie
wiadomo skąd wykiełkowała rządza władzy. Przywództwo wydarte siłą. Równocześnie
z tą myślą, mimowolnie zacisnął palce na wiszącej przy pasie katanie. Najprostszym
rozwiązaniem byłoby pozbycie się podżegaczy, ale ich rasa musiała trzymać się
razem. Ich liczebność drastycznie spadała. Zwyczajnie wymierali.
Zresztą, może
oni też mieli odrobinę racji, co jednak nie usprawiedliwia metod. W każdym
razie, i tak niezbyt dobrze to rozegrał. Znika na ponad miesiąc, a później
jedyne co im przynosi to wieść, że od teraz nikt nie wyrusza samotnie. Suchy
fakt, bez rozwinięcia. Tak, nie popisał się.
Słaby przepływ
informacji prowadzi do nieufności, a w konsekwencji do jawnego buntu, a jakoś
niespecjalnie palił się do kolejnej akcji pokazowej. Zwłaszcza z takiego
błahego powodu. Uświadamiając sobie błąd, schował dłonie w rękawy yukaty, zagapiając
się na dębowe drzwi od prywatnych komnat. Cóż, trzeba wprowadzić w życie planowane
dyrektywy i może nadeszła najwyższa pora aby grono doradców zasiliła świeża
krew. Najlepiej taka z młodego pokolenia.
— Panie…
— Chcę aby
zaczęto sporządzać raporty. Kto, gdzie, z kim podróżuje, planowana trasa oraz
przewidywany czas powrotu. Wszystko skrzętnie notować — odezwał się, odwracając
do czekającego na dalsze instrukcje starca. Demon trwał w lekkim ukłonie,
reprezentując starą datę wychowania — w szacunku dla władcy, co tylko
utwierdziło Kazamę w przekonaniu, że dzisiejsze pokolenie jest gorszą namiastką
ich gatunku.
— Zrozumiały i
świetny zamysł, jednak…
— Mów.
— Niektórzy
uznają to za zamach na swoją niezależność. Poczują się inwigilowani.
— Ci co są
przeciwko i tak będą, cokolwiek bym nie zrobił — westchnął ze znużeniem,
poklepując rozmówcę po ramieniu. Cenił go za wyjątkową lojalność, bystry umysł,
doświadczenie zgormadzone wraz z wiekiem, a także szczerość, gdyż nigdy nie
ukrywał swoich poglądów. — No dobrze, a gdzie główny podjudzacz tłumów?
— Kaoru?
— Tylko ona
widzi problem w córce Aiki. Reszta ma ją w nosie, do czasu aż nie upomni się o
dziedzictwo po matce.
— Słuszna uwaga
— zaśmiał się starzec, podpierając się mocniej na drewnianej lasce. —
Dziewczyna wciąż jest na terenie Kraju Ognia. Pewnie sądziła, że tam najprędzej
cię panie spotka.
— Kaoru też
należałoby zapoznać z nowymi wytycznymi. Jutro niech ktoś ją ściągnie.
— Wedle rozkazu.
~oOo~
Liv wzdychając
ciężko, zrzuciła z siebie kamizelkę padając na fotel jak kłoda. Beznamiętnie
wgapiała się w palenisko kominka, dumając co dalej. Czuła się wyżęta nie tyle
fizycznie co psychicznie. Na dłuższą metę tak nie dało się żyć. W takim
zawieszeniu. Wypadało wytyczyć jakieś granice, inaczej zwariuje. Ciągłe
wahania… Tylko jak to zrobić, skoro praca siłą rzeczy pchała ją w okolice
Uchihy. Jak odseparować życie zawodowe od uczuciowego… Na razie nie zawalała
misji, ale co będzie jak w końcu zacznie? Aż skrzywiła się mimowolnie na tę
ewentualność.
Atmosfera jaka
ciążyła pomiędzy nią a Itachim należała do tak ciężkich i nieprzyjemnych, że z
radością pożegnała użytkownika Sharingana. Po przekazaniu niezbędnych
dokumentów Piątej, bezzwłocznie udała się do rezydencji aby odetchnąć.
Zwłaszcza, że ku swojej rozpaczy, musi tam wrócić tuż przed zmierzchem aby
zaktualizować wiedzę na temat szajki zamieszanej w śmierć klechy. I tak, Uchiha
też ma się stawić.
Mobilizując
wszystkie siły, niechętnie wstała z siedzenia ruszając do kuchni. Chyba nie
powinna tych kilku godzin spędzić bezproduktywnie. Jakby nie na patrzeć to
spory czas jej nie było więc, trzeba się ogarnąć. Po pierwsze, jakoś nie
wierzyła aby znalazła cokolwiek zjadliwego w lodówce zwłaszcza, że nie dała
znać staruszkowi opiekującemu się domem o planowanym powrocie. Po drugie,
wypadało się odświeżyć. Po trzecie, zorganizować jakąś prasę, aby znów być na
bieżąco o sytuacji w Konoha oraz w świecie. Oddychając głębiej, pociągnęła za
drzwi chłodziarki. Tak, zdecydowanie pusta. Po upewnieniu się w postawionej
tezie, niechętnie wyszła z rezydencji.
Ledwie zrobiła
krok za furtkę, gdy usłyszała głośny pisk a następnie ktoś z całej siły przylgnął
do jej pleców, obejmując tak mocno że z trudem łapała oddech. Nawet nie musiała
się odwracać żeby wiedzieć, któż tak za nią tęsknił… Zamiast tego, wymownie
spojrzała w niebo.
— Też się
cieszę, że cię widzę, Amai…
— Rany, Liv!
Normalnie wróciłaś w samą porę! — Azuma błyskawicznie ją okrążyła, aż
promieniejąc z ekscytacji. — Nawet nie wiesz co mam ci do przekazania! Chodź!
Znajdziemy jakąś przyjemną…
— Czekaj… —
Senju w oka mgnieniu złapała towarzyszkę za przedramię, zatrzymując w pół
kroku. Jeżeli pragnęła cokolwiek wskórać to musiała tego potwora powstrzymać
zawczasu. — Dopiero wróciłam. Jestem zmęczona, głodna i zirytowana. Lodówka
świeci pustką, wieczorem zamiast cieszyć się odpoczynkiem od zadań czeka mnie
zgrupowanie taktyczne, tak więc jeżeli chcesz cokolwiek przekazać to niestety,
ale musisz się dostosować do mojego grafiku. A teraz mam w planach coś zjeść, a
później uzupełnić zapasy. Zrozumiała?
— Boże, Liv… nie
rób ze mnie nieczułej zołzy. Oczywiście, że dam ci chwilę na odsapnięcie.
— Och, dzięki za
empatię.
— Nie marudź.
~oOo~
Liv w milczeniu
jadła zamówiony obiad, słuchając podnieconej paplaniny Azumy. Dziewczyna żyła
przygotowaniami do ślubu, który miał się odbyć za niecałe trzy miesiące.
Podobno wtedy w wiosce Ukrytej w Skale było najpiękniej. Cokolwiek by to nie
znaczyło, skoro cały krajobraz tamtego regionu składał się z kamieni.
Z tego co
zrozumiała to uroczystość zaplanowali w rodzinnej wiosce Amai z racji, że pan
młody nie posiadał zbyt licznej rodziny. Z logicznego punktu widzenia łatwiej
przetransportować oraz zapewnić nocleg dla tuzina osób, niż prawie setce ze
strony panny młodej. Tak przynajmniej podpowiadał rozsądek.
Liv aż się
uśmiechnęła pod nosem, przyglądając się rozemocjonowanej brunetce. Rozmówczyni
aż promieniała opowiadając o kwiatach, jadłospisie i innych atrakcjach jakie
zaplanowała na ten szczególny dzień. Każdy szczegół wydawał się dopracowany
niemal do perfekcji z czego organizatorka nie kryła jawnego zadowolenia. Kiedy
przerwała aby zwilżyć gardło wodą po półgodzinnym gadaniu, kunoichi zerknęła
kontrolnie na jej płaski brzuch. Odrobinę Senju zaciekawiło skąd tak szybki
termin i przychodziły do głowy dwa wyjaśnienia. Albo nieplanowana ciąża albo…
chęć zajścia w tą planowaną, aby stworzyć rodzinę z prawdziwego zdarzenia.
Wiadomo, niektóre kobiety zwyczajnie marzyły o małżeństwie, dzieciach oraz
prowadzeniu domu. I według Liv, Amai była tym typem.
— Tak, naprawdę
to zostało nam tylko wybranie kwiatów i strojów — westchnęła Azuma, podpierając
brodę na ręce. — Rośliny do ozdobienia sali sprowadzimy z Konohy, z kwiaciarni
Yamanaka. Podobno ja mam tylko wybrać kompozycję, a oni zatroszczą się o
resztę. — Oczy Amai rozbłysły jak gwiazdy, gdy ona przeciągnęła się leniwie. — Rany,
Liv… jestem taka szczęśliwa. Czuję się lekka jak piórko od czasu jak poznałam
Sanosuke. To takie niesamowite jak kochasz i wiesz, że jesteś kochana… I
pomyśleć, że mało brakowało a utknęłabym w związku z rozsądku.
— Co mogę
powiedzieć… cieszę się. Serio — zapewniła Liv, widząc lekko drwiące spojrzenie
rozmówczyni. — Po prostu nie chciałam abyś postępowała pochopnie.
— Tak, tak… ale
jak widzisz, nic się nie stało. Skała i Liść nie rzuciły się sobie do gardeł.
— No i po co ta
złośliwość? Jestem kunoichi i myślę jak ninja. Nic nie poradzę.
— Mhm… dobra,
nieważne. Było minęło. — Amai, odprowadziła wzrokiem odchodząca z brudnymi
naczyniami kelnerkę, zaraz ponownie skupiając się na Senju. — Oczywiście, żeby
było jasne… oczekuję, że zjawisz się na ślubie.
— Dobrze wiesz,
że nie mogę nic obiecać. Zleceń się nie wybiera.
— Wiem, ale zrób
tak żeby jednak przyjść. To naprawdę dla mnie ważne.
— Postaram się.
— Postaraj się
bardziej. Już i tak doceń fakt, że porzuciłam pomysł zrobienia z ciebie
świadka.
— No, proszę…
przebłysk rozsądku? — parsknęła Liv, oddając talerz dziewczynie z obsługi.
Doprawdy, ona i rola druhny…
— Nie.
Interwencja przyszłego męża — burknęła, energicznie mieszając słomką w pustej
szklance. — Dobra, zmieńmy temat… opowiadaj, gdzie byłaś, co robiłaś, co
widziałaś?
— Gdzie?
— Liv, proszę
cię… misje wessały wszystkich shinobi w wiosce. Praktycznie zostali wyłącznie
cywile. Nawet geninów wymiotło.
— Dziwisz się?
— No pewnie, że
nie… Taka tragedia… Śmierć tylu ludzkich istnień… — Azuma, spojrzała na
towarzyszkę ze smutkiem. — Nawet zgłosiłam się jako wolontariuszka aby jakoś
pomóc przy odbudowie terenów dotkniętych katastrofą, ale nie mogłam opuścić
kliniki. Medyczne placówki w jednej chwili zostały okrojone z połowy personelu
i każda para rąk była na wagę złota. — Odetchnęła głębiej, pocierając
zmarszczone czoło. — Dobrze, że już powoli wszystko wraca do normy… Normalnie
szło zwariować.
— To pomyśl, że
to samo spotkało mnie i niektórych shinobi. Pojedyncze jednostki tak zasypane
zleceniami, że brakowało czasu na sen. Czułaś się jak w cholernie kiepskim
filmie. Najpierw szukałaś zaginionego kota, później zabawiałaś gromadkę dzieci,
a parę godzin później polowałaś na zbiegów…
— Też nic dodać.
— Ano właśnie.
— To co, idziemy
na te zakupy?
— Amai nie mam
ochoty na…
— Wiem, wiem,
same konkrety. — Azuma przewróciła teatralnie oczami, pokazując Liv język. —
Pomogę ci, a później wproszę się na kawę.
— Niech stracę.
~oOo~
Senju ustawiając
czajnik na palniku, zerknęła kontrolnie na zegar wiszący na ścianie. Cóż, Azuma
dotrzymała słowa. Na zakupach spędziły raptem godzinę, a teraz ta mała pleciuga
siedziała na drewnianym mostku i czekała na obiecaną kawę. To znaczy, Liv jej
nic nie obiecywała, ale już nie miała siły się dochodzić. Zresztą, chociaż
nigdy by się do tego nie przyznała głośno, to zaczynała potrzebować więzi
ludzkich. Czegoś co sprawi, że powroty po misjach nie będą przykre, a miłe, bo
ktoś czeka i myśli o niej. Chce się podzielić troskami oraz radościami.
Towarzystwo do odreagowania życia kunoichi.
— Starzeje się —
mruknęła, wyłączając kuchenkę i zalewając kawy. Dawniej nie potrzebowała
nikogo. No dobrze, miała Samona, ale to był wyjątek potwierdzający regułę. Ot
taka wpadka przy pracy w formacji ANBU.
Kiedy się to
zmieniło, że zaczynała potrzebować drugiego człowieka? Chyba niedługo po objęciu
opieki nad drużyną geninów. To oni ją tak zepsuli, a reszta wydarzeń dopełniła
dzieła zniszczenia.
— Liv! Co z tą
kawą?! Co ty ją dopiero sadzisz?!
— Właśnie palę
ziarna! — Senju pokręciła niedowierzająco głową nad tymi zmianami, biorąc dwie
filiżanki i ruszając do przyjaciółki. Dziwne słowo, nieznane w jej
dotychczasowym słowniku, ale chyba kimś takim stała się Azuma. Przyjaciółką.
— Ej, przez
ciebie nie będę mogła spać w nocy — poskarżyła się Amai, odbierając naczynie i
stawiając obok, na deskach mostku.
— To ty chciałaś
kawy.
— Wiem, i nadal
chcę. — Uśmiechnęła się do Liv, machając wesoło nogami nad stawem.
— Wariatka —
podsumowała gospodyni, wąchając napój i upajając się jego aromatem. Uwielbiała
zapach świeżo zaparzonej kawy. Oczywiście faworytem był ten świeżo skoszonej
trawy, ale aktualnie wdychany zajmował zaszczytne drugie miejsce. Westchnęła
błogo, przymykając powieki.
Przez dłuższą
chwilę trwały w zgodnym milczeniu, celebrując odpoczynek. Chłonęły cisze i
spokój tego miejsca, patrząc na ogród. Lekki wietrzyk poruszał gałęziami
niskich drzewek oraz krzewów, podczas gdy ozdobne karpie Koi leniwie pływały
tuż pod ich stopami. Aktualna pora roku wydobywała z roślin pełnie piękna, a
ich barwy nabierały mocy.
Liv odetchnęła
głęboko. Nadeszła najwyższa pora aby całkowicie zrezygnować z kawalerki w
mieście. Potrzebowała miejsca gdzie można się w pełni zrelaksować i rezydencja
klanu Senju spełniała te wymogi. Położona w cichej, spokojnej okolicy
gwarantowała właściwą regenerację po misjach. Poza tym posiadała własny kawałek
natury — ogród — co w centrum było niemożliwe. Tam do luksusów należał balkon,
który nijak nie wyciszał, bo przebywając na nim docierał do człowieka zgiełk
zatłoczonych ulic.
Upiła większy
łyk już chłodnej kawy, przenosząc wzrok na wodę. Już zapomniała, że rodzinny
dom dawniej ją przytłaczał wielkością oraz wspomnieniami. Że źle się czuła sama
w tych pustych murach. Ale jak widać, do wszystkiego idzie dorosnąć. Wystarczy
odrobinę poczekać.
— Martwię się o
ciebie, Liv.
— Hm? Dlaczego?
— Bo się
zagubiłaś.
Na to
wyjaśnienie Senju o mało się nie udławiła, zaraz wlepiając w Azumę
niedowierzające spojrzenie. Czyżby ta plotkara tak szybko ją rozgryzła? Jakim
cudem? Dopiero wróciła do Konohy, nie rozmawiały za wiele. Skupiły się w pełni
na Amai… Do tego, raczej nie dotarła do niej informacja z kim wykonywała
ostatnie zadanie. A przed przyjęciem zlecenia nic się nie wydarzyło… Przecież
Kazamę widziała tylko raz i w sumie nie była świadkiem niczego co dałoby powody
do takiego myślenia. To skąd taki wniosek?
— Nie bardzo
rozumiem…
— Och, przestań.
Przecież widzę jak się motasz. Jak wszystko utrudniasz… — Brunetka odwzajemniła
spojrzenie, uśmiechając się cierpko. — Nie umiesz, nie chcesz być zwyczajnie
szczęśliwa. Ciągle szukasz wymówki, aby ten stan rzeczy trwał. Jakby zmiana
miała cię osłabić.
— A skąd wiesz,
że tak się nie stanie? — odpowiedziała po chwili milczenia, gdy przetrawiła
usłyszane słowa. Naprawdę, dla Amai wszystko było takie proste. — Ninja…
— Gówno prawda —
warknęła wściekle, wchodząc Liv w zdanie. — Bycie shinobi nie sprawia, że przez
życie trzeba iść samotnie. Ba, nawet nie wolno! To ktoś czekający w domu
motywuje do działania i ochrony wioski. To ta osoba sprawia, że choćby nie
wiadomo co się stało, jest cel aby przeżyć. Bo ma się dla kogo żyć. — Z nerwami
odstawiła trzymaną filiżankę, zaciskając mocno pięści. — I nie myśl, że nie
wiem co ci chodzi po głowie. Że miłość oraz wizja ślubu wyprała mi mózg. Otóż
nie, Liv. Czyżbyś ty, kunoichi z rodu założycieli, zapomniała czym jest słynna
Wola Ognia? Ja, cywil, muszę ci przypominać?
— Potłukłaś
filiżankę.
— Chrzanić ten
fajans!
— Ten zestaw
należał do Hashiramy Senju — odparła spokojnie, wyciszając buzujące emocje.
Tyrada trafiła w cel. Poruszyła struny, których istnienie z taką namiętnością
ignorowała. Samotność nie była czymś co sprzyjało w byciu żołnierzem.
Dawno, dawno
temu jej zwierzchnik dał pewną rade nowo przyjętym ANBU. Pamiętała każde słowo z
tego przemówienia. Nawet to jak patrzył na nich, oparty o parapet.
„Nasze życie
jest jedną wielką, cichą wojną, ale wszystko kiedyś obraca się w rutynę. Zwycięstwa
przestają przynosić satysfakcje, a wciąż pojawiające się nowe ogniska konfliktu
poddają pod wątpliwości naszą pracę. Wciąż kieruje nami dobro Konohy, ale… Cóż…
Zawsze, trafi się taka misja, po której łatwiej jest odpuścić, złożyć broń,
umrzeć. W końcu wykonaliśmy powierzone zadanie. Cel osiągnięty… — Czujne,
czarne oczy omiotły świeży narybek ANBU. — Przed tym właśnie przestrzegam. Zbyt
wiele takich śmierci widziałem… Musicie znaleźć powód do powrotów, gdy płomień
zacznie się wypalać lub słabnąć. A nie ma od tego nic lepszego od domu. Życie
wyłącznie dla siebie nie można nazwać życiem. Wbrew pozorom, posiadanie rodziny
sprawi, że będziecie silniejsi. Niezniszczalni. Uczyni z was prawdziwych
wojowników Liścia.”
Westchnęła
ciężko skonsternowana wspomnieniami, zagapiając się na fusy.
— Co?! — Azuma
zbita z pantałyku, ze strachem spojrzała na naczynie. Dostrzegając obłupany uchwyt,
jęknęła. — O, nieee… Zniszczyłam antyk! Dziedzictwo narodowe, kulturowe i tak
dalej. Do cholery, Liv! Kto daje w ogóle w tym pić!
— Czyli teraz to
moja wina?
— Oczywiście, że
tak! Gdybyś nie była tak uparta to by do tego nie doszło!
— Od tego krzyku
dostanę migreny. — Senju zebrała naczynia, zaraz ruszając do rezydencji. Będzie
musiała się zastanowić nad słowami Amai. Ale to dopiero za jakiś czas. Jak
zadania dadzą jej chwilę oddechu.
~oOo~
Liv zagryzła
usta, patrząc na okazały budynek kasyna. Zewsząd atakowały wzrok jaskrawe
neony, szybko uświadamiając, że trafili do największego miasta oferującego
wszelaką rozrywkę. Od klubów ze striptizem, barów z ustawianymi walkami, do
zwykłych kafejek z automatami do gry. Jeżeli szukałeś zabawy to dobrze
trafiłeś. Jednak każdy kto choć raz odwiedził to miejsce, wiedział, że prawdziwe
życie zaczynało się nocą.
Zmrużyła
powieki, przenosząc spojrzenie na spory ruch pośród uliczek. Wszystko tu było
przerysowane. Kobiety w ciężkim makijażu i kusych strojach, wabiły kolejnych
klientów, najlepiej nowobogackich
biznesmenów obwieszonych złotem, którzy obnosili się swoimi grubymi portfelami.
Damy z rasowymi
pieskami prowadzonymi na złotych smyczach, poszukujące hojnych sponsorów.
Rozstrzał wiekowy był ogromny. Od ledwie pełnoletnich do ludzi w sędziwym
wieku, ale łączyło ich jedno. Chęć szybkiego wzbogacenia się, lub pomnożenia
już istniejącego majątku.
Zerknęła
kontrolnie na towarzyszącego jej Samona. To on wprowadził ją w tematykę grupy i
milcząco trwał u boku, spod rzęs patrząc na — jak on to nazwał — miasto grzechu
oraz wszelakiej obłudy. I z samej obserwacji, ciężko było się z jego zdaniem
nie zgodzić.
— Od informatora
wiemy, że w najbliższym czasie planowane jest spotkanie. Zapewne ostatnie, po
którym wejdą z współkę z właścicielem tej sieci.
— Aż ciężko uwierzyć, że ewoluowali od zwykłych
bandziorów do biznesmenów — prychnęła Liv, przeczesując palcami włosy.
— Marzy im się
stabilizacja. Obracanie pozyskanym kapitałem.
— Niech się
cieszą póki mogą, ich czas dobiega końca — zawyrokowała, kładąc dłoń na
przedramieniu kompana. — Dość widziałam. Wracajmy.
~oOo~
Itachi
w zamyśleniu zwinął otrzymany zwój, po czym oddał go czekającemu ANBU. Cóż, nie
spodziewał się aż takich komplikacji po tym zleceniu. Po pierwsze, gang, który
dostali za zadanie złapać się rozdzielił. Część wyruszyła do Wioski Ukrytej we
Mgle, podczas gdy reszta biwakowała w okolicach Tanzaku. Mało tego, docierały
do niego informacje o niezdrowym zainteresowaniu jakie żywił grupą uczeń Senju.
Podobno chłopak już kilkakrotnie został przyłapany jak krążył wokół archiwum z
tajnymi aktami, a także zawsze znajdował się w pobliżu, gdzie akurat mieli
przebywać bandyci. Dziwne, niepokojące zbiegi okoliczności.
—
Nara opracowuje plan?
—
Tak, razem z Kakashim.
—
W porządku. — Pomasował nasadę nosa, gdy do jego uszu dotarło ciche pykniecie
świadczące o zniknięciu Skrytobójcy. Czas ich zdecydowanie gonił, a pojawiające
się ciągle nowe fakty o bandytach niczego nie ułatwiały. Nie wiedział ile jest
prawdy w raportach, ale szajka zamierzała przerzucić przez granicę kilka wozów
z niewolnicami do pracy w domach publicznych. Oczywiście wszystkie zastraszone,
sprowadzone siłą, narkotyzowane. Wzdychając ciężko, zerknął za okno na powoli
wstające słońce. Nastawał nowy dzień, a oni wciąż nie wiedzieli jak się do tego
zabrać. Jak uciąć hydrze łeb, tak żeby nie odrosły w zamian trzy.
~oOo~
Kazama odrzucił
trzymany długopis, przeciągając się mocno. Cały zdrętwiał od tego siedzenia.
Marszcząc nos potarł palcami powieki, opierając się łokciem na rozciągniętych
na blacie mapach. Od rana pracował nad nanoszeniem tras, którymi według
świadków wędrowały poszukiwane demony do czasu aż ślad po nich zaginął. Było to
żmudne i pracochłonne zadanie, ale ktoś musiał się tym zająć. Owszem, gdyby
chciał to mógłby oddelegować któregoś z doradców, ale cierpiał na nudę oraz
dręczył go dziwny niepokój. Chodził napięty niczym struna, jakby świat nagle
miał mu się zawalić na głowę. Zmysły wyostrzyły się do granic możliwości, tak
że nie umknął mu żaden szmer, czy oddech. Cholera, słyszał nawet bicie serca
demona przebywającego w pomieszczeniu obok. Z jawną wrogością spojrzał na
wkraczającego do biura doradcę, ale powstrzymał się od przekleństw widząc, że
nie przyszedł z pustymi rękami. Zupełnie jakby wyczuł, że potrzebował czegoś na
rozluźnienie.
— Pomyślałem, że
to odrobinę pomoże. Na zszargane nerwy — rzucił uprzejmie, stawiając na stoliku
przy oknie kryształową karafkę z najlepszym alkoholem w tych regionach. I
zresztą ulubionym Kazamy. Nigdy nie przepadał za sake. Wolał whisky, albo wino.
— Mam przynieść lód?
— Nie. Dziś
wypiję nierozcieńczoną. Możesz odejść. — Kiedy starzec był już przy drzwiach,
dodał. — Dziękuję.
Mężczyzna
jedynie skinął głową, cicho zamykając gabinet i pozostawiając Chikage samego.
~oOo~
Senju zerknęła
na zegarek, niecierpliwie potupując. Naprawdę, to było niedorzeczne że się
zgodziła wpaść do kwiaciarni Yamanaka aby potwierdzić wybór Amai. Skąd w ogóle
ten pomysł. Skoro przyszła panna młoda już zdecydowała, to po jaką cholerę ona
miała to oceniać. To tej wariatki ślub, a nie jej. Przeklęła cicho pod nosem,
smętnie wgapiając się w wiszącą na drzwiach kartkę. Świetnie, napis zaraz
wracam zbyt wiele nie mówił. Zaraz — to pojęcie względne.
Chcąc nie chcąc
oparła się o ścianę budynku, przenosząc wzrok na przechodniów. Uliczkami
spacerowały głownie osoby starsze, najczęściej w towarzystwie dzieci. To
nasuwało jeden wniosek, rodzice szkrabów w pracy, natomiast dziadkowie najęci
do pilnowania młodszego pokolenia. Proste, ekonomiczne i bezpieczne.
Westchnęła
ciężko, mimowolnie rozglądając się za dziewczyną zazwyczaj pracującą w
kwiaciarni. Ale niestety, córka Inoichiego gdzieś przepadła bez śladu. Tak,
znała nastolatkę z widzenia. Młoda poszła w ślady ojca i skończyła akademię
ninja, ale przy braku zleceń pomagała prowadzić rodzinny biznes. W końcu dobrze
mieć alternatywę w czasie pokoju.
Liv wcisnęła
ręce w kieszenie spodni, odchylając głowę i patrząc na ciężkie chmury na
niebie. Naprawdę nie rozumiała dlaczego wciąż tu tkwiła. Przecież najprostszym
wyjściem byłoby kłamstwo. Oglądała katalog i w pełni się zgadza z wyborem Amai.
Kiedy na
poważnie zaczęła rozważać to wyjście, nagle kątem oka dostrzegła znajomą
sylwetkę. Dawno nie widzianego intruza, który napsuł jej krwi aż miło.
Mężczyzna
wyraźnie poruszony, z okropnie zadowolonym uśmiechem pędził w stronę tarasu
widokowego na kamiennych głowach byłych Hokage. Co ciekawe, podczas tego
pośpiechu nie zapomniał się rozglądać czy aby nikt za bardzo nie zwraca na
niego uwagi. Wyraźnie nie chciał mieć ogona. I właśnie ten fakt zmusił Senju do
ruszenia się z miejsca. Niczym cień ruszyła jego śladem.
~oOo~
Kazama nalewał
właśnie sobie trzecią porcję, gdy poczuł niepokojący dreszcz. Jakby ktoś
potraktował go ładunkiem elektrycznym. Z lekkim zdziwieniem spojrzał na dłoń,
która zaczęła drżeć tak mocno, że z trudem trzymał karafkę. Bardziej zaskoczony
niż zaniepokojony odstawił butelkę. I właśnie wtedy to zobaczył. Pojawiła się wizja
na jawie o jakiej wielokrotnie czytał, a którą dopiero pierwszy raz mógł odczuć
na własnej skórze.
Pokój zniknął, a
on znalazł się na polanie z początku mogąc dostrzec wyłącznie rozmyte kontury. Czuł
każde smagnięcie wiatru, ciepło promieni słonecznych, słyszał szum drzew. Potrzebował
chwili aby odnaleźć się w nowej sytuacji, zaaklimatyzować. Gdy już chciała
przejąć nad nim władzę natura badacza, usłyszał niepasujący odgłos. Dźwięk który
nie pasował do otoczenia. Skonsternowany, odwrócił się i wtedy wszystko stało
się wyraźne, ostre.
Lecę czytać notkę! Co tam, że jutro wstaję o piątej i mam egzamin... Mam nadzieję, że tym razem moich komentarzy szanowny blogspot nie usunie.
OdpowiedzUsuńYuzuki
Obiecałaś i nic :'<
UsuńDżizaz, w końcu udało mi się tu dotrzeć >.< Widziałam powiadomienie o wpisie już dużo wcześniej, ale miałam tyle na głowie, że zwyczajnie nie miałam czasu, żeby się wziąć za czytanie. W pewnym momencie, kiedy miałam już naprawdę dość (czyt. nawet cię z wanny wyciągną szuje, kiedy chcesz się po kryjomu zaszyć z telefonem i poczytać x.x) zaczęłam nawet zachowywać się jak gbur i odsyłać wszystkich do diabła, myśląc: "Cholera, czy ktoś w końcu da mi trochę świętego spokoju, żeby przeczytać ZR?" ^^'' (tak, to było przyznanie się do uzależnienia x''p)
OdpowiedzUsuńPodoba mi się jak w tym rozdziale przedstawiłaś Liv jako człowieka - bo shinobi to shinobi, ale fakt, że znasz techniki i jesteś sprawny fizycznie nie równa się jednak jeszcze temu, że wszystko w twoim zyciu uczuciowym idzie jak po maśle. Ba!, odwaga potrzebna na polu walki nie równa się odwadze potrzebnej do podjęcia pewnych decyzji, od których może zależeć to, z kim wylądujesz na (przynajmniej) kilka lat. Poza tym ja tak bardzo ją rozumiem... Z jednej strony wszyscy jesteśmy ludźmi (w jakimś stopniu) i chcemy zachować nasze ludzkie odruchy, więc chcemy rozmawiać, być blisko z innymi, jednak zbliżanie się ido otwieranie na innych stawia nas w ryzyku bycia zranionym i zdradzonym. Z jednej strony bycie samemu jest łatwiejsze, ale z drugiej... czy aby na pewno możliwe do końca naszych dni? Poza tym wiążąc się z innymi stajesz sie łatwiejszym celem. Łatwiej cię zranić, bo atak i smutki twoich bliskich jest atakiem na ciebie i są twoimi smutkami. No ale faktycznie dobrze jest też mieć dom i mieć do czego wracać - do czegoś więcej niż tylko zminych, martwych, czterech ścian... ech, wydaje się, że jest tyle samo plusów i minusów obu wariantów (mogłabym o tym tak chyba godzinami ^^''), więc wszystko tak naprawdę zależy od zachowania zdrowego balansu i od tego, czego w danym momencie szuka dana jednostka.
Na mniejsu Senju ja wybrałabym Kazamę - głównie ze względu na jego cierpliwość i wsparcie, którego ucielał jej przez lata. Taka wierność redukuje ryzyko bycia zdradzonym czy zdradzonym. Poza tym... TEAM KAZAMA, NIE? xDDD W końcu jestem z tego znana, prawda? xp
Coś mi się wydaje, że ten gang ścigany przez Liv i Itachiego będzie miał coś wspólnego z zaginionymi demonami... Ciekawa jestem jak jeszcze rozwiniesz ten wątek zainteresowania genina (nie pamiętam już jego imienia, bo tak dawno nie wstawiałaś ZR - Yuchiro? coś w ten deseń? >.>) Zachodzę też w głowę, kogo ścigała Liv - bo raczej nie Madarę... a właśnie! Co z Madarą?! Może to on stoi na czele gangu (nope, raczej nie x.x) Ale coś o nim było w tej serii, nie? Czy to mnie się już miesza w czerepie? (prawdopodobnie coś poknociłam... C'': )
Mam nadzieję, że do buntu pod panowaniem Chikage nie dojdzie, bo szkoda mi chłopa - nie dość, że zarobiony, nawet spokojnie nie może się wyspać, to jeszcze kobieta, którą kocha od lat waha się i dodaje mu zmartwień. Aż normalnie sama bym mu polała (a jestem wielką przeciwniczką alkoholu, co warto podkreślić!) i zaproponowała masarz albo przynajmniej gorącą kąpiel! C'': Ciekawi mnie też ta jego wizja - zarówno czego ona dotyczyła, jak i czym była spowodowana. W pierwszym momencie myślałam, że to stary służący czegoś mu dolał do whisky i że Kazama się zaraz przekręci, już chciała wyzywać starego i poprzysiądz na nim srogą zemstę, ale całe szczęście do tego nie dosło :''D (tylko dziadyga by spróbował czegoś podobnego!)
Jak zwykle czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział (mając nadzieję, że tym razem pojawi on się szybciej), choć ty już dobrze wiesz, że ja czytam wszystko, co dodasz ♥
Weny, weny, weny i jeszcze wolnego czasu oraz motywacji, żeby pisać! ♥
~Kita-pon
Hej, hej... sorrki, że dopiero teraz odpowiadam, ale nigdy nie miałam dość czasu :/.
UsuńKita, jak ja Cię rozumiem. Ja też jestem rozdrażniona jak czegoś nie mogę zrobić, a mam zaplanowane. Syczę wtedy na każdego jak rozdrażniony wąż XD.
Heh... Cieszę się, że dostrzegłaś to co chciałam przekazać o Liv. Każdy kiedyś musi dojrzeć, ewoluować. Nie można wciąż patrzeć na życie utartym schematem, który uznało się za łatwiejszy w realizacji. Bezpieczeństwo ale za jaką cenę? Zacytuję Kazamę:
"Samotność jest przereklamowana."
Ta, wiem. Tyś wierna jednemu demonowi :"D. Nie da się o tym zapomnieć, bo już dawno udowadniasz, że panicz Uchiha nie ma tu czego szukać. I powiem Ci, że zaskoczyłaś mnie tym podejrzeniem o chęć uśmiercenia Chikage. Skąd w ogóle taki pomysł XDDD. To tylko tamte pachołki by tego pragnęły. A czy podejmą ku temu jakieś realne działania? Cóż, się zobaczy, już wkrótce :"D.
I sklerozy nie masz. Yuichiro miał ciągotki szpiegowskie. A co z tego wyniknie to już druga sprawa. Czasem warto trzymać nos z daleka od śmierdzących spraw, ale z drugiej strony trzeba zrozumieć dzieciaka. W końcu ta szajka zniszczyła jego dom rodzinny... Miejmy trochę empatii. A o Madarze było, ale we wspomnieniach z medalionem Itachiego. Co swoją drogą miała rozwikłać Liv, ale nawał pracy zrzucił to na dalszy plan.
Dziękuję Ci za obecność, sycący komentarz i to, że mnie wspierasz. Twoja osoba budzi we mnie największe wyrzuty sumienia jak nie piszę XD. Pozdrawiam i buziaki.
Witam,
OdpowiedzUsuńkochana autorka ja chciałam tylko Ciebie zapytać o Twój drugi blog, bo właśnie chciałam wrócić tam do jednego tekstu... a tutaj nic....
a te historie bardzo mi się podobają, tak, tak nie komentowałam rozdziału za rozdziałem, ale w planach mam zamiar wrócić do nich...
Dużo weny życzę Tobie...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Niestety drugi blog już nie wróci. Wyrosłam z tego typu historii, a bez sensu trzymać coś co nigdy się nie rozwinie. Ale dziękuję za miłe słowa i to, że opublikowane tam teksty zapadły Ci w pamięć. Wiele to dla mnie znaczy. Pozdrawiam <3
Usuń